Nasza trzecia wizyta w Goudzie. Lubię to miasto. Całkiem przyjemne i ładne. Tak jak Delft. Uliczkami Goudy można długo spacerować i zawsze odkryje się coś nowego.
Ma to zresztą swoją nazwę: FLANERYZM. Jest to sztuka niespiesznego, kontemplacyjnego spacerowania po mieście, połączona z uważną obserwacją otoczenia, ludzi i architektury. Sposób bycia polegający na swobodnym, bezcelowym przemierzaniu przestrzeni miejskiej i refleksyjnym doświadczeniu codzienności, wywodzący się z XIX wiecznej Francji. Dziś postrzegany jako przeciwwaga dla pośpiechu i nadmiaru bodźców. Taka ciekawostka.

My tym razem nie spacerowaliśmy. Byliśmy oglądać dinozaury, o czym już wcześniej pisałam. Po dinozaurach wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do centrum. Znalazłam w Google fajną restaurację, bo byliśmy już głodni po bieganiu po parku jurajskim. Nazywa się ona Belvedere.

Jest to jedna z najstarszych restauracji w Goudzie. Działa od 1863roku, czyli od ponad 150 lat. Znajduje się na Starym Rynku w samym centrum miasta. Współpracuje z lokalnymi przedsiębiorcami i dostawcami. Wykorzystuje lokalne produkty, które są zawsze świeże. I tak np sery dostarcza im sklep Kaashuis, czyli sklep serowy, którego właścicielami są Maurice i Sandra. Jest on również atrakcją turystyczną. Turyści nie tylko kupują i próbują tu sery, ale robią też zdjęcia.

Ser zresztą zawdzięcza swoją nazwę miastu. W 1395 roku Gouda uzyskała wyłączny monopol na sprzedaż sera w regionie. Rolnicy z całych Niderlandów musieli zwozić swoje wyroby na tamtejszy rynek, gdzie urzędnicy surowo kontrolowali ich jakość. Gouda wytwarzana jest z mleka krowiego.

Z Belvedere współpracuje także cukiernia z sąsiedniego Reeuwijk, którą prowadzą Femke i Sander. Przekształcili swoje hobby w zawód i robią torty na różne okazje. Od kilku lat tworzą dla restauracji szarlotkę Green Heart. Belvedere polecana jest też w przewodnikach, np Goudse Gidsen Gilde.

Na zewnątrz pod parasolami siedziało już mnóstwo ludzi. Było bardzo ciepło, wręcz parno. Usiedliśmy w środku przy oknie, aby przyglądać się ulicy. Przewijało się bardzo dużo ludzi, bo obok trwał akurat targ, gdzie sprzedawano np sery, czy ubrania. Mąż zamówił sznycla z frytkami. Fryty były grube i pyszne. Oczywiście z majonezem. Próbowałam. Ja, gdy tylko zobaczyłam w menu zupę serową, wiedziałam, że muszę ją zjeść. Była z grzankami czosnkowymi i bardzo smaczna.


Idąc do auta, robiłam jak zawsze zdjęcia, bo jak pisałam wyżej, zawsze coś ciekawego w oko wpadnie. Będąc w Holandii, Gouda jest według mnie w pierwszej piątce miast do odwiedzenia.


Do nastepnego 🙂
