CO W OGRODZIE PISZCZY…

Codziennie po powrocie z pracy doglądam roślin. Patrzę, co wyrosło i co padło. Na dzień dzisiejszy niemal wszystko na plus. Piszę „niemal”,bo jedna rzecz nadal mnie wkurza…

Pan Mąż w weekend skosił trawę, wyciął bambusa i spryskał randapem chwasty między kostką. Mnie zostało wyrwanie pojedynczych chwastów na klombie. Pogoda słoneczna. Grzeje pełną parą i co dzień wieczorem biegam z konewką i podlewam rośliny. Dobrze im to robi i odwdzięczają się ładnym wyglądem 🙂 Ostatnio sąsiadkom dałam pomidory i w zamian od każdej dostałam kwiatka 😁 Jeden, to zielistka. Miałam ją kiedyś w domu i padła. Sąsiadka powiedziała, żeby ją trzymać na zewnątrz. Zdziwiłam się, bo zawsze je widziałam w domach. Ale skoro wcześniej mi zdechła w środku, to teraz zobaczymy, jak będzie rosła na powietrzu. Margot mówiła, że będzie wypuszczała nowe ładne liście. Ona sama ma chyba trzy zielistki na tarasie i są naprawdę imponujące. Druga roślina, to fuksja w ładnym kolorze. Jedną mam z zeszłego roku, przetrwała i wypuściła liście. Tę sąsiadki powiesiłam przy drzwiach wejściowych w miejsce bratków, które już zrobiły się stare.

Jacuś, czyli agrest coraz większy i coraz więcej owoców. Powstrzymuję się, żeby już ich nie zjeść 🤪

Frezje nie wyszły wszystkie. Te, co wzeszły mają już pąki i niedługo zakwitną. Ciekawa jestem kolorów. Niektóre nie wypuściły niestety kwiatów. Szkoda, ale dobre i tyle.

Groszek cukrowy rośnie, jak porypany. Chciałam, żeby piął się po kijkach bambusowych, ale to głupi pomysł. Tu potrzeba czegoś solidniejszego. Wymyśliłam, że w markecie budowlanym kupię metalową kratkę i wbiję w ziemię. Będzie miał dużo miejsca do wypuszczania pędów.

Hortensje też dają radę. Mają te same kolory, co w zeszłym roku. Są dwie różowe i jedna niebieska. Dwie w ogrodzie i jedna przed domem przy drzwiach wejściowych. Pokrzywy ozdobne się przyjęły. Zdążyły się do nich dobrać ślimaki, ale wypędziłam je solą. Nie widzę ani jednego i odpukać, oby tak zostało. Wiem natomiast, że te rośliny nie lubią dużo wody, bo po prostu by zgniły.

Reszta roślin super wyrasta i kwitnie. Mam kilka kwiatów w wiszących doniczkach i powiesiłam je na gałęziach drzewa.

I moje ulubione goździki ogrodowe. Chyba mam na ich punkcie fioła 🤪 Są to naprawdę ładne roślinki. Ich zaletą jest też to, że bez problemu zimują w ogrodzie i na wiosnę wypuszczają nowe listki a potem kwitną. Dwie kępki mam w koszykach, pięć na rabacie i ostatnio w Lidlu dokupiłam kilka sztuk. Czekają na wsadzenie.

A co mnie wkurza? Znowu mszyce. Pojawiły się ponownie i to na młodych, świeżo wypuszczanych przez jaśmin liściach. Nie dopuszczam do ich rozprzestrzeniania. Ale tym razem odpuściłam roztwór z szarego mydła. Na szczęście mam wcześniej kupioną trutkę i je regularnie zabijam. Co ciekawe, zauważyłam, że na tych czarnych gnojach siedzą mrówki 🐜 Biedronki 🐞 też są, ale siedzą obok. Sprawdziłam w internecie co to oznacza. Otóż mszyce produkują spadź, którą mrówki uwielbiają. I obydwa gatunki żyją sobie elegancko w symbiozie, czyli mrówki pojedzą i przeganiają biedronki a mszyce mają ochronę przed biedronkami. A biedronki siedzą na liściach bez żarcia. No więc ja imprezę zawsze kończę, pryskam i zabijam czarne robactwo.

Lato pełną gębą, więc wyciągnęłam lampki ogrodowe i powiesiłam przy oknie. Od razu lepiej się wszystko prezentuje.

Muszę też wspomnieć o ziołach, które niedawno posiałam i trzymam na parapecie. Wyrosły zadziwiająco szybko. Z każdym dniem coraz większe. Jednak się udało 🙂

Ostatnio tak sobie myślałam, dlaczego Holendrzy te swoje malutkie podwórka nazywają ogrodami? I doszłam do pewnego wniosku. W Polsce podwórka są w większości duże. Jest np trawnik i wydzielone miejsce na rośliny, czyli ogródek. Mówi się często: idę na podwórko, idę do ogródka. Tu nie ma po prostu wydzielonych miejsc. To malutkie podwórko, to dla Holendra cały ogród, jeden „wielki” ogród, o który dba i pielęgnuje. Ja już też nauczyłam się mówić OGRÓD 😁

Do następnego 🙂

HOLEDERSKIE DOMKI

Wcześniej wspominałam, że w miejscu, gdzie mamy szkołę, jest firma produkująca i sprzedająca rośliny a także domki holenderskie, sauny i małe przyczepy campingowe. Zrobiłam kilka zdjęć, żeby pokazać wyposażenie takiego domku.

Holendrzy uwielbiają domki na wodzie i domki na działkach rekreacyjnych. Takie tereny zwane są parkami. Wybiera się działkę z gotowym domkiem z fundamentami lub całkiem pustą i przywozi swój domek holenderski. Firmy produkujące takie „chatki” oferują transport, ale jeśli kupuje się z drugiej ręki, to często trzeba zapewnić go samemu. Za działkę płaci się roczny podatek. Miejsce nie jest własnością na stałe. Jeśli zajdzie potrzeba, należy domek przenieść. Tak, czy owak, wielu Holendrów ma swoje miejsce na relaks, najczęściej nad morzem i siedzą sobie w tych parkach od wiosny do jesieni.

Domki, które ja oglądałam, są całkowicie wyposażone i gotowe do zamieszkania. Wystarczy wybrać model, który nas interesuje i firma dostarczy pod wskazany adres. Wcześniej, na działce należy ustawić bloczki betonowe, bo to na nich domek będzie stał. Te tutaj połączone są drewnianą werandą, żeby łatwiej było je obejrzeć.

W każdym domku są kaloryfery i klimatyzacja. One wydają się małe, ale w środku znajdują się: salon połączony z kuchnią, łazienka z prysznicem i zazwyczaj dwie spore sypialnie. W sypialniach są zabudowane szafy i jedno duże łóżko lub dwa mniejsze. Poniżej kilka zdjęć wnętrz:

Jak widać, sporo miejsca 🙂 Jeśli regulamin działki rekreacyjnej pozwala na przebywanie w domkach przez 365 dni w roku, to można w nich spokojnie mieszkać, bo są one całoroczne. Czasem jest tak, że zezwolenie na przebywanie w parku jest tylko w sezonie, np. od marca do października. Wtedy wielu właścicieli wynajmuje taki domek turystom, często z Niemiec, za nawet 300€ tygodniowo.

A jaki jest koszt takiego nowego domku holenderskiego z wyposażeniem? Na każdym z nich była tabliczka z ceną. Najtańszy był za ok. 40 tys €. Najdroższy- nawet 90 tys. Znalazłam też informację w jednym z nich o cenie samego wyposażenia. Koszt mebli, to ok 20 tys €.

Sądzę, że taki domek, to dobra inwestycja. Jeśli kogoś stać, warto kupić nawet po to, żeby komuś wynająć 🙂

Do następnego 🙂

9 RZECZY Z HOLENDERSKICH DOMÓW…

… które wpadły mi w oko. Co jakiś czas oglądam wnętrza i cały czas szukam pomysłów, jak urządzić nasz dom. Do wielkich remontów jeszcze troszkę nam daleko, ale ja i tak zapisuję pomysły.

W przyszłym roku na pewno położymy panele w salonie. Będę też chciała zmienić kolor ścian. A co za tym idzie? Zmiana kanapy i stolika. Górne zdjęcie salonu, to taka moja wizja. Oczywiście nie identyczna, ale kolorystycznie mi odpowiada 🙂

Kiedyś chciałam mieć dom w jednym stylu. Potem przeczytałam, że warto łączyć style. I to jest to! Mam swoją wizję i będę ją realizować krok po kroku. Teraz znalazłam kilka rzeczy, które mi się spodobały:

1.Szklane drzwi.

Tutaj są przesuwane. U nas nie ma takiej możliwości, ale chciałabym drzwi do salonu ze szkła, jednoskrzydłowe, zwyczajnie zamykane. Pan Mąż kręci nosem… Wiem, że szyba może pęknąć, że trzeba je porządnie czyścić, ale wyglądają ekstra 🙂

2.Czarne płytki w kuchni.

Nie lubię białych płytek i mebli. Chcę kuchnię w szarym kolorze. Problem w tym, że do takich mebli bardziej pasują białe kafelki… A te czarne są piękne 🙂

3.Komoda/ konsola za kanapą.

Taki wystrój często można spotkać w amerykańskich filmach 🙂 I bardzo mi się podoba, że z tyłu kanapy stoi np komoda z kwiatami i lampami. Jest ładniej, inaczej. Ja wypatrzyłam konsolę w czarnym kolorze na stronie https://www.beliani.nl/kaptafel-zwart-avenue.html Po prostu w moim guście 😊

4. Ażurowy abażur.

W salonie nie chcę głównego światła sufitowego. Chcę lampy rozrzucone w kilku miejscach. Z żółtym ciepłym blaskiem. Sufitowa lampa ma być tylko nad stołem jadalnianym. W tej chwili wisi biały plastikowy klosz. Niebawem będzie dyndało takie coś, jak na zdjęciu:)

5.Wysoki świecznik.

Ostatnio podobają mi się świeczniki w czarnym kolorze. Mam trzyramienny z białymi świecami, który stoi na komodzie w sypialni. Teraz marzy mi się taki duży w salonie.

6.Parapet w kuchni.

Nie byle jaki parapet. W tej chwili mamy taki wąski, że nic na nim nie można postawić. A ja chcę porządny i szeroki, żeby stały na nim np. rośliny. Okno prezentuje się wtedy naprawdę ładnie. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie 🙂

7.Jeszcze więcej koszy.

Mam już kilka roślin, które stoją w plecionych koszach. Chcę wszystkie kwiaty, które stoją na podłodze, upchnąć do koszy. Sądzę, że taki dodatek sprawia, że jest przytulniej.

8. Obrazki vintage.

Bardzo podobają mi się tego typu obrazki. Tutaj zdjęcie nie jest niestety wyraźne, ale widać motyle. Na tego typu obrazkach można znaleźć też ptaki, rośliny czy ryby. Kilka takich widzę w swojej kuchni 🙂

9. Drewniane dechy.

Dechy i deski różnego kształtu. Koniecznie drewniane i niekoniecznie służące do krojenia. Świetnie sprawdzają się jako ozdoba w kuchni, co widać na zdjęciu 🙂

To narazie kilka wypatrzonych przeze mnie dodatków. Cały czas szukam inspiracji a jest co oglądać. I nadal uważam, że Holendrzy potrafią świetnie łączyć style 🙂

Do następnego 🙂

„ZIMNY CHIRURG”

Tę książkę przeczytałam już jakiś czas temu i zapomniałam jej opisać od razu na blogu. A warto o niej wspomnieć, bo jest naprawdę koszmarna.

Dokładniej rzecz ujmując: jest napisana bardzo dobrze, czyta się szybko, ale jest też po prostu obrzydliwa. Na tyle okropna, że w pewnym momencie musiałam przerwać czytanie. Wróciłam do niej dopiero na drugi dzień. Zdecydowanie nie jest dla ludzi wrażliwych i o słabych nerwach.

O kim jest książka? O Edmundzie Kolanowskim. Jest to prawdziwa historia najbardziej makabrycznego seryjnego mordercy. Psychopaty, który trafił do podręczników kryminalistyki na całym świecie. Kolanowski został skazany i powieszony 28 lipca 1986r. Była to ostatnia kara śmierci wykonana w Poznaniu.

Autor książki- Max Czornyj wykonał kawał dobrej roboty. Prześledził życiorys Kolanowskiego, obejrzał wizje lokalne i zagłębił się w śledztwo. Wniknął w umysł mordercy i całą historię opisał w pierwszej osobie. Tak, jakby opowiadał o sobie i swoich czynach sam Edmund. Różnych historii słuchałam w podcastach i różne książki czytałam. A ta historia jest niesamowita, nieludzka, straszna i przerażająca. Ciężko opisać, trzeba przeczytać. Nie żałuję, że przeczytałam, chociaż momentami było ciężko. Interesuję się kryminalistyką. Kryminologia raczej nie dla mnie, ale po tej lekturze zaczęłam się zastanawiać, co siedzi w głowach takich dewiantów. I chyba nie chciałabym wiedzieć…

Polecam! 😁

ZIOŁA

Postanowiłam posadzić zioła. Trzy rodzaje, które są znane i przydatne w kuchni. Nie będą rosły w ogrodzie. Będą w domu, w drewnianej skrzyneczce.

Znalazłam je w Lidlu. W tym markecie zawsze rzucą coś ciekawego. Lubię grzebać tam w roślinach. Natknęłam się tam na mały drewniany herb box. Z ziołami miałam do czynienia tyle, że kupowałam w markecie już wyrośnięte, w doniczkach. Po jakimś czasie po prostu padały. Nigdy nie sadziłam z nasion. Teraz stwierdziłam, że spróbuję. Tym bardziej, że zioła w skrzynce ładnie się prezentują.

W środku był czarny woreczek z ziemią, przeźroczysta folia i trzy saszetki z nasionami: bazylia, szczypiorek i pietruszka. Na odwrocie skrzynki była instrukcja, jak zrobić siew i pielęgnować rośliny. Najpierw trzeba było rozłożyć w skrzynce folię i wysypać na nią ziemię.

Zrobiłam długopisem dwa rządki dla szczypiorku i pietruszki. Napisane było, że te dwa zioła należy wsiać na głębokość 1 cm. Nasion bazylii nie należało zasypywać, tylko lekko docisnąć do ziemi. Potem wszystko delikatnie podlać. Skrzynkę należy trzymać w słonecznym miejscu, lub częściowo zacienionym. Trzeba pilnować żeby słońce jednak nasion nie spaliło i nie można zalać wodą, bo zgniją. Temperatura to 15-20°C. Wszystko musi być w normie. Szczypior powinien wzejść po 14-18 dniach, pietruszka po 30 a bazylia po 10-15 dniach.

Z tych trzech ziół, najbardziej lubię szczypiorek. Zawsze kupuję pęczek dużego szczypioru z malutkimi cebulkami w sklepie i trzymam go w kubku, w odrobinie wody. Wtedy on zawsze wypuszcza nowe liście. Czytałam, że prawdziwa nazwa, to „czosnek szczypior” skrócona do szczypiorek. Pochodzi z gatunku czosnkowatych i jest szeroko rozprzestrzeniony na kuli ziemskiej. Pietruszka natomiast pochodzi z rodziny selerowatych. Ogólnie zdziczała w całej Europie. Zioło to, posiada więcej witaminy C niż owoce cytrusowe. Bazylia pospolita, to inaczej bazylia wonna lub bazylek ogrodowy. Pochodzi prawdopodobnie z Afryki, ale obecnie nie rośnie dziko i występuje w uprawie. Jej nazwa wywodzi się z greckiego „basileus”, czyli król, bo podobno wykorzystywano ją w królewskich perfumach. W antycznym Rzymie, nazwa tego zioła odwoływała się do bazyliszka i była traktowana jako talizman przed tą bestią. Libijczycy z kolei, spożywali ją dla ochrony przed wężami i skorpionami. Moja sklepowa bazylia zawsze długo się trzymała w doniczce. Zostawał z niej jeden długi badyl z kilkoma listkami i białym kwiatem. Trzymałam ją dla tego kwiatu, bo pięknie pachniało w kuchni bazylią 😁 A moją skrzynkę postawiłam na parapecie w salonie. W kuchni mam za ciemno. Zobaczymy, co z tego i czy w ogóle, wyrośnie. Jestem ciekawa… 🙂

Do następnego 🙂

MINĄŁ MAJ…

W maju nic ciekawego się nie wydarzyło. To był w sumie spokojny miesiąc. Czyli praca-dom, czasem ogródek.

Przypomniało mi się, że gdy byliśmy w Belgii w Ardenach, widziałam tam mnóstwo krzewów z pięknymi, różowymi kwiatami. Tu, w Holandii chyba takiej rośliny nie spotkałam. Aplikacja podpowiedziała, że to różanecznik katawbijski.

Będąc w supermarkecie Albert Hijn, standardowo poszłam zobaczyć jakie mają kwiaty w sprzedaży. Tam jest zawsze spory kąt z różnymi roślinami, więc jest co wybierać. Trafiłam akurat na przeceny ostatnich roślin, jakie jeszcze nie zostały sprzedane. Były to sporych rozmiarów monstery i bananowce karłowate. Za 8€ kupiłam bananowca 🙂

Zostało mi trochę ziemi i dwie wolne doniczki. Kupiłam kiedyś nasiona groszku cukrowego i oczywiście potem o nich zapomniałam. Więc pod koniec maja wsiałam groszek, nie mając raczej nadziei, że coś z tego wyjdzie. I tu niespodzianka, bo zaczyna wyrastać i to całkiem sprawnie. Wbiłam w ziemię bambusową tyczkę i będzie się piął.

Mieszanka roślin, która ma piąć się na wysokość dwóch metrów, także wyrasta. Ogólnie, wszystko elegancko rośnie. Pilnuję żeby nie było ślimaków i innego badziewia niszczącego rośliny.

Kot też pilnuje 😆

Pan Mąż skończył model 🙂

Ja wypatrzyłam w Lidlu dwie rzeczy: jedną do jedzenia, drugą do wąchania:) Pierwsza, to pudełko serków śmietankowych Milbona- aż 32 trójkąty 😁 Na kanapkę serek+ posiekany szczypior. Uwielbiam! Drugą rzecz, to świeca Yankee Candle o zapachu babeczek. Nie miałam jeszcze okazji wąchać Yankee, ale słyszałam opinie, że są świetne. Nie wiem, czy to faktycznie oryginał, bo po zapaleniu szału z zapachem nie było…

Ostatnio furorę w Polsce robiło zdjęcie ceny czereśni 🍒 na bazarku. To było chyba prawie 300 zł za kilogram. Ja owoce i warzywa kupuję w tureckim sklepie, gdzie jest duży wybór. Były i czereśnie. Cena, to 3,99€ za 500 gram. Na tabliczce jest napisane słowo „pond”, które oznacza właśnie 500 gram.

A tu zdjęcie ogródka o godz. 6:00 rano, po tym, jak w nocy wreszcie padało. Było bardzo zielono 💚

Do następnego 🙂

WYGRAŁAM

Nie w lotto, ale bitwę z mszycami. Nie przypuszczałam, że obejdzie się jednak bez chemii. Płyn na to robactwo kupiłam i być może jeszcze się przyda. Chociaż wiadomo, że wolałabym nie mieć z tymi czarnymi paskudami już nic do czynienia.

Ze 3 tygodnie temu zrobiłam roztwór z szarego mydła, bo czytałam, że tępi mszyce. Starłam trochę na tarce i zalałam gorąca wodą. Wiórki się rozpuściły, wtedy dolałam zimnej wody i ze spryskiwaczem poszłam stoczyć walkę. Porządnie skropiłam jaśmin, najwięcej na skupiskach mszyc. Trochę ich się utopiło. Czekałam, aż zdechną wszystkie. Niemal dzień w dzień sprawdzałam. I nic, nadal były. Wreszcie dorwałam preparat w płynie.

W weekend wyszło słońce i przestało wiać. Wcześniej nie padało, do tego wiatr wysuszył ziemię. Codziennie musiałam biegać z konewką i podlewać rośliny. Nawet nie chciało mi się chwastów wyrywać, bo w tak suchym piachu nie lubię się bawić. Teraz, po deszczach z burzami jest dużo lepiej. Fakt, chwasty wyrosły bardziej, ale przynajmniej wszystko widzę i porządnie powyrywam. W sobotę za to poszłam się rozprawić z robalami. Jaśmin oglądałam chyba że trzy razy z każdej strony, bo myślałam, że mam zwidy. Nie było ani jednej mszycy 😳 To znaczy, do liści są przyklejone jakieś zdechlaki, ale nie było żadnej żywej. Na krzewie jest tylko ślad po mydle i czarne plamki po robactwie. Czyli mydło pomaga, ale trzeba trochę poczekać 🙂

Agrest nie został na szczęście zaatakowany. Pojawiło się za to sporo owoców.

Ślimaków narazie brak. W zeszłym roku pomagała zwykła kuchenna sól. Po prostu działała wysuszająco na mięczaki. Sypałam ją na rabatę i w doniczki. Ślimaki w nią nie wchodziły. Dało to lepszy efekt niż granulki ze sklepu. Frezje ładnie wyrosły i czekam, aż zakwitną.

Ze sklepu ogrodniczego (tego, gdzie mamy szkołę) znowu przywiozłam rośliny. Dwa rodzaje, a w zasadzie w dwóch kolorach. Aplikacja powiedziała, że to pokrzywa ozdobna. Ma bardzo ładne liście.

Zrobiłam też oczywiście kilka zdjęć roślinom 🙂 Pierwszy raz widziałam tak olbrzymią fuksję 😳

PRODUCENT ROŚLIN

Niedaleko mojego miejsca pracy (niecały kilometr dalej), znajduje się szklarnia i sklep z kwiatami w jednym. Jeździłam nie raz tą drogą, ale jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że tam są rośliny ogrodowe.

Zacznę od tego, że rozpoczęliśmy dalszą naukę języka holenderskiego. Nie jest to typowy kurs językowy. To szkoła średnia- technikum zawodowe. Nauka trwa przez rok, w każdą środę, po trzy godziny. Jedna godzina praktyki, dwie godziny teorii, czyli wyższy poziom, więcej gramatyki, budowa zdań, testy, na koniec egzamin zakończony dyplomem szkoły średniej. Wysłał nas pracodawca, bo ma po prostu dofinansowanie a podobno to już ostatni rok, gdy obcokrajowcy mogą ukończyć taką szkołę. Podano nam adres, gdzie nauka się będzie odbywać i pojechaliśmy na spotkanie organizacyjne.

Okazało się, że spotkania z nauczycielką są właśnie w miejscu, gdzie odbywa się hodowla kwiatów. Jest tam też sklep i można kupić rośliny prosto od producenta, czyli taniej. Oprócz tego, zaopatrzyć się można w świeże soki, warzywa i owoce. Przed wejściem na szklarnię, gdzie jest ogrom różnych kwiatów, stoi stół z kawą i herbatą (nie trzeba płacić). Można za to posiedzieć i popatrzeć np na pracę, którą tam się wykonuje. Największą powierzchnię zajmują rośliny ogrodowe, ale nie brakuje też takich do domu. Tych jest jednak znacznie mniej.

A w środku można spacerować z koszykiem i wybierać 😁

Na zewnątrz też jest duży wybór 🙂

Ja oczywiście nie mogłam wyjść z pustymi rękoma 😁 Poszłam na szklarnię przed lekcjami i kupiłam dwa rodzaje kwiatów i preparat na mszyce, bo muszę ratować jaśmin.

Felicja gawędkowa- dwie sztuki.

Nazwy roślin sprawdzałam w aplikacji. I w tym sklepie będę się teraz zaopatrywała w kwiaty. Chyba co środę wyjdę z jakąś rośliną 🤪

Do następnego 🙂

PIĘKNE I DZIKIE ARDENY

Nie mogliśmy sobie wymyślić lepszego miejsca na sobotni wyjazd. W zasadzie, to ja wymyśliłam, że pojedziemy do Belgii w dzicz…

Belgia jest naprawdę ładnym krajem i chcę zobaczyć tam jak najwięcej. Natknęłam się w internecie na zdjęcia i opisy Ardenów. Powiedziałam do Pana Męża, że pakujemy plecak i idziemy w teren. Próbowałam znaleźć początek jakiegoś szlaku, ale nawigacja szybko wyprowadziła nas w pole. Dosłownie. Stwierdziliśmy, że pojedziemy „na pałę”. Gdzieś zawsze się dotrze 🙂 Jechaliśmy przez gęste lasy, łąki, mijaliśmy potoki i góry, górki i pagórki. Mieszkając na płaskich holenderskich terenach, belgijskie Ardeny robią naprawdę niesamowite wrażenie. Nie da się oderwać oczu. A zapach lasów wręcz odurza.

Ardeny, to masyw wyżynno- górski, który znajduje się na terenach południowo – wschodniej Belgii, Francji i Luksemburga. Obszar jest bardzo zalesiony i mocno zróżnicowany. Nie są to jednak wysokie góry. Najwyższy punkt, to szczyt Signal de Botrange, który ma 694m n.p.m. Jest to też najwyższy szczyt Belgii. Najbardziej malownicze zakątki Ardenów znajdują się wzdłuż rzeki Semois i Mozy. Jest tam mnóstwo dobrze oznaczonych szlaków. Coś dla miłośników dzikiej przyrody i pieszych wędrówek.

Ale do rzeczy. W pewnym momencie natknęliśmy się na wioskę, która nazywa się Coo. Znajduje się tam ośrodek rekreacyjny, który jest dobrze wkomponowany w piękną przyrodę. Stwierdziliśmy, że zatrzymujemy się tu. Kupiliśmy bilety wstępu na wszystkie atrakcje i poszliśmy zwiedzać. W centralnym miejscu ośrodka znajdują się wodospady. Prawdopodobnie mnisi z opactwa Stavelot położyli fundamenty pod kaskady, aby zaopatrzyć młyn wodny w wodę. Miejsce zaczęło przyciągać mnóstwo ludzi, dlatego w 1955r otwarto park rozrywki Plopsa Coo. Atrakcji przybywało. Jest np kolej krzesełkowa, bobsleje (najlepsza zabawa), rollercoaster, karuzele, mnóstwo knajpek i lodziarni, a nawet spływ kajakowy. Z tym, że nie trzeba kupować bilety wstępu do parku, żeby płynąć kajakami. Kajaki są oddzielnie, po drugiej stronie rzeki.

Widok z kolejki- ta błękitna woda, to sztuczny zbiornik wybudowany na potrzeby elektrowni wodnej.

Ogólnie, dobrze jest założyć wygodne buty i wziąć ze sobą coś do picia i jedzenia. Na szlakach nie można nic kupić. W ośrodku tak, ale nie zapłaciłabym kilkanaście euro za hamburgera 😬 Dobrze, że mieliśmy kanapki. Chociaż i tak kupiliśmy dwie porcje frytek- jedna 3,50€ i całkiem porządna. Niestety szału w smaku nie było. To nie były te słynne belgijskie frytki.

Ardeny – cud natury i na pewno będę chciała wrócić i zwiedzić kilka miejscowości tu położonych 😁

Do następnego 🙂

TANIE I DOBRE…

… czyli moje odkrycie w Lidlu. Chodzi o balsam do ciała i pomadki do ust. Ale nie tylko, bo z Actiona też coś przyniosłam.

Opalam się natryskowo i chcę, żeby opalenizna utrzymywała się jak najdłużej. I dobrze by było, gdyby ładnie schodziła. Jeśli skóra jest sucha, brąz znika „plamiście”. Jeśli używa się dobrze nawilżającego balsamu- ładnie blednie. Skończył mi się balsam, a że byłam na zakupach w Lidlu, to złapałam pierwszy lepszy (tam jest w sumie tylko lidlowskiej marki Cien) i do kasy.

Wzięłam ten z olejkiem z migdałów i nie żałuję:) Wydawać się może ciężki dla skóry i długo wchłaniający. Ale jest inaczej. Wchłania się bardzo szybko, nie zostawia tłustej warstwy i wystarczy odrobina, żeby wysmarować np. ręce. Zapach taki sobie, trochę mi przypomina krem Nivea, ale najważniejsze jest to, że dobrze nawilża i odżywia skórę. No i opalenizna lepiej wygląda i lepiej schodzi 🙂 Stosuję go zawsze na noc.

Drugą rzeczą jest paczka trzech pomadek, też marki Cien. Te, które wzięłam, to mleko i miód. Miód 🍯 jest na skórę najlepszy 🙂 Szminek kolorowych nie używam, ale nie umiem się obejść bez pomadek. Zawsze mam kilka, bo smaruję usta non stop. Nie rozstaję się z nimi. Nie kosztują dużo, a są naprawdę skuteczne w nawilżaniu przez 4 pory roku.

A teraz Action 🙂 Tam z kolei mam ogromny wybór masek w płachcie. A to mój must have 😁 W sklepie pojawiło się mnóstwo nowych rodzajów i zawsze wychodzę z kilkoma nowymi. Wśród nich są oczyszczające, nawilżające, odmładzające, w różne wzorki i kolory i w kształcie mordek różnych zwierząt, np. świni 😛 Po nałożeniu maski, masuję twarz „pierdolnikiem” z wypustkami. Rewelacja. Skóra jest naprawdę dobrze nawilżona i odżywiona.

Dwie odżywki do włosów w sprayu. Wypatrzyłam je już ze dwa lata temu i od tamtej pory zawsze używam. Wydaje mi się, że w Polsce jest większy wybór, jeśli chodzi o odżywki bez spłukiwania. Tutaj najczęściej można spotkać te, które trzeba trzymać na włosach kilka minut. Mnie często się po prostu nie chce czekać i wolę te ekspresowe bez spłukiwania. Znalazłam takie w Actionie i jestem zadowolona 🙂 Jedna jest z olejkiem arganowym i stosuję ją na końcówki a druga z proteinami jedwabiu i witaminą B. Tę używam na całe włosy.

To takie moje kosmetyczne odkrycia w Holandii. Na pewno pojawią się kolejne 🙂

Do następnego 🙂