SUPERMARKET W BELGII

Wreszcie mam czas, żeby napisać kolejną część dotyczącą naszego wyjazdu w Ardeny. Tak, jak poprzednio pisałam,  teraz będzie kilka słów o tamtejszym supermarkecie.

Skończyło się na szczęśliwym znalezieniu naszego domku nr 20. Po przespanej twardo nocy, obudziłam się już o 7:30, a myślałam, że będę gniła w łóżku minimum do 9:00. Ale nie. Chyba z wrażenia się tak wcześnie obudziłam.  Mąż spał twardo i nie chciałam go budzić.  Z tym, że potrzebowaliśmy czegoś na śniadanie a ja w dużej mierze potrzebowałam kawy. Bez kawy nie ma zabawy. Odpaliłam internet i postanowiłam poszukać najbliższego marketu. No i był jakieś 7 km dalej, czyli w tym miasteczku przez które jechaliśmy wczoraj wieczorem, żeby dotrzeć do ośrodka.  Postanowiłam pojechać sama. Zapakowałam się do auta, włączyłam nawigację i ruszyłam.  Szosa kręta i pod górę przez las, muzyka rockowa full i jechało się z rana ekstra.

Ostatnio modny drink, którego nigdy nie piłam. 

Dotarłam do miasteczka (zapomniałam nazwy) i nawigacja mnie prowadzi tymi krętymi uliczkami. Minęłam jakiegoś starszego pana,  który robił coś w ogródku.  Potem minęłam go ponownie. Myślę sobie: coś jest nie tak. Jeśli minę go trzeci raz, to chyba nawigacja wywaliła mnie w pole. W sumie minęłam go 4 razy! Co jest? Klęłam pod nosem i powtarzałam,  że przecież ci ludzie muszą coś jeść i gdzieś robić zakupy do cholery! Dobrze, że w miasteczku było niemal jeszcze pusto. Zatrzymałam się i wbiłam adres sklepu ponownie.

Advocat w słoiku,  który się je łyżeczką. 

Okazało się, że supermarket jest i owszem, ale w miasteczku obok. 5 km dalej. Czyli nawigacja zgłupiała.  Pojechałam tam. I faktycznie, po chwili byłam na miejscu. Supermarket nazywał się Okay.  Były tylko duże wózki dostępne.  Wzięłam i weszłam do środka.  Tubylcy rozmawiali po francusku. A raczej mix francuskiego z walońskim/jakby holenderskim. Ja po francusku znam może ze 4 słowa.  A oni za to nie chcą gadać po angielsku. No nic, idę na żywioł,  zakupy trzeba zrobić. 

Tych chrupek w Holandii nie widziałam. Kupiłam.  Mnie nie smakowały,  bo przypominały prażynki w smaku.

Chodziłam sobie spokojnie alejkami,  była garstka klientów,  kilku pracowników.  Oglądałam towar. Na pewno chciałam kupić chleb, jakąś wędlinę,  kawę i mleko.

Czekolada z orzechami, całkiem smaczna. I jedna z lepszych kaw, jakie piłam.  Kupiłam tylko dwie i żałuję,  że nie więcej. 

Tym, co różniło ten market od innych, była szklana ściana.  Za nią była spora chłodnia,  gdzie oprócz różnych mrożonek,  mięs i wędlin, nabiału, ciast, itp, znajdowały się też owoce, warzywa i zioła.  Wszystko było świeże i jędrne. 

Kupiłam ciasto owocowe, bardzo dobre i jogurt owocowy w szklanym słoiczku. 

No i oczywiście do koszyka włożyłam też wędlinę i ser żółty.  Wybór pieczywa był duży.  Wybrałam jakiś chleb. Okazał się potem watą ciężką do krojenia. 

Jedna z lepszych zupek/ gorących kubków.  Jest to większe opakowanie, niż standardowy Knorr.  Obok puszki z mieszanką tuńczyka z warzywami. Również pyszna  🙂

Dotarłam wreszcie do kasy. Patrzę,  tylko samoobsługowe.  Potem (będąc drugi raz w tym sklepie z mężem), zauważyłam, że po środku,  między 4 samoobsługowymi,  były takie z kasjerkami. Z tym, że one też były równie malutkie. Kasjerka stała przy monitorze z czytnikiem. Taśma była niemal niewidoczna. Ale wracając do sedna.

Pyszne wafelki. Kilka w jednym opakowaniu.

Zaczęłam kasować produkty i wkładać do papierowych toreb. Zaznaczę,  że guzik z menu na monitorze rozumiałam,  bo wszystko po francusku. Dotarłam do chleba i zonk, bo przecież muszę wybrać rodzaj pieczywa. Na szczęście obok, pani układała jakiś towar na półkach.  Po holendersku poprosiłam o pomoc. Zrozumiała i pomogła.  Nacisnęła co trzeba i wróciła do układania.  Ja kasowałam dalej. Musiała mnie obserwować,  bo zanim dotarlam do płatności,  to już była przy mnie i pomogła mi zapłacić.  Czyli jednak Belgowie są pomocni. Zapłaciłam,  podziękowałam i wróciłam do domku. Obudziłam męża,  bo ktoś musiał zrobić śniadanie. 

2 żele pod prysznic i płyn do płukania- bardzo ładne zapachy.

Do następnego 🙂

WYJAZD W ARDENY

Dzisiejszy wpis będzie o tym, jak zapakowaliśmy tyłki do auta i ruszyliśmy do Belgii, a dokładniej- Walencji. Nie obyło się bez kilku przygód,  ale chociaż było jeszcze ciekawiej. Na szczęście nie działo się nic złego. 

Już dużo wcześniej szukałam domku do wynajęcia gdzieś w lesie,  gdzie słychać by było tylko ptaki. Znalazłam fajną ofertę,  bo i cena dobra i domek wyglądał  ful wypas. Wybrałam więc termin i dokonałam opłaty. Dostałam maila zwrotnego i pozostało tylko czekać na urlop. W dzień wyjazdu spakowaliśmy to, co trzeba (dużo nie, bo to 3 noce) i wyruszyliśmy.  Ja prowadziłam do Belgii, a mąż miał z powrotem. Zameldowanie mieliśmy od 16:00. Przy Antwerpii zwaliły nas z nóg korki. Do tego źle spojrzałam na nawigację i pojechała w pizdu. Byłam w Antwerpii zamiast obok. Wyjechanie graniczyło z cudem. Myślałam,  że wyjdę z siebie i stanę obok. Ale wreszcie się udało. Już miałam dość a tu jeszcze 3 godziny jazdy.

Poza tym, chyba fotoradar walnął mi zdjęcie.  Nie jechałam szybko, mimo że na belgijskiej autostradzie można 120km/h. Tzn jechałam jakieś 110. I trzeba było się też czasem zatrzymać.  Zadzwoniła do mnie też w międzyczasie babka z recepcji domków i pytała kiedy będziemy.  Mąż próbował mówić po angielsku. Dogadali się tak, że mam sprawdzić maila. Na postoju to zrobiłam i było napisane po holendersku, że jeśli dotrzemy, gdy recepcja będzie zamknięta,  to mam podejść do specjalnej skrzynki na prawo od drzwi recepcji, wbić kod 1111 i otworzyć.  Tam będzie torebka z papierami i kluczem. Ok, instrukcje na szczęście jasne, bo wiedziałam już,  że dotrzemy później niż zamierzaliśmy. 

I dotarliśmy,  gdy było już ciemno. Jechaliśmy krętą szosą pośród lasów,  raz w dół,  raz w górę.  Jak to w Ardenach. Na poboczach stały sarenki i tylko w myślach powtarzałam: nie wyskakuj mi przed maskę.  Musiałam jeszcze przebrnąć przez mini miasteczko z dziwnymi, wąskimi uliczkami (momentami nie wiedziałam,  jak jechać)  i wreszcie wjechałam przez „bramę” ośrodka domowkowego.  Wyjęłam swoją foliówkę z gadżetami.  Była tam umowa, mapa Walonii, książeczki z atrakcjami do zwiedzania i klucz. Teraz trzeba było znaleźć nasz domek. Było ciemno i tylko przed każdym z nich stała pojedyńcza lampa. Jeździłam tymi dróżkami,  sprawdzaliśmy każdy nr domku i nie było naszego numeru. Jak to możliwe?! Recepcja zamknięta.  Byliśmy już zmęczeni i mieliśmy powoli dość.  Czułam się,  jak w jakimś horrorze albo thrillerze: jeśli zaraz nie znajdziemy wyjścia,  to coś nas zabije. No nic, będziemy spać w aucie a rano pójdziemy do recepcji wyjaśnić.  I nagle mnie olśniło: ominęliśmy jedną uliczkę i to zaraz obok recepcji! Wjechałam tam i jest nasz domek!

Nasz był połączony z innym. Niektóre były pojedyńcze,  Niektóre podwójne,  ale w każdym ten sam standard i stół z grillem przed. Wnieśliśmy swoje rzeczy, prysznic i spać. Rano obudziłam się wcześniej,  bo parę minut po 7:00. Sprawdziłam najbliższy sklep, bo chciałam zjeść dobre śniadanie na łonie natury, a pogoda sprzyjała.  Zapowiadało się 26 stopni. Wsiadłam w auto i pojechałam tymi krętymi ulicami do najbliższego miasteczka.  To było to samo, po którym jeździłam zanim dotarłam do ośrodka.  Mąż jeszcze spał,  więc próbowałam dotrzeć do marketu sama. Znowu jeździłam w kółko,  bo tym razem nawigacja glupiała.  Wbiłam ponownie adres sklepu. Był w kolejnym miasteczku 10 minut jazdy dalej! Pojechałam.  Musialam tam wreszcie dotrzeć.  Musi tam ten sklep być.  Ludzie muszą gdzieś zakupy robić.  I faktycznie, udało się.  Market Okay, malutko ludzi, czysto, towaru dużo. Wielkość takiej polskiej Biedronki. Zrobiłam zakupy i wróciłam z powrotem.

A teraz o tym, jak wyglądał w środku domek. Drzwi były dwuskrzydłowe,  co dawało dużo światła. 

Po wejściu,  na prawo znajdowała się kuchnia. Nowoczesne mebelki, płyta indukcyjna,  zlew plus zmywarka, oczywiście lodówka, czajnik elektryczny, ekspres do kawy i liczne szafki z licznym wyposażeniem.  Można było śmiało obiad gotować.  Stół na 6 osób.  Na blacie znalazłam pudełko,  w którym był worek na śmieci,  dwie tabletki do zmywarki, rolka papieru toaletowego i ściereczki do przetarcia np blatu.

Na przeciwko- kącik wypoczynkowy z tv i kominkiem. W tv standardowo wszystko po francusku. Raz włączyłam i potem już nie potrzebowałam.  Domek jest całoroczny.  W sypialni jest grzejnik włączany do prądu,  w saloniku kominek a przy drzwiach łazienki klimatyzacja.

Łazienka czysta, z dużą umywalką i prysznicem. Wszystko w nowoczesnym wydaniu. Co nas rozśmieszyło,  to kibelek. Przyzwyczajeni jesteśmy do wysoko postawionych desek. Holendrzy to przecież wysoki naród.  Ledwo kucasz i już siedzisz. A tutaj po prostu na te deski spadliśmy tyłkami 😆

Pierwsza sypialnia z podwójnym łóżkiem, szafką z wieszakami i drugą z półkami.  Okno z zasłonami,  zresztą jak wszystkie. Oświetlenie było główne (strasznie jasne, jak dla mnie) i punktowe pod półką nad głową.  Na półce stał router z wi-fi.  Pościel zamówiłam dodatkowo. Ręczniki mieliśmy swoje.

Druga sypialnia też z podwójnym łóżkiem,  ale trochę mniejsza.  Na łóżko wchodzi się schodkami. Mąż początkowo tu chciał spać,  bo schodki. Ja nie, bo dla mnie za ciasno. Poza tym, mogłabym zapomnieć o schodkach w nocy idąc do toalety i jeb.  Domek był od 2 do 4 osób.  Były też dla większej ilości osób.  Nie było opłat od osoby.

Śniadanie i kawa w takim miejscu, to było coś innego. Wokół cisza, spokój,  lasy i mnóstwo ptaków,  które wokoło miały karmniki i budki. Zobaczyłam np dawno niewidzianą sójkę.  Przy śniadaniu przeglądałam ulotki i książeczki reklamujące atrakcje turystyczne nie tylko okolic ale i całej Walonii. Była tam też kartka z ośrodkiem i rozmieszczeniem wszystkich domków.  I nasz numer zaznaczono dla nas oczojebnym różowym markerem, żebyśmy mogli bez problemów trafić.  Fuck! Tyle błądzenia i minut w dupę.  Ale widać,  co robi zmęczenie z człowiekiem.  Ważne,  że jakoś trafiliśmy.  Teraz się z tego śmiejemy. 

Następny wpis będzie o wspomnianym wyżej supermarkecie, cenach i co kupiliśmy. 

Rzeka Viroin- płynie przez miasteczko.

Do następnego 🙂

PIKNIK NAD MORZEM

Robiąc ten wpis, siedzę w domku w lesie w Ardenach. Mam czas, więc nadrabiam. Wypadem nad morze rozpoczęliśmy nasz trzytygodniowy urlop.

Chciałam spędzić piknik na plaży.  To miał być ostatni ciepły dzień lata. Założyłam nawet kostium kąpielowy, bo wiedziałam,  że wejdę do wody, nawet gdyby była zimna. Spakowałam nas solidnie. Do dobra, prawie, bo zapomniałam o kremie z filtrem, ale za to wzięłam przyspieszacz opalania. I wróciliśmy ze spalonymi plecami. Przy plaży stał oczywiście automat z kremem Nivea, ale za mało było tego smarowania.

Wybrałam dalszą plażę- Maasvlaakte strand. Jest tam ładniej i ciekawiej. Ludzi nie było dużo.  Było dwóch wędkarzy, ludzie z  psami i kilka par. Ogolnie cisza i spokój.  Tylko szum fal i wiatru. Mimo wicherku,  było przyjemnie ciepło.  Wykorzystałam wreszcie kosz piknikowy, który stał na szafie i się kurzył.  Mieliśmy wodę,  kanapki i przekąski.  I tak wszystkiego nie zjedliśmy. 

Siedzieliśmy w sumie 4 godziny nad morzem. Najpierw chodziłam po plaży i bawiłam się muszlami.  Człowiek już starszawy,  ale i tak jest to moja ulubiona plażowa zabawa. Niby zawsze te same muszle, a jednak zawsze inne.

Próbowałam też czytać,  ale jak to bywa w moim przypadku, najlepiej wychodzi mi to w domu. Nie było rozpraszaczy czytania, ale jakoś nie mogłam się skupić i wreszcie weszłam do wody. Była super. Wcale nie zimna. Mąż nie chciał,  bo on to woli bardzo ciepłe fale. Ale Morze Północne niestety za ciepłe nie jest. Za to fale były duże a to lubię.

Nazbierałam trochę muszli do ogródka,  bo sobie je układam w donicach z jukami i różą.  To był dobry dzień,  chociaż spać nie mogliśmy z powodu spalonych pleców.  Dobrze, że miałam jakiś żel aloesowy. 

Morze wyrzuciło kilka takich galaretek. 

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- SIERPIEŃ

Zaczyna się dla mnie najlepszy czas w roku. Jak ja się cieszę,  że już wrzesień.  Robiąc ten wpis, mam jeszcze tylko jeden dzień do rozpoczęcia długo oczekiwanego urlopu. Inni wracają z niego a my zaczynamy. Wreszcie odetchnę i odpocznę. 

Przed nami 3 tygodnie bimbania.  No może nie całkiem,  bo mamy trochę roboty w domu. Wyjazd do Polski koniec końców nie doszedł do skutku. We wrześniu zazwyczaj jest tu całkiem ładna pogoda. Dlatego musimy zrobić porządek m.in z drzwiami. Jedne odmalować,  drugie wymienić.  Strych też czeka na generalny porządek.  Do tego należy przyciąć drzewa. Ogólnie cały dom i ogród uporządkować.  Gdybyśmy pojechali do Polski, guzik byśmy w domu zrobili. Poza tym jest to podróż męcząca.  Nie będę ukrywać,  że wracamy zmęczeni.  A potrzebujemy naprawdę odpocząć.  Wykorzystać ten czas na relaks i trochę pracy w domu. Z racji tego, że w marcu, gdy mam urodziny, to zawsze biorę wolne. Więc w przyszłym roku planujemy wyjazd do Polski. Wypada też wtedy Wielkanoc.

Dzikie gęsi spacerujące po Rotterdamie.

Podczas tych trzech tygodni mamy zaplanowane 3 wyjazdy. Na pierwszy ogień idzie rejs statkiem po rezerwacie przyrody Biesbosch.  Zawsze chciałam to miejsce zobaczyć.  Kojarzy mi się trochę z dżunglą amazońską.  No może trochę na wyrost to porównanie,  ale na pewno ciekawie będzie płynąć pośród drzew i innych roślin,  podziwiając m.in szkockie krowy. Drugi tydzień,  to wyjazd w Ardeny. Jak ja na to czekam!  4 dni w zarezerwowanym domku w lesie,  nieopodal rzeki. Sama natura, cisza i spokój.  Mój mózg wróci na swoje miejsce 🙂 Trzeci tydzień,  to jednodniowy wypad do Limburgii (moja ulubiona prowincja) i do Niemiec. Z tych wszystkich destynacji będą wpisy.

Stado białych krów, czyli zaraz obok owiec, drugie najczęściej spotykane pasące się zwierzęta. 

Zanim gdzieś dalej pojedziemy,  to wymyśliłam piknik nad morzem. Zapakuję koc, jakieś żarcie, książkę i będę leżała na plaży.  Do usranej śmierci.  Mogę tam nawet drzemkę odwalić.  Muszę posłuchać szumu fal. Podobno w przyszłym tygodniu pogoda ma dopisać,  więc w poniedziałek jedziemy na plażę.  Lato było wyjątkowo upalne. Tutaj jest normalne, że na plażach rozstawiane są specjalne automaty z darmowym kremem z filtrem 50. W Rotterdamie też widziałam takie automaty. Filtr mniejszy, bo 30, ale jednak. Fajna inicjatywa.

Przekroczyłam 40stkę.  Zaczęłam następną część życia.  Cholera wie, czy dotrwam kolejne 40 lat, ale doszłam do wniosku (lepiej późno, niż wcale), że czas się wziąć za siebie. Od środka.  Łykam witaminę D3 na stawy i kości i lepsze samopoczucie. Do tego Zaczęłam ćwiczyć.  Nic wielkiego, ale chcę wyrobić rutynę chociaż 15 minut dziennie a w weekend zacząć biegać.  100 lat tego nie robiłam + trening na orbitreku,  który stoi i się kurzy. No więc pierwsze zakwasy są.  Nie jest źle.  Dodałam do tego detoks z chlorellą.  Uparłam się i chcę poprawić swoją formę. 

W sierpniu nadeszło zaćmienie Słońca.  Nie kupiłam specjalnych okularów ani nie pojechałam np na plażę,  żeby mieć lepszy widok do oglądania tego zjawiska. Pan Mąż usnął po pracy na kanapie i zupełnie o tym zapomniał.  Ja zauważyłam tylko, że zrobiło się ciemniej. Było tak, jak w czerwcu, gdy jest godzina 22:00 a na zewnątrz jasno. Zdjęcie tego tak dobrze nie obrazuje. Jak dla mnie, było przyjemnie i chłodniej. 

A teraz historia pełnego młodego sokoła. Otóż do szklarni przez otwarte okna w dachu, często wlatują różne ptaki i równie często nie mogą wylecieć. Najczęściej są to pliszki.  I bardzo często nie są w stanie przeżyć w takich warunkach. Boją się,  nie można ich złapać i wypuścić na zewnątrz.  I potem znajdujemy martwe np gołębie.  Kiedyś udało się złapać dziką kaczkę (mam nawet z nią zdjęcie) i jakiegoś drapieżnego ptaka. Tym razem ktoś uratował tzw podlota.  Zostawił go pod szklarnią.  Biedny maluch był wystraszony, nie umiał nawet latać.  Podskakiwał.  Zdecydowałam się zabrać go do domu, zanim stanie mu się krzywda.

Aplikacja pokazała,  że to młody sokół wędrowny.  Pod ochroną oczywiście.  Daliśmy mu wody i surowego mięsa.  Zadzwoniłam do dierenambulance, czyli specjalnego pogotowia ratującego dzikie zwierzęta,  potrzebujące pomocy. Powiedzieli, że jeśli ptak nie jest ranny, to go nie zabiorą i najlepiej go wypuścić a on sobie poradzi. Nie wydaje mi się… Z internetu dowiedziałam się,  że taki podlot (miał jeszcze sporo puchu) nie przeżyje bez rodziców,  którzy pewnie uczyli go latać i polować. 

Ja niestety nie umiem uczyć ptaków takich czynności.  Zresztą trzymanie takiego ptaka jest zabronione i grozi surowym mandatem. Nawet gdybym go zatrzymała, to by się męczył,  bo przecież dzikie zwierzę potrzebuje wolności.  Poza tym może być ktoś doniósł i parę stówek w plecy. A żeby uprawiać sokolnictwo,  to trzeba przejść kurs i zdać egzamin. Maluch został u nas dwie noce. Pożerał surową wątróbkę i pił dużo wody. Trochę się bał,  ale na ręce dał się wziąć.  Nie dziobał.  Obserwował nas czujnie sokolim wzrokiem i już było widać,  że wiedział że mu krzywdy nie zrobimy. Ale co dalej? Znalazłam w Rotterdamie tzw ptasi azyl. Opiekują się tam porzuconymi i rannymi ptakami a także jeżami i nietoperzami.  Zapakowaliśmy sokolika do niewielkiego pudełka.  Wyskoczył i usiadł mi na ramieniu. Niestety musieliśmy go tam zawiežć.  Siedział potem grzecznie, przykryty cienkim ręcznikiem i dał się głaskać po łepku.  Oddaliśmy go w dobre ręce.  Ptasi azyl poszukuje wolontariuszy. Chętnie bym dołączyła do organizacji. Ale sam dojazd zabierał by mi kupę czasu. Niby Rottetdam blisko, ale trzeba przejechać niemal przez centrum plus korki. Swoją drogą,  wolontariat jest bardzo popularny i dobrze widziany w Holandii. Jeżeli jest się wolontariuszem, warto to uwzględnić w cv, podczas szukania pracy.

Miejscówka w Rotterdamie niedaleko Europortu.

W zeszłym miesiącu pożegnaliśmy naszą sąsiadkę,  która zmarła na raka. O pogrzebie zrobię osobny wpis. Nadmienię tylko, że podczas ceremonii, usiedliśmy przy stoliku obok starszego małżeństwa. Powiedzieli, że nas znają z widzenia. Nie mogłam sobie przypomnieć ich twarzy. Później skojarzyłam,  że mieszkają na przeciwko naszej ulicy. Rozmawialiśmy trochę i oczywiście dostali od potem dwie skrzynki pomidorów.  W sumie, można ich nazwać naszymi sąsiadami.  Więc sąsiadka zrobiła zupę pomidorową i nam przyniosła dwa pojemniki. Obiad mieliśmy więc z głowy 🙂 Zupa była zupełnie inna w smaku,  bo bardziej słodka i zamiast makaronu, miała kawałki kurczaka. Inna odmiana od typowo polskiej i bardzo smaczna odmiana.

Zauważyłam wtedy, że mamy holenderskich znajomych praktycznie tylko wśród osób starszych. Lubię z nimi rozmawiać.  Pewnego dnia załączył mi się czarny humor i powiedziałam do Pana Męża,  że my zamiast prowadzać się z młodymi po imprezach, to będziemy chodzić po pogrzebach. Dobra, nie było tematu…

Posadzone przy szklarni słoneczniki,  które mają tak ogromne kwiatostany z nasionami,  że aż się gną i proszą o obcięcie.  Czy Holendrzy lubią skubać słoneczniki? Nigdy nie widziałam.
Harry Potter z klocków Lego w centrum handlowym.

Do następnego 🙂

„CHIRURG”- TESS GERRITSEN

Wreszcie skończyłam czytać tę książkę.  Szło długo  nie dlatego, że nudna, ale dlatego, że mało czasu i weny na czytanie. Powiem więcej: tak mi się podobała,  że chcę zaliczyć całą serię. 

To już kolejna seria, którą mam w planach a tak się przed takimi „odcinkami” wzbraniałam.  Na początek,  standardowo, napiszę kilka słów o autorce książki,  bo wcześniej jej nie znałam.  Tess Gerritsen to amerykańska pisarka a z zawodu lekarz internista. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach. W 1987r opublikowała pierwszą powieść,  ale kariera pisarska nabrała rozpędu w 1996r. Wtedy to ukazał się jej pierwszy thriller medyczny „Dawca”. Ciekawostka: prawa filmowe zakupił Paramount. Sprawdziłam i niestety ostatecznie film nie powstał. Tess odniosła ostatecznie sukces i mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. W kolejnych latach ukazały się: „Nosiciel”, „Grawitacja” i tutaj kolejna ciekawostka.  Otóż autorka sprzedała prawa do sfilmowania wytwórni New Line  Cinema.  Kilka lat później Warner Bros kupiło w.w firmę,  przejmując tym samym dostęp do wszystkich ich projektów i scenariuszy. Powstał film z Sandrą Bullock w roli głównej.  Z tym, że książka, to thriller medyczny, gdzie zagrożeniem jest wirus. Film to gatunek typowo sci-fi a zagrożeniem są śmieci kosmiczne. Wspólny mianownik, to postać lekarki- austronautki uwięzionej w kosmosie. Tess Gerritsen poczuła się oszukana i skierowała sprawę do sądu.  Domagała się m.in bonusa produkcyjnego, procent z zysków i twierdziła,  że przysługują jej odpowiednie napisy w czołówce.  Reżyser natomiast bronił się,  twierdząc,  że napisał własny scenariusz oparty m.in o stare książki.  Sąd oddalił w 2015r pozew pisarki ze względu na niedostateczne udowodnienie winy wytwórni. 

Następnymi pozycjami były: „Grzesznik”, „Sobowtór „, „Autopsja”, „Klub Mefista”, „Ogród kości „, „Mumia”, „Dolina umarłych”, „Milcząca dziewczyna”. Przykłady książek Gerritsen publikowane są w 20 językach i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie. Na podstawie jej powieści powstał serial telewizyjny „Partnerki” z kobiecym duetem śledczym: Rizzoli & Isles. 

Akcja książki dzieje się w Bostonie, gdzie grasuje morderca biorący na cel samotne młode kobiety. Prasa nazywa go Chirurgiem, ponieważ zanim odbierze życie swoim ofiarom, z przerażającą precyzją usuwa im macice.  Bez znieczulenia. Policja ustala, że podobna seria morderstw miała miejsce 2 lata wcześniej.  Problem polega jednak na tym, że ich sprawca został zastrzelony przez doktor Catherine Cordell.  Lekarka zatrudniona w bostońskim centrum medycznym była jedyną ofiarą, której udało się ujść z życiem z rąk psychopaty. Teraz znów czuje się zagrożona. Jej jedynym sprzymierzeńcem wydaje się Thomas Moore,  detektyw prowadzący śledztwo wraz z Jane Rizzoli.  Ale nawet on nie może w pełni chronić doktor Cordell przed genialnym myśliwym ze skalpelem.

Zabójca zna najbardziej skrywane tajemnice swoich ofiar. Przerażające akty przemocy, wyglądające na rutualne akty przemocy są dokonywane na samotnych kobietach. Sprawa, która wydawała się zamknięta (skończyła się przecież śmiercią mordercy), musi zostać otwarta na nowo.

Media piszą,  że Tess Gerritsen zapewniła sobie pozycję autora #1 na rynku thrillerów medycznych- wyprzedziła nawet Robina Cooka (znam i lubię), uznawanego za mistrza gatunku. Stephen King stwierdził: „Lepsza od Cooka, Palmera a nawet Michaela Crichtona. W moim domu czytamy każdą jej książkę. ”

A co ja twierdzę? Lubię thrillery pisane przez medyków i lubię thrillery medyczne. Zazwyczaj wydaje się,  że to będzie ciężki temat, napisany trudnym lekarskim i naukowym jezykiem. Nic bardziej mylnego. Mało tego, można się mnóstwa ciekawych rzeczy dowiedzieć,  jak np w tej książce,  którą naprawdę polecam. Trzyma w napięciu i nie ma tutaj nudnych wątków. 

Do następnego 🙂

MUZEUM DEPOT

Już jakiś czas temu pisałam o tym miejscu, ale nie byliśmy w środku. Opisywałam co to właściwie jest, dlaczego powstało,  skąd pomysł na wygląd budynku a tym razem napiszę kilka słów na temat zbiorów muzeum i pokażę,  jak jest w środku. 

Bilety kupiłam przez internet. Lubię muzea, a to jest naprawdę ciekawe choćby ze względu na wygląd i taras widokowy, który znajduje się na dachu. Muzeum Boijmans van Beuningen Depot zostało otwarte przez króla Wilhelma Aleksandra, 5 listopada 2021r. Jest to pierwszy publicznie dostępny magazyn sztuki zaprojektowany przez firmę architektoniczną z Rotterdamu- MVRDV. Jest to budynek unikatowy na skalę światową i znajduje się w Parku Muzealnym w Rotterdamie. Mierzy on 39,5 metra a jego charakterystyczną cechą jest lustrzana fasada, w której odbija się Park Muzealny.

Podobno nigdzie na świecie nie ma tak działającego budynku, w którym oprócz zbiorów muzealnych, można zajrzeć za kulisy pracy muzeum. Budynek posiada parter i 6 pięter. Dzieła sztuki można oglądać z różnych punktów: z kładek, schodów czy schodów.  Przymierzając budynek, widzimy magazyny, konserwatorów przy pracy a także dzieła sztuki przygotowywane np do transportu. A to wszystko dzięki szklanym ścianom. 

Muzeum jest podzielone na 14 części. Oprócz obrazów (widzieliśmy też inne dzieła Van Goga), oglądać można sztukę z metalu, materiałów organicznych, oraz fotografię czarno- białą i kolorową.  W budynku utrzymywana jest stała wilgotność i temperatura. Kolekcja muzeum powiększa się od 1849r i obecnie liczy ok 125 tysięcy dzieł sztuki, z czego 89 tysięcy,  to grafiki i rysunki. Lwia część została zdeponowana w magazynach.

Wisienką na torcie jest niewątpliwie taras widokowy znajdujący siena dachu muzeum. Jest tam też restauracja na 120 miejsc. My z niej nie korzystaliśmy.  Chcieliśmy zobaczyć panoramę Rotterdamu, która robi wrażenie.

Taka ciekawostka: na dachu rośnie 75 brzóz i około 20 sosen. Na parterze jest mały sklepik z pamiątkami i gadżetami dotyczącymi muzeum, np książki o sztuce. Po wyjściu,  warto udać się na spacer po parku znajdujący się tuż obok. Są alejki i staw z fontanną plus oczywiście ławki. 

Podsumowując: czy warto się tam wybrać? Jeśli ktoś lubi muzea, oglądać eksponaty (często bardzo dziwne) albo zna się na sztuce, to tak. My nie mamy wielkiego pojęcia o tym, ale znamy najważniejsze dzieła znanych malarzy. Przyznam, że bardziej chciałam podziwiać miasto z dachu. O to mi głównie chodziło.  Po drugie, mieszkam blisko Rotterdamu, więc taki wypad był dobrym pomysłem.  Miasto jest bardzo duże i ma wiele do zaoferowania.

Do następnego 🙂

BILLY PIZZA W ROTTERDAMIE

Podczas naszej ostatniej wizyty w Rotterdamie, postanowiliśmy iść na obiad. A z racji tego, że mam w planach odwiedzić wszystkie polskie knajpy w Holandii, to tym razem padło na Billy Pizza. 

Mam spisane adresy wszystkich znanych mi polskich restauracji. Polskie jedzenie jest smaczne, polskie potrawy chwalone przez obcokrajowców a ja chcę się przekonać,  czy wszędzie spotka się domową,  prawdziwa, polską kuchnię.  Jak do tej pory tylko jedna dała ciała i zresztą chyba jest już na stałe zamknięta. 

Na TikToku i Facebooku bardzo dobre recenzje zbiera Billy Pizza. Jeszcze chyba nigdy nie czytałam złej opinii o tej restauracji. Postanowiliśmy zatem tam zjeść obiad. Restauracja oprócz typowych polskich obiadów,  serwuje też pizze, co nazwa wskazuje a także m.in burgery. Ja chciałam obiad. Danie dnia, to była zupa grochówka, ziemniaki z gołąbkami,  ziemniaki z kotletem de volaille i zestawy surówek. Plus oczywiście kompot. Pan Mąż wybrał cały zestaw.  Do zupy podawane były dwie duże i świeże buły. 

Ja pozostałym tylko przy drugim daniu, bo porcje okazały się naprawdę ogromne i mąż część drugiego dania wziął do domu. Ziemniaki były świeże gotowane i utłuczone z masłem.  Kotlet ogromny i „sikał „, co zawsze sprawdza Magda Gessler 🙂 Za surówkę z marchewki dałabym się pokroić,  bo była rewelacyjna. Do tego wszedł po dwa razy kompot, chłodny z owoców leśnych,  idealnie słodki.

Wystrój knajpy całkiem przyjemny. Menu dnia stoi wypisane na tablicy przed wejściem.  Można też siedzieć na zewnątrz.  W środku stoliki czyste. Na każdym znajduje się mała lampka, serwetki, sól i pieprz. Bar jest mały.  Obsługa bardzo miła a panie kucharki gotują świetnie. 

Wnętrze utrzymane jest w beżach i brązach a siedziska są bardzo wygodne. Za zupę, dwa razy drugie danie i dwa kompoty (dolewki i 2 x cola) były później,  zapłaciliśmy 35€. Ogólnie restauracja faktycznie warta polecenia i oby poziom się utrzymał. 

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- LIPIEC

Co jest z tym rokiem, że tak zasuwa? Zaraz będzie grudzień,  a ja jak jakaś zjawa, bo nic mi nie wychodzi ostatnio, rok się skończy i znowu stwierdzę,  że moje plany poszły w las. Ale od początku…

W pracy wszyscy się urlopują.  My jak zwykle czekamy na wrzesień i jest to z jednej strony męczące,  bo jesteśmy już wypompowani.  Przez te upały chodzimy do pracy na 6:00, czego wybitnie nie znoszę.  Mam w życiu dwa problemy: z wczesnym zaśnięciem i wczesnym wstawaniem. Niestety lato nie sprzyja w moim przypadku z wysypianiem. Ja mniej śpię,  niż pracuję.  Gorąco,  więc ludzie wychodzą z pracy wcześniej. Ja z racji funkcji na magazynie, niemal ostatnia. Dla mnie to jeden ch…, bo i tak w domu jestem około 17:00. Niech się już ten gorąc skończy!

Tak wygląda moja „szafa”, gdy nie ma się czasu nawet prania złożyć. 

Od jakiegoś czasu przyszła (a w zasadzie wróciła) do nas koleżanka.  Dwa razy była zwolniona za chodzenie w kratkę i znowu ją szef przyjął,  bo szybko tnie pomidory. Ok, nie miałam nic do niej. Z tym, że ona na poprzedniej szklarni pełniła funkcję taką jak ja, czyli magazyn. Zmieniła się.  Nie dość,  że wiecznie chora, słaba i wszystko ją boli, to próbuje wcinać mi się w moją robotę.  Pomaga mi na sortowni, bo umie. Ale ściemnia.  I próbuje resztę załogi ustawiać.  U nas są inne warunki i inaczej praca wygląda,  niż tam gdzie poprzednio pracowała.  Raz w piątek, kiedy jest największy zapierdol i największe sprzątanie (czego ona robić nie umie), powiedziała z rana że jej słabo i chce być na magazynie. Nawet mnie o tym od razu nikt nie poinformował.  Tak się wkurwiłam, że pojechałam do domu. Niech se sama radzi. Nie było mnie na firmowym grillu po pracy. Miałam gdzieś.  Też mi było słabo.  Szef się wkurzył,  ale wyjaśniłam to z nim. Skoro on mnie opieprza za błędy innych dziewczyn, każe mi je uczyć, pilnować itp, to niech mi zostawi tę wolną rękę i nie wciska na moje miejsce koleżanki.  Bo opierdolić, to wie kogo. Jeśli ona jest chora, to do domu. Narazie jest spokój.  Zresztą ona znowu jest na urlopie w Pl. A moja dobra kumpela o 3 tygodnie musiała się prosić…

Truskawki od sąsiada:)

Plany rozrywkowe też do dupy. Kajaki w Ardenach- niewypał, bo poziom rzek niski a kajaka na plecach nie mam zamiaru wlec. Rejs łódką ze zgraną ekipą  przez rezerwat przyrody- niewypał.  Najpierw dostałam informację,  że łódka którą zarezerwowałam, nie nadaje się do użytku.  Podobno uszkodzona. Potem co sobota- robota i czasu nie było.  A teraz urlopy i nie ma jak i z kim. Plaża- niewypał.  Człowiek zmęczony i pracą i gorącem,  że tylko by się siedziało w domu przy wentylatorze.  Ja muszę się w tym sezonie w morzu wykąpać!

Ciasto czekoladowe z truskawkami, które zawsze wychodzi 🙂

Wspomniałam wyżej,  że w któryś piątek po pracy był grill, na którym mnie nie było.  We czwartek firma zwoziła na magazyn sprzęt,  czyli stoliki, grille, lodówkę,  alkohol itp. Był też głośnik.  Holender Jaco podłączył pod niego swój telefon i włączył muzykę, którą on lubi i ja zresztą też: hard rock, metal. Jak mi czas zleciał! Aż się lepiej pracowało.  Muza zagłuszała szklarniowe radio, wyłączyłam podcasty i słuchałam porządnych dźwięków. 

Ale wróćmy do niewypałów.  Mój ogródek też niewypał.  A jakże! Coś mi znowu wyżera fasolkę,  nie nadążam z podlewaniem przez suszę i kończę z hodowlą warzyw. Za to ubzdurałam sobie, że wyhoduję w domu pieczarki. Bo przecież mam za dużo czasu na wszystko. I nie zgadniecie! Niewypał.  Pieprzę.  Tylko kwiaty. Chociaż może nie, bo znowu wymyśliłam,  żeby starać się w gminie o ogródek działkowy.  Czeka się na niego dłużej,  niż na dom. Ale warto. A co tam.

Za gorąco na hodowlę a piwnicy nie posiadam.

Dobrze, że chociaż w miarę porządek na ogrodzie jest. Chwasty wyrwane, czysto, nowe ledy wstawione. No tylko stara lodówka czeka na wywóz.  Jeszcze czeka nas sprzątanie strychu, bo burdel większy niż w burdelu. Z tym, że tam temperatura najwyższa.  Nie da rady w tym upale coś zrobić.  Czekamy na chłód.  Wniosek? Gorąc jest do dupy.

Dobrze, że chociaż w drogerii Etos było ok. Ulubiona farba do włosów w promocji 1+1 gratis. Z tonikiem Garniera było tak samo. I oczywiście kupiła też produkty do zwiększania objętości włosów,  bo mam ostatnio fioła na tym punkcie.

Na koniec najbardziej poważny temat: eutanazja. W Holandii dostępna.  Ale nie w sposób,  który wiele osób myśli (mam na myśli m.in katolików,  czy innych wierzących). To nie jest tak, że idzie się do lekarza i mówi: panie doktorze,  chcę se umrzeć w grudniu po południu.  Ok, przyjadę ze strzykawą na życzenie.  Nie. To tak nie działa.  To są badania, konsultacje, rozmowy z psychologiem. Jeśli nie ma szans na wyleczenie,  lekarz zezwala na takie odejście z tego świata. Wtedy też można zaplanować swój pogrzeb, pożegnać się z rodziną i godnie, w spokoju i bez bólu odejść.  Na kursie tanatokosmetyki, widziałam ciała wykończone nowotworem. To odchodzenie w wyciu z bólu,  bezsilności , męce a na to wszystko patrzy rodzina i też cierpi. Jestem za eutanazją. 

Mąż z psem sąsiadów:)

Nie pisałam o tym wcześniej,  ale moja ulubiona sąsiadka ma raka. To ta, która podlewała moje kwiaty i dawała jeść papugi, gdy byliśmy na urlopie poza Holandią.  Dzięki niej ćwiczyłam język.  W zeszłym roku, w sierpniu, była z mężem Ronem na wakacjach na Rodos. Zaslabła.  Do hotelu przyjechał doktor. Coś złego z krwią.  Nakazał po powrocie do kraju, udać się szybko do lekarza. Wynik: rak płuc.  Margo spędziła jakieś 5 miesięcy w szpitalu. Chemioterapia, leki, badania, itp. Rak się zmniejszał. Była nadzieja. W tym roku pogorszenie i przerzut na wątrobę. Operacja już odpada. Nadzieja zniknęła.  Udało im się jeszcze raz polecieć na Rodos. A teraz zostało tylko czekanie w domu. I branie mnóstwa tabletek.

Wizyta u sąsiadów w zeszłą niedzielę. 

Byłam u Margo ostatnio też sama. Ron wyszedł z psem. Rozmawiałyśmy.  Pokazała mi ślad: czerwoną rozmazaną i dużą plamę na brzuchu. Rak wątroby.  Pokazała mi pudełko z licznymi tabletkami: była tam też morfina. To były najmniejsze pigułki.  Pokazała mi pokłute ramiona, bo morfinę w zastrzykach też bierze. Decyzja? Chce eutanazję.  I tak wie, że umrze, ale nie chce cierpieć.  Aż się poryczałam i to ona mnie pocieszała!

W zeszłą niedzielę poszliśmy z mężem do sąsiadów razem. Daliśmy jej bukiet kwiatów.  Taki słoneczny.  Pytała się nas, czy chcemy przyjść na pogrzeb. Może być max 25 osób.  Jeśli nie, to ona to zrozumie i dostaniemy specjalną kartę z jej zdjęciem.  Chcemy iść na pogrzeb. Będzie pochowana w trumnie z naturalnego materiału na cmentarzu,  który jest parkiem. Rosną drzewa, kwiaty, pasą się owce. Nie ma tam nagrobków,  sztucznych kwiatów czy zniczy. Tylko drewniane tabliczki z imieniem i nazwiskiem. Cmentarz sama wybrała,  jak i trumnę,  która już czeka na piętrze. 

Kiedy eutanazja? W ten piątek, 14 sierpnia o godzinie 13:00. Lekarz zjawi się w domu. W tej chwili sąsiadka jest już podłączona do specjalnej pompy z morfiną,  która płynie do krwioobiegu. Bez tego, mówi że ból nie do zniesienia. Jest uśmiechnięta do końca.  Bo i taka zawsze była.  Dla niektórych to pewnie przerażające.  Z jednej strony się nie dziwię,  bo i ja pierwszy raz spotykam się z tym tak blisko. A z drugiej strony, po co cierpieć? Temat wart przemyślenia. 

Do nastepnego 🙂

UBRANIA Z KRINGLOOPA

Wiem, że znowu za rzadko robię wpisy. Nie lubię takiej sytuacji i nie podoba mi się to. Niestety znowu nadmiar pracy zabiera mi czas. Dzisiaj napiszę kilka słów na temat tego, co kupiłam jakiś czas temu w kringloopie.

Postaram się nadrobić,  bo zdjęcia i teksty czekają.  Mam chwilę,  więc leżąc o 20:00 w łóżku z ręcznikiem na głowie,  pokażę,  co ostatnio znalazłam w moim ulubionym sklepie.  Już nie pamiętam po co tam zajrzałam,  ale znalazłam się na dziale z ubraniami i o dziwo natknęłam się na kilka sztuk fajnych ubrań.  Kosztowały od 2 do 4 €.

Nigdy nie przymierzam ubrań.  Nie lubię tego.  No dobra, parę razy mi się to zdarzyło, bo naprawdę musiałam to zrobić.  Ale ogólnie męczy mnie to. Jakimś cudem udaje mi się trafić w swój rozmiar. W tym przypadku jednak trochę się pomyliłam.  Rzućmy okiem na dwie pary spodenek. Jedne jeansowe, lekko poszarpane w czarnym kolorze, marki Pull &Bear.  Zależy mi na tym, żeby zakrywały tyłek i te takie są.  Drugie, sportowe w kolorze oliwkowym.  Nie przepadam za kolorami i odcieniami zieleni, ale wydawały się wygodne i idealne na lato, więc kupiłam. 

Znalazłam genialne jeansy marki C&A. Odcień denimu bardzo mi się podoba. Jest jeden minus- muszę schudnąć z brzucha XD. A to w moim przypadku ciężka sprawa. Może się uda, bo spodnie są ekstra. To już druga para, która czeka na zrzut sadła. 

I na koniec spódnica. Super się sprawdzi na lato. W kolorze białym,  lniana z paskiem i kieszeniami z tyłu.  Nie jest bardzo krótka,  bo sięga do kolan. Lubię takie proste fasony. 

Zdjęcia nie oddają niestety autentycznych kolorów.  Zawędrowałam też na dział z lampkami. Do koszyka włożyłam małą lampkę na metalowej nóżce z szarym abażurem,  która włącza się przez dotyk. Były też takie dwie nocne lampki:

Oglądałam też zegary i zegarki. Nie kupiłam żadnego,  bo w domu mamy ich od groma. Nawet nie wiem, ile sztuk. Muszę kiedyś policzyć. 

Bym zapomniała! Natknęłam się na regał z obrazkami i obrazami. Wcześniej go tam nie było,  ale wiem, że od czasu do czasu pracownicy robią małe przemeblowania półek i towaru. Znalazłam świetny obraz z ptakiem. Lubię różnej maści ptaki (w domu mam przecież cztery stuknięte papugi) a ten na obrazku, to prawdopodobnie wilga, która swoim śpiewem zapowiada deszcz. Będzie wisiała w najmniejszym pokoju.

Do następnego 🙂

MAŁY PRZEGLĄD ASORTYMENTU W CENTRUM OGRODNICZYM

Zacznę od tego, że zarobiona jestem po uszy. I nie chodzi o obowiązki domowe, czy te związane z ogrodem. Mam na myśli pracę.  Do tego dodać trzeba upały i człowiek ma ochotę rzucić wszystko i zwiać w Bieszczady.

Jak co roku zapieprz plus upalne tygodnie. No ale żyć jakoś trzeba. O ile dom jakoś się ogarnie,  to ogródek woła o pomoc. Była koszona trawa, usuwane chwasty i bambus, przekopana rabata z kwiatami, ale chwila,  moment i znowu bajzel. Co z tego, że nowy komplet ogrodowy stoi w centrum sajgonu i czeka na jakiegoś grilla. Swoją drogą dwa stare grille czekają na wywiezienie do śmieci.  Moje zioła w skrzynkach fajnie rosną,  rzodkiewka jakoś chce, ale nie może i wzeszła aż jedna sałata! Lubczyk wypuszcza nowe gałązki,  róża zmarniała, a paproć ogrodowa ledwo zipie. Kupiłam nowe lampki do ogrodu, ale najpierw trzeba zrobić porządek.  Tak w skrócie się mój plac zabaw prezentuje.

Nie przeszkodziło mi to jednak podjechać do Aralii i dokupić ziemi, bo chciałam posiać nasiona kilku kwiatów (w tym chyba nagietka) i rośliny się przyjęły i już wykiełkowały.  Zrobiłam oczywiście obchód sklepu a mąż pchał cierpliwie wózek oglądając internety.

Zatrzymałam się przy gęstych i wiszących roślinach,  bo chciałam powiesić nowy kwiat przy drzwiach wejsciowo- wyjściowych.  Wybrałam jakiegoś, powiesiłam i niestety szybko zdechł.  Wiszą takie smutne cienkie nitki.  Wygląda to, jak fryzura Tiny Turner.

Co było jeszcze? Przy wejściu czekały i ozdabiały kaktusy.  Przyszło mi do głowy,  że taki taras nad kanałem by był idealnym miejscem na letnią dekorację. 

Jako że sezon na grillowanie się rozpoczął w pełni,  pojawiły się też gadżety z tym tematem związane.  Oprócz standardowych narzędzi do grillowania,  można było kupić różne ozdoby, m.in takie wesołe gnomy:

Ogólnie było dużo gadżetów typowo letnich. Wiele asortymentu było w obniżonej cenie, bo przecież już trzeba sklep szykować na sezon jesienny 😉

„Butelka” na wodę:)
Zestawy idealne do biesiadowania w ogrodzie z motywem pomidorów  🙂

A ja spróbuję się wziąć za ten mój mały kącik zieleni i doprowadzić go do porządku.  Mąż już czeka z kosiarką i randapem.  Oby tylko ten skwar trochę zniknął.  Do następnego 🙂