FOTORELACJA- LIPIEC

Co jest z tym rokiem, że tak zasuwa? Zaraz będzie grudzień,  a ja jak jakaś zjawa, bo nic mi nie wychodzi ostatnio, rok się skończy i znowu stwierdzę,  że moje plany poszły w las. Ale od początku…

W pracy wszyscy się urlopują.  My jak zwykle czekamy na wrzesień i jest to z jednej strony męczące,  bo jesteśmy już wypompowani.  Przez te upały chodzimy do pracy na 6:00, czego wybitnie nie znoszę.  Mam w życiu dwa problemy: z wczesnym zaśnięciem i wczesnym wstawaniem. Niestety lato nie sprzyja w moim przypadku z wysypianiem. Ja mniej śpię,  niż pracuję.  Gorąco,  więc ludzie wychodzą z pracy wcześniej. Ja z racji funkcji na magazynie, niemal ostatnia. Dla mnie to jeden ch…, bo i tak w domu jestem około 17:00. Niech się już ten gorąc skończy!

Tak wygląda moja „szafa”, gdy nie ma się czasu nawet prania złożyć. 

Od jakiegoś czasu przyszła (a w zasadzie wróciła) do nas koleżanka.  Dwa razy była zwolniona za chodzenie w kratkę i znowu ją szef przyjął,  bo szybko tnie pomidory. Ok, nie miałam nic do niej. Z tym, że ona na poprzedniej szklarni pełniła funkcję taką jak ja, czyli magazyn. Zmieniła się.  Nie dość,  że wiecznie chora, słaba i wszystko ją boli, to próbuje wcinać mi się w moją robotę.  Pomaga mi na sortowni, bo umie. Ale ściemnia.  I próbuje resztę załogi ustawiać.  U nas są inne warunki i inaczej praca wygląda,  niż tam gdzie poprzednio pracowała.  Raz w piątek, kiedy jest największy zapierdol i największe sprzątanie (czego ona robić nie umie), powiedziała z rana że jej słabo i chce być na magazynie. Nawet mnie o tym od razu nikt nie poinformował.  Tak się wkurwiłam, że pojechałam do domu. Niech se sama radzi. Nie było mnie na firmowym grillu po pracy. Miałam gdzieś.  Też mi było słabo.  Szef się wkurzył,  ale wyjaśniłam to z nim. Skoro on mnie opieprza za błędy innych dziewczyn, każe mi je uczyć, pilnować itp, to niech mi zostawi tę wolną rękę i nie wciska na moje miejsce koleżanki.  Bo opierdolić, to wie kogo. Jeśli ona jest chora, to do domu. Narazie jest spokój.  Zresztą ona znowu jest na urlopie w Pl. A moja dobra kumpela o 3 tygodnie musiała się prosić…

Truskawki od sąsiada:)

Plany rozrywkowe też do dupy. Kajaki w Ardenach- niewypał, bo poziom rzek niski a kajaka na plecach nie mam zamiaru wlec. Rejs łódką ze zgraną ekipą  przez rezerwat przyrody- niewypał.  Najpierw dostałam informację,  że łódka którą zarezerwowałam, nie nadaje się do użytku.  Podobno uszkodzona. Potem co sobota- robota i czasu nie było.  A teraz urlopy i nie ma jak i z kim. Plaża- niewypał.  Człowiek zmęczony i pracą i gorącem,  że tylko by się siedziało w domu przy wentylatorze.  Ja muszę się w tym sezonie w morzu wykąpać!

Ciasto czekoladowe z truskawkami, które zawsze wychodzi 🙂

Wspomniałam wyżej,  że w któryś piątek po pracy był grill, na którym mnie nie było.  We czwartek firma zwoziła na magazyn sprzęt,  czyli stoliki, grille, lodówkę,  alkohol itp. Był też głośnik.  Holender Jaco podłączył pod niego swój telefon i włączył muzykę, którą on lubi i ja zresztą też: hard rock, metal. Jak mi czas zleciał! Aż się lepiej pracowało.  Muza zagłuszała szklarniowe radio, wyłączyłam podcasty i słuchałam porządnych dźwięków. 

Ale wróćmy do niewypałów.  Mój ogródek też niewypał.  A jakże! Coś mi znowu wyżera fasolkę,  nie nadążam z podlewaniem przez suszę i kończę z hodowlą warzyw. Za to ubzdurałam sobie, że wyhoduję w domu pieczarki. Bo przecież mam za dużo czasu na wszystko. I nie zgadniecie! Niewypał.  Pieprzę.  Tylko kwiaty. Chociaż może nie, bo znowu wymyśliłam,  żeby starać się w gminie o ogródek działkowy.  Czeka się na niego dłużej,  niż na dom. Ale warto. A co tam.

Za gorąco na hodowlę a piwnicy nie posiadam.

Dobrze, że chociaż w miarę porządek na ogrodzie jest. Chwasty wyrwane, czysto, nowe ledy wstawione. No tylko stara lodówka czeka na wywóz.  Jeszcze czeka nas sprzątanie strychu, bo burdel większy niż w burdelu. Z tym, że tam temperatura najwyższa.  Nie da rady w tym upale coś zrobić.  Czekamy na chłód.  Wniosek? Gorąc jest do dupy.

Dobrze, że chociaż w drogerii Etos było ok. Ulubiona farba do włosów w promocji 1+1 gratis. Z tonikiem Garniera było tak samo. I oczywiście kupiła też produkty do zwiększania objętości włosów,  bo mam ostatnio fioła na tym punkcie.

Na koniec najbardziej poważny temat: eutanazja. W Holandii dostępna.  Ale nie w sposób,  który wiele osób myśli (mam na myśli m.in katolików,  czy innych wierzących). To nie jest tak, że idzie się do lekarza i mówi: panie doktorze,  chcę se umrzeć w grudniu po południu.  Ok, przyjadę ze strzykawą na życzenie.  Nie. To tak nie działa.  To są badania, konsultacje, rozmowy z psychologiem. Jeśli nie ma szans na wyleczenie,  lekarz zezwala na takie odejście z tego świata. Wtedy też można zaplanować swój pogrzeb, pożegnać się z rodziną i godnie, w spokoju i bez bólu odejść.  Na kursie tanatokosmetyki, widziałam ciała wykończone nowotworem. To odchodzenie w wyciu z bólu,  bezsilności , męce a na to wszystko patrzy rodzina i też cierpi. Jestem za eutanazją. 

Mąż z psem sąsiadów:)

Nie pisałam o tym wcześniej,  ale moja ulubiona sąsiadka ma raka. To ta, która podlewała moje kwiaty i dawała jeść papugi, gdy byliśmy na urlopie poza Holandią.  Dzięki niej ćwiczyłam język.  W zeszłym roku, w sierpniu, była z mężem Ronem na wakacjach na Rodos. Zaslabła.  Do hotelu przyjechał doktor. Coś złego z krwią.  Nakazał po powrocie do kraju, udać się szybko do lekarza. Wynik: rak płuc.  Margo spędziła jakieś 5 miesięcy w szpitalu. Chemioterapia, leki, badania, itp. Rak się zmniejszał. Była nadzieja. W tym roku pogorszenie i przerzut na wątrobę. Operacja już odpada. Nadzieja zniknęła.  Udało im się jeszcze raz polecieć na Rodos. A teraz zostało tylko czekanie w domu. I branie mnóstwa tabletek.

Wizyta u sąsiadów w zeszłą niedzielę. 

Byłam u Margo ostatnio też sama. Ron wyszedł z psem. Rozmawiałyśmy.  Pokazała mi ślad: czerwoną rozmazaną i dużą plamę na brzuchu. Rak wątroby.  Pokazała mi pudełko z licznymi tabletkami: była tam też morfina. To były najmniejsze pigułki.  Pokazała mi pokłute ramiona, bo morfinę w zastrzykach też bierze. Decyzja? Chce eutanazję.  I tak wie, że umrze, ale nie chce cierpieć.  Aż się poryczałam i to ona mnie pocieszała!

W zeszłą niedzielę poszliśmy z mężem do sąsiadów razem. Daliśmy jej bukiet kwiatów.  Taki słoneczny.  Pytała się nas, czy chcemy przyjść na pogrzeb. Może być max 25 osób.  Jeśli nie, to ona to zrozumie i dostaniemy specjalną kartę z jej zdjęciem.  Chcemy iść na pogrzeb. Będzie pochowana w trumnie z naturalnego materiału na cmentarzu,  który jest parkiem. Rosną drzewa, kwiaty, pasą się owce. Nie ma tam nagrobków,  sztucznych kwiatów czy zniczy. Tylko drewniane tabliczki z imieniem i nazwiskiem. Cmentarz sama wybrała,  jak i trumnę,  która już czeka na piętrze. 

Kiedy eutanazja? W ten piątek, 14 sierpnia o godzinie 13:00. Lekarz zjawi się w domu. W tej chwili sąsiadka jest już podłączona do specjalnej pompy z morfiną,  która płynie do krwioobiegu. Bez tego, mówi że ból nie do zniesienia. Jest uśmiechnięta do końca.  Bo i taka zawsze była.  Dla niektórych to pewnie przerażające.  Z jednej strony się nie dziwię,  bo i ja pierwszy raz spotykam się z tym tak blisko. A z drugiej strony, po co cierpieć? Temat wart przemyślenia. 

Do nastepnego 🙂

UBRANIA Z KRINGLOOPA

Wiem, że znowu za rzadko robię wpisy. Nie lubię takiej sytuacji i nie podoba mi się to. Niestety znowu nadmiar pracy zabiera mi czas. Dzisiaj napiszę kilka słów na temat tego, co kupiłam jakiś czas temu w kringloopie.

Postaram się nadrobić,  bo zdjęcia i teksty czekają.  Mam chwilę,  więc leżąc o 20:00 w łóżku z ręcznikiem na głowie,  pokażę,  co ostatnio znalazłam w moim ulubionym sklepie.  Już nie pamiętam po co tam zajrzałam,  ale znalazłam się na dziale z ubraniami i o dziwo natknęłam się na kilka sztuk fajnych ubrań.  Kosztowały od 2 do 4 €.

Nigdy nie przymierzam ubrań.  Nie lubię tego.  No dobra, parę razy mi się to zdarzyło, bo naprawdę musiałam to zrobić.  Ale ogólnie męczy mnie to. Jakimś cudem udaje mi się trafić w swój rozmiar. W tym przypadku jednak trochę się pomyliłam.  Rzućmy okiem na dwie pary spodenek. Jedne jeansowe, lekko poszarpane w czarnym kolorze, marki Pull &Bear.  Zależy mi na tym, żeby zakrywały tyłek i te takie są.  Drugie, sportowe w kolorze oliwkowym.  Nie przepadam za kolorami i odcieniami zieleni, ale wydawały się wygodne i idealne na lato, więc kupiłam. 

Znalazłam genialne jeansy marki C&A. Odcień denimu bardzo mi się podoba. Jest jeden minus- muszę schudnąć z brzucha XD. A to w moim przypadku ciężka sprawa. Może się uda, bo spodnie są ekstra. To już druga para, która czeka na zrzut sadła. 

I na koniec spódnica. Super się sprawdzi na lato. W kolorze białym,  lniana z paskiem i kieszeniami z tyłu.  Nie jest bardzo krótka,  bo sięga do kolan. Lubię takie proste fasony. 

Zdjęcia nie oddają niestety autentycznych kolorów.  Zawędrowałam też na dział z lampkami. Do koszyka włożyłam małą lampkę na metalowej nóżce z szarym abażurem,  która włącza się przez dotyk. Były też takie dwie nocne lampki:

Oglądałam też zegary i zegarki. Nie kupiłam żadnego,  bo w domu mamy ich od groma. Nawet nie wiem, ile sztuk. Muszę kiedyś policzyć. 

Bym zapomniała! Natknęłam się na regał z obrazkami i obrazami. Wcześniej go tam nie było,  ale wiem, że od czasu do czasu pracownicy robią małe przemeblowania półek i towaru. Znalazłam świetny obraz z ptakiem. Lubię różnej maści ptaki (w domu mam przecież cztery stuknięte papugi) a ten na obrazku, to prawdopodobnie wilga, która swoim śpiewem zapowiada deszcz. Będzie wisiała w najmniejszym pokoju.

Do następnego 🙂

MAŁY PRZEGLĄD ASORTYMENTU W CENTRUM OGRODNICZYM

Zacznę od tego, że zarobiona jestem po uszy. I nie chodzi o obowiązki domowe, czy te związane z ogrodem. Mam na myśli pracę.  Do tego dodać trzeba upały i człowiek ma ochotę rzucić wszystko i zwiać w Bieszczady.

Jak co roku zapieprz plus upalne tygodnie. No ale żyć jakoś trzeba. O ile dom jakoś się ogarnie,  to ogródek woła o pomoc. Była koszona trawa, usuwane chwasty i bambus, przekopana rabata z kwiatami, ale chwila,  moment i znowu bajzel. Co z tego, że nowy komplet ogrodowy stoi w centrum sajgonu i czeka na jakiegoś grilla. Swoją drogą dwa stare grille czekają na wywiezienie do śmieci.  Moje zioła w skrzynkach fajnie rosną,  rzodkiewka jakoś chce, ale nie może i wzeszła aż jedna sałata! Lubczyk wypuszcza nowe gałązki,  róża zmarniała, a paproć ogrodowa ledwo zipie. Kupiłam nowe lampki do ogrodu, ale najpierw trzeba zrobić porządek.  Tak w skrócie się mój plac zabaw prezentuje.

Nie przeszkodziło mi to jednak podjechać do Aralii i dokupić ziemi, bo chciałam posiać nasiona kilku kwiatów (w tym chyba nagietka) i rośliny się przyjęły i już wykiełkowały.  Zrobiłam oczywiście obchód sklepu a mąż pchał cierpliwie wózek oglądając internety.

Zatrzymałam się przy gęstych i wiszących roślinach,  bo chciałam powiesić nowy kwiat przy drzwiach wejsciowo- wyjściowych.  Wybrałam jakiegoś, powiesiłam i niestety szybko zdechł.  Wiszą takie smutne cienkie nitki.  Wygląda to, jak fryzura Tiny Turner.

Co było jeszcze? Przy wejściu czekały i ozdabiały kaktusy.  Przyszło mi do głowy,  że taki taras nad kanałem by był idealnym miejscem na letnią dekorację. 

Jako że sezon na grillowanie się rozpoczął w pełni,  pojawiły się też gadżety z tym tematem związane.  Oprócz standardowych narzędzi do grillowania,  można było kupić różne ozdoby, m.in takie wesołe gnomy:

Ogólnie było dużo gadżetów typowo letnich. Wiele asortymentu było w obniżonej cenie, bo przecież już trzeba sklep szykować na sezon jesienny 😉

„Butelka” na wodę:)
Zestawy idealne do biesiadowania w ogrodzie z motywem pomidorów  🙂

A ja spróbuję się wziąć za ten mój mały kącik zieleni i doprowadzić go do porządku.  Mąż już czeka z kosiarką i randapem.  Oby tylko ten skwar trochę zniknął.  Do następnego 🙂

FOTORELACJA- CZERWIEC

Mieszają mi się daty. To jest ten moment, kiedy nie wiem jaki jest miesiąc i dzień.  Czasem tydzień się dłuży a czasem leci, jak szalony. W czerwcu miałam wrażenie,  że w domu tylko śpię a resztę czasu spędzam w pracy.

Chwilowo zniknął mi balans między domem a pracą  a tego nie lubię.  O dziwo sprawy domowe szybko i sprawnie ogarniałam.  Ze wszystkim byłam na bieżąco.  Zauważyłam,  że to lato jakoś mi się podoba mimo upałów. Ogólnie wszystko mi się podoba i jestem niemal ze wszystkiego (odpukać) zadowolona. W pracy było spokojnie. Pomidory dojrzewały powoli. A jak już wskoczyły na wyższe obroty, to nie ma zmiłuj.  Trzeba nadążyć za wzrostem i ciąć. Także mamy urwanie dupy.  Kupa roboty, ale nie narzekam. Jak mus, to mus. W tym wpisie będzie więcej zdjęć niż pisania, bo i w tej chwili nie ma o czym gadać 🙂

Czasem lubię wypełniać ankiety. Ostatnio podobają mi się te na stronie demotywatory.pl. Kiedyś rozmawiałam z koleżanką o tym, jak to jest w tych filmach czy reklamach. Wstają sobie ludzie bez problemu i bez pośpiechu. Mają czas na poranny jogging i prysznic przed pracą.  Jakim cudem? Będąc dzieckiem wierzyłam w te bzdury. Życie pokazało,  jak to naprawdę wygląda.  Mój dzień zaczyna się od wyłączenia budzika, potem kawa w kubku, śniadanie i przegląd głupot w mediach społecznościowych.  I tyle. Mam już swoją rutynę,  żeby ogarniać sobie lepiej poranek. I tak np przy czajniku, stawiam zawsze wieczorem pojemnik z kawą i dwa kubki, żeby rano mieć to od razu pod ręką.  Jest kilka takich rzeczy, które usprawniają mi życie 🙂

Z racji tego, że jest bardzo ciepło,  a często wręcz upalnie, papugi weekendy spędzają na zewnątrz.  Pewnego dnia wpadł w odwiedziny kot sąsiadki- Mattie. Oglądałam coś na YouTube w salonie. Drzwi do ogrodu były otwarte. Kątem oka zobaczyłam,  że coś się rusza. Patrzę, Mattie wpadł z wizytą i kręcił się koło stołu.  Czuje się jak u siebie. Do tej pory na papugi nie zwracał uwagi. Odkąd jest na diecie chodzi najwyraźniej przygłodzony,  bo wskoczył na klatkę.  Musiałam go przegonić.  Więcej się nie pojawił. 

Obserwacja ptaków.  Ja obserwowałam kota.

Odwiedziliśmy po pracy naszych dobrych znajomych. Pracujemy razem. Z racji tego, że oni do pracy jeżdżą rowerami, to nie mogli zabrać ze sobą kilku skrzynek pomidorów dla swoich znajomych, którzy mieli ich odwiedzić.  Zawieźliśmy im te skrzynki. Mają deal ze znajomymi: wymiana pomidorów na mięso.  I dlatego dostaliśmy za to spory kawałek karkówki.  A pod spodem zdjęcia z okolicy,  w której mieszkają:

Z racji mistrzostw świata w piłce nożnej, jak zawsze kantyna w pracy była ozdobiona na pomarańczowo. Zresztą nie tylko kantyna, bo w kolorze orange są też ozdobione domy Holendrów. 

W polskim sklepie znalazłam kolejny ciekawy smak chipsów.  Jest to produkt ukraiński a smak, to niby łosoś. Nie czuć ryby. Nie wiem w ogóle, czy te chipsy mają coś rybnego, w każdym razie są bardzo smaczne. W Jumbo zaś natknęłam się na rurki z kremem. Nie tym słodkim.  Tym razem jest to krem serowy gouda. To jest pyszne. 

Pogoda dopisała. Nie ma ostatnio typowego holenderskiego lata. Był upał.  I to konkretny. Pracowaliśmy krócej.  Był też wprowadzony kod czerwony,  czyli zrobiło się niebezpiecznie. Wiele zakładów pracy po prostu stanęło, bo nie dało się funkcjonować w takich temperaturach. Szkoły również zamknięto.  Gorąc był przeplatany gwałtownymi burzami, po których ponownie nadchodził skwar.

Burze najczęściej były w nocy lub nad ranem.

Na nasze osiedle co niedziela podjeżdża auto z lodami. Lodziarza można poznać po wesołej myzyczce.  Przypomina mi się wtedy słynny Family Frost w Polsce. Poszliśmy z Panem Mężem kupić sobie po lodzie. Porcje były okazałe. Ledwo zjadłam. Wybór był spory i lody były smaczne. Następnym razem wybiorę smerfne. 

Zawsze czuję się obserwowana 🙂

Do następnego 🙂

TUINSET

Tak sobie ostatnio myślałam,  jak zorganizować raz a porządnie kącik wypoczynkowy w ogrodzie. Pomysłów miałam od groma, po czym twierdziłam,  że jednak już mi się to nie podoba. Ostatecznie w ogródku zostało plecione siedzisko i dwa leżaki.  Nędznie. 

Wreszcie dotarłam do momentu, gdzie do wyboru został: pleciony komplet a’la kanapa z kilku części plus niski stolik albo porządny stół z krzesłami.  Postawiłam na to drugie. Chciałam zjeść normalnie obiad przy stole, tyle że na powietrzu pod markizą.  A rano wypić kawę.  Odpaliłam więc Marktplaats i zaczęłam poszukiwania. Oglądałam komplety ogrodowe blisko (max 50 km) naszej miejscowości.  Musiało być do tego niedrogo i w miarę dobrym stanie. Taki tuinset,  żeby się nie rozpieprzył po tym sezonie.  I znalazłam kilka propozycji. Napisałam i zero odzewu. Dopiero na drugi dzień odpisała mi jedna osoba. Od razu dobiliśmy targu i na sobotę umówiliśmy się na odbiór między 11:00- 12:00.

Ja oczywiście najpierw kupuję większe gabaryty, a potem myślę jak je przewieźć. A jeśli mi na czymś bardzo zależy, uprę się na coś, to choćby skały srały,  to ja to zrobię. Charakter zodiakalnego barana. Zaczęłam więc myśleć,  skąd tu wytrzasnąć autko dostawcze. Odpaliłam popularny portal ogłoszeniowy niedziela.nl. Tam się mnóstwo Polaków ogłasza z transportem osób i rzeczy. Już dwa razy się nadziałam,  ale co tam. Spróbuję trzeci. Do trzech razy sztuka przecież.  Znalazłam od razu wyróżnione ogłoszenie z krzykliwym tytułem: Przewieziemy nawet drzewo! W dodatku moje okolice. Świątek,  piątek, czy niedziela, przewóz jest w całej Holandii. Zadzwoniłam.  Gościu odebrał niemal od razu. Powiedziałam co i jak a on na to, że ma czas dopiero o 18:00. Gdy podałam miejscowość (45 km dalej), to stwierdził, ze jednak nie ma możliwości.  Nosz kurwa! Po co oni dają ogłoszenia,  jak koniec końców mają potencjalnego klienta w dupie?!

Przypomniałam sobie, że u nas w mieście jest na pewno wypożyczalnia aut i samochodów dostawczych. I to niedaleko naszego domu. Pojechaliśmy.  Powiedziałam co potrzebuję przewieźć i pokazałam nawet zdjęcie. Babka spojrzała w komputer i powiedziała,  że musimy poczekać pół godziny, może godzinę,  aż zwolni się jakieś auto. No nie miałam czasu. Podziękowałam i myślałam dalej. Trzeci pomysł wypalił.  Były właściciel naszej szklarni (który nadal z nami pracuje- Ard), ma małe dostawcze auto. Zadzwoniłam.  Powiedział,  że bez problemu pożyczy i możemy już podjechać pod szklarnię.  Dał nam kluczyki a przy oddaniu mieliśmy po prostu zostawić auto pod firmą z kluczykami w środku.  I pojechaliśmy.  Napisałam,  że będę spóźniona z pół godziny. Wzięłam też pudło pomidorów za to, że komplet ogrodowy na mnie czekał.  Zawsze daję skrzynkę pomidorów,  bo ja mam za darmo,  a często coś rezerwuję i Holendrzy cierpliwie czekają aż odbiorę rzecz.

Zadzwoniłam do drzwi domu, który był na sprzedaż.  Otworzyłam młoda kobieta i powiedziała,  żebym weszła od tyłu na podwórko,  bo tam stoi stół.  Dałam jej od razu pomidory.  Była trochę zaskoczona, ale ucieszyła się. Zapłaciłam za towar i zabraliśmy się do ładowania.  Nie był o dziwo ciężki mimo szklanego blatu. Okazało się, że braknie kilka centymetrów,  żeby domknąć drzwiczki auta. Nie wchodziło w grę postawienia stołu np bokiem. Ni tak, ni siak. Trzeba było ostatecznie skołować sznurek i obwiązać klamki tak, żeby się nic nie otworzyło.  Nie chciałam gubić bagażu,  jak Griswoldowie podczas podróży do Walley World. Poszłam z powrotem do tej kobiety zapytać,  czy ma jakiś sznur. Mówi,  że musi zobaczyć w garażu.  Otworzyła go, a tam taki porządek,  że pomieszczenie wyglądało niemal jak jakiś pokój  🙂 Pogrzebała w pudle i wyciągnęła przedłużacz.  Powiedziała,  że nie jest jej potrzebny i możemy go sobie wziąć.  Ostatecznie drzwi auta się domknęły,  wystarczyło porządnie docisnąć.  Dowieźliźmy bez problemów meble do domu. Zatankowaliśmy Ardowi auto na full i oddaliśmy. 

Meble są porządne,  niezniszczone. W niedzielę je myłam i ustawiłam. Teraz mogę zjeść obiad na zewnątrz.  Na stole stoi lampion z kringloopa. Muszę jeszcze poduchy dokupić. I kolejny raz przekonałam się,  że prędzej Holender pomoże,  niż rodak.

Do następnego 🙂

HOLENDERSKIE OPOWIEŚCI- BRIELLE

To będzie ciekawy wpis. Znalazłam dobrą historię dotyczącą pewnej pani,  która mieszkała około 10 km od mojego miasta- w miejscowości Brielle.   Spisałam fakty, zrobiłam kilka zdjęć i zapraszam do czytania.

O Brielle dużo nie będę pisała, bo nie o to w tym poście chodzi. Nadmienię tylko, że jest to stare miasto warowne.  Fortyfikacje pochodzą z XVII wieku i są zabytkiem narodowym i jedną z najlepiej zachowanych budowli obronnych w Holandii. Ciekawostką jest to, że w 1585 roku Brielle stało się własnością Anglii. Królowa Elżbieta otrzymała je jako zastaw wraz z Ostendą,  Vlissingen i Fortem Rammekens w zamian za pomoc wojskową i finansową w walce z Hiszpanią. W 1616 roku terytoria te powróciły do Republiki Zjednoczonych Niderlandów.

Sklep z pamiątkami.

Dzisiejszą bohaterką (w zasadzie antybohaterką) jest Maartje Willemsdochter.  O jej dzieciństwie nie ma nic. Wiadomo, że w 1628 roku wyszła za mąż za tkacza- Jana Jansza.  Przed rokiem 1622 mieszkała w Delft, Rotterdamie i Vierpolders.  Miała wtedy już kilku mężów i za każdym razem zostawała wdową.  Jej nowy mąż Jan, zamieszkał z nią w Zuideinde.  Małżeństwo nie było zbyt szczęśliwe.  Nowożeńcy kłócili się nieustannie, a zaledwie 2 miesiące później, małżonek zmarł.  Sąsiedzi byli zaskoczeni tą śmiercią,  bo chłop cieszył się dobrym zdrowiem. Ktoś nawet przypomniał sobie wtedy, że dzień przed śmiercią męża,  Maartje kupiła trutkę na szczury. Ale nikt nie powiązał tego szczególnie ze zgonem, bo plagi szczurów były w tamtym czasie powszechne. Plotki jednak zaczęły krążyć i dotarły wreszcie do komendanta policji Brielle (który był również komornikiem).

Zarządził więc sekcję zwłok Jana Jansza i rzeczywiście,  w ciele mężczyzny znaleziono „pewną ilość trutki”. Tyle,  że wtedy „trutka” odnosiła się też do arsenu lub roślin trujących, np jak wilczomlecz czy tojad. Maartje została aresztowana i osadzona w więzieniu za ratuszem. Do winy przyznała się bez tortur: „We wtorek kupiłam trutkę na szczury od farmaceuty Jorisa van Steenbergera.  Tego samego wieczoru wsypałam tej trutki wraz z cukrem do wina mojego męża.  O 3 nad ranem wsypałam jeszcze trutkę do piwa i dałam mu do wypicia. W środę,  wczesnym rankiem już nie żył.”. Następnie Maartje wyznaje, że ma na sumieniu jeszcze więcej morderstw. Otruła bowiem również 6 (!) poprzednich mężów, w tym chirurga i lekarza od dżumy, Damiaena van Cruyskercke.  Polubiła go 4 października 1622r. To również nie było szczęśliwe małżeństwo.  Kiedy po 5 latach Damiaen zachorował,  Maartje dodała truciznę do jego lekarstwa, a resztę do posiłku z groszku. Wkrótce potem zmarł. 

Dokument skazania. Zdjecie z internetu.

Trutkę na szczury Maartje za każdym razem kupowała od różnych aptekarzy.  Dlatego morderstwa mogły być niewykryte przez długi czas. Zresztą nie tylko mężowie padli ofiarą kobiety. Otruła ona także 8 swoich dzieci. Wyznaje: „Moja córka Pietertje miała rok i 3 miesiące i ciągle chorowała.  Dosypywałam jej trutki do kaszki. Inna córka była trudnym dzieckiem. Miała 5 tygodni, gdy ją otrułam.” Podczas procesu Maartje podawała różne powody morderstwa. Twierdziła,  że za każdym razem wychodziła za niewłaściwego mężczyznę. I tak np jeden mąż był „trudny”(cokolwiek to znaczy…), inny stracił pracę,  po czym groziło jej życie w ubóstwie.  Jeszcze inny zachorował i wymagał zbyt dużej opieki. Jej dzieci również były do niczego. Miały dużo płakać i sprawiać mnóstwo kłopotów.  A tak w ogóle, Maartje nie lubiła dzieci. Chciała się ich pozbyć. 

Policjanto- komornik i radni Brielle słuchali tych zeznań ze zdumieniem. Nigdy nie spotkali się z podobnym przypadkiem. Uważali te fakty za „makabryczne, potworne, przeklęte i odrażające „. 9 października 1628 roku Maartje wylądowała na stosie na Rynku przed ratuszem. Cały jej dobytek został skonfiskowany.  Komornik wystąpił z żądaniem: „A prawa ręka wspomnianej więźniarki, którą dopuściła się wyżej wymienionych ohydnych czynów, ma zostać odcięta a ona sama ma zostać spalona żywcem na popiół.” Kara ostatecznie była „łagodniejsza”, ponieważ rękę oszczędzono. Według podania ludowego, stojąc na stosie,  Maartje wypowiedziała słowa: „Nyet sonder Godt”, co prawdopodobnie znaczy dzisiaj: nie bez Boga. Słowa te są wyryte na białych kamieniach na Rynku (nie znalazłam nic takiego), ale historycy twierdzą,  że wydaje się to mało prawdopodobne. Wątpią, aby rada miejska Brielle chciała upamiętnić czyny Maartje w ten sposób. 

Rynek z ratuszem. Jest malutki i niepozorny. To tutaj spłonęła Maartje. 

Maartje przeszła do historii jako seryjna morderczyni. Emerytowany profesor kryminologii historycznej (ciekawa dziedzina), Pieter Spierenburg uważa,  że Maartje sfabrykowała swoje zeznania i uważa że liczba 15 morderstw jest nierealna.  Ostatecznie udowodniono jej tylko ostatnie morderstwo.

Do następnego 🙂

NORMAL

Czy jest tutaj jakiś sklep, w którym mogę sobie spokojnie spacerować i oglądać towar? Tak. Oprócz ogrodniczego i księgarni,  jest to drogeria.  Drogeria, których tak naprawdę w Holandii jest mało.  Przynajmniej takich z prawdziwego zdarzenia.

Polki od zawsze narzekają, że tu, w Holandii sklepy drogeryjne stacjonarne, są kiepsko zaopatrzone. To prawda, nie ma tak ogromnego wyboru kosmetyków,  jak w Polsce. Pozostaje sklep online i co za tym idzie- niższe ceny. Bo te, np w takim Kruidvacie są czasem wywalone w kosmos. Ale fajnie tak sobie „po babsku” pochodzić między regałami, pooglądać rzeczy, powąchać perfumy, wypróbować na skórze testery. To jest lepsze, niż kupno trochę w ciemno przez internet.  Bo przecież perfum przez ekran nie powącha się,  a opis nut zapachowych guzik mi mówi. 

Produkty marki Revolution. 

W Holandii jest pewna sieć drogerii, która staje się coraz popularniejsza. Dowiedziałam się o niej z TikToka,  ale nie miałam okazji wcześniej jej odwiedzić.  Aż do naszej ostatniej wizyty w Goudzie. Zobaczyłam sklep na jednej z głównych ulic i stwierdziłam: wchodzę.  Pan Mąż przycupnął sobie w kącie z telefonem i czekał,  aż zrobię obchód. 

Seria lawendowa.

Normal, to duńska sieć handlowa. Pierwszy sklep został otwarty w Silkeborg w kwietniu 2013 roku. Do tego czasu Normal rozrósł się do sieci ponad 1000 sklepów: w Danii, Norwegii, Szwecji, Holandii, Francji, Finlandii, Portugalii, Hiszpanii, Włoszech, Irlandii, Austrii i Słowacji.  Asortyment obejmuje produkty do pielęgnacji skóry,  włosów,  zębów,  kosmetyki do makijażu,  środki czystości popularnych marek a także trochę produktów spożywczych. 

Maseczki.

Towar jest w stałych, niskich cenach i nie ma żadnych ofert specjalnych ani rabatów.  Sklep posiada stały asortyment, ale też nowe produkty, które są uzupełniane i dodawane co tydzień.  Plusem są niewątpliwie niższe ceny, marki, których nie znajdzie się w innej drogerii a także testery np balsamów do ciała,  więc można zapoznać się z zapachem przed kupnem. Kolorówka też jest dobrze zaopatrzona i okupowana najczęściej przez Turczynki 🙂

Jestem pozytywnie zaskoczona asortymentem sklepu. Warto tam zajrzeć,  bo i panowie znajdą coś dla siebie. Polecam.

Moje zakupy.

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- MAJ

Ten comiesięczny wpis powstał niestety z małym poślizgiem.  A ja jestem zaskoczona, jak szybko zbliżamy się do lata. Dopiero co była wiosna i moje urodziny,  a tu już Holendrzy okupują plażę i pływają łódkami. 

Z racji tego, że już czerwiec, to i kupa roboty w robocie. Sezon się zaczął i pracujemy czasem i w soboty. Co nie bardzo mi się podoba, bo jestem już po prostu trochę zmęczona.  A tu trzeba gdzieś czasem pojechać,  ogarnąć chatę i ogródek.  A właśnie- ogródek.  Czat GPT zrobił z naszego zajebistego kawałka zieleni dżunglę.  Bo tak chciałam i nawet mi się podoba 🙂

Działam też z moim ogródkiem warzywnym. Chociaż to za dużo powiedziane. W związku z tym (i kilkoma innymi powodami), przełożyliśmy nasz urlop w Polsce na wrzesień.  W tej chwili nawet nie będzie miał mi kto warzyw podlewać a nie chcę,  żeby to, co wyrośnie,  poszło na zmarnowanie. Żółta fasolka ładnie mi już wschodzi.

W pracy, jak już wspomniałam,  zapierdziel i psująca się maszyna od podnoszenia przeklętych przeze mnie plastikowych skrzynek. Czasami jest taki rozpiździel,  że nie wiadomo w co ręce włożyć.  I tak nadal najgorsze są piątki.  Nigdy nie wiem, kiedy wyjdę z pracy. Wysłałam też moje CV i list motywacyjny do zakładu pogrzebowego w moim mieście,  bo akurat szukają pracownika. Narazie 0 odzewu, ale nie tracę nadziei i będę próbować dalej.

Jaco walczy z maszyną.

Odkładamy też pomidory dla Turków. To jest tzw druga klasa: trochę miękkie,  z dziurkami,  lekko pęknięte.  Problem w tym, że zanim oni przyjadą po odbiór,  to niektóre warzywa są już zgnite, pudełka miękkie i wszystko się wali i ląduje na podłodze.  I potem trzeba tę zgniliznę sprzątać.  Zawsze jest coś do roboty na magazynie.

Ostatnio dostałyśmy za skrzynki tureckie ciastka. Podczas przerwy zobaczyłam na naszym stole talerzyk z jakimiś słodyczami. A że nie wiedziałyśmy co to, dla kogo i od kogo, to koleżanka odniosła na główny bufet. Szef powiedział,  że to dla nas od Turka. Obawiałam się baklawy,  bo nie lubię,  ale było zaskoczenie, bo te ciastka nie były inne, nie takie słodkie i bardzo dobre.

Pogoda w maju zaskakiwała.  W sumie, w Holandii zawsze zaskakuje, bo nigdy nie wiadomo, co będzie się działo na niebie w ciągu dnia. Ale tym razem były burze, gorące dni, ciepłe wieczory a potem nagle chłodno i wietrznie z ulewami.  Tylko gradu brakowało.  I by było po moich roślinach. 

W miejscowości niedaleko nas odbywał się wypasiony kermis. Mimo, że było gorąco,  pojechaliśmy.  Umówiliśmy się na miejscu z jedną parą i koleżanką z pracy, która miała przyjechać z jakimiś innymi dziewczynami. Na miejscu byliśmy pierwsi. Ta para jeszcze pojechała do marketu budowlanego i gdy wreszcie dotarli na miejsce, to my już byliśmy wyhuśtani,  wytrzęsieni i chcieliśmy do domu. A ta koleżanka dojechała w momencie, gdy my odjeżdżaliśmy.  Z ludźmi się tak umawiać…

Zanim pojechaliśmy do domu, weszliśmy pod namiot, gdzie był bar i scena. Trzeba było napić się czegoś zimnego, bo skwar był niemiłosierny. Pod namiotem występ mieli śpiewający seniorzy z orkiestrą.  Pierwszy raz oglądałam tutaj taki występ.  Ciekawe to było, śpiewali donośnie, a starsza widownia dobrze się bawiła przy piwku.

Po powrocie Pan Mąż wpadł na pomysł zrobienia małego grilla. Bez innego towarzystwa. Sami. W sumie miałam ochotę na kiełbasę z musztardą.  Na kermisie można było kupić np frytki, ale kolejki były długie.  Czekanie w nich wydało nam się bez sensu, bo szybciej dojechalibyśmy do domu. A byliśmy głodni już bardzo. Padło więc na grilla. Wpadł do nas z wizytą kot sąsiadki i nie pogardził kawałkiem polskiej kaszanki.

Nadszedł ten czas, kiedy w Holandii słońce wcześnie wstaje i późno zachodzi. Nawet nie czuć,  że jest 21:30, bo tak jasno. Nie narzekam, nie marudzę,  przyzwyczaiłam się.  Zasłony w sypialni pomagają.  Plus taki, że pranie szybko schnie i można bez zamarzania spać przy otwartym oknie.

Papugi często w weekendy teraz przesiadują na dworze i robię im kąpiel spryskiwaczem do kwiatków.  Lubią to. Lubią też ćwierkać do przelatujacych ptaków.  Wiem, że by też chciały z nimi polatać po przestworzach,  ale by do mnie już nie wróciły.  Pokazałyby mi środkowy palec i fruuuu… Nawet by nie przeżyły na wolności. 

Mam w kajecie zapisane pomysły na kolejne wpisy a zdjęcia się piętrzą w telefonie. Znowu muszę się zebrać,  mimo częstego braku czasu i pisać tutaj regularnie, bo materiał się produkuje i czeka.

Kacza mama z młodymi.

Do następnego 🙂

HOLENDERSKIE OPOWIEŚCI- „DOMKOWE” AKCJE

Postanowiłam dzielić się tutaj historiami, które się naprawdę wydarzyły.  Będzie trochę o ludziach, których znam, o różnych miejscach i sytuacjach z nimi związanymi,  ciekawych, śmiesznych i porąbanych akcjach, które np widziałam. 

Mam już w zanadrzu kilka historii, w tym takich, na które natknęłam się przypadkiem. Więc stwierdziłam, że warto będzie się tutaj tym podzielić.  Taką sobie serię wymyśliłam.  Na początek napiszę o czymś,  co wydarzyło się całkiem niedawno. Już nie raz pisałam na blogu o tym, co ludzie mieszkający na firmowych lokacjach, potrafią odwalać.  Mieszkam i pracuję tutaj już kupę lat i widziałam/ słyszałam nie jedno. Żałuję,  że na bieżąco nie pisałam o tym. Ale teraz zacznę i na pewno będzie ciekawie. 

AI przerobiło ludzi i kantynę w duchy na cmentarzu 🙂

Czas zatem na dwie historyjki z moimi współpracownikami w roli głównej.  Imiona na wszelki wypadek zmienię.  Aha, i piszę o tym, bo warto wiedzieć,  jak się niektorzy zachowują za granicą. Koleżanka Julia (którą w sumie lubię) mieszka z pewną parą: Kamilem i Sonią. Są oni razem już z 10 lat. Młodzi ludzie. Julia ma ponad 40 lat. Razem z nimi mieszkają dwie lesbijki,  które pracują w innej szklarni. To para: Natalia i Patrycja. Oni wszyscy tam lubią popić i potem się to często kończy awanturami.  I tak było i tym razem. Po weekendzie okazało się,  że Kamila w pracy nie będzie,  bo ma limo podbite. Dlaczego? A dlatego, że zarywał do jednej z lesbijek- Natalii. Wręcz ją obmacywał przy swojej Sonii.  Ona to zobaczyła i mu walnęła.  Pijana Julia (najstarsza) próbowała ich uspokoić.  Natalia wzięła rower i gdzieś pojechała.  Julia do niej pisała, żeby wracała.  Gdy się pojawiła z powrotem, jej dziewczyna Patrycja sprzedała jej kopa w głowę.  Tamta leżała,  a Patrycja wykorzystała okazję,  żeby jej walnąć.  Tak się bawią w weekendy 🙂

Teraz będzie ciekawiej. Pracujemy z parą Łotyszy.  Ogólnie sympatyczna para.  Poznali się w Holandii na portalu randkowym, są ze sobą chyba ponad 5 lat i u nas też już długo pracują.  Starsi ode mnie, coś koło 50tki. Bardzo dużo piją.  W zasadzie chlają dzień w dzień.  On czasem odpieprza po pijaku numery. Dwa lata temu nawalony jak stodoła, odwalał masturbację na golasa na podwórku w biały dzień.  Ludzie to widzieli i donieśli do biura pracy. Miał rozmowę.  Dwa tygodnie temu znowu coś odpierniczył.  Podobno źle odezwał się do swojej drugiej połówki, która też była narąbana,  jak szpadel. Więc się porządnie wkurzyła,  wzięła do ręki nóż i wbiła mu w nogę.  Ostrze podobno przeszło na wylot. Gościu nie przyszedł do pracy i też nie przyznał się, co się stało i kto mu to zrobił. Nawet nie pojechał do szpitala na szycie. I tak sobie siedział w domu z prowizorycznym opatrunkiem, pił dalej, aż nagle wdało mu się zakażenie. Jakoś mnie to nie dziwi. Już nie miał wyjścia.  Zadzwonił do biura i powiedział co się stało.  Zabrali go do szpitala i miesiąc zwolnienia ma, bo ledwo chodzi. Koordynatorka powiedziała,  że nie obchodzi jej, co potem zrobi. Może swoją kobietę do sądu podać. 

Sortownia z pomidorami.

Tak więc jest wesoło.  Ludzie mieszkają z innymi ludźmi i ci drudzy często dużo opowiadają,  co się dzieje. Raczej nie ma tajemnic. Wielu z nich źle kończy.  I niemal zawsze trafia się na osoby, z którymi nie można się dogadać.  Kłótnie, wyzwiska, bójki są na porządku dziennym.  A i morderstwa się zdarzają.

Do następnego 🙂

KILKA KADRÓW Z GOUDY I BELVEDERE

Nasza trzecia wizyta w Goudzie. Lubię to miasto. Całkiem przyjemne i ładne.  Tak jak Delft. Uliczkami Goudy można długo spacerować i zawsze odkryje się coś nowego.

Ma to zresztą swoją nazwę: FLANERYZM.  Jest to sztuka niespiesznego, kontemplacyjnego spacerowania po mieście,  połączona z uważną obserwacją otoczenia, ludzi i architektury. Sposób bycia polegający na swobodnym,  bezcelowym przemierzaniu przestrzeni miejskiej i refleksyjnym doświadczeniu codzienności,  wywodzący się z XIX wiecznej Francji. Dziś postrzegany jako przeciwwaga dla pośpiechu i nadmiaru bodźców.  Taka ciekawostka.

My tym razem nie spacerowaliśmy.  Byliśmy oglądać dinozaury, o czym już wcześniej pisałam.  Po dinozaurach wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy do centrum. Znalazłam w Google fajną restaurację,  bo byliśmy już głodni po bieganiu po parku jurajskim.  Nazywa się ona Belvedere.

Jest to jedna z najstarszych restauracji w Goudzie. Działa od 1863roku, czyli od ponad 150 lat. Znajduje się na Starym Rynku w samym centrum miasta. Współpracuje z lokalnymi przedsiębiorcami i dostawcami. Wykorzystuje lokalne produkty, które są zawsze świeże.  I tak np sery dostarcza im sklep Kaashuis,  czyli sklep serowy, którego właścicielami są Maurice i Sandra. Jest on również atrakcją turystyczną.  Turyści nie tylko kupują i próbują tu sery, ale robią też zdjęcia. 

Ser zresztą zawdzięcza swoją nazwę miastu.  W 1395 roku Gouda uzyskała wyłączny monopol na sprzedaż sera w regionie. Rolnicy z całych Niderlandów musieli zwozić swoje wyroby na tamtejszy rynek, gdzie urzędnicy surowo kontrolowali ich jakość.  Gouda wytwarzana jest z mleka krowiego.

Z Belvedere współpracuje także cukiernia z sąsiedniego Reeuwijk, którą prowadzą Femke i Sander.  Przekształcili swoje hobby w zawód i robią torty na różne okazje. Od kilku lat tworzą dla restauracji szarlotkę Green Heart.  Belvedere polecana jest też w przewodnikach,  np Goudse Gidsen Gilde.

Na zewnątrz pod parasolami siedziało już mnóstwo ludzi. Było bardzo ciepło,  wręcz parno. Usiedliśmy w środku przy oknie, aby przyglądać się ulicy. Przewijało się bardzo dużo ludzi, bo obok trwał akurat targ, gdzie sprzedawano np sery, czy ubrania. Mąż zamówił sznycla z frytkami. Fryty były grube i pyszne. Oczywiście z majonezem. Próbowałam.  Ja, gdy tylko zobaczyłam w menu zupę serową,  wiedziałam,  że muszę ją zjeść.  Była z grzankami czosnkowymi i bardzo smaczna.

Idąc do auta, robiłam jak zawsze zdjęcia,  bo jak pisałam wyżej,  zawsze coś ciekawego w oko wpadnie. Będąc w Holandii, Gouda jest według mnie w pierwszej piątce miast do odwiedzenia.

Sklep z pamiątkami  🙂

Do nastepnego 🙂