MINĄŁ SIERPIEŃ…

Wreszcie wrzesień, na który czekałam, bo urlop. Lato się jednak jeszcze nie kończy, bo pierwsze dni nowego miesiąca przyniosły wysoką temperaturę. Wychodzi więc na to, że ostatni tydzień pracy zakończy się gorącem i urlop zacznie się gorącem, bo będziemy w ciepłym kraju.

Zdjęć trochę mi się w telefonie nazbierało. Zacznę od tego, że, gdy okna w dachu szklarni są otwarte, bardzo często wlatują do środka ptaki. Najwięcej jest dzikich gołębi i pliszek. Niestety ciężko ptactwo złapać i wypuścić, dlatego nierzadko trafia się na martwe zwierzęta. Ostatnio mieliśmy ptaka drapieżnego. Tydzień wytrzymał w szklarni. Gdy już opadał z sił i ledwo latał, udało się go złapać i wypuścić. Gdy znalazł się na zewnątrz, kilka sekund siedział zdezorientowany w pudełku, po czym poderwał się biedak do lotu. Mam nadzieję, że doszedł do siebie. Wydaje mi się, że to był młody jastrząb.

Pewnego dnia, gdy wracaliśmy z pracy naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Otóż na motocyklach, przez miasto minęło kilku Świętych Mikołajów 🙂 Jeden z nich miał nawet plastikowe sanie przyczepione do motocykla

Po pomidory przyjeżdżają tiry z różnych krajów, np Włoch, Grecji czy Hiszpanii. Najbardziej lubimy kierowców z Włoch, bo czasem dają prezenty w postaci win, ciast a ostatnio były melony 🙂

Teraz będzie trochę o jedzeniu. W Lidlu znalazłam lody o smaku solonego orzeszków. Nie przypuszczałam, że mogą być takie dobre. Dlatego pół kubełka poszło od razu.

Sądzę, że większość osób zna polskie pampuchy. Chodzi mi o te drożdżowe bułeczki, które przyrządza się na parze. Ja je uwielbiam. W Lidlu dorwałam miniaturowe wersje na imprezę, nadziane kurczakiem. Panu Mężowi nie smakowały a mnie jak najbardziej. Najlepsze z podsmażonym boczkiem.

Wystarczy je włożyć do mikrofalówki na 2-3 minuty i gotowe.

Czekolada nie jest u mnie na pierwszym miejscu, ale tych nigdy nie odmówię 🙂

Pracuję z dziewczyną, która pochodzi z Łotwy. Kiedyś poczęstowała mnie cukierkami z jej kraju. Jej córka była ostatnio w Łotwie i przywiozła paczkę cukierków dla nas- Barbele, czyli berberys. Znam tę roślinę, wiem jakie ma owoce ale nie wiem, czy można z nich zrobić cukierki. Wiem natomiast, że w składzie jest troszkę wanilii i cytryny. Nie potrafię opisać smaku, ale są pyszne.

Byliśmy ze znajomymi wreszcie nad morzem. Była piękna niedziela i szkoda było w domu siedzieć. Mamy przecież badmintona a znajomi byli chętni na grę, więc zebraliśmy się w kupę i pojechaliśmy na Maasvlakte, czyli mniej zaludnioną plażę z pięknymi wydmami. Był odpływ, szeroka plaża, mnóstwo muszelek i wysepki. Wiatru nie było i można by stwierdzić, że gra szła dobrze. A guzik. Strasznie, bo dawno nie graliśmy a przecież to nie jest trudna gra. Kilka razy leżałam w piachu.

Nie mogłam sobie odpuścić wejścia do morza, bo fale były super i woda także. W rezultacie skończyłam ze spalonymi ramionami. Potem nadchodził przypływ i co jakiś czas musieliśmy się z całym majdanem przenosić. Działo się to szybko, bo wody cały czas przybywało.

Po jakimś czasie te wiatraki znajdowały się już w morzu.

A tego lata, na plażach Holandii rozstawione zostały specjalne automaty z kremem do opalania SPF 30. Krem jest darmowy. Słońce jest tu naprawdę ostre i nietrudno o poparzenie skóry. A nie wszyscy noszą ze sobą tubki kremu. Powinno tak być wszędzie.

Jedna z kilku burz, które nawiedziły nasz rejon.
Pani, która strojem dopasowała się do auta: spodnie czerwone, sweter musztardowy, włosy rudo- czerwone, rower kolor miedzi 🙂

Farms Around, czyli gdzie szukać lokalnych produktów. Na Instagramie jest taki profil. W każdym rejonie Holandii znajdują się rolnicy, farmerzy, którzy prowadzą swoje małe sklepiki. Można kupić świeże mleko, jaja, warzywa, owoce. Wszystko dobrej jakości i po znacznie niższej cenie jak w sklepie.

Do następnego 🙂

Dodaj komentarz