KILKA KADRÓW Z GOUDY I BELVEDERE
Nasza trzecia wizyta w Goudzie. Lubię to miasto. Całkiem przyjemne i ładne. Tak jak Delft. Uliczkami Goudy można długo spacerować i zawsze odkryje się coś nowego.
Ma to zresztą swoją nazwę: FLANERYZM. Jest to sztuka niespiesznego, kontemplacyjnego spacerowania po mieście, połączona z uważną obserwacją otoczenia, ludzi i architektury. Sposób bycia polegający na swobodnym, bezcelowym przemierzaniu przestrzeni miejskiej i refleksyjnym doświadczeniu codzienności, wywodzący się z XIX wiecznej Francji. Dziś postrzegany jako przeciwwaga dla pośpiechu i nadmiaru bodźców. Taka ciekawostka.

My tym razem nie spacerowaliśmy. Byliśmy oglądać dinozaury, o czym już wcześniej pisałam. Po dinozaurach wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do centrum. Znalazłam w Google fajną restaurację, bo byliśmy już głodni po bieganiu po parku jurajskim. Nazywa się ona Belvedere.

Jest to jedna z najstarszych restauracji w Goudzie. Działa od 1863roku, czyli od ponad 150 lat. Znajduje się na Starym Rynku w samym centrum miasta. Współpracuje z lokalnymi przedsiębiorcami i dostawcami. Wykorzystuje lokalne produkty, które są zawsze świeże. I tak np sery dostarcza im sklep Kaashuis, czyli sklep serowy, którego właścicielami są Maurice i Sandra. Jest on również atrakcją turystyczną. Turyści nie tylko kupują i próbują tu sery, ale robią też zdjęcia.

Ser zresztą zawdzięcza swoją nazwę miastu. W 1395 roku Gouda uzyskała wyłączny monopol na sprzedaż sera w regionie. Rolnicy z całych Niderlandów musieli zwozić swoje wyroby na tamtejszy rynek, gdzie urzędnicy surowo kontrolowali ich jakość. Gouda wytwarzana jest z mleka krowiego.

Z Belvedere współpracuje także cukiernia z sąsiedniego Reeuwijk, którą prowadzą Femke i Sander. Przekształcili swoje hobby w zawód i robią torty na różne okazje. Od kilku lat tworzą dla restauracji szarlotkę Green Heart. Belvedere polecana jest też w przewodnikach, np Goudse Gidsen Gilde.

Na zewnątrz pod parasolami siedziało już mnóstwo ludzi. Było bardzo ciepło, wręcz parno. Usiedliśmy w środku przy oknie, aby przyglądać się ulicy. Przewijało się bardzo dużo ludzi, bo obok trwał akurat targ, gdzie sprzedawano np sery, czy ubrania. Mąż zamówił sznycla z frytkami. Fryty były grube i pyszne. Oczywiście z majonezem. Próbowałam. Ja, gdy tylko zobaczyłam w menu zupę serową, wiedziałam, że muszę ją zjeść. Była z grzankami czosnkowymi i bardzo smaczna.


Idąc do auta, robiłam jak zawsze zdjęcia, bo jak pisałam wyżej, zawsze coś ciekawego w oko wpadnie. Będąc w Holandii, Gouda jest według mnie w pierwszej piątce miast do odwiedzenia.


Do nastepnego 🙂
MOJE ODKRYCIA I POLECAJKI NA WIOSNĘ
Nazbierało mi się trochę różnych rzeczy, które mnie zainteresowały, które polubiłam i które mogę tutaj Wam polecić. A że wiosna już w pełni, więc te rzeczy sprawdzą się o tej porze roku.
Zacznę od dwóch filmów. Pierwszy włączyłam z ciekawości a drugi już od dawna chciałam obejrzeć i przypadkiem natknęłam się na niego na platformie z filmami. Obydwa filmy powstały na podstawie książek.
„The Invisible Man”- „Niewidzialny człowiek”

Jest to amerykańsko- australijski thriller z 2020r. W roli głównej Elisabeth Moss („Opowieść Podręcznej”). Film powstał na podstawie powieści Herberta George’a Wellsa pod tym samym tytułem. Cecilia Kass jest uwikłana w toksyczną relację. Kobieta jest terroryzowana przez męża, bogatego i genialnego naukowca a zarazem socjopatę. Pewnej nocy postanawia od niego uciec i udać się do domu przyjaciela- policjanta. Po kilku tygodniach dowiaduje się o samobójstwie męża, który w spadku zostawił jej ogromną fortunę. Cecilia obawia się jednak, że śmierć małżonka może być upozorowana. Wkrótce w otoczeniu kobiety zaczynają się dziać dziwne i niebezpieczne rzeczy. Główna bohaterka nabiera przekonania, że śledzi ją niewidzialny człowiek. Rozpoczyna się walka o prawdę i życie. Film trzyma w napięciu i ma świetne zakończenie.
„The Help „- „Służące”

Amerykańsko-indyjsko-arabski komediodramat z 2011r inspirowany powieścią o tym samym tytule z 2009r autorstwa Kathryn Stockett. Lata 60 XX wieku, południe Stanów Zjednoczonych. Uprzywilejowani Amerykanie posiadają czarnoskórą służbę. Kobiety pracujące w ich domach, sprzątają, gotują a nawet zajmują się dziećmi, dla których nianie są często najbliższymi osobami. Służba wykonuje ciężką pracę za marne wynagrodzenie i liczne zakazy i nakazy. Początkująca dziennikarka Skeeter (rewelacyjna Emma Stone) spisuje historie czarnoskórych służących, wywołując skandal wśród wyższych sfer. Szykanowane i poniżane kobiety, dzięki postawie i namowom młodej dziennikarki, postanawiają walczyć o swoją godność. Jest to film o segregacji rasowej, o ludziach traktowanych jako gorszy sort. I mimo trudnej tematyki, ogląda się go przyjemnie. Historia porywa i zaskakuje humorem. Rewelacyjny.
Teraz coś na ząb. Jakiś czas temu na TikToku popularne były desery z kremem i ciastkami Lotus. Nie robiłam i nie jadłam. Często za to zaglądam w Lidlu na dział pieczywa, bo lubię tamtejsze słodkie wypieki. Cały czas mam w planach zrobić wpis o tym. Natknęłam się na donuty o smaku lotusa. Kupiłam tylko 2 na spróbowanie i żałuję. Żałuję, że tylko 2. Bo to było pyszne i szkoda, że pojawiło się chwilowo. Mam nadzieję, że jeszcze te donuty zjem 🙂

Czas na zupy. Oczywiście, nie ukrywając- pomysł z TikToka. Pierwsza, to pieczarkowa, ale w nieco innym wydaniu. Zazwyczaj robiłam ją z tymi jasnymi grzybami i makaronem np rurki. Tym razem skroiłam te o ciemnych łebkach a zamiast tradycyjnego makaronu, zrobiłam lane kluski, które lubimy jeść. Druga zupa jest…cytrynowa. Na litr bulionu powinien przepadać sok z jednej cytryny z jednym jajkiem. Mnie wyszło więcej wywaru. Rozbełtałam 3 jajka z sokiem z 3 cytryn i wlałam do gotującej się bulionu. Należy cały czas mieszać, żeby białko się nie zważyło. Podaje się z ryżem i natką pietruszki. Zupa pochodzi z Grecji. Jest lekka i idealna na ciepłe dni.


Miejsce w ogródku na zioła. Od teraz, co roku będę sadziła w skrzynkach zioła. Mam już rozmaryn, miętę, szczypiorek, który przetrwał zimę i się pięknie rozrósł, tymianek a dodatkowo wschodzi już pietruszka. Koperek niestety chyba nie da rady się wybić, ale będę jeszcze próbować, bo go uwielbiam.

Dwie rzeczy z Lidla. Mam w planach trochę odświeżyć salon. Na jednej ze ścian, wisiał wypalony w drewnie statek. Morska tematyka dominuje w sypialni, więc go tam przeniosłam. W salonie chcę jak najwięcej zieleni. Dlatego zawisła na jego miejscu monstera i prezentuje się dużo lepiej. Potem przyjdzie czas na kolejne liściaste grafiki.

Buty. A dokładniej klapki na letnie dni, które są już coraz bliżej. Ten model jest już od dłuższego czasu popularny. Lidl ma dobrej jakości tekstylia. Były to ostatnie sztuki, do tego przecenione. Do wyboru dwa kolory: złoty i brąz. Szukałam brązu i numeru 39. Był! Klapki bardzo wygodne.

Będąc na polach tulipanów, nie mogło zabraknąć kupienia czegoś na pamiątkę. Oprócz magnesów, kupiłam świecę o wiosennym zapachu. Ten aromat jest piękny. Lekko słodki, ale nie mdły. Z drugiej strony ożeźwiający. Mogłabym mieć takie perfumy albo patyczki zapachowe. Ta świeca daje zapachem nawet, gdy nie jest odpalona. Nie pozostaje mi nic innego, jak znaleźć producenta w internecie 🙂

Moją ulubioną marką żeli pod prysznic i dezodorantów, już od bardzo dawna jest Sanex. Żel mi się skończył i coś musiałam kupić a nie gustuję już w tych różnych zapachowych kosmetykach. Wolę te neutralne, niemal bezzapachowe. Będąc w markecie Jumbo, zauważyłam markę Sanicur. Nigdy wcześniej jej nie znałam, nigdzie nie widziałam. Kupiłam ten żel i jest rewelacyjny. Prawie bez zapachu, a z właściwościami niemal jak Sanex. Uniwersalny do każdego typu skóry i płci a także dzieci. Na pewno do niego wrócę.

I na koniec kilka słów o tureckim szamponie. Bo oprócz popularnych ostatnio arabskich perfum, warto spojrzeć na produkty do włosów. W tureckim sklepie przyjrzałam się szamponom. Mam dość tych wszystkich lorealów i innych garnierów, które tylko spłukują brud z łba. A skóra głowy nadal pozostawia wiele do życzenia, czyli bez rewelacji. A Turczynki mają włosy piękne. Wiadomo- geny, ale ich kosmetyki do włosów też pomagają. Tak więc kupiłam butlę szamponu z ekstraktem z czarnego czosnku. Co ta roślina daje? Przede wszystkim wstrzymuje wypadanie i stymuluje porost nowych włosów oraz wzmacnia cebulki. A to dzięki siarce, witaminom i antyoksydantom. Regeneruje zniszczone pasma, odżywia skórę głowy i dodaje włosom objętości. Działa przeciwzapalnie i pomaga w walce z łupieżem. Zaczęłam używać tego szamponu i muszę przyznać, że faktycznie mniej włosów wypada. Nie miałam z tym akurat nigdy problemów, ale ich ilość w wannie po umyciu i tak się zmniejszyła. Włosy są mocniejsze i szybciej rosną. Widzę po odrostach. Skóra głowy mniej swędzi. Jednak coś w tym jest. Poza tym, 1000 ml za około 7€, to dobry deal 🙂

Do następnego 🙂
DINOZAURY
Dino Experience Park w Goudzie, nie był w ogóle w planach. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że istnieje takie miejsce i to całkiem niedaleko Hellevoetsluis. Skąd się o nim dowiedziałam? TikTok 🙂
Na TikToku obserwuję wiele kont dotyczących Holandii. Jedno z nich jest całkiem praktyczne, bo znaleźć na nim można różne polecane i ciekawe miejsca. I tak natknęłam się na listę parków z dinozaurami. W sumie jest ich podobno 6. Chciałabym odwiedzić je wszystkie. Zdziwiłam się, że w Goudzie też jest taki park. Od tego miasta dzieli nas niecałe 50 km. Weszłam na stronę Dino Experience Park i sprawdziłam „co tam dają „. Musiałam się przekonać, czy warto tam pojechać i czy starzy ludzie są mile widziani. Nie będziemy przecież robić z siebie debili i jechać tam, gdzie wszystko jest zarezerwowane raczej dla tych młodych i małych.

Okazało się, że park jest nie tylko atrakcją dla dzieci. Kupiłam więc bilety i powiedziałam Panu Mężowi, żeby nic na sobotę nie planował, bo jedziemy gdzieś… Nie zdradziłam gdzie. Gdy podjechaliśmy pod bramkę parkingową i zobaczył co to, to się ucieszył, bo też lubi prehistoryczne gady. Jeden z nich był od razu widoczny, bo stał na budynku knajpki, był ruchomy i wydawał dźwięki. Widać też było wodospad. Znajdowało się tam pole golfowe, za które trzeba było dodatkowo płacić. My z niego nie korzystaliśmy. Skanowanie biletów odbyło się w sklepiku z pamiątkami. Potem już znaleźliśmy się w parku. Na początek wita Tyranozaurus Rex.




Figury gadów otoczone były sznurkami, których przekraczać nie wolno i o dziwo wszyscy to rozumieli. Przy każdym modelu widniała tablica informacyjna po holendersku i angielsku, informujący co to za dinozaury, kiedy żył, itp. Przy wejściu, w plastikowych skrzynkach znajdowały się mapki z parkiem i dodatkowo dla dzieci karta, na której zapisywało się nazwy gadów z jajkami. Trzeba było po prostu szukać dinozaurów, które posiadały jaja.

Oprócz tego, była tam ścieżka edukacyjna, gdzie można z tablic odczytać np wzrost dinozaurów, prędkość z jaką się poruszały a także brać udział w wykopaliskach, czy poszukiwać złota w wodzie.

Inną atrakcją dla najmłodszych były dmuchańce a obok, na tarasie pod parasolami, dorośli odpoczywali i jedli np frytki. Ogólnie w całym parku są rozstawione drewniane stoły z ławkami i można sobie siedzieć pośród dinusiów.


Obeszliśmy ten park w godzinę. Według mnie, jest tam trochę chaotycznie i trzeba pilnować ścieżek i eksponatów, żeby żadnego nie pominąć. Mam nadzieję, że uda nam się odwiedzić wszystkie parki i zrobię z nich ranking tutaj na blogu.




Do następnego 🙂
FOTORELACJA- KWIECIEŃ
April, april, kikker in je bil! Czyli: kwiecień, kwiecień, żaba w twojej dupie! To powiedzenie Holendrów odnośnie żartów 1 kwietnia. Ja też kilka psikusów zrobiłam. Ludzie już zapominają o tej tradycji i dawali się nabrać.

Na początku kwietnia zaczął się zbiór pomidorów. Nagle zrobiło się czerwono i trzeba było zaczynać. Już w pierwszych dniach trafiła się ofiara sekatora. Jeden sobie tak palca zaciął, że przy ważeniu znalazłam mnóstwo pomidorów we krwi i zakrwawionych skrzynek. Nawet nie chciał iść na kantynę i przykleić plastra. Trzeba to było odrzucić. Poszło na sprzedaż dla Turka. Nie wiem, może on takie owoce do kebabów daje… Temu gościowi powiedziałam, żeby następnym razem odciął sobie głowę, bo jak się zabijać, to raz a porządnie. Pojawiło się w tym sezonie kilka zmian. Jedną jest np cięcie do dużych, zielonych, plastikowych skrzynek. Ciężkie to cholerstwo i trzeba rozkładać zanim się włoży trosa pomidora. A efekt jest taki, że maszyna podnosząca skrzynki jest nie dostosowana do tych nowych i wszystko leci w dół.

Potem trzeba to zbierać i segregować na dobre warzywa i te zmiażdzone. Przez chwilę jest spokój i znowu wszystko się rozpieprza. I tak w kółko. Dodać jeszcze trzeba zacinanie się skrzynek i cały dzień jest przewalony. Dobrze, że są nadal jeszcze zwykłe kartonowe pudełka. Raz tak, raz tak.
W Lidlu pojawiły się bukiety tulipanów w różnych kolorach. Nie mogło zabraknąć ich w moim wazonie, chociaż potem pojawił się nawet bukiet stokrotek.

Jak pisałam już wcześniej, byliśmy na pierwszym w tym roku pchlim targu. Odbył się we wsi, gdzie pracuję i przy okazji oglądałam sobie, co ludzie mają wokół domu. Jedno gospodarstwo było wybitnie zagracone m.in starymi samochodami. Jednak właściciel pozwolił przejąć co nieco naturze i w taki oto sposób powstała ta dekoracja:

Spędziłam też dzień nad morzem z rodziną. Był odpływ, więc na plaży pojawiło się mnóstwo różnych muszelek i pancerzyków krabów.

Spacerując wokół głównego kanału i pokazując rodzicom stare miasto i port, natknęliśmy się na dwa siedziska z beczek. Spodobały się one mojemu tacie. Muszę przyznać, że ciekawy pomysł wykorzystania beczek.

Mam małego bzika na punkcie zapachów do auta. Testowałam już różne i jeśli zapachy są intensywne i przyjemne, to wiem, że długo nie wytrzymają. W Lidlu pojawiły się te od Yankee Candle. Kupiłam 3 i jest tak, jak napisałam: zapachy ładne, mocne ale krótkotrwałe.

Byliśmy też na polach tulipanów. W tym samym dniu, u nas w okolicach otwarte były szklarnie, które produkują np ogórki, pomidory, paprykę, kwiaty, itp. Odbywa się to co roku i każdy wtedy może wejść i zobaczyć jak wszystko działa od kuchni. Właściciele szykują wtedy różne atrakcje dla odwiedzających. U nas w pracy były dostępne gazetki z reklamowanymi firmami, które otwierały w ten dzień swoje drzwi. W środku znajdowała się mapka z zaznaczonymi okolicznymi zakładami, nazwy firm i opisy co oferują i historia powstania. Ja chciałam zobaczyć szklarnię z różami, ale Pan Mąż był wypompowany po polach tulipanów i nie chciał jechać a samej mi się zaś nie chciało.

Z nasion pomidorków cherry, wyrosło mi tylko 5, ale idą cały czas w górę. Jeszcze trochę i przesadzę je na zewnątrz. Mam nadzieję, że wyrosną z nich jakieś owoce.

Robiąc wiosenne porządki w ogrodzie, natknęłam się na 3 haki do wieszania donic. Pan Mąż wyciął laurowiśnię, która przeszkadzała i dawała schronienie komarom i innemu robactwu. Usunęłam też część bluszczu i moim oczom ukazały się piękne haki. Środkowy ozdobiony jest kwiatami i kolibrem. Niebawem zawisną na nich donice.

Natknęliśmy się pewnego dnia na Dieren Ambulance. Jest to ambulans, który pracuje jak karetka pogotowia, tyle że dla zwierząt. Już kiedyś widziałam go zaparkowanego nad kanałem. Nie widziałam jednak jakie zwierzę było ratowane. Jak dla mnie, super inicjatywa.

A propos zwierząt. W Polsce u mojej babci i dziadka, został nasz piesek- suczka Fisia. Kiedyś, gdy wyjeżdżaliśmy do Holandii (jeszcze nie wiedzieliśmy, że tu zamieszkamy na stałe), zostawiliśmy ją u moich dziadków, bo zgodzili się nią zaopiekować. Przez te kilkanaście lat żyła sobie u nich i miała się dobrze. W sumie, to był już ich pies. I teraz odszedł za tęczowy most. Nasza staruszka przeżyła aż 17 lat ❤️

I teraz przyszedł maj. Zaczęły się pierwsze wiosenne burze.

Do następnego 🙂
„TAROCISTA” – JAKUB RUTKA
Jako że będzie to wpis o kolejnej przeczytanej książce, więc napiszę też kilka słów o tym, jak idzie mój książkowy challenge. W planie jest 1 miesiąc- jedna książka + kilka dodatkowych.
Na Instagramie widzę zdjęcia i opisy książek przeczytanych przez niektóre dziewczyny. I jest to np 10 w miesiąc. 10! Czasem i więcej. A u mnie idzie jak? Srak, że się tak brzydko wyrażę. Mamy maj, a ja zaczęłam dopiero trzecią książkę! Nie będzie dodatkowych przeczytanych, bo nawet z 12 będę w tyle. Mam tylko cichą nadzieję, że przeczytam więcej książek w tym, niż w zeszłym roku. Teraz zacznę temat „Tarocisty”.
Z Jakubem Rutką spotykam się pierwszy raz i jestem mile zaskoczona. To znaczy pierwszy raz przeczytałam jego książkę, bo poza tym pewnie go kojarzę np z mediów. Jakub, to lektor, dziennikarz, podcaster, od urodzenia związany z Ostrołęką. Założyciel MysteryTV- popularnego kanału, na którym przedstawia tysiącom słuchaczy mrożące krew w żyłach opowiadania o makabrycznych zbrodniach i zjawiskach paranormalnych. Gdy nie opowiada mrocznych historii, użycza głosu do wielu filmów, seriali oraz reklam telewizyjnych i radiowych. Można go także zobaczyć na Instagramie i TikToku, gdzie pokazuje swoją bardziej komediową stronę. I dlatego zapewne wielu ludzi go zna, lub kojarzy.

Akcja książki dzieje się w Ostrołęce i częściowo w Łomży zimową porą. Zbliża się Boże Narodzenie, gdy brutalne morderstwo młodej kobiety wstrząsa Ostrołęką. Za zaszytymi ustami ofiary, śledczy znajdują kartę Kapłanki. To dopiero początek serii krwawych zbrodni, w której śmierć przemawia językiem tarota. Przenikliwy krzyk słuchaczki podczas audycji w radio Narew „Wieczór grozy”, popchnie lokalnego podcastera, Jacka Gadowskiego do podjęcia dziennikarskiego śledztwa. Talia kart opowie mu o tajemnicach mieszkańców Ostrołęki i mrocznych wydarzeniach z przeszłości. Czy uda mu się odkryć tożsamość mordercy zwanego Tarocistą? Co, jeśli pewnego dnia również nad Jackiem zawiśnie karta śmierci?
Akcja powieści toczy się we współczesnych czasach i dużą rolę odgrywa w niej m.in TikTok. Jest tu pokazane, jak podcasterzy i dziennikarze pomagają, ale i często szkodzą w prowadzonym sledztwie. I w tym przypadku policja nie pała sympatią do głównego bohatera. Akcja jest wartka, czyta się jednym tchem a ja w niektórych momentach parskałam śmiechem.

Książka jest naprawdę świetnie napisana i ma zaskakujące rozwiązanie. Dlatego polecam i sama również sięgnę z chęcią po inne pozycje tego autora, chociaż jeszcze nie zorientowałam się, czy takie są.
Do następnego 🙂
KILKA RZECZY Z DROGERII
Nie przepadam za Kruidvatem, czyli chyba najbardziej popularną drogerią w Holandii, ale musiałam tam zajrzeć po pracy. I nawet miło się zaskoczyłam.
Ja zawsze mówię, że w Kruidvacie to chyba tylko „dziada z babą brakuje”. Tam jest chyba wszystko. Oprócz kosmetyków, kupić można biżuterię, chemię, słodycze, zabawki, leki. Poza tym Kruidvat się tak naprawdę chowa przy takim Rossmanie, czy Hebe. Nie ma aż tak dużego wyboru choćby w maseczkach na twarz. Poza tym nie lubię tego rozstawu regałów. Nic nigdy nie mogę szybko znaleźć. Zrobię osobny wpis, jak wygląda ta drogeria w środku i pokażę przykładowe ceny. Wcale tanio nie jest, i wolę kupić krem przez internet, ale tym razem potrzebowałam peelingu do skóry głowy. Znalazłam tam bardzo dobry produkt, którego akurat teraz nie było. Oczywiście zapomniałam nazwy, pamiętam tylko wygląd buteleczki. Kolor włosów też wymagał odświeżenia a chciałam ponownie wrócić do granatowej czerni.

W peelingach dużego wyboru nie było. Szorowałam gałami po dziale z włosami i znalazłam ten marki Yari, którą widzę pierwszy raz. Weszłam na ich stronę internetową (niby holenderska firma, która prowadzi sprzedaż hurtową i marketing B2B) i faktycznie mają duży wybór kosmetyków do różnego rodzaju włosów. Kupiłam ten peeling, bo nie miałam wyjścia. Zresztą peelingi do skóry głowy, to moje odkrycie, mimo że są na rynku już od dłuższego czasu. I do tej pory się dziwię, że nie zaczęłam ich używać już wcześniej. Tymbardziej, że mam nawroty łupieżu. Pomaga mi tylko Nizoral, jeśli chodzi o szampony. Wypróbowałam ten scrub. Jest bardzo cukrowy i lepki, ale szybko się zmywa. Jednak ten poprzedni, to był sztos. Będę szukała go w innych sklepach, bo rewelacyjnie odświeżał skórę głowy i czuć było, że jest naprawdę czysta.
Kolor granatowej czerni znalazłam jedynie w farbach marki Syoss. W słońcu faktycznie widać granat, ale dla mnie to za mało. Mam ochotę pokryć włosy całkiem granatowym kolorem. Gdzieś ostatnio przeczytałam, że problem z czarnym kolorem włosów jest taki, że nigdy nie jest wystarczająco czarny. I coś w tym jest 🙂

Skusiłam się też na spray marki John Frieda, który podnosi włosy u nasady, a mam na tym punkcie hopla. Ostatnio w ogóle wzięłam się za swoje włosy. Zazwyczaj traktowałam je po macoszemu: jakiś szampon plus odżywka bez spłukiwania, co jakiś czas farba i tyle. Teraz widzę różnicę. Tę markę lubię, ma dobre produkty. Spray łączę z pianką dodającą objętości włosom z Lidla, marki Cien. Efekt jest. Ja po prosty nie lubię oklapniętych włosów.

Żółty kolor, czyli witamina C. Ten krem oczyszczający widzę pierwszy raz. Jest koreańskiej marki Goodal. Pachnie lekko cytrusowo, jest biały i gęsty. Nadaje się raczej na wieczorne oczyszczanie, po całym dniu trzymania skóry twarzy w kurzu, pocie itp. Usuwa brudy dokladnie. Drogeria ma też swoje produkty, jak np ten tonik rozświetlający w sprayu z wit. C. Kupiłam z ciekawości i już wiem, że nie ostatni raz. Ma przyjemny zapach i ładnie rozświetla skórę i dodatkowo odświeża.

Moje niedawne odkrycie, czyli maski w płachcie Garnier. O tych różowych już pisałam. Była znowu promocja 1+ 1 gratis, więc kupiłam też te z wit C. Uwielbiam je.

Kolorówka powiększyła się o nowe marki, np tę z Shein, czyli Sheglam. Ja chciałam tylko lakiery do paznokci i ulubioną czarną kredkę do oczu marki Essence. Dla mnie jest ona nie do zdarcia. Lepszej nie miałam. Lakiery wpadły 3: czerwone i beż. Nigdy nie miałam chyba beżowych paznokci a te czerwone niby się trochę odcieniem różniły, ale w domu stwierdziłam, że chyba są takie same 🙂
Do następnego 🙂
THE TULIP BARN
Czy jest coś o tej porze w Holandii, co kojarzy się z wiosną? Tak! Sezon na tulipany. Wie o tym mnóstwo ludzi na świecie i też mnóstwo ludzi odwiedza właśnie ten kraj.
Byliśmy już kiedyś w słynnym ogrodzie tulipanowym Keukenhof. Jest piękny, to fakt. I jest też najczęściej odwiedzanym ogrodem wiosną. Trzeba naprawdę dobrze trafić, żeby ludzi było mniej. Inaczej trudno o zrobienie dobrych i ciekawych zdjęć. Przynajmniej ja tak miałam. Dlatego tym razem wybór padł na pola tulipanów. Znalazłam w internecie równie popularne i ładne miejsce, czyli The Tulip Barn. Obserwuję ich na Instagramie i TikToku. Kupiłam więc dwa bilety za 20€, wybrałam datę i godzinę i pojechaliśmy.

Nie było to daleko, bo około godziny jazdy od Hellevoetsluis. Parking bezpłatny (albo jak kto woli, wliczony w cenę). Dojeżdżając do miejsca, już z daleka widać pola żonkili i pięknie pachnących hiacyntów, których kwiatostany są naprawdę pokaźnych rozmiarów.


W The Tulip Barn znajduje się ponad 200 różnych odmian tulipanów i około 2,5 mln kwitnących kwiatów. Na stronie można przeczytać, że jest to miejsce zaprojektowane z myślą o spacerach, zwiedzaniu (można wypożyczyć rowery i objechać pola) i robieniu mnóstwa zdjęć. Co roku jest przeprojektowany, nadając mu świeży wygląd. Działalność jest rozwijana i tej wiosny osiągnęła 300.000 m kw.

Dzięki umiejętnościom łączenia odmian wczesno, średnio i późno kwitnących, wstępnemu schładzaniu niektórych cebulek i stosowaniu różnych technik sadzenia, dba się o to, aby tulipany zostały w pełnym rozkwicie jak najdłużej. Ogród otoczony jest polami produkcyjnymi szkółek, tworząc idealne tło.

Tulipany kwitną tylko kilka tygodni w roku, a każdy dzień wygląda trochę inaczej. Warto śledzić media społecznościowe ogrodu, aby być na bieżąco i podglądać rozkwit. Wczesnym rankiem panuje tam miękkie światło i jest mniej ludzi a późnym popołudniem firma zaprasza na „złotą godzinę”. Oczywiście trzeba przestrzegać paru zasad, np trzymać się wyznaczonych ścieżek, nie zrywać i nie deptać kwiatów. Warto też założyć coś ciepłego z kapturem, bo na polach i otwartej przestrzeni jest wietrznie. Mnie przewiało, ale widziałam, jak dziewczyny zdejmowały kurtki, pokazując się w cienkich i zwiewnych sukienkach, żeby zapozować do idealnych zdjęć.

W ogrodzie znajduje się ponad 25 różnych miejsc do robienia zdjęć. Popularne, to m.in: kultowy samochód- kwiat, ławka w kształcie serca, huśtawka (żałuję, że nie skorzystałam, ale kolejka była spora), czy lustro do selfie.

Właściciele The Tulip Barn urodzili i wychowali się w Hillegom, w samym sercu holenderskiego regionu cebul kwiatowych: Bollenstreek. Obszar ten od wieków uznawany jest za centrum uprawy tulipanów. Z biegiem lat coraz więcej ludzi przyjeżdżało z całego świata do Holandii, aby podziwiać słynne tulipany, co zapoczątkowało rozkwit turystyki. Turyści często wchodzili na pola rolników, aby zrobić chociaż jedno idealne zdjęcie.

Holenderscy hodowcy z dumą dzielą się swoimi kwiatami, ale wiązało się to również z deptaniem, niszczeniem roślin i rozprzestrzenianiem się chorób. Postanowili stworzyć lepszą alternatywę. Miejsce, w którym ludzie będą mogli bezpiecznie i swobodnie spacerować wśród tulipanów, nie niszcząc upraw rolników. Pomyśl był prosty: należało zaprojektować ogród równie piękny, jak tradycyjne pole.

The Tulip Barn, to firma rodzinna, zajmująca się uprawą tulipanów od początków XX wieku, co czyni ją piątym pokoleniem hodowców kwiatów.

Miejsce to składa się z ogrodu, kawiarni Greenhouse i sklepu z pamiątkami w szklarni i słonecznego tarasu z licznymi ławkami, gdzie znajdują się food tracki, np z pizzą albo sandwichami. My zjedliśmy pizzę (były 3 rodzaje) z kurczakiem. Bardzo smaczna na cienkim cieście a dodatkowo można było dołożyć sobie gratis rukolę i parmezan.

W sklepie można kupić bukiety tulipanów, magnesy, pachnące świeczki czy ozdoby do domu.

Polecam to miejsce. Panuje tam bardzo przyjazna atmosfera a personel jest bardzo sympatyczny.

Do następnego 🙂
NASZE ŚWIĘTA
To była nieco inna Wielkanoc. W zasadzie nie chciałam tych świąt w ogóle obchodzić. Wszystko zmieniło się po jednym telefonie. Chociaż i tak w pierwszej chwili pomyślałam, że to żart.
Moja mama zadzwoniła i powiedziała, że odwiedzi mnie w Holandii. W pierwszej sekundzie niedowierzanie. Jak to? Przecież są święta. W Polsce zawsze obchodzone. Miała jechać busem do mojego brata, który mieszka w Almelo a potem z nim do mnie i do drugiego brata i jego żony, którzy mieszkają w Delft. Koniec końców, okazało się, że jedzie z moim tatą autem. To był w sumie spontan. Taki mały świąteczny trip.
Posprzątałam więc porządnie chatę, ugotowałam żurek z białą kiełbasą, zrobiłam sałatkę (którą jem do tej pory), upiekłam schab ze śliwką (wszystkim smakował, tylko nie mnie. Jednak nie moje smaki), ugotowałam kompot z truskawek, kupiłam mazurka w polskim sklepie i jakieś ciasto w Jumbo i czekałam na przyjazd gości.

Wszyscy zjechali się finalnie do nas w Lany Poniedziałek i niestety woda ich dosięgła. Pan Mąż otworzył okno w łazience, które wychodzi na stronę od ulicy i znajduje się centralnie nad drzwiami wejściowymi. Użył słuchawki od prysznica i lał z góry. Ja otworzyłam drzwi i pryskałam z butelki do zraszania roślin. Rodzice weszli, obejrzeli dom, rozpakowali się, (dostaliśmy z Polski wiejskie jajka i swojskiej wędliny), odpoczęli i poszliśmy na spacer do parku. Pogoda dopisała. Zrobiliśmy rundę wokół jeziorka i wróciliśmy do domu. Potem czekała nas wycieczka nad morze. Blisko, bo około 10km od domu.

Były spacery, zdjęcia, zbieranie muszli. Morze było spokojne i w trakcie odpływu. Brat zdjął buty i wlazł do wody. Miałam ochotę zrobić to samo. Na plaży znajduje się wiele barów i knajp. Wszystko otwarte. Holendrzy tak właśnie spędzali drugi dzień świąt. Ludzi było naprawdę dużo. Siedzieli przy piwie/ winie, jedli, opalali twarze w słońcu albo spacerowali z psami. My zjedliśmy kibeling, czyli dorsza smażonego w cieście z pysznym sosem. Już wiem, gdzie jest pyszna ryba 🙂

Nad morzem spędziliśmy chyba ze 3 godziny. Po powrocie jeszcze trochę siedzieliśmy w ogrodzie. Potem wszyscy padli, jak muchy i spaliśmy jak zabici. My z Panem Mężem we wtorek już do pracy a rodzice z bratem zrobili sobie rajd po kringloopach. Ich łupy były zacne. Gdy wróciliśmy z pracy, zabrałam ich na spacer po porcie Hellevoetsluis. Pokazałam mieszkanie, które kiedyś wynajmowaliśmy, spacerowaliśmy nad głównym kanałem i oglądaliśmy statki.

Dotarliśmy na plażę, potem był park z bunkrami, wiatrak, dok i 3 okręty- muzeum. Zrobiliśmy sporych rozmiarów kółko. Rodzicom się miasto podoba. Szkoda, że nie mogli zostać dłużej, bo tutaj jest tyle miejsc do odwiedzenia, zwiedzania, zobaczenia.

Przywiozłam im z pracy dwie skrzynki pomidorów. W czerwcu muszę dowieźć im magnesy na lodówkę (nie wiedzieli, gdzie kupić) i sera. W środę wyszli z domu razem z nami. My do pracy a oni odwieźli brata do Almelo i skierowali się do Polski. To były fajne święta i jesteśmy zadowoleni, że odwiedzili nas tutaj, w nowym domu wszyscy rodzice 🙂

Do następnego 🙂
PIERWSZY PCHLI TARG W TYM ROKU
Ależ ja się ucieszyłam, że tuż pod nosem w sobotę wielkanocną, będzie pchli targ. Zaczyna się już na nie sezon i mam zamiar odwiedzić jeszcze kilka w tym roku.
Rommelmarkt odbył się w miejscowości Tinte (tam znajduje się moja szklarnia). Jest to w sumie wieś. Trwał od godziny 10:00 do 15:30. Pogoda dopisała. Ludzi było sporo. Stwierdziliśmy z Panem Mężem, że MUSIMY coś kupić. Nawet jakąś pierdołę, bo to pierwszy pchli targ w tym roku.
Na wstępie obejrzeliśmy meble, których było naprawdę sporo. Rozglądałam się za biurkiem. Były sekretarzyki, całkiem przyzwoite, ale dla mnie trochę za małe. Nie brakowało stolików czy krzeseł.

Potem natknęłam się na dwie duże skrzynie z torbami, torebkami i plecakami różnej wielkości, różnych marek i różnego koloru. I tam zatrzymałam się na dłużej, tym bardziej że cały czas dorzucany był kolejny towar.

Rzeczy do domu oczywiście też były. Można było kupić serwisy kawowe, garnki, miski, lub coś do ozdoby, typu świeczniki, wazony czy koszyki. Nic z tego nie wybrałam, bo po prostu nie potrzebuję. Tylko oglądałam.

Nie zabrakło stoisk z zabawkami, biżuterią, lampami a także kwiatami. Można też było nabyć świeże ogórki, bakłażany czy pomarańcze.


W pewnym momencie zauważyliśmy, że ktoś do nas macha. Okazało się, że to Corne, były właściciel szklarni, w której kiedyś pracowaliśmy. Corne odchodził na emeryturę i wynajął swoją szklarnię innej firmie. Nasz kierownik nie dogadywał się z nowymi najemcami i postanowił odejść zabierając nas ze sobą. Dlatego pracujemy teraz tu, gdzie pracujemy. Czasami Corne nas odwiedza. Na emeryturze zajmuje się swoim hobby, czyli motocyklami. Na pchlim targu miał swój stragan z elektroniką. Pogadaliśmy chwilę, pogratulowaliśmy mu zostania kolejny raz dziadkiem ( jego syn- Nick ma syna), życzyliśmy wesołych świąt i poszliśmy na frytki.

Jedzenia tam nie brakowało. Można było zjeść fryty z dodatkami, krokiety, jakąś zupę, gofry i lody. Kolejka do frytek była długa, ale nie zrezygnowaliśmy, bo dopadł nas mały głód.

Co tu dużo pisać… Z pustymi rękami do domu nie wróciliśmy 🙂 Ja kupiłam 3 damskie torebki w idealnym stanie. Każda po 2€. Pan Mąż dorwał lampki choinkowe rodem z PRL, takie zakładane na klipsy.


Dziewczyna, która handlowała zabawkami, miała też różne notesy. A że ja lubię takie rzeczy i lubię pisać, więc nabyłam jeden w czarnej okładce.

Teraz pozostaje czekać na Dzień Króla, bo wtedy też odbywają się pchle targi.

Do następnego 🙂
FOTORELACJA- MARZEC
I tak oto mamy kwiecień, który w Holandii jest już bardzo zielony i kwiecisty. Marzec nie był dla mnie jakoś zbytnio wspaniały, mimo że miałam wtedy urodziny.
I z tej okazji wzięłam tydzień urlopu a Pan Mąż trzy dni. Mieliśmy jechać na cały dzień w Ardeny na szlak, który prowadzi do wodospadu i przy okazji zrobić mały piknik z mini grillem. Gówno z tego wyszło. Po pierwsze, w pracy jechałam sobie po betonie na hulajnodze. Odpychałam się na całkowicie wyprostowanej nodze. I tak naciągnęłam mięsień łydki, że ledwo chodziłam. Ból niemal identyczny do tego, gdy złapie skurcz. Było to w piątek przed urlopem, a Ardeny miały być we wtorek. Do tej pory trochę boli. O marszu w górkach i dolinkach nie mogło być mowy. Bym padła. Nie dała rady. Poza tym, pogoda w Ardenach była wtedy kiepska. Trochę szkoda, ale poczekamy na lepszy czas. Musiałam się zadowolić bukietem kwiatów.

Pogoda podczas mojego wolnego tygodnia była niemal całkiem do dupy. Ale gradu i burz się nie spodziewałam. Deszcz niemal bez przerwy a grad zniszczył mi zielnik w skrzynce. Wszystko do naprawy. O pracach w ogrodzie nie było mowy. Niemal nic nie zrobiłam. A chciałam większe wiosenne porządki. Zostało mi tylko zwykłe sprzątanie.

W pracy wszystko zaczęło ruszać. Ludzie dojeżdżali. Pomidory wystrzeliły w górę a owoce na dole były coraz większe., choć jeszcze zielone. Nieswojo się czuje, gdy jestem wśród wielu osób. Dobrze, że nie palę, bo ciężko mi by było wysiedzieć z tyloma osobami na palarni, gdzie jest gwar i obgadywanie. Obok naszej szklarni znajduje się mniejsza z papryką. Tylko raz widziałam tam może ze dwie osoby. Nie wiem, kto i kiedy tam pracuje. Nazywam ją szklarnią widmo 🙂

Gdy jedziemy do i z pracy, mijamy gospodarstwo rolnicze. Rolnik uprawia w polu ziemniaki i cebulę. Wystawia mobilny sklepik z towarem i skrzynką na monety. W Holandii to bardzo popularne. Miałam trochę klepaków, więc kupiłam tam 5kg ziemniaków.

Chyba najczęściej fotografowane przeze mnie ptaki, czyli łabędzie:


Ostatnio na Facebooku, ludzie chwalili się zdjęciami papug- aleksandetta obrożna. Jest to inwazyjny gatunek, który w Holandii się bardzo rozmnożył i ludzie je widzą wszędzie. Ja jeszcze nie spotkałam. Wiem tylko, że żyją w stanach i drą niesamowicie ryje. Zdjęcie z Facebooka:


Przez tego TikToka, znowu siedziałam w garach. Zostały mi 3 banany, więc zrobiłam chlebek bananowy. Pierwszy raz to jadłam, bo za bananami ogólnie nie przepadam. Robię z nich jedynie koktajle ze szpinakiem, albo Pan Mąż je. Chlebek wyszedł całkiem dobry, ale to nie będzie mój ulubiony placek.

W supermarkecie Jumbo znalazłam oliwy smakowe ich marki. Kupiłam tę z bazylią.

A pod supermarketem, znowu efektownie zaparkowany wózek sklepowy.

Pączki z Lidla, to zdecydowanie mój faworyt. Przez długi czas ich nie jadłam, ale ostatnio kupiłam takie kolorowe z bardzo smacznym nadzieniem.

Do następnego 🙂
