OGRÓD IDZIE SPAĆ…

Nadszedł wreszcie ten czas, gdy robimy porządek z roślinami przed zimą. Chcieliśmy zrobić dużo więcej, ale jak już zaczęło padać, to długo nie przestawało. Zrobiliśmy minimum.

Ogród ogólnie zarósł. Ciężko było kosić trawę, gdy wszystko było w deszczu. I tak mamy w planach na wiosnę usunąć część kostki, bo chcę pas trawy. Zrobiłam przegląd roślin. Część jeszcze kwitnie, np fuksja.

Mam nadzieję, że bez problemów przezimuje i zakwitnie znowu, bo akurat tej się to udało. Hortensje przetrwały upały. Kwiaty zbladły, ale roślina wypuściła nowe listki. Agrest Jacuś w tym roku nie został obgryzione przez małe liszki. A ogólnie – odpukać- mało mam ślimaków. Raz na jakiś czas jakaś menda się pojawi. Może faktycznie sól je odstraszyła.

Moje ulubione goździki ogrodowe też sobie radzą. Jak zawsze pewnie przetrwają zimę i na wiosnę i lato będą kwiatki wypuszczać.

Szafirkom się za to coś pomyliło i nie czekały do wiosny. Wyszły znowu 🙂

Palmy mrozoodporne i agawy (mam po dwie sztuki) odzyskały kolor i siły po suszy. Wypuściły nowe liście.

Najgorzej skończył groszek cukrowy, bo niestety usechł. Zaczął się powoli piąć po kratce, ale niestety nie dał rady. Dzisiaj znalazłam jednak jedną samotną roślinkę, która próbuje rosnąć. Nie wiem, czy coś z tego będzie…

Za to zielistka od sąsiadki zaszalała. Wypuściła mnóstwo pędów z kwiatkami. Ogólnie rozrosła się. Jutro jeszcze zostanie na dworze. Przed urlopem zawędruje do domu. I tu już przezimuje.

Tak w ogóle, to już poczułam jesień na całego. Byliśmy w Actionie. Kupiłam kilka ozdób jesiennych: liście sztuczne i lampki w kształcie dyń. Wsadziłam do wazonu a światło daje przytulny i ciepły efekt.

Po drodze do sklepu, zatrzymaliśmy się przy minisklepiku przydrożnym, gdzie można kupić różne rośliny, ale akurat w tym momencie były dynie i tykwy. Tykwy są piękne. Wybrałam zieloną- wężową i postawiłam ją z resztą ozdób przed domem. Do tego w sprzedaży był ładny stroik jesienny . Teraz stoi na stoliku przy kanapie 🙂 A w miejscu, gdzie wisiał kwiat, powiesiłam teraz latarenkę metalową. Wygląda to naprawdę fajnie. Mam w planach kupno świec pomarańczowych i czarnych. Włożę je do dwóch latarni ogrodowych, które do tej pory stały w ogrodzie. Planujemy Halloween, więc będzie pasowało.

Do następnego 🙂

SOS I OGÓRKI

Co zrobić z nadmiarem pomidorów, które są do wyrzucenia? Przerobić na sos pomidorowy. Ogórki też się przydadzą.

W zeszłym roku robiłam ogórki w curry i sałatkę warzywną w słoikach a teraz postanowiłam zrobić sos pomidorowy i kiszone. Oczywiście to też był pierwszy raz. Kiszone podobno zawsze wyjdą. No to ok. Trzeba zrobić. W internecie znalazłam co i jak. Potrzebny był chrzan, czosnek, koper i oczywiście ogóry. W przepisach często był podawany liść dębu lub winogrona. Po lesie biegać i szukać dębu nie zamierzałam. Korzenia chrzanu też nie miałam. Świeży koper i czosnek już tak. Ale w polskim sklepie znalazłam specjalną mieszankę do ogórków kiszonych. Do większego słoja i dwóch mniejszych, litrowych słoików upchnęłam ogórki, wsypałam mieszankę, dodałam koper i ząbki czosnku a następnie zalałam gorącą wodą z solą. I sobie ładnie kisną.

W pracy mamy teraz bardzo dużo pomidorów, które nie nadają się na sprzedaż. Kupuję je pan Turek i cholera wie co z nimi tam sobie robi… Ja zbierałam tzw „bulwy”, czyli te największe, z których do tej pory robiłam zupę. Przynosiłam codziennie po pudełku. Zachciało mi się sosu pomidorowego, który nada się i do pizzy i do spaghetti. Przepis oczywiście z internetu. Kupiłam suszone oregano, świeżą bazylię, czosnek już miałam i do gara.

Najpierwej je wyparzyłam w gorącej wodzie i obrałam za skórki. Potem pokroiłam na kawałki i do blendera. W garnku o grubym dnie gotowałam i doprawiałam na bieżąco. Z gotowaniem było ciężej, bo robiłam to przez dwa dni po pracy. Z rzadkiego soku, musiała powstać dosyć gęsta papka. No i była:

Wlałam ją potem do słoików i jeszcze do pasteryzowania. 15 minut i można wyjmować. Usłyszałam pyknięcie, więc słoiki się zamknęły.

Ostatnio otworzyliśmy jeden mały słoik, bo Pan Mąż robił spaghetti. Wyszło pyszne. Gdy nie wykorzystujemy całego słoika, na wierzch wlewa się troszkę oliwy i do lodówki. Na pewno nie spleśnieje. Robiłam tak kiedyś z koncentratem pomidorowym i faktycznie działa. Doszłam do wniosku, że robienie słoików na zimę bardziej mi się podoba, niż np.pieczenie ciast. Wkręciłam się w to. Nie jest trudne 🙂

Do następnego 🙂

JESIEŃ JUŻ BLISKO, CZYLI DYNIE I DEKORACJA PRZED DOMEM

Postanowiliśmy się wziąć za porządki w ogrodzie przed jesienią i naszym urlopem. Trzeba wszystko posprzątać i uporządkować, bo potem będą już tylko wiatr i deszcz.

Doszłam do wniosku, że w tym sezonie nie kupię dyń w centrum ogrodniczym, bo po co przepłacać. Pomyślałam, że znajdę tutejszego farmera. Szukałam i znalazłam 10km od naszego miasta, w miejscowości Geervliet, gospodarstwo ogrodnicze. Jest to rodzinny biznes. Zaczęli już sezon na dynie. Bingo! W sobotę otwarte do 15:00. Jedziemy. Okazało się, że zrobili wystawę w stodole. Na snopkach słomy i drewnianych stołach było mnóstwo dyń i tykw. Różnej wielkości. Do tego w koszach mniejsze. Można było też kupić jesienne stroiki i suszone bukiety. I pojedyńcze kwiaty. Wstawione były też drewniane ławki że stolikami, przy których klienci pili kawę i herbatę. Właściciele bardzo mili. Mogłam bez problemu zrobić zdjęcia.

Teraz już wiem, gdzie będę jeździła co roku 🙂 Kupiłam kilka dyń. Zrobiłam też stroik na drzwi. W Actionie kupiłam kółko, do którego przykleiłam sztuczne liście, dynie i jabłka. Wykorzystałam klej modelarski Pana Męża. Póki co, wszystko się trzyma. Ozdoby miałam jeszcze z zeszłego roku, które były stroikiem domowym. Stwierdziłam, że nie będę tego w domu trzymała, będzie dobre na zewnątrz.

Przed domem zmieniłam wystrój. Hortensję wyniosłam na podwórko. Został krasnal i wiewiórka. Przesadziłam wcześniej kupione chryzantemy i wrzosy. Dodałam dynie. Wcześniej spryskałam je lakierem do włosów, może nie zgniją tak szybko.

Szukając dyniowej farmy, znalazłam holenderskie blogi, na których można co nieco o dyniach się dowiedzieć:)

O świętach i nie tylko.

https://oktoberdots.com/blog/. Tutaj jest mnóstwo ciekawych przepisów kulinarnych 🙂

A na koniec dwie piękne dekoracje z mojego miasta 🙂

Do następnego 🙂

MINĄŁ SIERPIEŃ…

Wreszcie! Wreszcie wrzesień! Blisko jesieni na którą czekam. Już nawet obmyślam, jak ustawię wrzosy i chryzantemy przed domem. Znalazłam nawet miejsce, gdzie kupię dynie.

Deszczu w sierpniu malutko, tyle co kot napłakał. Susza okropna i do tego palące słońce. Pogodynka pokazywała mi burze. Była – raz. Reszta, to tylko ciemne chmury, które przeszły bokiem. Po raz kolejny napiszę: nie znoszę upałów i znoszę je źle. Nikt mi nigdy nie wmówi, że gorąc jest dobry, że takie powinno być lato. Może być ciepłe, ale nie upalne. Lato lubię tylko z czterech powodów: można się kąpać wieczorem w morzu, pranie na dworze szybko schnie, ogród z kwiatami wygląda lepiej, niż zimą i można zrobić grilla na zewnątrz. A poza tym, to skwar, gorąc, rzeki wyschnięte, kupa robactwa i skóra się starzeje od słońca. Aha, no i krótkie noce i długie dni. A ja lubię wieczór i noc. Jestem człowiek – sowa.

Nie od dziś wiadomo, że zimno leczy. Po coś przecież jest krioterapia. Po coś są zalecane masaże kostkami lodu, czy zimne prysznice. Czytałam kiedyś o Aleksandrze Zajączek. Ta dama wyszła za mąż za generała Józefa Zajączka i brylowała na salonach. W Warszawie nazywano ją Lodową Damą. Urodę zawdzięczała dzięki zimnu. Spała w nieogrzewanej sypialni przy otwartym oknie, niezależnie od pory roku. Pod łóżkiem trzymała balię z lodem a poranki zaczynała od lodowatych kąpieli. Morsowanie się kłania:) Aleksandra nie spożywała gorących pokarmów. Jak na tamte standardy, gdy nie było kremów, liftingów i botoksow, uchodziła za piękną. W wieku 60 lat zasłynęła romansem z młodszym od niej o 40 lat hrabią Wojciechem Grzymałą.

Jako, że latem można wieczorem wejść do morza, to tak zrobiłam. Ale to było późnym wieczorem, po zachodzie słońca. Musiałam się schłodzić, bo upał był wtedy koszmarny. Łysy był wtedy okrągły, jak piłka i świecił pełną gębą, więc był odpływ. Woda mulista, ale i tak do niej weszłam.

Zebrałam też pierwsze śliwki. Jest ich więcej niż w zeszłym roku, ale drzewko ma jakąś chorobę. Nie chcemy go usuwać. Na jesień zostanie przycięte.

A to widok z okna z naszej „klasy”. Jeśli chodzi o szkołę, to jesteśmy podzieleni na dwie grupy: początkujący i zaawansowani. Najpierw godzina zajęć z polską nauczycielką. Zawsze na początku po holendersku opowiadamy o minionym tygodniu i weekendzie. I czytamy też wiadomości. Chodzi o to, że wybrane dwie osoby muszą przygotować materiał o tym, co aktualnie się dzieje, wydarzyło itp. Korzystać mamy z tej strony: https://jeugdjournaal.nl/ Ja ostatnio przygotowałam o nowym projekcie NASA- Artemis 1. Znowu lecą na Księżyc. Tym razem była awaria jednego z silników. Przy pracy pomagała holenderska ekipa. Dokładniej, przy panelach słonecznych, które są umieszczone na rakiecie. Doczytałam to i owo w internecie i dopisałam o manekinach (Helga i Zohan) w rakiecie, że chcą też wybudować wreszcie bazę na Księżycu. Potem przychodzi druga grupa, czyli początkujący a my idziemy na zajęcia 2godzinne z Holendrem- to były dyrektor tej szkoły. Na początku byłam przerażona. Ale teraz lubię te lekcję. Mnóstwo nowych słów, bawimy się w quizy, mamy ciekawe zadania i cały czas gadamy po holendersku. A ja, sama dla siebie, zaczęłam się uczyć też hiszpańskiego. Zauważyłam, że dzięki czytaniu książek bardzo szybko zapamiętuję słówka. Muszę wykorzystać mózg póki się da.

Poprzednio pisałam o prostym cieście z kruszonki. Zaniosłam kawałek sąsiadom. Otworzył Ron i elegancko powiedziałam, że upiekłam ciasto z… ziemniakami 🤦 Ah ten język… Miało być z truskawkami. Chociaż ostatnio doszłam do wniosku, że holenderski jest łatwiejszy niż polski. Serio. W rewanżu sąsiadka też przyniosła ciasto, ale nie zapytałam, czy sama robiła, czy kupne. Powiedziała, że to indonezyjskie i „pandan”. Sprawdziłam o co chodzi. Pandan lub pandanowiec, to roślina o długich liściach. Wykorzystywana jest w kuchni azjatyckiej. Liście się mieli, a uzyskany sok, to naturalny barwnik spożywczy i aromatyczna przyprawa. Jak smakuje takie ciasto? Jest puszyste, miękkie, z posmakiem wanilii. Niezbyt słodkie. Ogólnie bardzo dobre, do kawy czy herbaty idealne.

Znalezione łabędzie pióra poszły na zakładki do książek:

Pierwsze jesienne dekoracje i kilka widoków:

Do następnego 🙂

POSIEKANE I POKROJONE

Wpis ten, już od dłuższego czasu chodził mi po głowie i wreszcie zebrałam zdjęcia. Dotyczy jedzenia, a konkretnie- warzyw. Zresztą nie tylko.

Pamiętam moje początki w Holandii. Wiele rzeczy mnie dziwiło. Było inaczej niż w Polsce. Nowością były dla mnie niektóre rzeczy do jedzenia. Na przykład takie ziemniaki… W Polsce kupowało się worek, samemu obierało i do gara. A tu nie. Oczy zrobiłam wielkie, kiedy kolega powiedział mi, że tu oprócz standardowych bulw, można kupić w małych woreczkach już obrane, pokrojone a nawet przyprawione kartofelki. I to w różnych kształtach: półksiężyce, kulki, plastry czy kostki. My do tej pory kupujemy całe worki ziemniaków do obrania. Pan Mąż wyszukał takie w sam raz idealne, bo to jego ulubione warzywo. Dla mnie ziemniak to ziemniak, więc jego wybór.

Holandia warzywami stoi. Por jest tu chyba na pierwszym miejscu. W marketach znajdziemy też woreczki z posiekanym porem, lub porem zmieszanym z innymi warzywami. Taki mix np z papryką czy marchewką. Często z tego korzystam, gdy robię zupę warzywną.

Bardzo wygodne jest kupienie woreczka z posiekaną już cebulą. Nie trzeba się męczyć z obieraniem, krojeniem i płakaniem. Z pieczarkami jest podobnie.

W Polsce, jak i tu kupimy brokuł i kalafior podzielony na różyczki. Ja znalazłam jeszcze kalafior- ryż. Czyli tak drobno posiekany, że wygląda jak białe ziarenka 🙂

No i wreszcie mnóstwo gotowych dań. Wybór duży. Wkładamy do mikrofalówki i obiad gotowy. Wśród nich są np różne makarony z sosami: bolognese czy carbonara. Do tego lasagne. Ale to nie tylko kuchnia włoska:) Bo są też ziemniaki (bardziej puree) lub ryż z kawałkami mięsa i sosem a obok np. marchewka z groszkiem. Oprócz tego, kupić można mix sałat z dodatkami takimi jak ryba, krewetki czy kurczak. W małych saszetkach znajdują się sosy.

Jadłam wiele z tych dań i przyznam, że są całkiem dobre. Jeśli ktoś nie lubi, nie umie gotować lub nie ma czasu, to jest to dobra opcja. Wygrzebałam coś z mojej zamrażarki. Nie są to warzywa w kawałkach a mięso. Konkretnie chodzi o pokrojony w drobną kostkę boczek i szynkę drobiową. Kupuję to często i zamrażam. Boczek przydaje się i do jajecznicy i do obiadu. Nawet taki zamrożony można dodać od razu do gara. Szynka jest pokrojoną w drobne paseczki. Jest mi potrzebna do mojej ulubionej sałatki.

Na koniec zostawiłam ser. Tu jest ogrom różnych serów już startych. Pomysł super, bo otwieram paczkę i mogę od razu rzucić na pizzę czy zapiekankę:)

Do następnego 🙂

JEZIORO VELUWEMEER

Trochę nam odbiło. Stwierdziłam, że kupimy voetbaltafel, czyli stół z piłkarzykami. Przejrzałam Marketplace i znalazłam fajny za 30€ aż z czterema piłkami. Miejscowość? Daleko.

Oferta była z miasta Mappel, w prowincji Drenthe, czyli ok 230km od nas. Jedziemy. Bo co tu robić w niedzielę? Zresztą w tej części Holandii jeszcze nas nie było. Drenthe, to prowincja najmniej zaludniona z pięknymi lasami i łąkami z wrzosami. Niestety były suche, lub odbarwione przez suszę. Mam nadzieję, że deszcz nadejdzie szybko i odzyskają swoją barwę. Dotarliśmy do Mappel, gdzie osiedla domów wyglądały trochę tak, jak te w amerykańskich filmach, czyli z dobrze utrzymanymi, czystymi i asfaltowanymi ulicami, zadbanymi ogródkami, podjazdami i domami wolnostojącymi. Tyle, że w mniejszej wersji.

Zapakowaliśmy stół do auta i ruszyliśmy z powrotem. Jechaliśmy ciut inną drogą i mijaliśmy naprawdę urocze wioski z dużymi domami/ willami krytymi strzechą. Znajdowało się tam mnóstwo łąk z krowami, bo tamtejsi rolnicy zajmują się właśnie ich hodowlą. Zresztą jest tam dużo nowoczesnych obór i pomieszczeń gospodarskich plus charakterystyczny zapach. Mimo to, naprawdę sielsko. Zobaczyłam wreszcie na żywo krowy o innym ubarwieniu, niż zazwyczaj. Do tej pory tylko łaciate. A tu nagle pastwisko z takimi cudakami:

Od razu przypomniały nam się słynne holenderskie ciastka z marcepanem 🙂

Krowy z zaciekawieniem patrzyły, jak robiłam im zdjęcia. Szkoda, że nie mogłam pogłaskać. Jechaliśmy dalej, aż dotarliśmy do jeziora Veluwemeer, lub Veluwe, które powstało w 1956r.

Jest to jezioro graniczące między prowincjami Flevoland po zachodniej stronie i Gelderland po wschodniej. To wąski zbiornik o powierzchni 30km kw, który rozciąga się z południowego zachodu na północny wschód. Średnia głębokość wynosi 1,55m. Występuje tam sandacz biały. Na jeziorze znajdują się wyspy: De Ral, De Snip, Pierland, De Kluut i De Kwak.

Wzdłuż jeziora jest wiele możliwości rekreacji wodnej i plażowej. Znajdują się tam kempingi i przystanie z łódkami. W 2013r odbyły się tam holenderskie mistrzostwa w łyżwiarstwie na naturalnym lodzie.

Nad jeziorem stało „osiedle” z domkami holenderskimi, które miały miniogródki często z basenami z jacuzzi. Ozdobione były dekoracjami morskimi. Obok znajdowała się recepcja i restauracja.Wczasowiczami byli głównie Niemcy.

Przy wejściu na kemping stały takie oto figurki:

Do następnego 🙂

PROSTE CIASTO Z KRUSZONKI

Chciało mi się ciasta. Nie ze sklepu, nie z kremem, nie z serem, nie z jabłkami. I nie ciastek. Chciało mi się prostego ciacha z owocami, np. truskawkami.

Problem w tym, że ja na pieczeniu ciast znam się tak, jak na pływaniu z rekinami. Ale od czego jest internet. Wyszukałam najprostszy przepis jaki może być. Składniki w domu miałam. Zostało tylko kupić owoce. Padło na truskawki i maliny. Od razu zaznaczę, że składniki mieszałam na oko, bo w domu mam naprawdę małą blaszkę. Nie piekłam wcześniej ciast, więc innej nie potrzebowałam.

Potrzeba: mąki, cukru, cukru wanilinowego, proszku do pieczenia, jajek i masła (w temperaturze pokojowej). Wszystko siekamy nożem. Ja wszystkie składniki dodawałam i mieszałam w cały świat. No dobra, proszku do pieczenia dałam dwie łyżeczki. Ogólnie zasada jest taka: za suche- dać więcej masła lub jajek. Za mokre- więcej mąki. I z tych składników ugnieść kulkę, jak na kruszonkę.

Sprawdzałam, czy jest za słodkie lub nie. Wyszło mi w sam raz. W zasadzie, to mogłabym tę kulkę na surowo zjeść, bo lubię takie ciasto 😁 Ale jak piec, to piec. Może coś wyjdzie…. Blaszkę wysmarowałam masłem i posypałam troszkę bułką tartą (chociaż w przepisie tego nie było). Potem wyłożyłam część ciasta. Na to dałam owoce.

Następnie owoce przykryłam resztą ciasta i do piekarnika na 30 minut w 200°. Jak dla mnie, 25 minut wystarczy.

Upiekło się elegancko. Wyjęłam 5 minut wcześniej. Miałam cukier puder i pudełeczko groszków ozdobnych do ciast (nie pamiętam skąd). Posypałam i od razu do jedzenia 😊

Trzy uwagi:

To jest tak proste ciasto, że nawet ja dałam radę:)

Na taką małą blaszkę zużyłam pół kostki masła.

Na koniec parę słów o mące. Kiedyś był tylko jeden jej rodzaj. Nadawała się do wszystkiego. Teraz w polskich sklepach są co najmniej cztery rodzaje (nie liczę ziemniaczanej). Nie wiem nigdy jaka do czego. Głupieję. Ja potrzebuję zwykłej, co będzie pasowała do ciasta, kopytek, czy sosu. I taką znalazłam w Lidlu. Tam jest tylko jeden rodzaj i jest naprawdę dobra, znakomita. Jest takie powiedzenie: jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Tej mąki to nie dotyczy 😁

Do następnego 🙂

KERMIS

Całą sobotę siedziałam w domu i sprzątałam. Pan Mąż pojechał pływać łodzią ze znajomymi Holendrami. Po jego powrocie mieliśmy iść na miasto, ale już mi się nie chciało. Wyszliśmy w niedzielę wieczorem.

W naszym mieście odbywał się kermis, czyli lunapark+ jarmark. Zawsze pojawia się dwa razy: najpierw w czerwcu potem w sierpniu. Ten w sierpniu ma większy rozmach. Trwał od środy do niedzieli. Ale to w sobotę było najwięcej atrakcji. W programie były kramy z różnymi rzeczami, dyskoteka w namiocie, pokaż ciężarówek, militarnych aut, strzelanie z armat i fajerwerki. Niestety tyłka z domu mi się nie chciało ruszyć. Poszliśmy za to w niedzielę. Kermis był na Starym Mieście przy porcie, czyli tam, gdzie wcześniej wynajmowaliśmy mieszkanie. W tym roku, oprócz karuzel był też diabelski młyn. Mniejszy, niż ten w Hadze, więc weszłam tam i w sumie kręcił się pięć razy.

Był podświetlany a widok na rozlewisko rzeki i latarnię morską- super 😊

Co jeszcze jest na kermisie? Stoisko z watą cukrową i przekąskami na słodko, samochodziki elektryczne, gry, gdzie można wygrać różnej maści maskotki. Jedną z nich była Akademia Policyjna, czyli strzelanie do celu. Pan Mąż wykupił rundę, czyli 15 strzałów i wygrał tygryska.

Była też moja ulubioną rozrywka, czyli tzw wirujące foteliki (tak je nazywam). Kręcą się we wszystkie strony a im ciemniej, tym szybciej 😁 Byliśmy na tym dwa razy. Platforma z fotelami była w temacie amerykańskim. Były na nich obrazki związanie z Nowym Jorkiem i ogólnie z filmami. Wybraliśmy ten z „Ojcem Chrzestnym”.

W drodze powrotnej oglądałam jachty i łódki. Ogólnie wiele barów było otwartych i był ciąg dalszy imprez. Na jachtach też balowali. Holendrzy ciężko pracują, a oprócz tego umieją się dobrze bawić. Niedziela, a wielu z nich wybitnie nawalonych 😆 Jedną z łódek płynęła wesoła ekipa z trunkami i śpiewała na całe gardło:

Do następnego 🙂

ZAKUPY, CZYLI ILE KOSZTUJE CUKIER

Byliśmy dzisiaj na zakupach, czego nie lubię, ale jak mus, to mus. Najczęściej wybieramy Lidla, bo jest tam mnóstwo produktów które lubimy i w miarę znośne ceny. Kupujemy tam zazwyczaj rzeczy potrzebne, które znamy, choć czasem wpadnie do koszyka coś nie z kartki.

Na zakupy zawsze chodzę z kartką, bo po prostu zapominam co mam kupić. Lista w głowie się u mnie nie sprawdza. No i poza tym, nie chcę kupić głupot. Dzisiejszy wpis będzie dotyczył cen. Chodzi o to, że wszędzie słyszy się o drożyźnie. Interesuje mnie to, co dzieje się w Polsce i tam wszyscy narzekają, że żywność poszła w górę. Oczywiście nie tylko tam. W Holandii też jest drożej. To nie jest tak, że tu się tylko dobrze zarabia i nie trzeba liczyć się z kosztami. Niestety, życie kosztuje wszędzie. Dlatego dzisiaj pokażę, co kupiliśmy, ile kosztowało i kilka słów o szaleństwie cukrowym w Polsce.

Od razu zaznaczę, że nie ma tu wszystkich podstawowych produktów, np.makaronu, śmietany, jajek, herbaty czy soli. Akurat tego nie potrzebowaliśmy. Stwierdziłam, że będę robiła wpisy o produktach żywnościowych częściej. Następnym razem pokażę jaki jest koszt wyżej wymienionych produktów. Jeśli będę akurat w innym markecie, to tamtejsze ceny też podam. W tej chwili nie orientuję się w cenach w Polsce, więc porównywać nie będę.

A to nasze zakupy:

Na zdjęciu brakuje 3 piw Hertog Jan (ulubione Pana Męża) Koszt jednego, to 1,19€, za 3- 3,57€.

2. Piwo Radler smakowe- 1,99€

3. Worki na śmieci, dwie sztuki. Kupujemy je w Lidlu, bo są tu najlepsze 🙂 – 1,39€ szt. Razem- 2,78€

4. Chusteczki nawilżające, mała paczka- 0,99€

5. Mleko, 2 litry. Jakoś nie mogę przestawić się na mleczko do kawy – 2,09€

6. Ser Gouda, 12 plastrów – 3,85€

7. Kurczak po meksykańsku „Chicken wings”. Pan Mąż chciał spróbować. Niemal niedoprawiony, nie warto- 2,99€

8. Lody pistacjowe- 2,99€

9. Milkshake, 2 bananowe i 2 truskawkowe. Pychota, mało cukru- 0,79€ szt. Razem: 3,16€

10. Masło. My kupujemy te w pudełkach. Panu Mężowi takie smakuje, ja jednak wolę kostkę. Koszt- 3,22€ szt. Razem: 6,44€. Co ciekawe, tutaj w kostce jest tańsze, niż to pudełkowe.

11. Kwiatek, sansewieria. Kolejna do kolekcji. Uwielbiam te rośliny, była wyprzedaż 😁- 3,99€

12. Serek, 2 sztuki. Coś bardzo podobnego do polskiego serka wiejskiego- 0,89€ szt. Razem: 1,78€

13. Kawałki pomidorów w puszce- 0,54€

14. Mus/ przecier pomidorowy w kartonie, 2 sztuki- 0,69€ szt. Razem: 1,10€. Ktoś pomyśli, że po cholerę mi takie pomidory, skoro mam świeże z pracy. Ja akurat lubię mieszać, a te przeciery są naprawdę smaczne 🙂

15. Pieprz czarny, ulubiona przyprawa Pana Męża, 3x 0,69€. Razem: 2,07€.

16. Batoniki Snickers i KitKat, znowu ulubieńcy Pana Męża – 3,09€ i 2,69€

17. Kawa – 4,69€

18. Ogórek szklarniowy. Zazwyczaj warzywa kupuję u Turka, ale jeśli nie chce mi się robić rajdu po sklepach, to wezmę coś z marketu- 0,79€

19. Bagietki- 2 sztuki. Ostatnio je bardzo polubiłam. 0,75€ szt. Razem: 1,50€.

Na koniec zostawiłam produkt luksusowy, czyli cukier. Zupełnie nie rozumiem tego szału, który panuje w Polsce. Tu jakoś niczego nie brakuje. Ostatnio widziałam filmik w necie, chyba z marketu w Lublinie. Rzucili olej w niższej cenie i ludzie się niemal zabijali o niego. A że jest to mój blog, to pozwolę sobie na skomentowanie tego szału na cukier. Nam kilo cukru starcza na miesiąc, jak nie dłużej. Słodzę troszkę herbatę, kawę więcej, bo taką lubię. Jeśli ktoś potrzebuje więcej kilo, ok. Ale przecież ten cukier jest w magazynach. Chowanie go i podnoszenie ceny jest specjalną zagrywką. Jeśli chodzi o rozwój, Polska jest blisko zachodu. Jeśli chodzi o mentalność, niestety jak za komuny się niektórzy zachowują… Mojej koleżanki z pracy mama, robi mnóstwo przetworów owocowych. Potrzebuje cukru. I znaleźć go nie może, bo ludzie go kupują jak szaleni. W takim razie koleżanka ma zamiar jej przywieźć 10kg z Holandii. Koszt cukru:

I oto nasz paragon grozy: 52,95€. Jestem bardzo ciekawa kwoty tych samych produktów, lub podobnych, w Polsce. Tu się oczywiście na złotówki nie przelicza.No i zarobki też są inne. Ale eksperyment chętnie zrobię, będąc w Polsce.

Mam w planach wpisy na temat rzeczy z holenderskich marketów. Napiszę o pieczywie, o tym, co mi smakuje z holenderskiego jadła i co mnie zdziwiło, czego w Polsce nie widziałam. Sądzę, że będzie ciekawie 😁

Do następnego 🙂

POD PRYSZNIC

Jest gorąco. A na upał najlepsza jest woda. Dokładniej rzecz ujmując: prysznic. A pod prysznic najlepszy jest dobry żel. I taki znalazłam.

Wcześniej używałam różnych żeli, różnych marek. Był to np Nivea o delikatnym zapachu, albo Fa kokosowe lub waniliowe. Od około dwóch lat używam marki Sanex. Wypatrzyłam ją tu, w Holandii. I na pewno zostanie ze mną baaardzo długo. Chyba na zawsze.

Żele pod prysznic są w butelkach XXL, czyli 975ml albo mniejsze- 500ml. Są ich różne rodzaje: dla skóry delikatnej, hipoalergiczne, do każdego rodzaju skóry, dla mężczyzn czy dzieci. Mają kremowe konsystencje lub typowo żelowe. Co ważne, naprawdę dobrze nawilżają i myją skórę. Odświeżają. Zapachy bardzo delikatne, niemal niewyczuwalne. Ja osobiście używam różnych. Zależy jaki wpadnie mi w ręce:)

Kolejnymi kosmetykami z Sanex, które lubię, są dezodoranty. Ja używam tych w sprayu i kulce. Są jeszcze w sztyftach. Zapachy są różne i równie delikatne. Nie gryzą się z perfumami. Zresztą w takie upały perfumy niepotrzebne. Wystarczy dobry dezodorant. A te takie są. Nie podrażniają skóry i działają. Moim ulubionym zapachem jest „activ control”. Czasem używam też „natur protect”.

Co ciekawe, pierwszy raz zobaczyłam tę markę w Actionie. Teraz jest ona w każdej drogerii w Holandii. Będąc w Polsce, jeszcze jej nie spotkałam. Zawsze zaglądam do ulubionej drogerii Hebe i nigdy nie widziałam. W supermarketach też nie, a są przecież dobrze zaopatrzone. Chyba, że źle patrzyłam, albo weszły do Polski dopiero teraz. Polska strona internetowa marki, jest. Tu w Holandii też. Jest w czym wybierać. Mają też np mydła w kostce. Ceny też są przystępne a jakość rewelacyjna.

I ❤️ Sanex 😁