NASZE ŚWIĘTA

To była nieco inna Wielkanoc. W zasadzie nie chciałam tych świąt w ogóle obchodzić.  Wszystko zmieniło się po jednym telefonie. Chociaż i tak w pierwszej chwili pomyślałam,  że to żart. 

Moja mama zadzwoniła i powiedziała,  że odwiedzi mnie w Holandii. W pierwszej sekundzie niedowierzanie. Jak to? Przecież są święta.  W Polsce zawsze obchodzone. Miała jechać busem do mojego brata, który mieszka w Almelo a potem z nim do mnie i do drugiego brata i jego żony,  którzy mieszkają w Delft. Koniec końców,  okazało się,  że jedzie z moim tatą autem. To był w sumie spontan. Taki mały świąteczny trip.

Posprzątałam więc porządnie chatę,  ugotowałam żurek z białą kiełbasą, zrobiłam sałatkę (którą jem do tej pory), upiekłam schab ze śliwką (wszystkim smakował,  tylko nie mnie. Jednak nie moje smaki), ugotowałam kompot z truskawek, kupiłam mazurka w polskim sklepie i jakieś ciasto w Jumbo i czekałam na przyjazd gości. 

Wszyscy zjechali się finalnie do nas w Lany Poniedziałek i niestety woda ich dosięgła.  Pan Mąż otworzył okno w łazience,  które wychodzi na stronę od ulicy i znajduje się centralnie nad drzwiami wejściowymi.  Użył słuchawki od prysznica i lał z góry.  Ja otworzyłam drzwi i pryskałam z butelki do zraszania roślin.  Rodzice weszli, obejrzeli dom, rozpakowali się, (dostaliśmy z Polski wiejskie jajka i swojskiej wędliny), odpoczęli i poszliśmy na spacer do parku. Pogoda dopisała. Zrobiliśmy rundę wokół jeziorka i wróciliśmy do domu. Potem czekała nas wycieczka nad morze. Blisko, bo około 10km od domu.

Były spacery, zdjęcia,  zbieranie muszli. Morze było spokojne i w trakcie odpływu.  Brat zdjął buty i wlazł do wody. Miałam ochotę zrobić to samo. Na plaży znajduje się wiele barów i knajp. Wszystko otwarte. Holendrzy tak właśnie spędzali drugi dzień świąt.  Ludzi było naprawdę dużo.  Siedzieli przy piwie/ winie, jedli,  opalali twarze w słońcu albo spacerowali z psami. My zjedliśmy kibeling, czyli dorsza smażonego w cieście z pysznym sosem. Już wiem, gdzie jest pyszna ryba 🙂

Nad morzem spędziliśmy chyba ze 3 godziny. Po powrocie jeszcze trochę siedzieliśmy w ogrodzie. Potem wszyscy padli, jak muchy i spaliśmy jak zabici. My z Panem Mężem we wtorek już do pracy a rodzice z bratem zrobili sobie rajd po kringloopach. Ich łupy były zacne. Gdy wróciliśmy z pracy, zabrałam ich na spacer po porcie Hellevoetsluis.  Pokazałam mieszkanie, które kiedyś wynajmowaliśmy,  spacerowaliśmy nad głównym kanałem i oglądaliśmy statki.

Dotarliśmy na plażę,  potem był park z bunkrami, wiatrak, dok i 3 okręty- muzeum. Zrobiliśmy sporych rozmiarów kółko.  Rodzicom się miasto podoba. Szkoda, że nie mogli zostać dłużej,  bo tutaj jest tyle miejsc do odwiedzenia, zwiedzania, zobaczenia.

Przywiozłam im z pracy dwie skrzynki pomidorów.  W czerwcu muszę dowieźć im  magnesy na lodówkę (nie wiedzieli, gdzie kupić) i sera. W środę wyszli z domu razem z nami. My do pracy a oni odwieźli brata do Almelo i skierowali się do Polski. To były fajne święta i jesteśmy zadowoleni, że odwiedzili nas tutaj, w nowym domu wszyscy rodzice  🙂

Do następnego 🙂

PIERWSZY PCHLI TARG W  TYM ROKU

Ależ ja się ucieszyłam,  że tuż pod nosem w sobotę wielkanocną,  będzie pchli targ. Zaczyna się już na nie sezon i mam zamiar odwiedzić jeszcze kilka w tym roku.

Rommelmarkt odbył się w miejscowości Tinte (tam znajduje się moja szklarnia). Jest to w sumie wieś.  Trwał od godziny 10:00 do 15:30. Pogoda dopisała. Ludzi było sporo. Stwierdziliśmy z Panem Mężem,  że MUSIMY coś kupić.  Nawet jakąś pierdołę,  bo to pierwszy pchli targ w tym roku.

Na wstępie obejrzeliśmy meble, których było naprawdę sporo. Rozglądałam się za biurkiem. Były sekretarzyki, całkiem przyzwoite,  ale dla mnie trochę za małe.  Nie brakowało stolików czy krzeseł. 

Potem natknęłam się na dwie duże skrzynie z torbami, torebkami i plecakami różnej wielkości,  różnych marek i różnego koloru. I tam zatrzymałam się na dłużej,  tym bardziej że cały czas dorzucany był kolejny towar.

Rzeczy do domu oczywiście też były.  Można było kupić serwisy kawowe, garnki, miski, lub coś do ozdoby, typu świeczniki, wazony czy koszyki.   Nic z tego nie wybrałam, bo po prostu nie potrzebuję. Tylko oglądałam.

Nie zabrakło stoisk z zabawkami, biżuterią,  lampami a także kwiatami. Można też było nabyć świeże ogórki, bakłażany czy pomarańcze.

W pewnym momencie zauważyliśmy,  że ktoś do nas macha. Okazało się,  że to Corne,  były właściciel szklarni, w której kiedyś pracowaliśmy. Corne odchodził na emeryturę i wynajął swoją szklarnię innej firmie. Nasz kierownik nie dogadywał się z nowymi najemcami i postanowił odejść zabierając nas ze sobą.  Dlatego pracujemy teraz tu, gdzie pracujemy. Czasami Corne nas odwiedza. Na emeryturze zajmuje się swoim hobby, czyli motocyklami. Na pchlim targu miał swój stragan z elektroniką.  Pogadaliśmy chwilę,  pogratulowaliśmy mu zostania kolejny raz dziadkiem ( jego syn- Nick ma syna), życzyliśmy wesołych świąt i poszliśmy na frytki.

Jedzenia tam nie brakowało.  Można było zjeść fryty z dodatkami, krokiety, jakąś zupę,  gofry i lody. Kolejka do frytek była długa,  ale nie zrezygnowaliśmy,  bo dopadł nas mały głód.

Co tu dużo pisać… Z pustymi rękami do domu nie wróciliśmy  🙂 Ja kupiłam 3 damskie torebki w idealnym stanie. Każda po 2€. Pan Mąż dorwał lampki choinkowe rodem z PRL,  takie zakładane na klipsy.

Dziewczyna, która handlowała zabawkami, miała też różne notesy. A że ja lubię takie rzeczy i lubię pisać,  więc nabyłam jeden w czarnej okładce.

Teraz pozostaje czekać na Dzień Króla,  bo wtedy też odbywają się pchle targi.

Jeśli nie widać,  to jest to słoń:)

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- MARZEC

I tak oto mamy kwiecień,  który w Holandii jest już bardzo zielony i kwiecisty. Marzec nie był dla mnie jakoś zbytnio wspaniały,  mimo że miałam wtedy urodziny.

I z tej okazji wzięłam tydzień urlopu a Pan Mąż trzy dni. Mieliśmy jechać na cały dzień w Ardeny na szlak, który prowadzi do wodospadu i przy okazji zrobić mały piknik z mini grillem. Gówno z tego wyszło. Po pierwsze, w pracy jechałam sobie po betonie na hulajnodze. Odpychałam się na całkowicie wyprostowanej nodze. I tak naciągnęłam mięsień łydki,  że ledwo chodziłam.  Ból niemal identyczny do tego, gdy złapie skurcz. Było to w piątek przed urlopem, a Ardeny miały być we wtorek. Do tej pory trochę boli. O marszu w górkach i dolinkach nie mogło być mowy. Bym padła.  Nie dała rady. Poza tym, pogoda w Ardenach była wtedy kiepska. Trochę szkoda, ale poczekamy na lepszy czas. Musiałam się zadowolić bukietem kwiatów. 

Pogoda podczas mojego wolnego tygodnia była niemal całkiem do dupy. Ale gradu i burz się nie spodziewałam.  Deszcz niemal bez przerwy a grad zniszczył mi zielnik w skrzynce. Wszystko do naprawy. O pracach w ogrodzie nie było mowy. Niemal nic nie zrobiłam.  A chciałam większe wiosenne porządki. Zostało mi tylko zwykłe sprzątanie. 

W pracy wszystko zaczęło ruszać.  Ludzie dojeżdżali.  Pomidory wystrzeliły w górę a owoce na dole były coraz większe., choć jeszcze zielone. Nieswojo się czuje, gdy jestem wśród wielu osób.  Dobrze, że nie palę,  bo ciężko mi by było wysiedzieć z tyloma osobami na palarni, gdzie jest gwar i obgadywanie. Obok naszej szklarni znajduje się mniejsza z papryką.  Tylko raz widziałam tam może ze dwie osoby. Nie wiem, kto i kiedy tam pracuje. Nazywam ją szklarnią widmo  🙂

Gdy jedziemy do i z pracy, mijamy gospodarstwo rolnicze. Rolnik uprawia w polu ziemniaki i cebulę.  Wystawia mobilny sklepik z towarem i skrzynką na monety. W Holandii to bardzo popularne. Miałam trochę klepaków,  więc kupiłam tam 5kg ziemniaków.

Chyba najczęściej fotografowane przeze mnie ptaki, czyli łabędzie:

Ostatnio na Facebooku, ludzie chwalili się zdjęciami papug- aleksandetta obrożna. Jest to inwazyjny gatunek, który w Holandii się bardzo rozmnożył i ludzie je widzą wszędzie.  Ja jeszcze nie spotkałam.  Wiem tylko, że żyją w stanach i drą niesamowicie ryje. Zdjęcie z Facebooka:

Wchodzą nawet na balkony.
Fototapeta w markecie 🙂

Przez tego TikToka,  znowu siedziałam w garach. Zostały mi 3 banany, więc zrobiłam chlebek bananowy. Pierwszy raz to jadłam,  bo za bananami ogólnie nie przepadam. Robię z nich jedynie koktajle ze szpinakiem, albo Pan Mąż je. Chlebek wyszedł całkiem dobry, ale to nie będzie mój ulubiony placek.

W supermarkecie Jumbo znalazłam oliwy smakowe ich marki. Kupiłam tę z bazylią. 

A pod supermarketem, znowu efektownie zaparkowany wózek sklepowy.

Pączki z Lidla, to zdecydowanie mój faworyt. Przez długi czas ich nie jadłam,  ale ostatnio kupiłam takie kolorowe z bardzo smacznym nadzieniem.

Do następnego 🙂

PATELNIE

Znowu sobie wymyśliłam,  że potrzebuję coś z kringloopa.  A dokładniej,  to coś do kuchni. Chodzi o patelnię.  Nasze już zdezelowane, a to niedobrze. Miałam ochotę nimi rzucać,  jak Magda Gessler w Kuchennych Rewolucjach.

A więc należało zajrzeć do ulubionego sklepu i poszukać dobrej patelni. I zaraz się okazało,  że jest i to nie jedna. Wrzuciłam do koszyka porządne i niemal nowe naczynie, które kosztowało 4€. Pan Mąż znalazł drugą,  trochę mniejszą a ja dorzuciłam wok,  który zawsze chciałam mieć.  I tym sposobem mamy trzy niemal nowe naczynia.

Podczas naszego oglądania towaru, bo oczywiście na patelniach się nie skończyło,  pracownik układał nowy towar, ale w miejscu, gdzie są m.in meble i inne dodatki do domu. I tam stała ona! Lampa do salonu na trzech drewnianych nogach. Zawsze mi się podobały takie. Kosztowała 17€ i bierzemy. Tym sposobem mamy kolejny abażur w salonie.

Nie mogłam się powstrzymać przed wzięciem takiego kompletu na tacy, czyli cukiernica i dzbanuszek do mleka. Ten pojedzie do mojej siostry.

W kringloopie nie brakowało też szklanych pojemników do przechowywania przypraw, ziół czy sypkich produktów.  Nie potrzebuję,  więc nie brałam.  Znalazłam też regał ze sporą ilością różnych solniczek i pieprzniczek.

Jedna z ładniejszych komód,  jakie widziałam.  Lubię takie proste meble.

A niżej komplet naczyń i kilka lampek.

Do następnego 🙂

ZAKUPY Z TEMU, CZYLI HITY I KITY

Jak zwykle trochę mnie poniosło z zakupami na Temu. I tym razem miałam niespodziankę,  bo zapomniałam dokładnie co zamówiłam.  Na paczkę czekałam ciut dłużej,  niż zazwyczaj.

Od razu zaznaczę,  że zdjęcia są zrobione w drugą stronę,  bo do tej pory zaprzyjaźniam się z nowym telefonem. Jednak w Xiaomi wszystko wydawało się prostsze. Przejdźmy zatem do meritum. Początek był taki, że szukałam czegoś do mycia okien na zewnątrz.  Holenderskie okna mają to do siebie, że nie otwierają się do wewnątrz.  Irytuje mnie to, bo lubię je myć a nie mogę.  O ile na dole- okno kuchenne, czy w salonie umyję,  tak na piętrze jest dupa wołowa. Koleżanki siostra kupiła sobie specjalne urządzenie  na magnes. Pewnie każdy kojarzy, jak to działa.  Z jednej strony gąbką myje się wewnątrz a strona z magnesem przesuwa się w ten sam rytm na zewnątrz.  Tak to mniej więcej działa.  No więc,  ja też chciałam to „magiczne” urządzenie mieć,  tym bardziej, że koleżanka mówiła,  że jej siostrze się to super sprawdza.

Znalazłam to „cudo” na Temu i oczywiście obejrzałam też inny towar. I tak do koszyka trafiło np kilka ubrań:

Np takie koszulki na ramiączkach.  Pakowane po 3 kolory w dwóch paczkach. Białe,  czarne, szare. Jedne z guzikami na przodzie, drugie bez. Potrzebowałam takie pod bluzy. Podobają mi się. 

Kiecka, która na zdjęciach wyglądała dużo ładniej.  Po pierwsze, miała cieńszy materiał i splot. Po drugie ładniejszy był też kolor. Ten jest jakiś mdły.  Ogólnie długość jest ok. Ta sukienka pasuje bardziej zimą do kozaków.  I będzie potrzebny pasek.

Maseczki w płachcie marki Sadoer. Lubię je, są dobre. Do tego moja nowość,  czyli japoński szampon i odżywka.  Japońskie kosmetyki są ostatnio popularne w rolkach na Facebooku. Otwarłam te do włosów.  Zapach delikatny, kremowy. Przy otwarciu pompki nie dało się uruchomić.  Otwarłam całkiem.  Tego zapachu już nie czułam.  Włosy zaś były po użyciu miękkie i łatwo się rozczesały. 

Nie mogłam się oprzeć kolczykom i o dziwo w złotym kolorze. Do tego opaska z kokardą w groszki na lato. Plus 3 duże spinki (jedną miałam akurat już we włosach), z których jestem zadowolona, bo moje kudły są grube.

I moje ostatnie odkrycie, czyli refleksologia.  Znalazłam skarpety z oznaczeniami narządów i dołączone do nich plastikowe masażery.  Lubię masaż stóp.  I wierzę,  że odpowiednie uciski na stopach odpowiadają poszczególnym narządom w ludzkim ciele. Myślałam nawet nad kursem refleksologii.  Życia mi braknie na moje pomysły 🙂 A to okrągłe coś,  to podwójne lusterko z motywem „Obcego ” i „Predatora”. Pan Mąż dostał podkładkę przed laptopa też z tą parą alienów.  Bardzo dobra jakość. 

I wiadomo: wyklejanki do scraapbookingu.  Mam np motyw książek,  pór roku, jedzenia i roślin, w tym tulipanów. Już zrobiłam kilka kolaży.  Idzie mi całkiem dobrze, zapełniam kolejne strony.

I teraz hit nad hity, czyli urządzenie do mycia okien. Siostra koleżanki kupiła duże.  Ja też,  a przynajmniej tak wyglądało na zdjęciach.  No i cóż…

Mam sprzęt jak się patrzy 😆 Mam też trzy opcje do wyboru: wleźć na drabinę i myć okna samodzielnie (co odpada, bo się boję wysokości), myć pół dnia okno tym czymś, albo zamówić firmę, która się w tym specjalizuje.  I chyba zostanę przy trzecim pomyśle  🙂

Do następnego 🙂

MOJE OGRODNICTWO I PRZEGLĄD TOWARU W CENTRUM OGRODNICZYM

Znowu mi odwaliło z ogródkiem, a obiecałam sobie, że nie będę szaleć i posadzę w ogrodzie minimum. Gdzie tam… Poczułam wiosnę i znalazłam się w Aralii.

W tym roku poszłam o krok dalej i zaczęłam siać warzywa i zioła.  Uwielbiam jarzyny. Oglądać i jeść.  Kupiłam mnóstwo nasion i część już wysiałam.  Reszta czeka na kwiecień i maj. Dodać muszę,  że jakieś kwiatki też są. 

Pozbierałam wytłaczanki po jajkach i rolki po papierze toaletowym (pomysł z TikToka), napełniłam ziemią i wsiałam nasiona m.in pomidorków koktajlowych,  koperku i bazylii. Postawiłam to wszystko na parapecie w pokoju i na tę chwilę wyszedł już koperek. Potem to wszystko pójdzie do ogrodu.

Pojechałam też po pracy w okolice Rotterdamu, żeby kupić dwie drewniane skrzynki po owocach. Znalazłam je na Marktplaats.  W centrum ogrodniczym kupiłam kilkadziesiąt litrów ziemi i napełniłam owe skrzynki. W jednej rosną już zioła,  które przetrwały od zeszłego roku a w drugiej znajduje się cebula dymka i pietruszka (nać).

Mięta,  tymianek,  szczypiorek i rozmaryn.

I bym nie była sobą,  gdybym do wózka nie włożyła dwóch małych bukszpanów,  które teraz rosną w donicach przed domem, forsycji,  czyli tzw złotego deszczu i pachnącego żarnowca.

W ogródku usunęłam chwasty, spulchniłam ziemię i zrobiłam przegląd. Hortensje wypuszczają nowe listki, podobnie i róża. Mam nadzieję, że mszyce ją w tym roku oszczędzą.  Goździki jak zwykle kwitną, podobnie jak żonkile. Tulipany wyszły,  ale nie wiem, czy zakwitną. Ogólnie nie jest źle.

Do Aralii pojechałam sama, bo chciałam w spokoju oglądać rośliny i zrobić zdjęcia.  To był dobry pomysł,  ale już targanie samej ciężkich worków z ziemią,  już nie bardzo, ale jakoś dałam radę.  W centrum głównym motywem przewodnim było już lato i wakacje. Na początku zajrzałam na stoisko z morskimi dekoracjami. Piękne są,  jak np te drewniane koniki morskie:

Motyw cytrusów też był.  Oprócz sztucznych drzewek, oglądałam szklanki, półmiski i inne miseczki z owocami pomarańczy i cytryn.

Na dziale roślin do ogrodu,  dominowały bratki, fijołki,  i jeszcze wczesnowiosenne żonkile, hiacynty. Ogrom kolorów sprawił, że miałam obłęd w oczach i z tego wszystkiego zapomniałam podjechać do miejsca, gdzie wyrzuca się stare i niepotrzebne rzeczy,  żeby pozbyć się klosza z kuchni. Innym razem.

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- LUTY

Pogoda w lutym była naprawdę kiepska. Nawet bym stwierdziła,  że dołująca.  Lubię takie klimaty, ale jesienią.  Dobrze, że poprzedni miesiąc był taki krótki,  bo nawet ja miałam dość tych ciężkich chmur i ponurych dni.

W pracy spokój.  Wróciło już wprawdzie kilka osób z poprzedniego sezonu. I tu niespodzianka,  bo pierwszy raz szef ponownie chce ludzi z Rumunii. Nie są to typowi Cyganie,  którzy mają zasady i reguły panujące w firmie w dupie,  tylko normalni Rumuni. Spokojni, sympatyczni i dostosowujący się do otoczenia. Wróciła też wesoła Słowaczka Veronika.  Mamy też kilku Turków pracujących na ZZP,  także jest misz masz,  ale pozytywny. Niestety z samymi Polakami się nie da do końca dobrze pracować.  Ukrainki z zeszłego roku niestety nie wracają.  A szkoda, bo dobrze mi się z nimi pracowało na magazynie.

Pomidory rosną bardzo szybko i według wyliczeń zbiór nastąpi w końcówce marca, początku kwietnia.  Wreszcie będę mogła je jeść i brać np w tortilli do pracy. Nadal nie wolno nam wnosić pomidorów np ze sklepu, ze względu na ryzyko wirusa. W tym roku przywiązuje się jeszcze większą wagę do ochrony roślin i warzyw. Ja w pracy wykonuję różne zadania. Czas mi przez to szybko leci i dodając do tego słuchane podcasty, równa się szybki powrót do domu 🙂 Ostatnio np zakładałam „kolanka „, czyli zgięte plastikowe nakładki na trasy, żeby je wzmocnić.  Chodzi o to, żeby pod ciężarem owoców gałązki z nimi nie pękły. 

W lutym trwał w Holandii karnawał.  Wprawdzie tylko chyba 3 dni, ale obchodzony wesoło.  Najbardziej hucznie jest w Brabancji i Limburgii. Jest mnóstwo parad, festiwali, muzyki i przebieranek. Pamiętam,  że gdy mieszkałam kiedyś w Brabancji (blisko Walwijk), to nawet kasjerki w marketach były przebrane. Przez chwilę chciałam nawet jechać i obejrzeć co nieco, ale Pan Mąż miał niestety lenia. Wrzucam więc tylko zrzut z TikToka.

W centrum handlowym po sklepie Blokker nie ma już śladu.  Była to sieć ze sprzętem RTV i AGD a także z dekoracjami do domu i np talerzami czy szklankami. Kupiłam tam kiedyś odkurzacz i żelazko,  które mi służą po dziś dzień.  Mieli też dobre worki do odkurzaczy.  Na szczęście zdążyłam zrobić zapas. W miejsce Blokkera powstała bawialnia dla dzieci. Są huśtawki,  baseny z piłeczkami albo duże klocki. W grudniu siedział tam Mikołaj i dzieci robiły z nim zdjęcia. 

Szklane drzwi i okna teraz tak są ozdobione  🙂

Ja wyjęłam z zamrażalnika grzyby, które zbierałam w zeszłym roku i zrobiłam wreszcie z nich grzybową.  Najpierw podsmażyłam na maśle- w całym domu unosił się zapach. Potem wleciał placek z jabłkami i wanilią.  Też pachniało. 

Poszłam na spacer do parku, żeby nakarmić ziarnem ptaki. Były niemal same łyski.  Kilka kaczek i żadnych łabędzi.  Ledwo zrobiłam kółko wokół jeziorka i zaczęło padać.  Pogoda była paskudna. Już się wprawdzie przyzwyczaiłam,  że w tygodniu jest słońce a w weekend deszcz. Takie uroki Holandii.

Udało mi się dojrzeć przebiśniegi i krokusy. Żonkile jeszcze spały i miały gdzieś wychodzenie na zewnątrz.  Gdy teraz to piszę,  jest już żółto.  Nagle się obudziły i ozdobiły pobocza dróg i trawę nad kanałami. 

A wspomniana wyżej Słowaczka Veronika, pojawiła się w pracy w takiej oto koszulce:

Ta wiedźma na stosie, odpala od płomieni fajkę 🙂

Do następnego 🙂

6 URODZINY BLOGA

Zapomniałam zupełnie,  że to w lutym założyłam swoje małe miejsce w internecie.  Dostałam dzisiaj przypomnienie z życzeniami od wordpress. 

Pamiętam teraz ten dzień,  gdy siedziałam jeszcze wtedy w wynajmowanym mieszkaniu, na zwolnieniu przez 5 tygodni. Miałam zoperowany palec i gips po łokieć.  Już dużo wcześniej planowałam założyć bloga i pisać swoje wypociny na temat mojego życia tutaj w Holandii i nie tylko. Tylko plany swoje a czas i umiejętności swoje. Bo ja o zakładaniu bloga miałam pojęcie żadne.  Czytałam ( i czytam nadal) blogi innych ludzi i wiedziałam,  że też chcę sobie coś tam pisać.  I tak na tym zwolnieniu miałam wreszcie czas, żeby nad tym posiedzieć.  Przekopałam mnóstwo stron internetowych i filmików na YouTube, z których uczyłam się zakładania strony. Często szlag mnie trafiał i miałam ochotę wyjebać laptopa przez balkon. Ale się zawzięłam i ukończyłam to. Mam ten blog i sobie wreszcie piszeswoje wywody. I tak pykneło 6 latek 🙂

Z tego powodu zrobiłam w swoim kajecie  kolaż w mini wersji w miesiącu luty, który jest na głównym zdjęciu.  Upiekłam też cynamonki z zestawu kupionego jakiś czas w Lidlu. Wcześniej nie miałam na to chęci,  bo ciasto drożdżowe to nie moja bajka. A teraz stwierdziłam,  że raz kozie śmierć- może coś z tego wyjdzie. W opakowaniu znajdował się płat ciasta drożdżowego i słoiczek z cynamonowym nadzieniem. Nie wyszły olbrzymy,  jak u Kingi Wierzbickiej z TikToka. Ot,  7 mini bułeczek,  które ułożyłam w blaszce w cały świat.  Piekłam kilkanaście minut w 180° . Końcowy efekt,  to jedna wielka buła.  Polewę zrobiłam sama i bardzo mi to coś smakowało 🙂

Wracając do bloga.  Ma tę samą nazwę w adresie internetowym,  ale nowe logo na stronie głównej.  Będzie jeszcze kilka zmian. Postaram się je zrobić jak najszybciej. Podsumowanie miesiąca Będzie się teraz nazywała „fotorelacja ” + dodany miesiąc. Mam już mnóstwo pomysłów na nowe wpisy. I mam nadzieję,  że w tym roku będzie się działo jeszcze więcej niż w poprzednim.

Do następnego 🙂

COMMONPLACE  JOURNAL

Jest bullet journal, booking journal, czy po prostu wyklejanie kolaży. I tak sobie oglądałam na Instagramie, TikToku i Pintereście te wszystkie kolorowe zeszyty i pomyślałam, że dobrze by było mieć wszystko w jednym. I można przecież takie coś stworzyć i nazywa się to „commonplace”.

Nie powiem, wkręciłam się w to. I zamiast kupować gotowe boulety np do czytania książek, to można stworzyć własny i nawet więcej. Za wyklejanie kolaży już wzięłam się wcześniej. Ale to za mało dla mnie. A nie potrzebuję prowadzić trzech kajetów. Oglądałam filmiki, na których dziewczyny pięknie opisują i ozdabiają zeszyty opisując różne rzeczy. A niektóre mają naprawdę wyobraźnię i piękne pismo. Kaligrafia też mnie interesuje. I tak, w starym zeszycie z zeszłego roku zaczęłam prowadzić nowy journal.

Zostawiłam strony z różnymi utworami do nagrania nowej płyty, która przyda się podczas np długiej podróży do Polski. Poza tym, jest też dosyć długa lista książek, które bym chciała mieć w swojej biblioteczce.

Na kolejnych stronach mam spisane części serii książek, żebym pamiętała które mam a które muszę dokupić. Zostawiłam też listę „aż” pięciu książek, które zawzięcie przeczytałam w poprzednim roku i zrobiłam pod nimi napis „dupa”, czyli nic z wyzwania nie wyszło. Za to w tym roku rozpoczynam kolejne i zrobiłam sobie regał, na którym oznaczam książki. Pierwsza już jest.

Dalej mamy listę z tytułami przeczytanych książek, autora i miejsce akcji. Na koniec mojego czytelniczego wyzwania wybiorę najlepszą książkę roku 🙂

Będę też prowadzić listę pozycji zakupionych w tym roku, bo na pewno coś kupię. Inaczej będę chora. Trzeba regały dowalić. U innych dziewczyn zobaczyłam tzw „cmentarz”. Narysowałam więc 4 nagrobki, bo przypuszczam, że tyle książek mi braknie do wyzwania. Może być oczywiście mniej lub więcej.

Zrobiłam też zakładkę z napisem Nowy Rok 2026. Za nią są strony oznaczone każdym miesiącem. Co na nich się znajdzie? Wszystko to, co działo się, zdarzyło w danym miesiącu. Np w styczniu sporo śniegu spadło, odebraliśmy auto od mechanika i to właśnie w obrazkach, naklejkach, opisach zawarłam. I tak każdy miesiąc.

Zaczęłam też oglądać więcej filmów. Mamy pakiet na SkyShowTime i żal nie korzystać. Pojawiają się tam i starsze jak i nowsze filmy.

Z filmami mam dwie strony. Tę drugą z popcornem wypatrzyłam na Pinterest. Obok wykleiłam i zrobiłam napis nawiązujący do zagłady pszczół. To hasło bardzo mi się spodobało.

Nie zrezygnowałam z kolaży. Wyklejam sobie rzeczy, które lubię. I tak np znalazło się morze i plaża, ulubiona pora roku, czyli jesień. W planach mam jeszcze grzyby, kawę czy książki. Jednym z motywów będą też tulipany i wiatraki Holandii.

Mnóstwo dziewczyn robi też tzw „mapę marzeń”. Moja jeszcze nie jest skończona, bo potrzebuję więcej naklejek i obrazków. Nie są to jakieś ogromne marzenia. Wyklejam z ciekawości, bo opinie mówią że działa. Coś jak potęga podświadomości.

Na końcu zrobiłam tzw „weather tracker”. Chodzi w tym o to, żeby zrobić tabelkę z miesiącami i dniami i kolorować okienka wg oznaczeń pogody, np słońce – okienko na żółty kolor, deszcz- niebieski, itd. Na koniec roku wychodzi podsumowanie pogodowe. Z tym podchodziłam ze trzy razy, bo zawsze coś spieprzyłam, ale udało się wreszcie tabelkę zrobić.

Zeszyty z naklejkami kupuję w Actionie i na Temu. Do tego wycięłam różne obrazki ze starych gazet. Uzbierało się trochę tego. W każdym razie bardzo mnie relaksuje tworzenie takiego zeszytu. Codziennie po pracy coś tam wyklejam. W koszyku na Temu mam już wybrane stikery. A w internecie jest mnóstwo inspiracji. Ktoś może powiedzieć, że to głupie i dziecinne. Nic bardziej mylnego. Potem fajnie będzie zajrzeć do zeszytu i zobaczyć co tam się ciekawego wydarzyło. Póki mi się nie znudzi, będę to prowadziła.

Do następnego 🙂

„MOTYW ZBRODNI” – KATARZYNA BESTER

Jeden miesiąc – jedna książka. Takie mam wyzwanie i styczniowa pozycja ukończona. Nie mam tyle czasu żeby czytać częściej. Zaczęłam kolejną książkę i tym razem grubszą a luty ma tylko 28 dni. Będzie pewnie skończona w marcu. Znowu z poślizgiem. No, ale nic. Będę robić, co tylko w mojej mocy, żeby w każdym miesiącu pykła jedna książka.

Katarzyny Bester nie znałam. Zaintrygował mnie tytuł tej książki i opis fabuły z tyłu. Dopiero podczas czytania zorientowałam się, że napisała ją Polka. To teraz kilka słów o autorce. Katarzyna Bester na co dzień mieszka w Rzeszowie, jest właścicielką dwóch kotów i wielką fanką kawy. Fascynuje ją Nowy Jork, dlatego chętnie rzuca tam swoich bohaterów. Zadebiutowała w 2020 roku i grono jej czytelników rośnie. Jej książki znane są z zaskakujących zwrotów akcji.

Kupując „Motyw zbrodni”, oczywiście nie zauważyłam, że to drugi tom serii. Głównym bohaterem jest detektyw Winters. Akcja książki dzieje się w Nowym Jorku, co mnie cieszy, bo podoba mi się to miasto. Mam nadzieję, że kiedyś się tam pojawię i zwiedzę je na żywo 🙂 Nowy Jork atakuje śnieżyca. Detektyw Aidan Winters spędza dzień z rodziną, gdy dzwoni telefon. Winters jest potrzebny na moście Brooklińskim. Znaleziono tam zwłoki młodej studentki Nory Walton, która była córką znanego w mieście adwokata. Rozpoczyna się śledztwo. Niestety każdy podejmowany przez detektywów trop zdaje się prowadzić do nikąd, a osoba która może udzielić odpowiedzi na wiele pytań, zapadła się pod ziemię. Pojawia się wiele pytań: Kim jest Jason? O czym Nora nie mówiła rodzicom? Czy klucz do rozwiązania zagadki znajduje się w ręku jednego z klientów znanego adwokata? Tymczasem nad Nowym Jorkiem nie przestają gromadzić się śniegowe chmury, co znacznie utrudnia szukanie dowodów. Wtedy morderca uderza ponownie…

W tej książce nie ma nudy. Czyta się naprawdę przyjemnie, bo świetnie jest opisana akcja i to, jak detektywi po nitce do kłębka rozwiązują zagadkę. I oczywiście rozwiązanie okazuje się zaskakujące. Ja zaczęłam czytanie serii od dupy strony, bo od drugiej części. Będę musiała poszukać i kupić pierwszą część pt „Tamtej nocy”. Trzecia część jest w przygotowaniu. Wiem też, że jestem już fanką książek Katarzyny. To jest czwarta seria tomów, którą polubiłam i będę zbierać. Pierwszą jest Grahama Mastertona, drugą Simona Becketta, trzecią – Maxa Czornyja.

Do następnego 🙂