THRILLER I KRYMINAŁ

Skończyłam czytać dwie ciekawe książki. Dla odmiany sięgnęłam po polskiego autora a potem po angielską autorkę thrillerów, której jedną książkę już czytałam. Była to „Czarownice nie płoną” i znowu chciałam się przekonać, czy warto przeczytać kolejną.

„Martwy ptak” Macieja Kaźmierczaka, to wyjątkowo krwawy kryminał. Akcja zaczyna się dziać właściwie od pierwszych stron. W Łodzi dochodzi do makabrycznych zbrodni. Łączy je intrygujący schemat- seryjny morderca pozbawia ofiary palców a w ich usta wkłada martwe ptaki. Nad sprawą pracuje dwoje śledczych: komisarz Kyrcz i podkomisarz Szolc. Sprawca nie pozostawia po sobie żadnych śladów, jest perfekcyjny. W końcu jednak popełnia błąd… W całą sprawę zostaje wplątana Laura Wójcik – rysowniczka. Dziewczynę fascynuje śmierć, szczególnie ptaków. Dlatego intrygują ją ostatnie zbrodnie. Wstrząsające wydarzenia skłaniają ją do przemyśleń nas swoją przeszłością, bo dziwnym trafem, jest autorką portretów kolejnych ofiar mordercy.

Czyta się szybko, prowadzone śledztwo jest fascynujące. Niektórych wątków można się domyślić. Pojawia się myśl: jak to? Koniec? Musi być coś jeszcze, bo książka nie może się tak zakończyć. I na końcu jest bomba! Mnie zatkało 🙂 Pozycja godna polecenia dla fanów kryminałów i kryminalistyki.

„Noc, kiedy umarła” Jenny Blackhurst, to thriller, w którym na początku nie wiadomo o co chodzi, co tu się narobiło. W noc swojego ślubu, podczas przyjęcia weselnego, Evie Bradley rzuca się z klifu do morza. Zwłoki nie zostają odnalezione. Samobójstwo? Policja ma wątpliwości i jak zawsze w takich wypadkach pierwszym podejrzanym jest mąż – Richard Bradley. On również nie wierzy w samobójstwo. Nie traci nadziei, że jego żona wciąż żyje. Tylko Rebecca Thompson, najbliższa przyjaciółka jego żony nie ma wątpliwości – wie, że Evie zginęła. I wie również dlaczego, bo znała ją jak nikt inny. I nawet kiedy otrzymuje smsa o treści: „Mogłaś mnie uratować”, wciąż jest przekonana, że poznała najczarniejsze tajemnice Evie. Ale czy wszystkie?

Dwie najlepsze przyjaciółki, a mimo to zupełnie różne. Jedna z bogatego domu, dusza towarzystwa, którą uwielbiają ludzie. Druga, z typowej klasy średniej, spokojna i poukładana. Na studiach- typowa kujonka. Jedna za drugą by w ogień skoczyła. Do czasu, aż wychodzą na jaw dziwne rzeczy. W książce jest zmiana czasów, ale czyta się dobrze. Fabuła ciekawa, koniec też. Dobry scenariusz na film. Polecam 🙂

A ja teraz czytam zupełnie coś innego, coś z komedii, ale o tym innym razem 🙂

Do następnego 🙂

ZUPKI CHIŃSKIE

Dzisiaj będzie o jedzeniu, ale tym niezbyt zdrowym. O jedzeniu, które uzależnia. O jedzeniu, które jest w każdym supermarkecie i które jest znane na całym świecie. Ja jestem przykładem tego, że bez zupki w tygodniu, nie ma obiadu 😜

W domu mamy tak zwaną „zakazaną szufladę”. Co tam jest? Słodycze Pana Męża i moje zupki chińskie. Mam już swoje ulubione. Kiedyś, w Polsce jadłam tylko te z Amino. Teraz mi nie smakują. W polskim sklepie wybieram teraz tylko Knorr – pieczony kurczak. Zapasy robię w holenderskim markecie. Nie w Lidlu, bo uważam, że tamtejsze zupki są niedobre. Kupuję je w Albert Hijnie albo MCD. Wybór jest tutaj ogromny.

Zacznę od tego, że czytałam iż zupki chińskie wcale nie pochodzą z Chin. Wynalazcą zupek instant był Momofuko Ando. Urodzony na Tajwanie, skończył studia w japońskim Kioto. Według jego założenia, zupy błyskawiczne miały pomóc w niedoborze żywności w czasach powojennych. W 1948 roku założył firmę Nisshin Foods, która 10 lat później zajęła się produkcją znanych dzisiaj zupek chińskich. Ando z wyboru był Japończykiem, więc można stwierdzić, że to tak naprawdę japońskie danie. Dlaczego więc zupka chińska jest chińska? Wszystko za sprawą pierwszej zupy, która wyszła z fabryki. Nazywała się Ramen drobiowy, a jest to danie typowo chińskie. I tak przyjęło się nazewnictwo, które obowiązuje do dziś.

Glutaminian sodu- to on czyni zupki smacznymi, bo nie ukrywam- są dobre. I ja często je jem. Po prostu lubię. Czasem trzeba na szybko żołądek zapchać. Holendrzy też je lubią, często w pracowniczych kantynach, oprócz automatów do kawy, są też zupki typu „gorący kubek”. Jest trochę chemii w tych produktach, ale najbardziej szkodliwy jest makaron, który podobno długo zalega w żołądku. E319- produkt uboczny stosowany w przemyśle naftowym. Stosowany jest w tego typu makaronach jako przeciwutleniacz. Składnik ten pojawia się nie tylko w przemyśle spożywczym, ale też kosmetycznym czy chemicznym. Dzisiaj producenci zupek w dużej mierze odeszli od składników mocno konserwujących i poprawiających smak.

W holenderskich marketach znajdziemy zupki w torebkach, ale też w pudełkach. I nie tylko zupki, bo są też makarony po włosku z pomidorami, czy innymi warzywami, np z brokułami. Smaki różne. Jeszcze muszę wspomnieć o dużych torbach z zupami. Są to gotowe zupy, np pieczarkowa czy cebulowa, które wlewa się do gara, podgrzewa, można po swojemu doprawić i jeść. Te wydają mi się ciut zdrowsze od tych małych z makaronem.

Ja ostatnio wybrałam zupę w innym opakowaniu, bo w puszce. Takich też jest tu duży wybór. Padło na pomidorową z cienkim makaronem i klopsikami z mięsa. Czy skład z opakowania był w środku? Był. Kilkanaście okrągłych mięsnych kulek, trochę makaronu i krwisty kolor zupy. Jak smakowała? Dla mnie za słodka. Dodałam trochę pieprzu, soli nie trzeba było. Klopsy nawet dobre. Nie pomyślałam, żeby dodać śmietany.

Nie było to koszmarne danie, ale jak dla mnie i tak wygrywają zupki z ohydnym makaronem. Co ciekawe, polskie instant są większe od tych holenderskich. Polska- 70g, holenderska- 60g.

I na koniec, na powyższym zdjęciu, przykład gorących kubków, które lubię najmniej. To te są najczęściej na kantynach. Spróbowałam raz. Były mdłe. Obrzydliwy makaron wygrywa 🙂

Do następnego 🙂

STAMPOOT

Dzisiaj po pracy chciałam zjeść coś szybkiego, najlepiej jakiegoś gotowca. Pan Mąż postanowił ugotować zupę, ale ja chciałam coś treściwego. I znalazłam typowe holenderskie danie.

Czytałam o kuchni holenderskiej bardzo dużo. Żyję tu, mieszkam, więc chcę wiedzieć o tym kraju jak najwięcej. Ogólnie o kuchni holenderskiej, mieszkając w Polsce, praktycznie nie słyszałam. Nie to co o włoskiej czy francuskiej. Teraz już znam typowe holenderskie dania, ale większości niestety nie próbowałam. Zazwyczaj jemy polskie rzeczy. I teraz czas to zmienić, bo ileż można jeść to samo a ja jestem jednak ciekawa nowych smaków.

Z ciekawością sięgnęłam po gotowca. Odgrzałam w mikrofali. Teraz opiszę co to dokładnie jest ten stamppot a potem, jak smakuje.

Nazwa pochodzi o dwóch słów: stampen- tłuc, ubijać i pot- garnek. Kiedyś Holendrzy gotowali posiłki w jednym garnku. Nie było to nic wyszukanego, bo nie od zawsze był to bogaty kraj. Główną rolę grały ziemniaki i inne warzywa. Stamppot to prosta i pożywna potrawa, łatwa do przygotowania w dużej ilości. Podaje się ją na gorąco. Od wieków cieszy się popularnością i jest typowym daniem na zimowe wieczory. Głównym składnikiem są oczywiście ziemniaki. Współcześnie składniki gotuje się w osobnych garnkach, po czym tłucze się razem zwykłym, metalowym tłuczkiem do ziemniaków na niejednolitą masę. Najlepsze ziemniaki to te, które rozpadają się podczas gotowania. Przykłady stamppotów:

boerenkoolstamppot– ziemniaki tłuczone z ugotowanym jarmużem i wędzoną kiełbasą rookworst. Niektórzy wciskają na środek talerza z potrawą wgłębienie, do którego wlewa się sos „jus”. Sosy te są zazwyczaj w proszku.

zuurkoolstamppot- ziemniaki z kiszoną kapustą i kiełbasą

hutspot- ziemniaki z pokrojoną cebulą, marchwią i mięsem wołowym.

Ja spróbowałam popularnej wersji zimowej, czyli ziemniaki z jarmużem, kiełbasą wędzoną i ciemnym sosem. Ziemniaki rozgniotłam widelcem i troszkę dodałam soli- dla mnie za mało słone. Sosem polałam kiełbaskę i… to danie okazało się pyszne! Najlepsza paćka ziemniaczana jaką jadłam. Jarmuż należy do kapustowatych, więc lekko było czuć kapustę, ale ziemniaki też. Kiełbaska jest miękka, łatwo ją kroić. Trochę w smaku przypominała mi polskiego serdelka. Ale czuć, że wędzona. Tutaj, w marketach można bez problemu kupić tę kiełbasę luzem. Ziemniaki i jarmuż też oczywiście dostępne:) W Polsce prawdopodobnie takiej wędliny nie ma. Można użyć innej kiełbasy nadającej się do gotowania. Bo ona w tym daniu nie jest upieczona, czy usmażona, a gotowana.

Jeśli tylko będę mieć weekend wolny (teraz mamy mnóstwo pracy) to spróbuję zrobić dokładnie ten stamppot 🙂

Do następnego 🙂

GADŻETY DO KUCHNI

W sobotę po pracy, wstąpiłam do kringloopa. W internecie sprawdziłam godzinę zamknięcia i okazało się, że teraz otwarty jest dłużej, bo do 16:00. Chciałam kupić tylko jeden pojemnik…

Ale jak to zwykle bywa, wyszperałam parę innych rzeczy. Tylko do kuchni i tylko takich, które na pewno mi się przydadzą. Na pierwszy ogień poszedł szklany pojemnik z zakrętką, przypomina raczej słoik. Potrzebowałam takiego na kaszę jęczmienną, bo trzymałam do tej pory w torebce. A ta zawsze może się przerwać albo otworzyć i cała szafka do sprzątania. Kaszę gryczaną i ryż kupuję w torebeczkach. Teraz doszłam do wniosku, że przydadzą mi się jeszcze dwa takie słoiki na produkty sypkie.

Podkładki pod gorące garnki- dwie sztuki. Mam korkowe, a te drewniane jednak ładniejsze:)

Silikonowa foremka na kostki lodu. Już dawno chciałam kupić, ale wyleciało mi z głowy. Teraz natknęłam się na kilka różnych sztuk i wybrałam tę w kształcie ananasa.

Ozdobna deska z napisem na ścianę w kuchni. Napisy naklejone bezpośrednio na ścianę, nie podobają mi się. Ale takie w ramkach, czy właśnie na deskach, owszem. Teraz wisi obok zegarka w kształcie patelni. Na kuchenną ścianę trafił też drewniany termometr przywieziony z Polski.

A Pan Mąż kupił sobie dwa duże drewniane spinacze 🙂

Zakręciłam się też koło ubrań, ale nic ciekawego nie było. Dużo za to było torebek i torebeczek.

Pan Mąż wypatrzył autko nakręcane na kluczyk 🙂

Sprzęt AGD, wielkie dzbany, które nie wiem do czego służą i mnóstwo koszyków.

Ozdoby, najczęściej serca, którymi Holendrzy lubią ozdabiać okna:

Na koniec meble i filiżanki:)

Ach! Bym zapomniała o wazonach i taka gratka: nawet Oscar był do kupienia. Wprawdzie nie oryginalny, bo ten był dużo mniejszy i nie złoty, a w brokacie w kolorze złota:)

Do następnego 🙂

MINĄŁ PAŹDZIERNIK…

Na przełomie września i października byliśmy na urlopie w Polsce. Wróciliśmy i nadszedł czas na pracę. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Złego na szczęście też nie.

Październik okazał się bardzo ciepłym miesiącem. Pod koniec było u nas nawet 20°C. Jesień była piękna i złota. W ogóle nie miałam na sobie wtedy żadnej kurtki. Mało tego, zdarzyło się wyjść z pracy w krótkim rękawku. Zresztą Holendrzy byli tak samo rozebrani. Wrzucę klika zdjęć- będzie to bardziej fotorelacja z zeszłego miesiąca 🙂

Gdzieś w Niemczech- powrót z Polski do Holandii:

A tak powitała nas Holandia- zachód Słońca:

Poszliśmy z Panem Mężem na jesienny spacer tam, gdzie nas jeszcze nie było, ale blisko naszego miasteczka. Po drodze spotkaliśmy sporej wielkości plastikowe konie, figurki krasnali na drzewach a nawet Smerfa w budce.

Mnóstwo łabędzi pływających po kanałach. Młode już odchowane.

Pastwisko z bryczkami i kurki uciekinierki. Trzeba uważać, żeby nie rozjechać.

W mojej szkole, a w zasadzie w miejscu, gdzie mamy lekcje, pojawiło się mnóstwo jesiennych ozdób. Na paletach przed szklarnią z roślinami zostały wystawione ogromne dynie. Każda po 15€ i każda ważyła grubo ponad 20kg. Jedna z nich pojechała z nami do domu i została wycięta na Halloween. Na palecie stał też champion. Dynia w kolorze szarym, która jest najwieksza. Ma wyrzeźbiony napis.

Na koniec zdjęcie drzewa, które chyba jako pierwsze ma jesienią taki kolor liści. Aplikacja powiedziała mi, że to klon palmowy. Jest ich u mnie w mieście mnóstwo. Gdy reszta drzew jest jeszcze w miarę zielona, on jest już czerwony:

Do następnego 🙂

HALLOWEEN

W weekend zrobiliśmy imprezę. W zeszłym roku zrobiliśmy Halloween u nas i w tym też chciałam. Z tym, że teraz była z większym rozmachem.

Jak to wygląda w Holandii? Już około 3 tygodni przed, w skrzynce na listy znalazłam wydrukowaną karteczkę. Wrzucane są takie kartki na osiedlach, które informują o tym, że dzieciaki będą chodzić po domach. W tym roku padło na sobotę, 29 października. Jeżeli się chce, aby odwiedziły dom, to od godziny 19:00 należało zostawić jakieś światełko przed domem. Skrzyknęłam kilka osób i powiedziałam, że się przebieramy. Każdy musiał kombinować. Już wcześniej kupiłam ozdoby i powoli przystrajalam dom.

Przed domem stanęła ogromna wycięta dynia z lampionami w środku, powiesiłam pajęczynę i szkielety. Miotłę z kringloopa ozdobiłam światełkami- dyniami.

W środku także nie brakowało ozdób. Nietoperzom z papieru przykleiłam oczy, wieszalismy mnóstwo balonów i innych „strasznych” rzeczy 🙂

Słodycze dla dzieciaków zostały kupione, my mieliśmy stół zastawiony pysznym jedzeniem- każdy coś przyniósł. Koleżanka na przykład zrobiła rękę z mięsa mielonego i jajka faszerowane z pająkami z oliwek.

Byliśmy przebrani i wyglądaliśmy, jakbyśmy uciekli z psychiatryka. Ubaw po pachy 🙂

Zaraz po 19:00 rozległ się pierwszy dzwonek do drzwi. Zamysł był taki, żeby wyskakiwać z wrzaskiem i straszyć 😁 Udało się, bo kilkoro dzieciaków zwiało a inne płakały. Reakcje rodziców? Śmiech. Tutaj umieją się bawić w Halloween i byli niemal wszyscy świetnie przebrani. Dla nas też to jest fajna zabawa. Uwielbiam Halloween. Ja nawet nie traktuję tego jako święta. Po prostu rozrywka i tyle. Ale bardzo mi się podoba zwyczaj strojenia domów przez Amerykanów. Tutaj nie ma takiego rozmachu, ale ważne jest to, że obchodzą Halloween i nikt nie robi z tego problemu.

W Polsce coraz częściej też jest obchodzone i znam ludzi, którzy robią imprezę z kostiumami, a potem idą grzecznie na cmentarz we Wszystkich Świętych. Rozumiem to i też bym potrafiła to pogodzić, z tym, że akurat w tym czasie nie ma mnie w Polsce. Zawsze, gdy odwiedzam kraj, to idziemy na cmentarz, zazwyczaj wieczorem. Pamiętam o tym. Poza tym, lubię nekropolie. Wielu ludzi się oburza, że Halloween, to pogańskie święto, satanistyczne święto. Bzdura! Powstało w chrześcijańskiej Irlandii. Znaczy Wigilia Wszystkich Świętych. Wtedy też ludzie chodzili po domach i zbierali ciastka, tzw duszki. Amerykanie przejęli to święto i zaczęli dodatkowo dekorować domy. W Polsce były za to Dziady i chyba bardziej niebezpieczne niż Halloween, bo wywoływało się duchy. Ja wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie lubi takich zabaw, to ich po prostu nie robi i nie trzeba od razu krytykować. Trochę więcej luzu 🙂

MUMINKI

Moja ulubiona bajka z dzieciństwa. Będąc na urlopie w Polsce, niestety nie dałam rady odwiedzić mojego ulubionego antykwariatu i Empiku w Częstochowie. Ale wskoczyłam do miejscowej księgarni, bo nigdy nie wracam do Holandii bez książki.

Znalazłam kilka ciekawych pozycji- kryminały i thrillery, które zostawiłam Mamie, bo cierpi na książkowe braki. Niestety kilka księgarni jest zamkniętych, w zasadzie zlikwidowanych, w tym ulubiony Matras. I to nie dlatego, że Polacy nie czytają. Wręcz przeciwnie, uważam, że teraz mnóstwo ludzi czyta. Więcej niż kiedyś. Pani w jedynej ocalałej księgarni powiedziała, że niemal każdy korzysta teraz z elektronicznych książek i kupuje przez internet, dlatego sklep jest biednie wyposażony. Ja jednak coś kupiłam.

Moje oko wypatrzyło dwa tomy „Muminków” 😊 Właściciele księgarni zamówili te książki dla swojej wnuczki, ale mi je sprzedali, stwierdzili, że zamówią ponownie 🙂 Autorką „Muminków” jest Tove Jansson.

Tove Marika Jansson- fińska pisarka, malarka, ilustratorka i rysowniczka komiksowa pochodzenia szwedzkiego. Urodzona 9 sierpnia 1914r w Helsinkach. Znana jest najbardziej jako autorka ilustrowanych przez siebie książek dla dzieci o Muminkach, które przetłumaczono na ponad 30 języków. Zmarła 27 czerwca 2001r w Helsinkach.

Pierwsza część znanej na całym świecie serii książek Tove Jansson o Muminkach ukazała się w Finlandii w 1945r, polscy czytelnicy jednak zapoznali się z nią dopiero 50 lat później – w 1995r dzięki przekładowi Teresy Chłapowskiej. Nie było to pierwsze spotkanie z sympatycznymi trollami, gdyż 31 lat wcześniej nakładem Instytutu Wydawniczego „Nasza Księgarnia” ukazał się, jako pierwszy w Polsce, trzeci tom z cyklu: „W Dolinie Muminków”. Pierwszą tłumaczką oraz promotorką twórczości Tove Jansson w Polsce była Irena Szuch- Wyszomirska. W drugiej kolejności została wydana część piąta- „Lato Muminków”, 1967, następnie szósta- „Zima Muminków”, 1969, siódma- „Opowiadania z Doliny Muminków”, 1970.

Po śmierci tłumaczki spolszczenia pozostałych książek z serii podjęła się Teresa Chłapowska. Przełożyła nie tylko dwa ostatnie tomiki (Tatuś Muminka i morze, 1977 oraz Dolina Muminków w listopadzie, 1980), lecz także pominięte części początkowe (Kometa nad Doliną Muminków, 1977, Pamiętniki Tatusia Muminka, 1978, i na końcu tom pierwszy: Małe trolle i duża powódź, 1995).

„Nasza Księgarnia” publikuje te książki do dziś. W ubiegłym roku wszystkie tomy ukazały się w nowej szacie graficznej z barwnymi okładkami. Obecnie, z okazji setnych urodzin wydawnictwa, powstało dwutomowe wydanie zbiorowe całej serii. Idealny prezent dla fanów Muminków.

Moją ulubioną postacią z bajki był m.in. Włóczykij. To chyba najbardziej tajemnicza postać. 23 lipca jest zresztą obchodzony Dzień Włóczykija 🙂

Lubię też Bobka. Mała menda społeczna, która dokuczała wszystkim 🙂 Mendą była też Mała Mi, ale ona akurat trzymała z Muminkami. Kolejną fajną postacią jest Czarownica, babcia Alicji, która zaprzyjaźniła się z Muminkami, ale babcia zabraniała jej się z nimi kumplować. Fajny miała głos i próbowałam go naśladować:)

Do następnego 🙂

NIE BYŁAM…

dawno w kringloopie. Kringloopie w moim mieście. Moim ulubionym kringloopie. Dzisiaj piątek i mieliśmy wolne w pracy, bo miała przyjechać maszyna usuwająca liście z podłoża. Pojechaliśmy do „dziada” szukać krzeseł na imprezę, bo niestety nie posiadam aż tylu.

Organizujemy Halloween i będzie nas w sumie 8 osób. Potrzebuję trzech krzeseł, najlepiej rozkładanych. Znalazłam w kringloopie tylko jedno. No nic, będę kombinować dalej… Oprócz krzesła, znalazłam mnóstwo świątecznych ozdób, bo w kringloopie o tej porze królują bożonarodzeniowe gadżety. Oczywiście, nie przeszłam obok nich obojętnie 😁 Teraz „mam fazę” na dekorowanie domu na Halloween, ale już myślę nad Bożym Narodzeniem. Uwielbiam ozdabianie chałupy! Gorzej potem że sprzątaniem ozdób… Kilka zdjęć, co tam można znaleźć:

I mnóstwo świątecznych ozdób:

A to nasze zdobycze:

Minichoinka stanie na komodzie w sypialni.

Panu Mężowi spodobały się ptaszki na choinkę.

Ja znalazłam świeczkę w kształcie choinki i wazon/doniczkę- buty Św. Mikołaja. Są naprawdę urocze.

A to świeczki na baterie, które będą włożone do środka dyni. Duża po 1€ a mała 50 centów. Mialam kupić w Actionie i pewnie by były droższe.

Miotła za 2,50€. Bez kija. Muszę coś wymyślić. Mam kijki bambusowe, trochę za cienkie, ale coś się wykombinuje. Miotła stanie przed domem obok dyni.

4 fajne kieliszki do jajek. Czasem udaje nam się je ugotować na miękko, ale nie było ich w co włożyć żeby wygodnie zjeść. Teraz już mam muchomorki 🍄. Pojemnik na kawę. Pijemy tylko czarną, fusiastą. W sumie tylko ja, bo Pan Mąż ma też ciągoty do cappuccino, takiego w saszetkach i to na tę kawę ten pojemnik. Jest na nim napisane, że pochodzi z angielskiej kolekcji (West Sussex) Lauren Ann Hunter Collection established 1916. W internecie jest mnóstwo rzeczy tej marki, np pojemniki na cebulę, cukier, mleczko do kawy. Bardzo ładna kolekcja. Marzy mi się taki zestaw. W tej chwili mam zbieraninę, ale próbuję zebrać komplet. A mężowe saszetki z kawą będą w jednym miejscu 🙂

Do następnego 🙂

DZIEŃ GIER PLANSZOWYCH

Planszówki wróciły do gry. Kiedyś grałam w Eurobusines. Zresztą do tej pory lubię tę grę. Ale oprócz tego, wkręciłam się z Panem Mężem w inne gry. A jest ich mnóstwo.

Dzień Gier Planszowych, to coroczne święto miłośników planszówek obchodzone 10 października. Inicjatywa jest wspierana przez wydawców, sklepy, media, szkoły, kluby i inne miejsca dla graczy. Jest to bardzo fajny sposób na spędzanie czasu. Jesienne wieczory wręcz zachęcają do gry. Oprócz świetnej zabawy, można się czegoś nauczyć, wysilić mózg, pomyśleć. Zależy jaka gra, a tych jest do wyboru, do koloru. Holendrzy spędzają tak często Sylwestra. My też się tak bawiliśmy. Mamy kilka gier, które kupiliśmy w Polsce.

Gloom

To jest idealna gra na Halloween. W Gloomie cel jest smutny, ale prosty: spraw, by Twoja dziwaczna rodzina doświadczyła największych możliwych tragedii, zanim przejdzie na tamtą stronę. Ogólnie rzecz ujmując, trzeba wszystkich wpędzić do grobu. Postacie muszą cierpieć najgorsze tragedie, np choroby, atak mięsożernych myszy… Próbowaliśmy w to grać, ale przyznam, że początek wcale nie jest łatwy. Z pomocą przyszły filmiki na YouTubie. Jeszcze do końca wszystkiego nie rozumiemy, ale będziemy próbować, bo gra ciekawa 🙂

Szarada

Bardzo lubię tę słowną grę planszową. Polega ona na układaniu na planszy wyrazów. Celem gry jest zdobycie jak największej ilości punktów za utworzone słowa. Można samemu ustalić jakie wyrazy są dopuszczane, czy tylko polskie, czy obcojęzyczne. Czy tylko rzeczowniki. Czy układamy na skos, czy tylko pion-poziom. Czasem wychodzą naprawdę dziwne słowa:)

Milionerzy i bankruci

Nowość, którą teraz kupiliśmy będąc w Polsce. Jeszcze w to nie graliśmy. Gra polega na licytacji i blefowaniu. Gracze- milionerzy rywalizują o najcenniejsze dobra luksusowe. Aby wygrać, trzeba rozsądnie inwestować swoje miliony oraz unikać złodziei i problemów podatkowych.

Grunt to zdrowie

Gra planszowa ilustrowana rysunkami Andrzeja Mleczko, którego lubię. W kolejce do lekarza dzikie tłumy. A o świcie chcesz być pierwszy w rejestracji. Nic z tego! Pozostali pacjenci tylko czekają na twój błąd, aby wyprzedzić cię w drodze do specjalisty. Masz owsiki, łupież a może haluksy? Więc trzeba wziąć udział w zabawie, w której spostrzegawczość jest tak samo ważna jak planowanie. Zdrowie jest w tej rozgrywce najważniejsze. Granie dopiero w planach. Sądzę, że to będzie dobra zabawa 🙂

Karty Dżentelmenów i (nie) powinieneś

To jest to, co zrobiło furorę w zeszłym roku w Halloween! Można boki zrywać ze śmiechu. Jeśli ktoś ma dystans do siebie i świata, zna się na żartach, to gra jest dla niego. Jest to typowa imprezowa gra karciana. Kart Dżentelmenów jest chyba 6 części. My mamy dopiero jedną. Te dwie gry różnią się tylko nazwą. Chodzi w nich o to, żeby jak najlepiej dobrać odpowiedź do wylosowanego pytania, czy urwanego zdania. Odpowiedzi są chamskie, nieprzyzwoite, rasistowskie i często z przekleństwami. Polecam, bo zabawa świetna!

Do następnego 🙂

MINĄŁ WRZESIEŃ…

Wrzesień był dla mnie urlopem, który spędziliśmy w Polsce. A urlop był imprezą. Najpierw ślub i wesele brata a tydzień później chrzest synka Pana Męża siostry.

Na wesele się niestety spóźniliśmy. Dlaczego? Bo nie było szans na szybsze opuszczenie pracy. Wyjechaliśmy w piątek o godzinie 20:00, w sobotę około 14:00 położyliśmy się spać na trzy godziny. Potem szykowanie i w tango. Na ślubie nie byliśmy a na sali weselnej pojawiliśmy się dopiero o godzinie 21:00. Nie lubię tańczyć a jednak tańczyłam a potem były zakwasy. Szpilki zamieniłam na trampki i to była najlepsza decyzja 🙂

Przed urlopem wreszcie się ochłodziło w Holandii. Było ciepło, ale już nie upalnie. Pewnego wieczora nadciągnęły ciężkie i ciemne chmury a z nimi ulga od duchoty. Pojawiła się burza i porządny deszcz. Od tamtej pory pogoda zaczęła mi odpowiadać.

W sklepach pojawiły się cebulki tulipanów, żonkili, krokusów i innych takich, które trzeba wsadzić we wrześniu i na wiosnę zakwitną. Kupiłam tego sporo i zawiozłam do Polski w ramach prezentu. Teraz wożę dla rodziny pomidory i rośliny cebulkowe 🙂

W Actionie pojawiły się dekoracje na Halloween. W tym roku, tak jak poprzednio, organizujemy imprezę u nas. Każdy musi się przebrać. Uwielbiam tę zabawę. Mam już kilka gadżetów, w tym ten świecznik:)

A poniżej holenderski wrzesień: było trochę słońca i trochę deszczu. W miejscowości obok odbywał się nawet koncert jazzowy.

Gdy wyjeżdżaliśmy w piątek wieczorem, było ciepło i padał delikatny deszcz. Po całonocnej jeździe, na granicy zatrzymaliśmy się na kawę i śniadanie. Najbardziej smakowała mi kiełbaska:)

A po weselu nadszedł czas na najlepszy sport Polaków, czyli grzybobranie! Uwielbiam! Uwielbiam zbierać i jeść grzyby. Wpadłam do lasu i niemal od razu natrafiłam na grzyby. Było ich całkiem sporo. Nazbieraliśmy z Panem Mężem naprawdę dużo. Poszły do zamrożenia i przyjechały z nami do Holandii. Będzie zalewajka i sos.

Odwiedziliśmy też ulubioną pizzerię. Objadłam się pizzy na zapas. Naszą ulubioną jest ta z serem, szynką i pieczarkami, ale tym razem spróbowaliśmy z dodatkiem papryki i salami. Sądzę, że pizze są jeszcze lepsze, bo zmienili grubość ciasta. To jest fajne, cieniutkie. Pycha!

Pan Mąż skorzystał z okazji i poszedł na hod-doga a potem na polski specjał, czyli zapiekankę do ulubionej budki z fast foodem. Ja jem tam tylko frytki. Zapiekanka była w dwóch wersjach: standardowo z pieczarkami i drugi wariant z surówką, taką jaka jest zazwyczaj w hod-dogach. Samą zapiekankę lubię, z surówką nie dla mnie.

Przed końcem urlopu musieliśmy się zaopatrzyć w polskie wędliny. W Holandii nie ma aż tak dużego wyboru. Kolejka była długa, bo przywieźli swojskie kiełbasy. Kupiliśmy m.in zapas cienkiej.

A to jeden z ostatnich ciepłych wieczorów w Polsce. I jeden z ostatnich dni urlopu:

Do następnego 🙂