„CHIRURG”- TESS GERRITSEN
Wreszcie skończyłam czytać tę książkę. Szło długo nie dlatego, że nudna, ale dlatego, że mało czasu i weny na czytanie. Powiem więcej: tak mi się podobała, że chcę zaliczyć całą serię.
To już kolejna seria, którą mam w planach a tak się przed takimi „odcinkami” wzbraniałam. Na początek, standardowo, napiszę kilka słów o autorce książki, bo wcześniej jej nie znałam. Tess Gerritsen to amerykańska pisarka a z zawodu lekarz internista. Po studiach praktykowała w Honolulu na Hawajach. W 1987r opublikowała pierwszą powieść, ale kariera pisarska nabrała rozpędu w 1996r. Wtedy to ukazał się jej pierwszy thriller medyczny „Dawca”. Ciekawostka: prawa filmowe zakupił Paramount. Sprawdziłam i niestety ostatecznie film nie powstał. Tess odniosła ostatecznie sukces i mogła zrezygnować z praktyki lekarskiej. W kolejnych latach ukazały się: „Nosiciel”, „Grawitacja” i tutaj kolejna ciekawostka. Otóż autorka sprzedała prawa do sfilmowania wytwórni New Line Cinema. Kilka lat później Warner Bros kupiło w.w firmę, przejmując tym samym dostęp do wszystkich ich projektów i scenariuszy. Powstał film z Sandrą Bullock w roli głównej. Z tym, że książka, to thriller medyczny, gdzie zagrożeniem jest wirus. Film to gatunek typowo sci-fi a zagrożeniem są śmieci kosmiczne. Wspólny mianownik, to postać lekarki- austronautki uwięzionej w kosmosie. Tess Gerritsen poczuła się oszukana i skierowała sprawę do sądu. Domagała się m.in bonusa produkcyjnego, procent z zysków i twierdziła, że przysługują jej odpowiednie napisy w czołówce. Reżyser natomiast bronił się, twierdząc, że napisał własny scenariusz oparty m.in o stare książki. Sąd oddalił w 2015r pozew pisarki ze względu na niedostateczne udowodnienie winy wytwórni.
Następnymi pozycjami były: „Grzesznik”, „Sobowtór „, „Autopsja”, „Klub Mefista”, „Ogród kości „, „Mumia”, „Dolina umarłych”, „Milcząca dziewczyna”. Przykłady książek Gerritsen publikowane są w 20 językach i regularnie pojawiają się na listach bestsellerów w USA i Europie. Na podstawie jej powieści powstał serial telewizyjny „Partnerki” z kobiecym duetem śledczym: Rizzoli & Isles.

Akcja książki dzieje się w Bostonie, gdzie grasuje morderca biorący na cel samotne młode kobiety. Prasa nazywa go Chirurgiem, ponieważ zanim odbierze życie swoim ofiarom, z przerażającą precyzją usuwa im macice. Bez znieczulenia. Policja ustala, że podobna seria morderstw miała miejsce 2 lata wcześniej. Problem polega jednak na tym, że ich sprawca został zastrzelony przez doktor Catherine Cordell. Lekarka zatrudniona w bostońskim centrum medycznym była jedyną ofiarą, której udało się ujść z życiem z rąk psychopaty. Teraz znów czuje się zagrożona. Jej jedynym sprzymierzeńcem wydaje się Thomas Moore, detektyw prowadzący śledztwo wraz z Jane Rizzoli. Ale nawet on nie może w pełni chronić doktor Cordell przed genialnym myśliwym ze skalpelem.

Zabójca zna najbardziej skrywane tajemnice swoich ofiar. Przerażające akty przemocy, wyglądające na rutualne akty przemocy są dokonywane na samotnych kobietach. Sprawa, która wydawała się zamknięta (skończyła się przecież śmiercią mordercy), musi zostać otwarta na nowo.
Media piszą, że Tess Gerritsen zapewniła sobie pozycję autora #1 na rynku thrillerów medycznych- wyprzedziła nawet Robina Cooka (znam i lubię), uznawanego za mistrza gatunku. Stephen King stwierdził: „Lepsza od Cooka, Palmera a nawet Michaela Crichtona. W moim domu czytamy każdą jej książkę. ”
A co ja twierdzę? Lubię thrillery pisane przez medyków i lubię thrillery medyczne. Zazwyczaj wydaje się, że to będzie ciężki temat, napisany trudnym lekarskim i naukowym jezykiem. Nic bardziej mylnego. Mało tego, można się mnóstwa ciekawych rzeczy dowiedzieć, jak np w tej książce, którą naprawdę polecam. Trzyma w napięciu i nie ma tutaj nudnych wątków.
Do następnego 🙂
MUZEUM DEPOT
Już jakiś czas temu pisałam o tym miejscu, ale nie byliśmy w środku. Opisywałam co to właściwie jest, dlaczego powstało, skąd pomysł na wygląd budynku a tym razem napiszę kilka słów na temat zbiorów muzeum i pokażę, jak jest w środku.
Bilety kupiłam przez internet. Lubię muzea, a to jest naprawdę ciekawe choćby ze względu na wygląd i taras widokowy, który znajduje się na dachu. Muzeum Boijmans van Beuningen Depot zostało otwarte przez króla Wilhelma Aleksandra, 5 listopada 2021r. Jest to pierwszy publicznie dostępny magazyn sztuki zaprojektowany przez firmę architektoniczną z Rotterdamu- MVRDV. Jest to budynek unikatowy na skalę światową i znajduje się w Parku Muzealnym w Rotterdamie. Mierzy on 39,5 metra a jego charakterystyczną cechą jest lustrzana fasada, w której odbija się Park Muzealny.

Podobno nigdzie na świecie nie ma tak działającego budynku, w którym oprócz zbiorów muzealnych, można zajrzeć za kulisy pracy muzeum. Budynek posiada parter i 6 pięter. Dzieła sztuki można oglądać z różnych punktów: z kładek, schodów czy schodów. Przymierzając budynek, widzimy magazyny, konserwatorów przy pracy a także dzieła sztuki przygotowywane np do transportu. A to wszystko dzięki szklanym ścianom.




Muzeum jest podzielone na 14 części. Oprócz obrazów (widzieliśmy też inne dzieła Van Goga), oglądać można sztukę z metalu, materiałów organicznych, oraz fotografię czarno- białą i kolorową. W budynku utrzymywana jest stała wilgotność i temperatura. Kolekcja muzeum powiększa się od 1849r i obecnie liczy ok 125 tysięcy dzieł sztuki, z czego 89 tysięcy, to grafiki i rysunki. Lwia część została zdeponowana w magazynach.

Wisienką na torcie jest niewątpliwie taras widokowy znajdujący siena dachu muzeum. Jest tam też restauracja na 120 miejsc. My z niej nie korzystaliśmy. Chcieliśmy zobaczyć panoramę Rotterdamu, która robi wrażenie.

Taka ciekawostka: na dachu rośnie 75 brzóz i około 20 sosen. Na parterze jest mały sklepik z pamiątkami i gadżetami dotyczącymi muzeum, np książki o sztuce. Po wyjściu, warto udać się na spacer po parku znajdujący się tuż obok. Są alejki i staw z fontanną plus oczywiście ławki.


Podsumowując: czy warto się tam wybrać? Jeśli ktoś lubi muzea, oglądać eksponaty (często bardzo dziwne) albo zna się na sztuce, to tak. My nie mamy wielkiego pojęcia o tym, ale znamy najważniejsze dzieła znanych malarzy. Przyznam, że bardziej chciałam podziwiać miasto z dachu. O to mi głównie chodziło. Po drugie, mieszkam blisko Rotterdamu, więc taki wypad był dobrym pomysłem. Miasto jest bardzo duże i ma wiele do zaoferowania.

Do następnego 🙂
BILLY PIZZA W ROTTERDAMIE
Podczas naszej ostatniej wizyty w Rotterdamie, postanowiliśmy iść na obiad. A z racji tego, że mam w planach odwiedzić wszystkie polskie knajpy w Holandii, to tym razem padło na Billy Pizza.
Mam spisane adresy wszystkich znanych mi polskich restauracji. Polskie jedzenie jest smaczne, polskie potrawy chwalone przez obcokrajowców a ja chcę się przekonać, czy wszędzie spotka się domową, prawdziwa, polską kuchnię. Jak do tej pory tylko jedna dała ciała i zresztą chyba jest już na stałe zamknięta.
Na TikToku i Facebooku bardzo dobre recenzje zbiera Billy Pizza. Jeszcze chyba nigdy nie czytałam złej opinii o tej restauracji. Postanowiliśmy zatem tam zjeść obiad. Restauracja oprócz typowych polskich obiadów, serwuje też pizze, co nazwa wskazuje a także m.in burgery. Ja chciałam obiad. Danie dnia, to była zupa grochówka, ziemniaki z gołąbkami, ziemniaki z kotletem de volaille i zestawy surówek. Plus oczywiście kompot. Pan Mąż wybrał cały zestaw. Do zupy podawane były dwie duże i świeże buły.


Ja pozostałym tylko przy drugim daniu, bo porcje okazały się naprawdę ogromne i mąż część drugiego dania wziął do domu. Ziemniaki były świeże gotowane i utłuczone z masłem. Kotlet ogromny i „sikał „, co zawsze sprawdza Magda Gessler 🙂 Za surówkę z marchewki dałabym się pokroić, bo była rewelacyjna. Do tego wszedł po dwa razy kompot, chłodny z owoców leśnych, idealnie słodki.

Wystrój knajpy całkiem przyjemny. Menu dnia stoi wypisane na tablicy przed wejściem. Można też siedzieć na zewnątrz. W środku stoliki czyste. Na każdym znajduje się mała lampka, serwetki, sól i pieprz. Bar jest mały. Obsługa bardzo miła a panie kucharki gotują świetnie.

Wnętrze utrzymane jest w beżach i brązach a siedziska są bardzo wygodne. Za zupę, dwa razy drugie danie i dwa kompoty (dolewki i 2 x cola) były później, zapłaciliśmy 35€. Ogólnie restauracja faktycznie warta polecenia i oby poziom się utrzymał.

Do następnego 🙂
FOTORELACJA- LIPIEC
Co jest z tym rokiem, że tak zasuwa? Zaraz będzie grudzień, a ja jak jakaś zjawa, bo nic mi nie wychodzi ostatnio, rok się skończy i znowu stwierdzę, że moje plany poszły w las. Ale od początku…
W pracy wszyscy się urlopują. My jak zwykle czekamy na wrzesień i jest to z jednej strony męczące, bo jesteśmy już wypompowani. Przez te upały chodzimy do pracy na 6:00, czego wybitnie nie znoszę. Mam w życiu dwa problemy: z wczesnym zaśnięciem i wczesnym wstawaniem. Niestety lato nie sprzyja w moim przypadku z wysypianiem. Ja mniej śpię, niż pracuję. Gorąco, więc ludzie wychodzą z pracy wcześniej. Ja z racji funkcji na magazynie, niemal ostatnia. Dla mnie to jeden ch…, bo i tak w domu jestem około 17:00. Niech się już ten gorąc skończy!

Od jakiegoś czasu przyszła (a w zasadzie wróciła) do nas koleżanka. Dwa razy była zwolniona za chodzenie w kratkę i znowu ją szef przyjął, bo szybko tnie pomidory. Ok, nie miałam nic do niej. Z tym, że ona na poprzedniej szklarni pełniła funkcję taką jak ja, czyli magazyn. Zmieniła się. Nie dość, że wiecznie chora, słaba i wszystko ją boli, to próbuje wcinać mi się w moją robotę. Pomaga mi na sortowni, bo umie. Ale ściemnia. I próbuje resztę załogi ustawiać. U nas są inne warunki i inaczej praca wygląda, niż tam gdzie poprzednio pracowała. Raz w piątek, kiedy jest największy zapierdol i największe sprzątanie (czego ona robić nie umie), powiedziała z rana że jej słabo i chce być na magazynie. Nawet mnie o tym od razu nikt nie poinformował. Tak się wkurwiłam, że pojechałam do domu. Niech se sama radzi. Nie było mnie na firmowym grillu po pracy. Miałam gdzieś. Też mi było słabo. Szef się wkurzył, ale wyjaśniłam to z nim. Skoro on mnie opieprza za błędy innych dziewczyn, każe mi je uczyć, pilnować itp, to niech mi zostawi tę wolną rękę i nie wciska na moje miejsce koleżanki. Bo opierdolić, to wie kogo. Jeśli ona jest chora, to do domu. Narazie jest spokój. Zresztą ona znowu jest na urlopie w Pl. A moja dobra kumpela o 3 tygodnie musiała się prosić…

Plany rozrywkowe też do dupy. Kajaki w Ardenach- niewypał, bo poziom rzek niski a kajaka na plecach nie mam zamiaru wlec. Rejs łódką ze zgraną ekipą przez rezerwat przyrody- niewypał. Najpierw dostałam informację, że łódka którą zarezerwowałam, nie nadaje się do użytku. Podobno uszkodzona. Potem co sobota- robota i czasu nie było. A teraz urlopy i nie ma jak i z kim. Plaża- niewypał. Człowiek zmęczony i pracą i gorącem, że tylko by się siedziało w domu przy wentylatorze. Ja muszę się w tym sezonie w morzu wykąpać!

Wspomniałam wyżej, że w któryś piątek po pracy był grill, na którym mnie nie było. We czwartek firma zwoziła na magazyn sprzęt, czyli stoliki, grille, lodówkę, alkohol itp. Był też głośnik. Holender Jaco podłączył pod niego swój telefon i włączył muzykę, którą on lubi i ja zresztą też: hard rock, metal. Jak mi czas zleciał! Aż się lepiej pracowało. Muza zagłuszała szklarniowe radio, wyłączyłam podcasty i słuchałam porządnych dźwięków.

Ale wróćmy do niewypałów. Mój ogródek też niewypał. A jakże! Coś mi znowu wyżera fasolkę, nie nadążam z podlewaniem przez suszę i kończę z hodowlą warzyw. Za to ubzdurałam sobie, że wyhoduję w domu pieczarki. Bo przecież mam za dużo czasu na wszystko. I nie zgadniecie! Niewypał. Pieprzę. Tylko kwiaty. Chociaż może nie, bo znowu wymyśliłam, żeby starać się w gminie o ogródek działkowy. Czeka się na niego dłużej, niż na dom. Ale warto. A co tam.

Dobrze, że chociaż w miarę porządek na ogrodzie jest. Chwasty wyrwane, czysto, nowe ledy wstawione. No tylko stara lodówka czeka na wywóz. Jeszcze czeka nas sprzątanie strychu, bo burdel większy niż w burdelu. Z tym, że tam temperatura najwyższa. Nie da rady w tym upale coś zrobić. Czekamy na chłód. Wniosek? Gorąc jest do dupy.

Dobrze, że chociaż w drogerii Etos było ok. Ulubiona farba do włosów w promocji 1+1 gratis. Z tonikiem Garniera było tak samo. I oczywiście kupiła też produkty do zwiększania objętości włosów, bo mam ostatnio fioła na tym punkcie.

Na koniec najbardziej poważny temat: eutanazja. W Holandii dostępna. Ale nie w sposób, który wiele osób myśli (mam na myśli m.in katolików, czy innych wierzących). To nie jest tak, że idzie się do lekarza i mówi: panie doktorze, chcę se umrzeć w grudniu po południu. Ok, przyjadę ze strzykawą na życzenie. Nie. To tak nie działa. To są badania, konsultacje, rozmowy z psychologiem. Jeśli nie ma szans na wyleczenie, lekarz zezwala na takie odejście z tego świata. Wtedy też można zaplanować swój pogrzeb, pożegnać się z rodziną i godnie, w spokoju i bez bólu odejść. Na kursie tanatokosmetyki, widziałam ciała wykończone nowotworem. To odchodzenie w wyciu z bólu, bezsilności , męce a na to wszystko patrzy rodzina i też cierpi. Jestem za eutanazją.

Nie pisałam o tym wcześniej, ale moja ulubiona sąsiadka ma raka. To ta, która podlewała moje kwiaty i dawała jeść papugi, gdy byliśmy na urlopie poza Holandią. Dzięki niej ćwiczyłam język. W zeszłym roku, w sierpniu, była z mężem Ronem na wakacjach na Rodos. Zaslabła. Do hotelu przyjechał doktor. Coś złego z krwią. Nakazał po powrocie do kraju, udać się szybko do lekarza. Wynik: rak płuc. Margo spędziła jakieś 5 miesięcy w szpitalu. Chemioterapia, leki, badania, itp. Rak się zmniejszał. Była nadzieja. W tym roku pogorszenie i przerzut na wątrobę. Operacja już odpada. Nadzieja zniknęła. Udało im się jeszcze raz polecieć na Rodos. A teraz zostało tylko czekanie w domu. I branie mnóstwa tabletek.

Byłam u Margo ostatnio też sama. Ron wyszedł z psem. Rozmawiałyśmy. Pokazała mi ślad: czerwoną rozmazaną i dużą plamę na brzuchu. Rak wątroby. Pokazała mi pudełko z licznymi tabletkami: była tam też morfina. To były najmniejsze pigułki. Pokazała mi pokłute ramiona, bo morfinę w zastrzykach też bierze. Decyzja? Chce eutanazję. I tak wie, że umrze, ale nie chce cierpieć. Aż się poryczałam i to ona mnie pocieszała!

W zeszłą niedzielę poszliśmy z mężem do sąsiadów razem. Daliśmy jej bukiet kwiatów. Taki słoneczny. Pytała się nas, czy chcemy przyjść na pogrzeb. Może być max 25 osób. Jeśli nie, to ona to zrozumie i dostaniemy specjalną kartę z jej zdjęciem. Chcemy iść na pogrzeb. Będzie pochowana w trumnie z naturalnego materiału na cmentarzu, który jest parkiem. Rosną drzewa, kwiaty, pasą się owce. Nie ma tam nagrobków, sztucznych kwiatów czy zniczy. Tylko drewniane tabliczki z imieniem i nazwiskiem. Cmentarz sama wybrała, jak i trumnę, która już czeka na piętrze.

Kiedy eutanazja? W ten piątek, 14 sierpnia o godzinie 13:00. Lekarz zjawi się w domu. W tej chwili sąsiadka jest już podłączona do specjalnej pompy z morfiną, która płynie do krwioobiegu. Bez tego, mówi że ból nie do zniesienia. Jest uśmiechnięta do końca. Bo i taka zawsze była. Dla niektórych to pewnie przerażające. Z jednej strony się nie dziwię, bo i ja pierwszy raz spotykam się z tym tak blisko. A z drugiej strony, po co cierpieć? Temat wart przemyślenia.

Do nastepnego 🙂
UBRANIA Z KRINGLOOPA
Wiem, że znowu za rzadko robię wpisy. Nie lubię takiej sytuacji i nie podoba mi się to. Niestety znowu nadmiar pracy zabiera mi czas. Dzisiaj napiszę kilka słów na temat tego, co kupiłam jakiś czas temu w kringloopie.
Postaram się nadrobić, bo zdjęcia i teksty czekają. Mam chwilę, więc leżąc o 20:00 w łóżku z ręcznikiem na głowie, pokażę, co ostatnio znalazłam w moim ulubionym sklepie. Już nie pamiętam po co tam zajrzałam, ale znalazłam się na dziale z ubraniami i o dziwo natknęłam się na kilka sztuk fajnych ubrań. Kosztowały od 2 do 4 €.
Nigdy nie przymierzam ubrań. Nie lubię tego. No dobra, parę razy mi się to zdarzyło, bo naprawdę musiałam to zrobić. Ale ogólnie męczy mnie to. Jakimś cudem udaje mi się trafić w swój rozmiar. W tym przypadku jednak trochę się pomyliłam. Rzućmy okiem na dwie pary spodenek. Jedne jeansowe, lekko poszarpane w czarnym kolorze, marki Pull &Bear. Zależy mi na tym, żeby zakrywały tyłek i te takie są. Drugie, sportowe w kolorze oliwkowym. Nie przepadam za kolorami i odcieniami zieleni, ale wydawały się wygodne i idealne na lato, więc kupiłam.

Znalazłam genialne jeansy marki C&A. Odcień denimu bardzo mi się podoba. Jest jeden minus- muszę schudnąć z brzucha XD. A to w moim przypadku ciężka sprawa. Może się uda, bo spodnie są ekstra. To już druga para, która czeka na zrzut sadła.

I na koniec spódnica. Super się sprawdzi na lato. W kolorze białym, lniana z paskiem i kieszeniami z tyłu. Nie jest bardzo krótka, bo sięga do kolan. Lubię takie proste fasony.

Zdjęcia nie oddają niestety autentycznych kolorów. Zawędrowałam też na dział z lampkami. Do koszyka włożyłam małą lampkę na metalowej nóżce z szarym abażurem, która włącza się przez dotyk. Były też takie dwie nocne lampki:

Oglądałam też zegary i zegarki. Nie kupiłam żadnego, bo w domu mamy ich od groma. Nawet nie wiem, ile sztuk. Muszę kiedyś policzyć.

Bym zapomniała! Natknęłam się na regał z obrazkami i obrazami. Wcześniej go tam nie było, ale wiem, że od czasu do czasu pracownicy robią małe przemeblowania półek i towaru. Znalazłam świetny obraz z ptakiem. Lubię różnej maści ptaki (w domu mam przecież cztery stuknięte papugi) a ten na obrazku, to prawdopodobnie wilga, która swoim śpiewem zapowiada deszcz. Będzie wisiała w najmniejszym pokoju.

Do następnego 🙂
MAŁY PRZEGLĄD ASORTYMENTU W CENTRUM OGRODNICZYM
Zacznę od tego, że zarobiona jestem po uszy. I nie chodzi o obowiązki domowe, czy te związane z ogrodem. Mam na myśli pracę. Do tego dodać trzeba upały i człowiek ma ochotę rzucić wszystko i zwiać w Bieszczady.
Jak co roku zapieprz plus upalne tygodnie. No ale żyć jakoś trzeba. O ile dom jakoś się ogarnie, to ogródek woła o pomoc. Była koszona trawa, usuwane chwasty i bambus, przekopana rabata z kwiatami, ale chwila, moment i znowu bajzel. Co z tego, że nowy komplet ogrodowy stoi w centrum sajgonu i czeka na jakiegoś grilla. Swoją drogą dwa stare grille czekają na wywiezienie do śmieci. Moje zioła w skrzynkach fajnie rosną, rzodkiewka jakoś chce, ale nie może i wzeszła aż jedna sałata! Lubczyk wypuszcza nowe gałązki, róża zmarniała, a paproć ogrodowa ledwo zipie. Kupiłam nowe lampki do ogrodu, ale najpierw trzeba zrobić porządek. Tak w skrócie się mój plac zabaw prezentuje.

Nie przeszkodziło mi to jednak podjechać do Aralii i dokupić ziemi, bo chciałam posiać nasiona kilku kwiatów (w tym chyba nagietka) i rośliny się przyjęły i już wykiełkowały. Zrobiłam oczywiście obchód sklepu a mąż pchał cierpliwie wózek oglądając internety.


Zatrzymałam się przy gęstych i wiszących roślinach, bo chciałam powiesić nowy kwiat przy drzwiach wejsciowo- wyjściowych. Wybrałam jakiegoś, powiesiłam i niestety szybko zdechł. Wiszą takie smutne cienkie nitki. Wygląda to, jak fryzura Tiny Turner.

Co było jeszcze? Przy wejściu czekały i ozdabiały kaktusy. Przyszło mi do głowy, że taki taras nad kanałem by był idealnym miejscem na letnią dekorację.

Jako że sezon na grillowanie się rozpoczął w pełni, pojawiły się też gadżety z tym tematem związane. Oprócz standardowych narzędzi do grillowania, można było kupić różne ozdoby, m.in takie wesołe gnomy:



Ogólnie było dużo gadżetów typowo letnich. Wiele asortymentu było w obniżonej cenie, bo przecież już trzeba sklep szykować na sezon jesienny 😉


A ja spróbuję się wziąć za ten mój mały kącik zieleni i doprowadzić go do porządku. Mąż już czeka z kosiarką i randapem. Oby tylko ten skwar trochę zniknął. Do następnego 🙂
FOTORELACJA- CZERWIEC
Mieszają mi się daty. To jest ten moment, kiedy nie wiem jaki jest miesiąc i dzień. Czasem tydzień się dłuży a czasem leci, jak szalony. W czerwcu miałam wrażenie, że w domu tylko śpię a resztę czasu spędzam w pracy.
Chwilowo zniknął mi balans między domem a pracą a tego nie lubię. O dziwo sprawy domowe szybko i sprawnie ogarniałam. Ze wszystkim byłam na bieżąco. Zauważyłam, że to lato jakoś mi się podoba mimo upałów. Ogólnie wszystko mi się podoba i jestem niemal ze wszystkiego (odpukać) zadowolona. W pracy było spokojnie. Pomidory dojrzewały powoli. A jak już wskoczyły na wyższe obroty, to nie ma zmiłuj. Trzeba nadążyć za wzrostem i ciąć. Także mamy urwanie dupy. Kupa roboty, ale nie narzekam. Jak mus, to mus. W tym wpisie będzie więcej zdjęć niż pisania, bo i w tej chwili nie ma o czym gadać 🙂

Czasem lubię wypełniać ankiety. Ostatnio podobają mi się te na stronie demotywatory.pl. Kiedyś rozmawiałam z koleżanką o tym, jak to jest w tych filmach czy reklamach. Wstają sobie ludzie bez problemu i bez pośpiechu. Mają czas na poranny jogging i prysznic przed pracą. Jakim cudem? Będąc dzieckiem wierzyłam w te bzdury. Życie pokazało, jak to naprawdę wygląda. Mój dzień zaczyna się od wyłączenia budzika, potem kawa w kubku, śniadanie i przegląd głupot w mediach społecznościowych. I tyle. Mam już swoją rutynę, żeby ogarniać sobie lepiej poranek. I tak np przy czajniku, stawiam zawsze wieczorem pojemnik z kawą i dwa kubki, żeby rano mieć to od razu pod ręką. Jest kilka takich rzeczy, które usprawniają mi życie 🙂


Z racji tego, że jest bardzo ciepło, a często wręcz upalnie, papugi weekendy spędzają na zewnątrz. Pewnego dnia wpadł w odwiedziny kot sąsiadki- Mattie. Oglądałam coś na YouTube w salonie. Drzwi do ogrodu były otwarte. Kątem oka zobaczyłam, że coś się rusza. Patrzę, Mattie wpadł z wizytą i kręcił się koło stołu. Czuje się jak u siebie. Do tej pory na papugi nie zwracał uwagi. Odkąd jest na diecie chodzi najwyraźniej przygłodzony, bo wskoczył na klatkę. Musiałam go przegonić. Więcej się nie pojawił.

Odwiedziliśmy po pracy naszych dobrych znajomych. Pracujemy razem. Z racji tego, że oni do pracy jeżdżą rowerami, to nie mogli zabrać ze sobą kilku skrzynek pomidorów dla swoich znajomych, którzy mieli ich odwiedzić. Zawieźliśmy im te skrzynki. Mają deal ze znajomymi: wymiana pomidorów na mięso. I dlatego dostaliśmy za to spory kawałek karkówki. A pod spodem zdjęcia z okolicy, w której mieszkają:




Z racji mistrzostw świata w piłce nożnej, jak zawsze kantyna w pracy była ozdobiona na pomarańczowo. Zresztą nie tylko kantyna, bo w kolorze orange są też ozdobione domy Holendrów.

W polskim sklepie znalazłam kolejny ciekawy smak chipsów. Jest to produkt ukraiński a smak, to niby łosoś. Nie czuć ryby. Nie wiem w ogóle, czy te chipsy mają coś rybnego, w każdym razie są bardzo smaczne. W Jumbo zaś natknęłam się na rurki z kremem. Nie tym słodkim. Tym razem jest to krem serowy gouda. To jest pyszne.


Pogoda dopisała. Nie ma ostatnio typowego holenderskiego lata. Był upał. I to konkretny. Pracowaliśmy krócej. Był też wprowadzony kod czerwony, czyli zrobiło się niebezpiecznie. Wiele zakładów pracy po prostu stanęło, bo nie dało się funkcjonować w takich temperaturach. Szkoły również zamknięto. Gorąc był przeplatany gwałtownymi burzami, po których ponownie nadchodził skwar.

Na nasze osiedle co niedziela podjeżdża auto z lodami. Lodziarza można poznać po wesołej myzyczce. Przypomina mi się wtedy słynny Family Frost w Polsce. Poszliśmy z Panem Mężem kupić sobie po lodzie. Porcje były okazałe. Ledwo zjadłam. Wybór był spory i lody były smaczne. Następnym razem wybiorę smerfne.



Do następnego 🙂
TUINSET
Tak sobie ostatnio myślałam, jak zorganizować raz a porządnie kącik wypoczynkowy w ogrodzie. Pomysłów miałam od groma, po czym twierdziłam, że jednak już mi się to nie podoba. Ostatecznie w ogródku zostało plecione siedzisko i dwa leżaki. Nędznie.
Wreszcie dotarłam do momentu, gdzie do wyboru został: pleciony komplet a’la kanapa z kilku części plus niski stolik albo porządny stół z krzesłami. Postawiłam na to drugie. Chciałam zjeść normalnie obiad przy stole, tyle że na powietrzu pod markizą. A rano wypić kawę. Odpaliłam więc Marktplaats i zaczęłam poszukiwania. Oglądałam komplety ogrodowe blisko (max 50 km) naszej miejscowości. Musiało być do tego niedrogo i w miarę dobrym stanie. Taki tuinset, żeby się nie rozpieprzył po tym sezonie. I znalazłam kilka propozycji. Napisałam i zero odzewu. Dopiero na drugi dzień odpisała mi jedna osoba. Od razu dobiliśmy targu i na sobotę umówiliśmy się na odbiór między 11:00- 12:00.

Ja oczywiście najpierw kupuję większe gabaryty, a potem myślę jak je przewieźć. A jeśli mi na czymś bardzo zależy, uprę się na coś, to choćby skały srały, to ja to zrobię. Charakter zodiakalnego barana. Zaczęłam więc myśleć, skąd tu wytrzasnąć autko dostawcze. Odpaliłam popularny portal ogłoszeniowy niedziela.nl. Tam się mnóstwo Polaków ogłasza z transportem osób i rzeczy. Już dwa razy się nadziałam, ale co tam. Spróbuję trzeci. Do trzech razy sztuka przecież. Znalazłam od razu wyróżnione ogłoszenie z krzykliwym tytułem: Przewieziemy nawet drzewo! W dodatku moje okolice. Świątek, piątek, czy niedziela, przewóz jest w całej Holandii. Zadzwoniłam. Gościu odebrał niemal od razu. Powiedziałam co i jak a on na to, że ma czas dopiero o 18:00. Gdy podałam miejscowość (45 km dalej), to stwierdził, ze jednak nie ma możliwości. Nosz kurwa! Po co oni dają ogłoszenia, jak koniec końców mają potencjalnego klienta w dupie?!
Przypomniałam sobie, że u nas w mieście jest na pewno wypożyczalnia aut i samochodów dostawczych. I to niedaleko naszego domu. Pojechaliśmy. Powiedziałam co potrzebuję przewieźć i pokazałam nawet zdjęcie. Babka spojrzała w komputer i powiedziała, że musimy poczekać pół godziny, może godzinę, aż zwolni się jakieś auto. No nie miałam czasu. Podziękowałam i myślałam dalej. Trzeci pomysł wypalił. Były właściciel naszej szklarni (który nadal z nami pracuje- Ard), ma małe dostawcze auto. Zadzwoniłam. Powiedział, że bez problemu pożyczy i możemy już podjechać pod szklarnię. Dał nam kluczyki a przy oddaniu mieliśmy po prostu zostawić auto pod firmą z kluczykami w środku. I pojechaliśmy. Napisałam, że będę spóźniona z pół godziny. Wzięłam też pudło pomidorów za to, że komplet ogrodowy na mnie czekał. Zawsze daję skrzynkę pomidorów, bo ja mam za darmo, a często coś rezerwuję i Holendrzy cierpliwie czekają aż odbiorę rzecz.

Zadzwoniłam do drzwi domu, który był na sprzedaż. Otworzyłam młoda kobieta i powiedziała, żebym weszła od tyłu na podwórko, bo tam stoi stół. Dałam jej od razu pomidory. Była trochę zaskoczona, ale ucieszyła się. Zapłaciłam za towar i zabraliśmy się do ładowania. Nie był o dziwo ciężki mimo szklanego blatu. Okazało się, że braknie kilka centymetrów, żeby domknąć drzwiczki auta. Nie wchodziło w grę postawienia stołu np bokiem. Ni tak, ni siak. Trzeba było ostatecznie skołować sznurek i obwiązać klamki tak, żeby się nic nie otworzyło. Nie chciałam gubić bagażu, jak Griswoldowie podczas podróży do Walley World. Poszłam z powrotem do tej kobiety zapytać, czy ma jakiś sznur. Mówi, że musi zobaczyć w garażu. Otworzyła go, a tam taki porządek, że pomieszczenie wyglądało niemal jak jakiś pokój 🙂 Pogrzebała w pudle i wyciągnęła przedłużacz. Powiedziała, że nie jest jej potrzebny i możemy go sobie wziąć. Ostatecznie drzwi auta się domknęły, wystarczyło porządnie docisnąć. Dowieźliźmy bez problemów meble do domu. Zatankowaliśmy Ardowi auto na full i oddaliśmy.

Meble są porządne, niezniszczone. W niedzielę je myłam i ustawiłam. Teraz mogę zjeść obiad na zewnątrz. Na stole stoi lampion z kringloopa. Muszę jeszcze poduchy dokupić. I kolejny raz przekonałam się, że prędzej Holender pomoże, niż rodak.
Do następnego 🙂
HOLENDERSKIE OPOWIEŚCI- BRIELLE
To będzie ciekawy wpis. Znalazłam dobrą historię dotyczącą pewnej pani, która mieszkała około 10 km od mojego miasta- w miejscowości Brielle. Spisałam fakty, zrobiłam kilka zdjęć i zapraszam do czytania.
O Brielle dużo nie będę pisała, bo nie o to w tym poście chodzi. Nadmienię tylko, że jest to stare miasto warowne. Fortyfikacje pochodzą z XVII wieku i są zabytkiem narodowym i jedną z najlepiej zachowanych budowli obronnych w Holandii. Ciekawostką jest to, że w 1585 roku Brielle stało się własnością Anglii. Królowa Elżbieta otrzymała je jako zastaw wraz z Ostendą, Vlissingen i Fortem Rammekens w zamian za pomoc wojskową i finansową w walce z Hiszpanią. W 1616 roku terytoria te powróciły do Republiki Zjednoczonych Niderlandów.

Dzisiejszą bohaterką (w zasadzie antybohaterką) jest Maartje Willemsdochter. O jej dzieciństwie nie ma nic. Wiadomo, że w 1628 roku wyszła za mąż za tkacza- Jana Jansza. Przed rokiem 1622 mieszkała w Delft, Rotterdamie i Vierpolders. Miała wtedy już kilku mężów i za każdym razem zostawała wdową. Jej nowy mąż Jan, zamieszkał z nią w Zuideinde. Małżeństwo nie było zbyt szczęśliwe. Nowożeńcy kłócili się nieustannie, a zaledwie 2 miesiące później, małżonek zmarł. Sąsiedzi byli zaskoczeni tą śmiercią, bo chłop cieszył się dobrym zdrowiem. Ktoś nawet przypomniał sobie wtedy, że dzień przed śmiercią męża, Maartje kupiła trutkę na szczury. Ale nikt nie powiązał tego szczególnie ze zgonem, bo plagi szczurów były w tamtym czasie powszechne. Plotki jednak zaczęły krążyć i dotarły wreszcie do komendanta policji Brielle (który był również komornikiem).

Zarządził więc sekcję zwłok Jana Jansza i rzeczywiście, w ciele mężczyzny znaleziono „pewną ilość trutki”. Tyle, że wtedy „trutka” odnosiła się też do arsenu lub roślin trujących, np jak wilczomlecz czy tojad. Maartje została aresztowana i osadzona w więzieniu za ratuszem. Do winy przyznała się bez tortur: „We wtorek kupiłam trutkę na szczury od farmaceuty Jorisa van Steenbergera. Tego samego wieczoru wsypałam tej trutki wraz z cukrem do wina mojego męża. O 3 nad ranem wsypałam jeszcze trutkę do piwa i dałam mu do wypicia. W środę, wczesnym rankiem już nie żył.”. Następnie Maartje wyznaje, że ma na sumieniu jeszcze więcej morderstw. Otruła bowiem również 6 (!) poprzednich mężów, w tym chirurga i lekarza od dżumy, Damiaena van Cruyskercke. Polubiła go 4 października 1622r. To również nie było szczęśliwe małżeństwo. Kiedy po 5 latach Damiaen zachorował, Maartje dodała truciznę do jego lekarstwa, a resztę do posiłku z groszku. Wkrótce potem zmarł.

Trutkę na szczury Maartje za każdym razem kupowała od różnych aptekarzy. Dlatego morderstwa mogły być niewykryte przez długi czas. Zresztą nie tylko mężowie padli ofiarą kobiety. Otruła ona także 8 swoich dzieci. Wyznaje: „Moja córka Pietertje miała rok i 3 miesiące i ciągle chorowała. Dosypywałam jej trutki do kaszki. Inna córka była trudnym dzieckiem. Miała 5 tygodni, gdy ją otrułam.” Podczas procesu Maartje podawała różne powody morderstwa. Twierdziła, że za każdym razem wychodziła za niewłaściwego mężczyznę. I tak np jeden mąż był „trudny”(cokolwiek to znaczy…), inny stracił pracę, po czym groziło jej życie w ubóstwie. Jeszcze inny zachorował i wymagał zbyt dużej opieki. Jej dzieci również były do niczego. Miały dużo płakać i sprawiać mnóstwo kłopotów. A tak w ogóle, Maartje nie lubiła dzieci. Chciała się ich pozbyć.

Policjanto- komornik i radni Brielle słuchali tych zeznań ze zdumieniem. Nigdy nie spotkali się z podobnym przypadkiem. Uważali te fakty za „makabryczne, potworne, przeklęte i odrażające „. 9 października 1628 roku Maartje wylądowała na stosie na Rynku przed ratuszem. Cały jej dobytek został skonfiskowany. Komornik wystąpił z żądaniem: „A prawa ręka wspomnianej więźniarki, którą dopuściła się wyżej wymienionych ohydnych czynów, ma zostać odcięta a ona sama ma zostać spalona żywcem na popiół.” Kara ostatecznie była „łagodniejsza”, ponieważ rękę oszczędzono. Według podania ludowego, stojąc na stosie, Maartje wypowiedziała słowa: „Nyet sonder Godt”, co prawdopodobnie znaczy dzisiaj: nie bez Boga. Słowa te są wyryte na białych kamieniach na Rynku (nie znalazłam nic takiego), ale historycy twierdzą, że wydaje się to mało prawdopodobne. Wątpią, aby rada miejska Brielle chciała upamiętnić czyny Maartje w ten sposób.

Maartje przeszła do historii jako seryjna morderczyni. Emerytowany profesor kryminologii historycznej (ciekawa dziedzina), Pieter Spierenburg uważa, że Maartje sfabrykowała swoje zeznania i uważa że liczba 15 morderstw jest nierealna. Ostatecznie udowodniono jej tylko ostatnie morderstwo.
Do następnego 🙂
NORMAL
Czy jest tutaj jakiś sklep, w którym mogę sobie spokojnie spacerować i oglądać towar? Tak. Oprócz ogrodniczego i księgarni, jest to drogeria. Drogeria, których tak naprawdę w Holandii jest mało. Przynajmniej takich z prawdziwego zdarzenia.
Polki od zawsze narzekają, że tu, w Holandii sklepy drogeryjne stacjonarne, są kiepsko zaopatrzone. To prawda, nie ma tak ogromnego wyboru kosmetyków, jak w Polsce. Pozostaje sklep online i co za tym idzie- niższe ceny. Bo te, np w takim Kruidvacie są czasem wywalone w kosmos. Ale fajnie tak sobie „po babsku” pochodzić między regałami, pooglądać rzeczy, powąchać perfumy, wypróbować na skórze testery. To jest lepsze, niż kupno trochę w ciemno przez internet. Bo przecież perfum przez ekran nie powącha się, a opis nut zapachowych guzik mi mówi.

W Holandii jest pewna sieć drogerii, która staje się coraz popularniejsza. Dowiedziałam się o niej z TikToka, ale nie miałam okazji wcześniej jej odwiedzić. Aż do naszej ostatniej wizyty w Goudzie. Zobaczyłam sklep na jednej z głównych ulic i stwierdziłam: wchodzę. Pan Mąż przycupnął sobie w kącie z telefonem i czekał, aż zrobię obchód.

Normal, to duńska sieć handlowa. Pierwszy sklep został otwarty w Silkeborg w kwietniu 2013 roku. Do tego czasu Normal rozrósł się do sieci ponad 1000 sklepów: w Danii, Norwegii, Szwecji, Holandii, Francji, Finlandii, Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, Irlandii, Austrii i Słowacji. Asortyment obejmuje produkty do pielęgnacji skóry, włosów, zębów, kosmetyki do makijażu, środki czystości popularnych marek a także trochę produktów spożywczych.

Towar jest w stałych, niskich cenach i nie ma żadnych ofert specjalnych ani rabatów. Sklep posiada stały asortyment, ale też nowe produkty, które są uzupełniane i dodawane co tydzień. Plusem są niewątpliwie niższe ceny, marki, których nie znajdzie się w innej drogerii a także testery np balsamów do ciała, więc można zapoznać się z zapachem przed kupnem. Kolorówka też jest dobrze zaopatrzona i okupowana najczęściej przez Turczynki 🙂


Jestem pozytywnie zaskoczona asortymentem sklepu. Warto tam zajrzeć, bo i panowie znajdą coś dla siebie. Polecam.

Do następnego 🙂
