„BEZ STRACHU”

„Bez strachu. Jak umiera człowiek”, to książka, którą przeczytałam w dwa wieczory. Znalazłam ją w ogłoszeniu Polki mieszkającej w Holandii w miejscowości obok naszej i musiałam ją mieć:)

O czym jest? O tajemnicy śmierci, zagadce odchodzenia, o ciele. Magdalena Rigamonti odsłania fizyczność i metafizykę śmierci w rozmowie z jedynym polskim balsamistą, przed którym ludzkie ciało nie ma żadnych tajemnic. Rozmawia o znakach, zdarzeniach niewyjaśnionych i fizjologii człowieka, z którą mierzy się Adam Ragiel, przygotowując go do ostatniej drogi. Wiele osób nie chce mieć na co dzień do czynienia ze śmiercią. Ale gdy odchodzi ktoś najbliższy, wtedy zaczynają się trudne rozmowy i decyzje. Bliscy przychodzą do prosektorium pełni rozpaczy i z poczuciem straty. A balsamista? Ma ich zrozumieć, opanować emocje i zapytać, czy mama chciałaby trzymać w rękach książeczkę do nabożeństwa, jakiego koloru ma być szminka, a najważniejsze jest to, żeby wyglądała jakby spała…

A tak najdokładniej, jest to wywiad o tym, jak od podszewki wygląda branża pogrzebowa. O swojej pracy opowiada nie tylko pan Adam, ale też jego pracownicy i kursanci. Bo pan Adam posiada swój zakład pogrzebowy i prosektorium z chłodnią, ale też prowadzi kursy. Uczy studentów i innych, którzy chcą pracować w tej branży. Mówi, ile trwa i jak wygląda podstawowy kurs z tanatokosmetyki. Że następny etap, to balsamacja czy nawet rekonstrukcja twarzy. Chciałby otworzyć szkołę z prawdziwego zdarzenia dla kształcących się w branży funeralnej. Jak twierdzi, w Polsce nie jest to temat łatwy. Opowiada też o tym, jak funkcjonuje wiele starych zakładów pogrzebowych, jakie przekręty robią, co jest zakazane a co nie. Mowa jest też o krematoriach, dlaczego są lepsze i „zdrowsze” niż tradycyjny pochówek. Ta książka to kopalnia wiedzy.

W tej książce nie ma tabu. Jest to szczera rozmowa i wyjaśnienie wszystkiego. Ludzie tam pracujący nie mają czasu na filozofię na temat kostuchy. Nie mają czasu na myślenie o zmarłych, nie ma miejsca na płacz. Jest to ciężka praca, realizm i przede wszystkim traktowanie ciał zmarłych z szacunkiem. Nic ich tak nie wkurza, jak bylejakość i traktowanie zmarłych, jak trupów, które powinny się jak najszybciej znaleźć w grobie i gnić.

Ja momentami czytałam tę książkę z otwartą gębą. Jeśli ktoś jest wrażliwy, może tego nie przeskoczyć. Mimo to bardzo polecam, tym bardziej, że pan Adam robi naprawdę dobrą robotę. Jak sam twierdzi: „Zmarli uczą żywych.” Dla mnie to taki polski Bill Basa („Trupia Farma).

Polecam! 🙂

18 CIEKAWOSTEK O KEUKENHOF

KEUKENHOF, czyli najsłynniejszy ogród na świecie pełen roślin cebulowych. Znajduje się w Holandii a dominują w nim moje ulubione kwiaty, czyli tulipany.

Byliśmy go zwiedzić chyba 3 lata temu. Zrobiłam o nim wpis. Robi ogromne wrażenie, bo co roku jest inny układ rabat i motyw przewodni. Piękne miejsce, ale jedne odwiedziny mi wystarczą, bo po prostu zawsze jest tam mnóstwo ludzi. Przez ostatnie dwa lata był niestety zamknięty przez pandemię. Teraz się znowu otwiera, a ja zebrałam garść ciekawostek o nim 🌷🌷

✓ W ogrodzie znajduje się ok. 800 odmian tulipanów.

✓Potrzeba 40 ogrodników, by stworzyć dziesiątki wzorów z kwiatów, które kwitną tylko przez 8 tygodni.

✓Istnieje ok. 6,5 tysięcy odmian tulipanów.

✓Nowe tulipany nie tylko otrzymują nazwy, ale są też chrzczone. Jeśli ktoś chce ochrzcić kwiat, organizowana jest ceremonia z szampanem i wręczany jest certyfikat. Nazwa rośliny zostaje zarejestrowana w Total General Bulb Growers Association.

✓W 2020r z powodu covid ogrody zostały zamknięte po raz pierwszy od 71 lat. Szef ogrodu- Bart Siemerink, powiedział, że w 2020r nie było w ogóle dochodu, a to katastrofa. Straty wynosiły miliony. Ogród ponosi koszty przez cały rok.

✓ Sadzenie 7 mln cebulek, to praca, którą wykonuje się ręcznie. Odbywa się to w 3 miesiące.

✓Jeden z ogrodników- Owen Carroll pracuje tam cały rok, aby te kwiaty robiły wrażenie. Ogród musi być idealny. Ogrodnik Owen zaczynał pracę 33 lata temu i nie znał się na kwiatach.

✓Sezon w ogrodzie zaczyna się od wyrwania z ziemi zeszłorocznych cebulek. Są one potem wykorzystane jako nawóz. Ogrodnikom zajmuje to 2 miesiące.

✓We własnym ogrodzie cebulki można zostawić w ziemi. Jeżeli jednak przeleża tam 2-3 lata, to kwiaty będą coraz mniejsze.

✓Frans Beijk- projektant ogrodu, robi projekt rysując go najpierw ręcznie, potem wrzuca do komputera. Przejście od szkicu do ostatecznego projektu zajmuje ok. 4 miesięcy. Następnie wysyłane są zamówienia do producentów cebulek.

✓Ogrodnicy używają mapy Franza, aby zmierzyć i wyznaczyć granicę ogrodu. Późnym latem dostarczane są cebulki. Są one sortowane wg koloru, kształtu, odmiany a potem sprawdzane pod kątem twardości i wielkości. Każdy worek oznaczony jest numerem odpowiadającym rodzajowi cebulki, aby ogrodnicy nie popełnili błędu.

✓ Kwiaty sadzone są w październiku. Każdy ogrodnik ma swój szpadel- to najważniejsze narzędzie. Owen ma swój już 25 lat.

✓ Żywotność tulipana to ok 1,5 tygodnia. Aby ogrody kwitły przez 8 tygodni, ogrodnicy stosują technikę zwaną „lasagna”. Cebulki ułożone są warstwowo i podzielone na wczesno i późno kwitnące. Odmiana późna sadzona jest najgłębiej i kwitnie w maju. Środkowy rząd kwitnie w okolicach kwietnia. Krokusy są najwyżej i wybijają w marcu.

✓ Ogrodnicy nie korzystają z maszyn, gdyż tulipany mogłyby nie mieć porządanych kształtów i poza tym nie byłyby posadzone warstwowo. Pracują więc codziennie, niezależnie od pogody.

✓ Gdy temperatura gleby jest niższa niż 13°C, skrobia i węglowodany w cebulce rozkładają się, tworząc glukozę. Glukoza jest mniej podatna na zamarzanie i pomaga cebulce wytrzymać niskie temperatury. Gdy temp.wzrasta, glukoza staje się źródłem energii, która pomaga kwiatowi kwitnąć. Aby roślina idealnie wyrosła, powinna zostać w chłodzie przez ok 12-13 tygodni.

✓ Do Holandii tulipany zostały sprowadzone ok 400 lat temu. Były to czasy Rembrandta i Vermeera. Ceny cebulek były niebotyczne. Dom nad kanałem czasem był wart…3 cebulki 😯

✓ Spadek ceny tulipanów nazywa się „tulipomania”. 100 lat temu, pierwsi prawdziwi plantatorzy kwiatowi otworzyli swoje gospodarstwa w okolicach Lisse.

✓ Zdarza się pomieszać cebulki i np.żółty kwiat może pojawić się wśród kwiatów czerwonych. Podobno to wstyd dla ogrodnika.

Pandemia była trudnym okresem. Poza tym praca w KEUKENHOF jest ciężka. Ogrodnicy sadzą kwiaty na kolanach. To jednak nie problem, bo kochają swoją pracę. Kochają również to, że mogą pokazać, co udało im się stworzyć 😊🌷🌷🌷

A ja mam nadzieję, że ogrodu już nie trzeba będzie zamykać. W tym sezonie kwiatowym chcę jednak zobaczyć wreszcie prawdziwe pola tulipanów 😁🌷

NATIONAAL MILITAIR MUSEUM

Jestem do tyłu z kilkoma wpisami, więc będę to nadrabiać teraz. Ten będzie o zwiedzaniu muzeum jeszcze w zeszłym roku, jesienią. Chodzi o Narodowe Muzeum Wojskowe.

Pan Mąż lubi militaria, a ja ogólnie lubię muzea 🙂 Zawsze człowiek coś ciekawego zobaczy i się czegoś dowie. Dlatego postanowiliśmy wybrać się właśnie tam, bo mieliśmy i tak w planach zwiedzić Narodowe Muzeum Wojskowe.

NMW jest częścią Fundacji Królewskich Muzeów Obronnych. Obejmuje również Muzeum Morskie w Den Helder, Muzeum Marechaussee w Buren i Muzeum Morskie w Rotterdamie. Na stronie internetowej obiektu możemy przeczytać, że NMM powstało z połączenia Muzeum Wojska w Delft i Muzeum Lotnictwa Wojskowego w Soest. Aby zabezpieczyć obie kolekcje na przyszłość, armia i lotnictwo podjęły decyzję o budowie wspólnego nowego muzeum. Wizją jest, aby społeczeństwo było świadome powodu istnienia sił zbrojnych, tego że wypełniają ważne zadania rządu a także przekaz wiedzy na temat ich obowiązków. Jest to wgląd w przeszłość, teraźniejszość i przyszły rozwój sił.

Jestem żółtodziobem jeśli chodzi o wojsko, samoloty, itp. Ale oglądałam te eksponaty z zainteresowaniem 😀 Na mnie wrażenie robiły czołgi. Oprócz tanków i samolotów, obejrzeć można samochody i motocykle wojskowe, zobaczyć, jak kiedyś wyglądały karetki i jakie miały wyposażenie, a także spojrzeć na broń albo budowę silników maszyn.

Samoloty są też na zewnątrz.

Zdjęć zrobiłam dużo, bo i dużo jest tam do oglądania. Niestety wszystkiego wrzucić nie mogę. Oprócz samego muzeum, znajduje się tam też sklep z gadżetami. Ja standardowo wyszłam z magnesem a Pan Mąż z dwoma kubkami. Bilety kupiliśmy wcześniej przez internet.

Adres: Verlengde Paltzerweg 1, 3768 MX, Soest

PIERDOŁY Z KRINGLOOPA

Po całkiem długiej przerwie, wybraliśmy się do sklepu z używanymi rzeczami, tego mojego ulubionego. Zaraz przed Bożym Narodzeniem w Holandii był lockdown i pozamykali sklepy. Dlatego teraz stwierdziłam, że może czas się wybrać do kringloopa, tym bardziej, że Niderlandy już o covidzie zapomniały.

Czy było coś ciekawego? Raczej nie. Myślałam, że po tak długiej przerwie nie wyjdę szybko że sklepu, a tu wystarczyło mi pół godziny, żeby przeskoczyć po wszystkich regałach:) Coś tam kupiłam, ale zbyt dużo fajnych i ciekawych rzeczy raczej nie widziałam. Pan Mąż kupił sobie kilka klamotów, które -jak stwierdził-przydadzą się do sklejania modeli. Jak ja „lubię” to stwierdzenie na temat mało przydatnych rzeczy: A NIE WYRZUCĘ, BO SIĘ PRZYDA 🤦 A potem leżą różne graty w szufladzie, gdzie brakuje tylko dziada z babą. Fajną rzeczą, którą wyszukał, to mała pompka do roweru za 2,50€. Naciska się stopą i pompuje. Do plecaka się zmieści:)

Ja za to oczywiście grzebałam w doniczkach i wzięłam 3- dwie małe drewniane skrzyneczki (będą na stolik do ogródka) i jedną białą osłonkę na jakiegoś kwiatka w domu.

Do tego mały obrazek, który jest drewniany i standardowo z motywem morskim. A dokładniej, jest to łódka:) Zawiśnie nad komodą w sypialni.

Zastanawiałam się nad tą bluzką i zdecydowałam się kupić. Koszt to 3€

Długi rękaw, dekolt w łódkę i lejący się materiał.

A najlepszą rzeczą jaką kupiliśmy ostatnio, to fotel rattanowy z miękką poduchą:) Polka sprzedawała na Marketplace i tylko ok. 20 km od nas. Po pracy odebraliśmy.

Co jeszcze było w kringloopie? A np. takie rzeczy:

Koszyki i koszyczki. Tych już trochę mam, więc teraz w nich nie grzebałam.
Mnóstwo różnych figurek
W tym figurki Buddy. Już dawno zauważyłam, że Holendrzy Buddę lubią. Oprócz tych małych, sporo dużych figur i obrazków z wizerunkiem Buddy można tu zauważyc w ogródkach.
Półki zapchane ramkami na zdjęcia. Holendrzy lubią różne ramki powieszone na ścianach. Pamiętam, że kiedyś Polacy trzymali zdjęcia tylko w albumach. Teraz się to chyba zmienia, bo ramki potrafią być naprawdę ładne i ciekawe.
Meble były chyba najciekawsze 🙂

Do następnego!

CO Z TYMI LUDŹMI?

Będzie o ludziach, ale nie będzie ich zdjęć. Ale za to wrzucam tu kilka fotek z pracy.

Jest marzec, pod koniec tego miesiąca spodziewana jest pierwsza ścinka pomidora. W zeszłym roku, przed Bożym Narodzeniem mnóstwo ludzi zjechało do Polski z zamiarem powrotu na nowy sezon. Część oczywiście już nie wróci, a część zwleka z powrotem. Starych pracowników jest garstka. Potrzebujemy nowych, bo pomidor się rozkręca. No i owszem, pojawiają się nowi, niemal codziennie ktoś przychodzi. Ale coś z nimi jest nie tak…

Ok, jest tu już dużo pracowników np. z Rumunii i Polacy teraz myślą inaczej i za 10€ nie będą zapieprzac. Ja zaczynałam od najniższej stawki i wiadomo, że nikt nikomu nie da na start stawki dużo większej. Nie ma tu już też starszych ludzi, którzy mają już w miarę ułożone życie i olej w głowie. Teraz przyjeżdżają ludzie tylko młodzi (tak jest u nas) i z masą różnych problemów typu: ściga mnie w Polsce policja i się ukrywam. Faceci często cwaniakują i opowiadają czego to oni nie robili i ile w pudle nie siedzieli, co jest oczywiście u nich powodem do dumy. Są też i tacy, którzy jakoś tam pracują i nic im do szczęścia nie potrzeba oprócz alkoholu i narkotyków.

Tzw. tros, czyli gałązka z kwiatkami i małymi pomidorami. Na tej gałązce będzie 7 pomidorów.
7 nie może być. Dlatego robi się tzw. snoeje, czyli regulację trosa do 5 pomidorów. Obrywa się kwiatki z przodu. I potem ten tros z 5 pomidorami można znaleźć w pudełku w sklepie.

Wracając do ludzi „chcących” pracować w Holandii, np na szklarni. Od zawsze są spory o to, ile godzin w tygodniu będzie. Wiadomo, pracuje się po to, żeby mieć pieniądze. I tu wyróżniam 3 typy ludzi: jedni chcą pracować i nawet 6 dni w tygodniu w sezonie, byle jak najwięcej zarobić i już nie wracać, drudzy nie potrzebują wiele- tylko tyle godzin byle jakoś przeżyć a potem to nawet uprawiać tzw. turystykę zarobkową. I ostatni (najlepsi): wołają jak najwięcej godzin a po trzech sobotach pracujących pod rząd, mają dosyć i jest bunt, bo oni tyle pracować już nie chcą…

W każdym tygodniu, w sezonie trzeba zrealizować zamówienie na pomidory. A więc trzeba codziennie wyciąć tyle, żeby zapełnić tiry. Np. od poniedziałku do czwartku, 3 tiry. W piątek- 2 lub 1. Każdy tir to 33 palety. Jeżeli wszyscy dobrze i w miarę szybko tną, to nie ma problemu z wyrobieniem się. Dodam, że wózki są elektryczne i same jeżdżą. Oprócz tego są jeszcze inne prace do wykonania, które robią inne grupy ludzi. I jeśli ktoś nawali, nie przyjdzie, odejdzie albo się opieprza, to reszta ma niestety problem, bo musi się uwijać, żeby zdążyć. A jak nie, to w sobotę do pracy. Dlatego dobrze mieć zgraną ekipę: robimy wszystko raz, dwa i mamy wolne. Holendrzy, mimo że pracowity naród, to też lubią wolne weekendy 🙂

To czarne, plastikowe coś, to tzw. kolanko. Zakłada się te kolanka na pierwsze 5 trosów, żeby je wzmocnić. Fajna praca 🙂

I teraz powoli zaczyna się nowy sezon. I powoli napływają nowi pracownicy. Co z nich będzie? Nie wiadomo. Ostatnio przyszła młoda dziewczyna. Pracowała pierwszy dzień kilka godzin a potem źle się czuła i pojechała do domu. Na drugi dzień wróciła i podobno było ok. Podobno. Bo okazało się, że jest kompletnie pijana 🤦 A to dopiero początek…

Jedna z wielu rajek.
A to pierwsze pomidory, czyli te największe, które niebawem będą czerwone i jako pierwsze wylądują w sklepach.

Tak sobie czasem myślę, że już kilka ładnych lat pracuję w Holandii i poznałam mnóstwo ludzi. Widziałam mnóstwo różnych sytuacji. Słyszałam mnóstwo historii. I szkoda, że nie mam zdolności pisarskich, bo by powstała z tego niezła książka 😜

PTASZYSKO

Jeszcze w zeszłym roku trafiła do nas nowa papuga- Nimfa. Nigdy takiej nie chciałam. Zawsze miałam falki, a jeśli już myślałam o większej, to np. ara albo kakadu.

Koleżanka z pracy, która też lubi papugi, ma parę nimf właśnie. Kiedyś opowiadała, że parka dorobiła się 5 jajek i będą młode. Zapytała się czy chcę ptaka. Najpierw powiedziałam, że nie. Potem się wahałam. Wiązało się to też z zakupem dużej klatki. Wykluły się małe, ale jedno pisklę było nieżywe. Koleżanka powiedziała, że są 3 samiczki i jeden samiec. Stwierdziłam, że wezmę jedną papuge, ale samca. Dlatego, że ładniejszy (ma bardziej odbarwione policzki) no i nie skrzeczy, jak to samiczki mają w zwyczaju, ale gwizda. No i szybciej uczy się mowic. Poza tym te papugi były z domowej hodowli, czyli miałam pewność, że są zdrowe i młode. Pojechałam zobaczyć delikwenta. Zdziwiłam się, bo to były 3 samce i 1 samica. Koleżanka się pomyliła. Wytłumaczyłam jej czym się różni samiec od samicy. Dostałam papugę za jajka, bo bardzo lubią jeść je gotowane.

Pan Mąż nazwał ją, a w zasadzie jego- Tito. Ale mówimy na niego Tito- srito. Więc ten Tito się w ogóle nas nie bał. Przyzwyczaił się od razu i od razu zaczął siadać na głowę i na ramię. Byłam ciekawa, jak falista zareaguje na nową papuge. W zasadzie to i to ptak, ale ciut innej wielkości. Falka to samiczka. On był jej ciekaw. Ona się trochę bała i dziobała go po głowie i nie dopuszczala do karmy. Potem się jakoś dogadali i zakumplowali. Tito wtedy jeszcze słabo latał, a falka go tego nauczyła. Ona za to zaczęła naśladować większego kolegę. Je np z nim ziemniaki, bo Tito pcha się do talerza zawsze. Nawet nauczyła się gwizdać tak jak on!

Na Marketplace znalazłam też dużą fajną klatkę z podstawką na kółkach. Miejsca ptaszyska mają dużo.

Lubi sól i solony slonecznik

Oprócz tego bardzo lubi pomagać Panu Mężowi w sklejaniu modeli. Do papierowych nie ma dostępu, ale plastik może dziobać.

KINO I ZWIERZAKI

Vlaardingen

Wreszcie wróciłam do bloga. Nie było mnie tu chyba z pół roku. Mam mnóstwo do nadrobienia. W wolnych chwilach uporządkować muszę zebrany materiał, a jest tego sporo. Trochę mi to zajmie, ale teraz postaram się robić wpisy regularnie. W międzyczasie byłam na dwóch urlopach, załatwiłam wszystkie sprawy i mam nadzieję, że ten rok już będzie spokojny.

W tym wpisie opiszę holenderskie kino i wrzucę kilka zdjęć zwierzyny w parku 🙂 Zacznę od tego, że jednym z moich ulubionych polskich filmów jest tragikomedia Wojtka Smarzowskiego pt. „Wesele”. Znam na pamięć. A kilkanaście kilometrów od naszego miasta jest miasteczko Vlaardingen. I tam w kinie często wyświetlane są polskie filmy. I wtedy było „Wesele 2”. I że się tak wyrażę: dwie godzinu psu w dupę. Film mało ma wspólnego z weselem. Jest ciężki, dramatyczny i czasami zbyt wulgarny. Ale ja w sumie nie o tym.

Ratusz we Vlaardingen

Chciałam tu napisać o dwóch znaczących różnicach między polskim a holenderskim kinem. Po pierwsze- można tu podczas seansu pić alkohol! Oczywiście jest popcorn, cola i inne takie. Ale jeśli się ma ochotę na piwo: proszę bardzo, jest. Wino białe i czerwone też 🍺🍷Druga rzecz, to… pauza. Tak, w połowie filmu jest przerwa. Można iść do toalety, po jedzenie i picie albo po prostu podyskutować o filmie 🙂

Do kina założyłam kiecke i ogólnie ubrałam się lekko. Za lekko, a było zimno. Po seansie, zamiast do domu, to poszliśmy do parku, bo było tam dużo ptactwa a w zagrodzie kozy i owce (chyba czarnogłówki się nazywają). Daliśmy im trochę natki marchewki. No i zrobiliśmy zdjęcia:

Do następnego! 😀

ROBIĘ PORZĄDEK

Już dłuższy czas nie ma mnie na blogu. Wszystko stanęło jeszcze przed moim urlopem, czyli we wrześniu. Teraz próbuję to uporządkować, żeby znowu móc pisać.

Przed wyjazdem do Polski było sporo rzeczy do ogarnięcia. Potem 3 tygodnie laby. Pod koniec trzeciego tygodnia, mnie i Pana Męża złapało całkiem porządne przeziębienie. Wróciliśmy chorzy a ja dwa dni po urlopie, spędziłam w domu na syropkach i pigułach, zamiast w pracy. To znaczy w poniedziałek pracowałam, ale we wtorek i środę zaniemogłam. Panu Mężowi na szczęście szybko przeszło, bo chory chłop, to niemal żywy trup i udręka dla kobity 😱😅 Teraz już jest ok i mnóstwo pracy, bo nawet soboty nie są wolne. No trudno, jak mus, to mus. Czas szybko leci. Niedawno był wrzesień a zaraz będą święta. Przez te trzy miesiące nazbierało mi się zdjęć i materiałów na bloga. Gdy już będzie w pełni sprawny (bo z nim też mam problemy i chcę żeby hulał na tip top), to wszystko uzupełnię. Nie będę rozdzielała materiału na trzy części. Zrobię po prostu jeden spory wpis o tym, jak minął wrzesień, październik i listopad. Do tego pojawią się osobne wpisy o Wrocławiu, książkach czy wizycie w kringloopie. Trochę cierpliwości i będę znowu mogła (mam nadzieję) publikować 😊💚

SERIAL O POLAKACH

A dokładniej, miniserial o Polakach mieszkających w Holandii pt. „Samen.pl” Pilotażowy odcinek powstał w lipcu i zapowiedziana jest kontynuacja.

Za scenariusz i reżyserię odpowiada Monika Stępień, która mieszka w Holandii i postanowiła zebrać do kupy perypetie rodaków, którzy postanowili zostać w kraju tulipanów 🌷 Zresztą sama Monika borykała się z różnymi problemami, gdy tu zamieszkała.

Serial opowiada o młodej Polce- Jadzi, która wyemigrowała do Niderlandów i została tu na stałe. Ma chłopaka Holendra- Jeroena, którego chce przedstawić rodzicom. Zaprasza więc mamę i tatę do siebie, do Holandii. Odcinek zaczyna się od e-maili wysyłanych między córką a matką. Od początku powstaje obraz typowej mamusi, która myśli stereotypowo. A po pojawieniu się rodziców Jadzi w jej mieszkaniu, zaczynają się zabawne sytuacje. Ale dopiero , gdy Jadzia i jej chłopak przedstawiają sobie swoich rodziców, zaczyna się prawdziwa komedia 😅

Obsada

Śmieszne sytuacje wynikają z bariery językowej i różnic kulturowych. Serial jest pełen stereotypów, nie trzeba go brać tak dosłownie, bo w dzisiejszych czasach w relacjach Polak- Holender wiele się zmieniło, poszło do przodu 😀 Oglądać należy z przymrużeniem oka 😜 „Samen.pl” można znaleźć na Facebooku i Instagramie. Pierwszy odcinek do obejrzenia na YouTubie: https://m.youtube.com/watch?v=sHsdqSm67BU

Trwa niecałe 20 minut i ja na pewno będę oglądała kolejne 😁

PLAŻA NUDYSTÓW I KILKA SŁÓW O MORZU

Ostatnie dni były typowo letnie. Temperatura podskoczyla do 30° i myślałam, że oszaleję, bo było mi duszno i słabo. Spodziewałam się raczej deszczowej aury, a tu taka niespodzianka.

W środę, po pracy namówiłam Pana Męża na wypad na plażę, żeby zobaczyć zachód Słońca 🌅 Widuję je często, ale zawsze mi mało. Wybraliśmy plażę, która znajduje się ok 30km od nas, bardzo blisko Rotterdamu, a dokładniej- Europortu. Tam jeszcze nigdy nie byliśmy. A szkoda. I żałuję też, że nie wzięłam kostiumu, bo chętnie bym do wody weszła. Była świetna, a wiem, bo wreszcie, pierwszy raz w tym roku, zamoczyłam chociaż kopyta 😀😊

Pojechaliśmy na Maasvlaktestrand, szeroką piaszczystą plażę, utworzoną w 1987r. Plaża jest popularna wśród miłośników sportów wodnych. Są tu akceptowane psy przez cały rok. Znajdziemy też 3 wejścia na plażę w formie schodów, które zaprojektował artysta Jan Konings. Schody prowadzą na wydmy porośnięte trawą, a z nich schodzi się na plażę. Można skorzystać z trzech parkingów, ale my zaparkowalismy w innym dozwolonym miejscu i wspinaliśmy się po wydmach. Po zejściu na plażę- zonk, bo zobaczyłam… gołych facetów 😳 Myślę sobie: chyba pomylilśmy miejsca. Żadnej tabliczki informującej o plaży nudystów nie widziałam. Tzn. może była przy wejściu schodami. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że jest też mnóstwo ludzi w kostiumach i normalnych ubraniach. Więc stwierdziłam, że zostajemy. Naturyści i ci w ubraniach nie zwracali na siebie uwagi. Okazało się, że jest to plaża nudystów połączona z „normalną” plażą. Co ciekawe, nagich widziałam tylko mężczyzn i w dodatku takich 45+ 😅 Nie to, że się gapiłam, co to to nie. Po prostu szybko rzuciłam okiem 👀 a potem nie zwracałam na nich uwagi 😅 Kolejna zaleta czytania książek: gdy czytam, to potrafię się całkowicie wyłączyć i nic dookoła nie słyszeć i nie widzieć. I to przydaje się teraz w różnych sytuacjach 😛

Zachód Słońca był jak zawsze piękny 😍 Było bardzo ciepło, ciepły piasek i orzeźwiająca woda. W dodatku trafiliśmy na odpływ i niedaleko brzegu wyłoniły się z wody małe wysepki. Czytałam, że na Morzu Północnym cykl odpływów zmienia się co ok. 6 godz. Czas między przypływami wynosi ok. 12 godzin i 25min. Czyli w ciągu doby występuje 2 razy przypływ i 2 razy odpływ. Różnica poziomu morza wynosi zazwyczaj ok. 2 metrów. Dla porównania w Belgii do nawet 4 metrów a w Bałtyku max 30 cm.

Woda w Morzu Północnym jest naprawdę czysta. Oczywiście, pojawiają się glony, meduzy, ale w porównaniu do Bałtyku, jest przejrzysta i ma piękny turkusowy kolor. Nasz Bałtyk niestety umiera 😢

Tutaj na plażach znaleźć można ciekawy rodzaj małż. Są to okładniczkowate o nietypowym kształcie noża albo brzytwy. Jest to gatunek jadalny.

W dodatku jest tu mnóstwo różnych muszelek🐚🐚 Leżą na ogromnych połaciach plaż. Kraby też są często spotykane. Pan Mąż znalazł opuszczone pancerzyki.

Co jeszcze wyróżnia holenderskie plaże? Są bardzo szerokie i ciągną się kilometrami. Czasem, żeby dotrzeć do brzegu morza, trzeba przejść po gorącym piasku kilkaset metrów. Byłam kiedyś na plaży w miejscowości Oudoorp. Czułam się jak na pustyni 😳 Ogólnie, najpiekniejsze plaże są w prowincji Zeeland. Chciałabym kiedyś zobaczyć je wszystkie 😁 Do tej pory widziałam chyba 6 plaż.

Po drugiej stronie Maasvlaktestrand znajduje się część Europortu i wiatraki.

A poniżej kilka zebranych wcześniej zdjęć:

Tam, w oddali, gdzie widać niewielkie fale, utworzyła się przy odpływie wysepka i woda była po kolana 😊

Morze wygląda pięknie o każdej porze roku ⚓⛵🌊😊