FOTORELACJA- KWIECIEŃ

April, april,  kikker in je bil! Czyli: kwiecień,  kwiecień, żaba w twojej dupie! To powiedzenie Holendrów odnośnie żartów 1 kwietnia. Ja też kilka psikusów zrobiłam.  Ludzie już zapominają o tej tradycji i dawali się nabrać. 

Na początku kwietnia zaczął się zbiór pomidorów.  Nagle zrobiło się czerwono i trzeba było zaczynać.  Już w pierwszych dniach trafiła się ofiara sekatora.  Jeden sobie tak palca zaciął,  że przy ważeniu znalazłam mnóstwo pomidorów we krwi i zakrwawionych skrzynek. Nawet nie chciał iść na kantynę i przykleić plastra. Trzeba to było odrzucić.  Poszło na sprzedaż dla Turka. Nie wiem, może on takie owoce do kebabów daje… Temu gościowi powiedziałam,  żeby następnym razem odciął sobie głowę, bo jak się zabijać,  to raz a porządnie. Pojawiło się w tym sezonie kilka zmian. Jedną jest np cięcie do dużych,  zielonych, plastikowych skrzynek. Ciężkie to cholerstwo i trzeba rozkładać zanim się włoży trosa pomidora. A efekt jest taki, że maszyna podnosząca skrzynki jest nie dostosowana do tych nowych i wszystko leci w dół. 

Potem trzeba to zbierać i segregować na dobre warzywa i te zmiażdzone.  Przez chwilę jest spokój i znowu wszystko się rozpieprza. I tak w kółko.  Dodać jeszcze trzeba zacinanie się skrzynek i cały dzień jest przewalony. Dobrze, że są nadal jeszcze zwykłe kartonowe pudełka.  Raz tak, raz tak.

W Lidlu pojawiły się bukiety tulipanów w różnych kolorach. Nie mogło zabraknąć ich w moim wazonie, chociaż potem pojawił się nawet bukiet stokrotek.

Jak pisałam już wcześniej,  byliśmy na pierwszym w tym roku pchlim targu. Odbył się we wsi, gdzie pracuję i przy okazji oglądałam sobie, co ludzie mają wokół domu. Jedno gospodarstwo było wybitnie zagracone m.in starymi samochodami. Jednak właściciel pozwolił przejąć co nieco naturze i w taki oto sposób powstała ta dekoracja:

Spędziłam też dzień nad morzem z rodziną.  Był odpływ,  więc na plaży pojawiło się mnóstwo różnych muszelek i pancerzyków krabów.

Spacerując wokół głównego kanału i pokazując rodzicom stare miasto i port, natknęliśmy się na dwa siedziska z beczek. Spodobały się one mojemu tacie. Muszę przyznać,  że ciekawy pomysł wykorzystania beczek.

Mam małego bzika na punkcie zapachów do auta. Testowałam już różne i jeśli zapachy są intensywne i przyjemne, to wiem, że długo nie wytrzymają.  W Lidlu pojawiły się te od Yankee Candle.  Kupiłam 3 i jest tak, jak napisałam: zapachy ładne,  mocne ale krótkotrwałe. 

Byliśmy też na polach tulipanów.  W tym samym dniu, u nas w okolicach otwarte były szklarnie, które produkują np ogórki,  pomidory, paprykę, kwiaty, itp. Odbywa się to co roku i każdy wtedy może wejść i zobaczyć jak wszystko działa od kuchni. Właściciele szykują wtedy różne atrakcje dla odwiedzających.  U nas w pracy były dostępne gazetki z reklamowanymi firmami, które otwierały w ten dzień swoje drzwi. W środku znajdowała się mapka z zaznaczonymi okolicznymi zakładami,  nazwy firm i opisy co oferują i historia powstania. Ja chciałam zobaczyć szklarnię z różami,  ale Pan Mąż był wypompowany po polach tulipanów i nie chciał jechać a samej mi się zaś nie chciało. 

Z nasion pomidorków cherry,  wyrosło mi tylko 5, ale idą cały czas w górę.  Jeszcze trochę i przesadzę je na zewnątrz.  Mam nadzieję,  że wyrosną z nich jakieś owoce.

Robiąc wiosenne porządki w ogrodzie, natknęłam się na 3 haki do wieszania donic. Pan Mąż wyciął laurowiśnię,  która przeszkadzała i dawała schronienie komarom i innemu robactwu. Usunęłam też część bluszczu i moim oczom ukazały się piękne haki. Środkowy ozdobiony jest kwiatami i kolibrem. Niebawem zawisną na nich donice. 

5 lat mieszkania tutaj i dopiero teraz takie odkrycie 🙂

Natknęliśmy się pewnego dnia na Dieren Ambulance.  Jest to ambulans, który pracuje jak karetka pogotowia, tyle że dla zwierząt.  Już kiedyś widziałam go zaparkowanego nad kanałem.  Nie widziałam jednak jakie zwierzę było ratowane.  Jak dla mnie, super inicjatywa.

A propos zwierząt.  W Polsce u mojej babci i dziadka,  został nasz piesek- suczka Fisia.  Kiedyś,  gdy wyjeżdżaliśmy do Holandii (jeszcze nie wiedzieliśmy,  że tu zamieszkamy na stałe), zostawiliśmy ją u moich dziadków,  bo zgodzili się nią zaopiekować. Przez te kilkanaście lat żyła sobie u nich i miała się dobrze. W sumie, to był już ich pies. I teraz odszedł za tęczowy most.  Nasza staruszka przeżyła aż 17 lat ❤️

Mała,  ale wariatka.

I teraz przyszedł maj. Zaczęły się pierwsze wiosenne burze.

Do następnego 🙂

„TAROCISTA” – JAKUB RUTKA

Jako że będzie to wpis o kolejnej przeczytanej książce,  więc napiszę też kilka słów o tym, jak idzie mój książkowy challenge.  W planie jest 1 miesiąc- jedna książka + kilka dodatkowych.

Na Instagramie widzę zdjęcia i opisy książek przeczytanych przez niektóre dziewczyny. I jest to np 10 w miesiąc.  10! Czasem i więcej. A u mnie idzie jak? Srak, że się tak brzydko wyrażę. Mamy maj, a ja zaczęłam dopiero trzecią książkę! Nie będzie dodatkowych przeczytanych, bo nawet z 12 będę w tyle. Mam tylko cichą nadzieję,  że przeczytam więcej książek w tym,  niż w zeszłym roku. Teraz zacznę temat „Tarocisty”.

Z Jakubem Rutką spotykam się pierwszy raz i jestem mile zaskoczona. To znaczy pierwszy raz przeczytałam jego książkę,  bo poza tym pewnie go kojarzę np z mediów. Jakub, to lektor, dziennikarz, podcaster,  od urodzenia związany z Ostrołęką.  Założyciel MysteryTV- popularnego kanału,  na którym przedstawia tysiącom słuchaczy mrożące krew w żyłach opowiadania o makabrycznych zbrodniach i zjawiskach paranormalnych. Gdy nie opowiada mrocznych historii, użycza głosu do wielu filmów,  seriali oraz reklam telewizyjnych i radiowych. Można go także zobaczyć na Instagramie i TikToku, gdzie pokazuje swoją bardziej komediową stronę.  I dlatego zapewne wielu ludzi go zna,  lub kojarzy.

Akcja książki dzieje się w Ostrołęce i częściowo w Łomży zimową porą.  Zbliża się Boże Narodzenie, gdy brutalne morderstwo młodej kobiety wstrząsa Ostrołęką.  Za zaszytymi ustami ofiary, śledczy znajdują kartę Kapłanki.  To dopiero początek serii krwawych zbrodni, w której śmierć przemawia językiem tarota. Przenikliwy krzyk słuchaczki podczas audycji w radio Narew „Wieczór grozy”, popchnie lokalnego podcastera, Jacka Gadowskiego do podjęcia dziennikarskiego śledztwa.  Talia kart opowie mu o tajemnicach mieszkańców Ostrołęki i mrocznych wydarzeniach z przeszłości.  Czy uda mu się odkryć tożsamość mordercy zwanego Tarocistą? Co, jeśli pewnego dnia również nad Jackiem zawiśnie karta śmierci?

Akcja powieści toczy się we współczesnych czasach i dużą rolę odgrywa w niej m.in TikTok. Jest tu pokazane, jak podcasterzy i dziennikarze pomagają, ale i często szkodzą w prowadzonym sledztwie.  I w tym przypadku policja nie pała sympatią do głównego bohatera. Akcja jest wartka, czyta się jednym tchem a ja w niektórych momentach parskałam śmiechem. 

Książka jest naprawdę świetnie napisana i ma zaskakujące rozwiązanie.  Dlatego polecam i sama również sięgnę z chęcią po inne pozycje tego autora, chociaż jeszcze nie zorientowałam się,  czy takie są. 

Do następnego 🙂

KILKA RZECZY Z DROGERII

Nie przepadam za Kruidvatem, czyli chyba najbardziej popularną drogerią w Holandii, ale musiałam tam zajrzeć po pracy. I nawet miło się zaskoczyłam. 

Ja zawsze mówię,  że w Kruidvacie to chyba tylko „dziada z babą brakuje”. Tam jest chyba wszystko. Oprócz kosmetyków,  kupić można biżuterię,  chemię,  słodycze,  zabawki, leki. Poza tym Kruidvat się tak naprawdę chowa przy takim Rossmanie,  czy Hebe. Nie ma aż tak dużego wyboru choćby w maseczkach na twarz. Poza tym nie lubię  tego rozstawu regałów.  Nic nigdy nie mogę szybko znaleźć. Zrobię osobny wpis, jak wygląda ta drogeria w środku i pokażę przykładowe ceny. Wcale tanio nie jest, i wolę kupić krem przez internet, ale tym razem potrzebowałam peelingu do skóry głowy. Znalazłam tam bardzo dobry produkt, którego akurat teraz nie było.  Oczywiście zapomniałam nazwy, pamiętam tylko wygląd buteleczki. Kolor włosów też wymagał odświeżenia a chciałam ponownie wrócić do granatowej czerni.

W peelingach dużego wyboru nie było.  Szorowałam gałami po dziale z włosami i znalazłam ten marki Yari,  którą widzę pierwszy raz. Weszłam na ich stronę internetową (niby holenderska firma, która prowadzi sprzedaż hurtową i marketing B2B) i faktycznie mają duży wybór kosmetyków do różnego rodzaju włosów.  Kupiłam ten peeling, bo nie miałam wyjścia.  Zresztą peelingi do skóry głowy,  to moje odkrycie, mimo że są na rynku już od dłuższego czasu. I do tej pory się dziwię,  że nie zaczęłam ich używać już wcześniej.  Tymbardziej, że mam nawroty łupieżu.  Pomaga mi tylko Nizoral, jeśli chodzi o szampony. Wypróbowałam ten scrub.  Jest bardzo cukrowy i lepki, ale szybko się zmywa. Jednak ten poprzedni, to był sztos. Będę szukała go w innych sklepach, bo rewelacyjnie odświeżał skórę głowy i czuć było,  że jest naprawdę czysta.

Kolor granatowej czerni znalazłam jedynie w farbach marki Syoss. W słońcu faktycznie widać granat, ale dla mnie to za mało.  Mam ochotę pokryć włosy całkiem granatowym kolorem. Gdzieś ostatnio przeczytałam,  że problem z czarnym kolorem włosów jest taki, że nigdy nie jest wystarczająco czarny. I coś w tym jest  🙂

Skusiłam się też na spray marki John Frieda, który podnosi włosy u nasady, a mam na tym punkcie hopla. Ostatnio w ogóle wzięłam się za swoje włosy.  Zazwyczaj traktowałam je po macoszemu: jakiś szampon plus odżywka bez spłukiwania,  co jakiś czas farba i tyle. Teraz widzę różnicę. Tę markę lubię,  ma dobre produkty. Spray łączę z pianką dodającą objętości włosom z Lidla, marki Cien.  Efekt jest. Ja po prosty nie lubię oklapniętych włosów. 

Żółty kolor, czyli witamina C. Ten krem oczyszczający widzę pierwszy raz. Jest koreańskiej marki Goodal. Pachnie lekko cytrusowo,  jest biały i gęsty.  Nadaje się raczej na wieczorne oczyszczanie, po całym dniu trzymania skóry twarzy w kurzu, pocie itp. Usuwa brudy dokladnie.  Drogeria ma też swoje produkty, jak np ten tonik rozświetlający w sprayu z wit. C. Kupiłam z ciekawości i już wiem, że nie ostatni raz. Ma przyjemny zapach i ładnie rozświetla skórę i dodatkowo odświeża. 

Moje niedawne odkrycie, czyli maski w płachcie Garnier. O tych różowych już pisałam.  Była znowu promocja 1+ 1 gratis, więc kupiłam też te z wit C. Uwielbiam je.

Kolorówka powiększyła się o nowe marki, np tę z Shein, czyli Sheglam. Ja chciałam tylko lakiery do paznokci i ulubioną czarną kredkę do oczu marki Essence.  Dla mnie jest ona nie do zdarcia. Lepszej nie miałam.  Lakiery wpadły 3: czerwone i beż. Nigdy nie miałam chyba beżowych paznokci a te czerwone niby się trochę odcieniem różniły,  ale w domu stwierdziłam,  że chyba są takie same 🙂

Do następnego 🙂

THE TULIP BARN

Czy jest coś o tej porze w Holandii,  co kojarzy się z wiosną? Tak! Sezon na tulipany. Wie o tym mnóstwo ludzi na świecie i też mnóstwo ludzi odwiedza właśnie ten kraj.

Byliśmy już kiedyś w słynnym ogrodzie tulipanowym Keukenhof.  Jest piękny,  to fakt. I jest też najczęściej odwiedzanym ogrodem wiosną.  Trzeba naprawdę dobrze trafić,  żeby ludzi było mniej. Inaczej trudno o zrobienie dobrych i ciekawych zdjęć.  Przynajmniej ja tak miałam.  Dlatego tym razem wybór padł na pola tulipanów.  Znalazłam w internecie równie popularne i ładne miejsce,  czyli The Tulip Barn. Obserwuję ich na Instagramie i TikToku.  Kupiłam więc dwa bilety za 20€, wybrałam datę i godzinę i pojechaliśmy. 

Nie było to daleko, bo około godziny jazdy od Hellevoetsluis.  Parking bezpłatny (albo jak kto woli, wliczony w cenę). Dojeżdżając do miejsca, już z daleka widać pola żonkili i pięknie pachnących hiacyntów,  których kwiatostany są naprawdę pokaźnych rozmiarów. 

W The Tulip Barn znajduje się ponad 200 różnych odmian tulipanów i około 2,5 mln kwitnących kwiatów.  Na stronie można przeczytać,  że jest to miejsce zaprojektowane z myślą o spacerach, zwiedzaniu (można wypożyczyć rowery i objechać pola) i robieniu mnóstwa zdjęć. Co roku jest przeprojektowany, nadając mu świeży wygląd.  Działalność jest rozwijana i tej wiosny osiągnęła 300.000 m kw.

Dzięki umiejętnościom łączenia odmian wczesno, średnio i późno kwitnących,  wstępnemu schładzaniu niektórych cebulek i stosowaniu różnych technik sadzenia, dba się o to, aby tulipany zostały w pełnym rozkwicie jak najdłużej.  Ogród otoczony jest polami produkcyjnymi szkółek,  tworząc idealne tło. 

Tulipany kwitną tylko kilka tygodni w roku, a każdy dzień wygląda trochę inaczej. Warto śledzić media społecznościowe ogrodu, aby być na bieżąco i podglądać rozkwit. Wczesnym rankiem panuje tam miękkie światło i jest mniej ludzi a późnym popołudniem firma zaprasza na „złotą godzinę”. Oczywiście trzeba przestrzegać paru zasad, np trzymać się wyznaczonych ścieżek,  nie zrywać i nie deptać kwiatów.  Warto też założyć coś ciepłego z kapturem, bo na polach i otwartej przestrzeni jest wietrznie. Mnie przewiało, ale widziałam,  jak dziewczyny zdejmowały kurtki, pokazując się w cienkich i zwiewnych sukienkach, żeby zapozować do idealnych zdjęć.

W ogrodzie znajduje się ponad 25 różnych miejsc do robienia zdjęć.  Popularne, to m.in: kultowy samochód- kwiat, ławka w kształcie serca, huśtawka (żałuję,  że nie skorzystałam, ale kolejka była spora), czy lustro do selfie.

Właściciele The Tulip Barn urodzili i wychowali się w Hillegom,  w samym sercu holenderskiego regionu cebul kwiatowych: Bollenstreek.  Obszar ten od wieków uznawany jest za centrum uprawy tulipanów. Z biegiem lat coraz więcej ludzi przyjeżdżało z całego świata do Holandii, aby podziwiać słynne tulipany, co zapoczątkowało rozkwit turystyki. Turyści często wchodzili na pola rolników,  aby zrobić chociaż jedno idealne zdjęcie. 

Holenderscy hodowcy z dumą dzielą się swoimi kwiatami, ale wiązało się to również z deptaniem, niszczeniem roślin i rozprzestrzenianiem się chorób. Postanowili stworzyć lepszą alternatywę.  Miejsce, w którym ludzie będą mogli bezpiecznie i swobodnie spacerować wśród tulipanów,  nie niszcząc upraw rolników.  Pomyśl był prosty: należało zaprojektować ogród równie piękny,  jak tradycyjne pole.

The Tulip Barn, to firma rodzinna, zajmująca się uprawą tulipanów od początków XX wieku, co czyni ją piątym pokoleniem hodowców kwiatów. 

Miejsce to składa się z ogrodu, kawiarni Greenhouse i sklepu z pamiątkami w szklarni i słonecznego tarasu z licznymi ławkami,  gdzie znajdują się food tracki, np z pizzą albo sandwichami. My zjedliśmy pizzę (były 3 rodzaje) z kurczakiem. Bardzo smaczna na cienkim cieście a dodatkowo można było dołożyć sobie gratis rukolę i parmezan.

W sklepie można kupić bukiety tulipanów,  magnesy, pachnące świeczki czy ozdoby do domu.

Polecam to miejsce. Panuje tam bardzo przyjazna atmosfera a personel jest bardzo sympatyczny.

Do następnego 🙂

NASZE ŚWIĘTA

To była nieco inna Wielkanoc. W zasadzie nie chciałam tych świąt w ogóle obchodzić.  Wszystko zmieniło się po jednym telefonie. Chociaż i tak w pierwszej chwili pomyślałam,  że to żart. 

Moja mama zadzwoniła i powiedziała,  że odwiedzi mnie w Holandii. W pierwszej sekundzie niedowierzanie. Jak to? Przecież są święta.  W Polsce zawsze obchodzone. Miała jechać busem do mojego brata, który mieszka w Almelo a potem z nim do mnie i do drugiego brata i jego żony,  którzy mieszkają w Delft. Koniec końców,  okazało się,  że jedzie z moim tatą autem. To był w sumie spontan. Taki mały świąteczny trip.

Posprzątałam więc porządnie chatę,  ugotowałam żurek z białą kiełbasą, zrobiłam sałatkę (którą jem do tej pory), upiekłam schab ze śliwką (wszystkim smakował,  tylko nie mnie. Jednak nie moje smaki), ugotowałam kompot z truskawek, kupiłam mazurka w polskim sklepie i jakieś ciasto w Jumbo i czekałam na przyjazd gości. 

Wszyscy zjechali się finalnie do nas w Lany Poniedziałek i niestety woda ich dosięgła.  Pan Mąż otworzył okno w łazience,  które wychodzi na stronę od ulicy i znajduje się centralnie nad drzwiami wejściowymi.  Użył słuchawki od prysznica i lał z góry.  Ja otworzyłam drzwi i pryskałam z butelki do zraszania roślin.  Rodzice weszli, obejrzeli dom, rozpakowali się, (dostaliśmy z Polski wiejskie jajka i swojskiej wędliny), odpoczęli i poszliśmy na spacer do parku. Pogoda dopisała. Zrobiliśmy rundę wokół jeziorka i wróciliśmy do domu. Potem czekała nas wycieczka nad morze. Blisko, bo około 10km od domu.

Były spacery, zdjęcia,  zbieranie muszli. Morze było spokojne i w trakcie odpływu.  Brat zdjął buty i wlazł do wody. Miałam ochotę zrobić to samo. Na plaży znajduje się wiele barów i knajp. Wszystko otwarte. Holendrzy tak właśnie spędzali drugi dzień świąt.  Ludzi było naprawdę dużo.  Siedzieli przy piwie/ winie, jedli,  opalali twarze w słońcu albo spacerowali z psami. My zjedliśmy kibeling, czyli dorsza smażonego w cieście z pysznym sosem. Już wiem, gdzie jest pyszna ryba 🙂

Nad morzem spędziliśmy chyba ze 3 godziny. Po powrocie jeszcze trochę siedzieliśmy w ogrodzie. Potem wszyscy padli, jak muchy i spaliśmy jak zabici. My z Panem Mężem we wtorek już do pracy a rodzice z bratem zrobili sobie rajd po kringloopach. Ich łupy były zacne. Gdy wróciliśmy z pracy, zabrałam ich na spacer po porcie Hellevoetsluis.  Pokazałam mieszkanie, które kiedyś wynajmowaliśmy,  spacerowaliśmy nad głównym kanałem i oglądaliśmy statki.

Dotarliśmy na plażę,  potem był park z bunkrami, wiatrak, dok i 3 okręty- muzeum. Zrobiliśmy sporych rozmiarów kółko.  Rodzicom się miasto podoba. Szkoda, że nie mogli zostać dłużej,  bo tutaj jest tyle miejsc do odwiedzenia, zwiedzania, zobaczenia.

Przywiozłam im z pracy dwie skrzynki pomidorów.  W czerwcu muszę dowieźć im  magnesy na lodówkę (nie wiedzieli, gdzie kupić) i sera. W środę wyszli z domu razem z nami. My do pracy a oni odwieźli brata do Almelo i skierowali się do Polski. To były fajne święta i jesteśmy zadowoleni, że odwiedzili nas tutaj, w nowym domu wszyscy rodzice  🙂

Do następnego 🙂

PIERWSZY PCHLI TARG W  TYM ROKU

Ależ ja się ucieszyłam,  że tuż pod nosem w sobotę wielkanocną,  będzie pchli targ. Zaczyna się już na nie sezon i mam zamiar odwiedzić jeszcze kilka w tym roku.

Rommelmarkt odbył się w miejscowości Tinte (tam znajduje się moja szklarnia). Jest to w sumie wieś.  Trwał od godziny 10:00 do 15:30. Pogoda dopisała. Ludzi było sporo. Stwierdziliśmy z Panem Mężem,  że MUSIMY coś kupić.  Nawet jakąś pierdołę,  bo to pierwszy pchli targ w tym roku.

Na wstępie obejrzeliśmy meble, których było naprawdę sporo. Rozglądałam się za biurkiem. Były sekretarzyki, całkiem przyzwoite,  ale dla mnie trochę za małe.  Nie brakowało stolików czy krzeseł. 

Potem natknęłam się na dwie duże skrzynie z torbami, torebkami i plecakami różnej wielkości,  różnych marek i różnego koloru. I tam zatrzymałam się na dłużej,  tym bardziej że cały czas dorzucany był kolejny towar.

Rzeczy do domu oczywiście też były.  Można było kupić serwisy kawowe, garnki, miski, lub coś do ozdoby, typu świeczniki, wazony czy koszyki.   Nic z tego nie wybrałam, bo po prostu nie potrzebuję. Tylko oglądałam.

Nie zabrakło stoisk z zabawkami, biżuterią,  lampami a także kwiatami. Można też było nabyć świeże ogórki, bakłażany czy pomarańcze.

W pewnym momencie zauważyliśmy,  że ktoś do nas macha. Okazało się,  że to Corne,  były właściciel szklarni, w której kiedyś pracowaliśmy. Corne odchodził na emeryturę i wynajął swoją szklarnię innej firmie. Nasz kierownik nie dogadywał się z nowymi najemcami i postanowił odejść zabierając nas ze sobą.  Dlatego pracujemy teraz tu, gdzie pracujemy. Czasami Corne nas odwiedza. Na emeryturze zajmuje się swoim hobby, czyli motocyklami. Na pchlim targu miał swój stragan z elektroniką.  Pogadaliśmy chwilę,  pogratulowaliśmy mu zostania kolejny raz dziadkiem ( jego syn- Nick ma syna), życzyliśmy wesołych świąt i poszliśmy na frytki.

Jedzenia tam nie brakowało.  Można było zjeść fryty z dodatkami, krokiety, jakąś zupę,  gofry i lody. Kolejka do frytek była długa,  ale nie zrezygnowaliśmy,  bo dopadł nas mały głód.

Co tu dużo pisać… Z pustymi rękami do domu nie wróciliśmy  🙂 Ja kupiłam 3 damskie torebki w idealnym stanie. Każda po 2€. Pan Mąż dorwał lampki choinkowe rodem z PRL,  takie zakładane na klipsy.

Dziewczyna, która handlowała zabawkami, miała też różne notesy. A że ja lubię takie rzeczy i lubię pisać,  więc nabyłam jeden w czarnej okładce.

Teraz pozostaje czekać na Dzień Króla,  bo wtedy też odbywają się pchle targi.

Jeśli nie widać,  to jest to słoń:)

Do następnego 🙂

FOTORELACJA- MARZEC

I tak oto mamy kwiecień,  który w Holandii jest już bardzo zielony i kwiecisty. Marzec nie był dla mnie jakoś zbytnio wspaniały,  mimo że miałam wtedy urodziny.

I z tej okazji wzięłam tydzień urlopu a Pan Mąż trzy dni. Mieliśmy jechać na cały dzień w Ardeny na szlak, który prowadzi do wodospadu i przy okazji zrobić mały piknik z mini grillem. Gówno z tego wyszło. Po pierwsze, w pracy jechałam sobie po betonie na hulajnodze. Odpychałam się na całkowicie wyprostowanej nodze. I tak naciągnęłam mięsień łydki,  że ledwo chodziłam.  Ból niemal identyczny do tego, gdy złapie skurcz. Było to w piątek przed urlopem, a Ardeny miały być we wtorek. Do tej pory trochę boli. O marszu w górkach i dolinkach nie mogło być mowy. Bym padła.  Nie dała rady. Poza tym, pogoda w Ardenach była wtedy kiepska. Trochę szkoda, ale poczekamy na lepszy czas. Musiałam się zadowolić bukietem kwiatów. 

Pogoda podczas mojego wolnego tygodnia była niemal całkiem do dupy. Ale gradu i burz się nie spodziewałam.  Deszcz niemal bez przerwy a grad zniszczył mi zielnik w skrzynce. Wszystko do naprawy. O pracach w ogrodzie nie było mowy. Niemal nic nie zrobiłam.  A chciałam większe wiosenne porządki. Zostało mi tylko zwykłe sprzątanie. 

W pracy wszystko zaczęło ruszać.  Ludzie dojeżdżali.  Pomidory wystrzeliły w górę a owoce na dole były coraz większe., choć jeszcze zielone. Nieswojo się czuje, gdy jestem wśród wielu osób.  Dobrze, że nie palę,  bo ciężko mi by było wysiedzieć z tyloma osobami na palarni, gdzie jest gwar i obgadywanie. Obok naszej szklarni znajduje się mniejsza z papryką.  Tylko raz widziałam tam może ze dwie osoby. Nie wiem, kto i kiedy tam pracuje. Nazywam ją szklarnią widmo  🙂

Gdy jedziemy do i z pracy, mijamy gospodarstwo rolnicze. Rolnik uprawia w polu ziemniaki i cebulę.  Wystawia mobilny sklepik z towarem i skrzynką na monety. W Holandii to bardzo popularne. Miałam trochę klepaków,  więc kupiłam tam 5kg ziemniaków.

Chyba najczęściej fotografowane przeze mnie ptaki, czyli łabędzie:

Ostatnio na Facebooku, ludzie chwalili się zdjęciami papug- aleksandetta obrożna. Jest to inwazyjny gatunek, który w Holandii się bardzo rozmnożył i ludzie je widzą wszędzie.  Ja jeszcze nie spotkałam.  Wiem tylko, że żyją w stanach i drą niesamowicie ryje. Zdjęcie z Facebooka:

Wchodzą nawet na balkony.
Fototapeta w markecie 🙂

Przez tego TikToka,  znowu siedziałam w garach. Zostały mi 3 banany, więc zrobiłam chlebek bananowy. Pierwszy raz to jadłam,  bo za bananami ogólnie nie przepadam. Robię z nich jedynie koktajle ze szpinakiem, albo Pan Mąż je. Chlebek wyszedł całkiem dobry, ale to nie będzie mój ulubiony placek.

W supermarkecie Jumbo znalazłam oliwy smakowe ich marki. Kupiłam tę z bazylią. 

A pod supermarketem, znowu efektownie zaparkowany wózek sklepowy.

Pączki z Lidla, to zdecydowanie mój faworyt. Przez długi czas ich nie jadłam,  ale ostatnio kupiłam takie kolorowe z bardzo smacznym nadzieniem.

Do następnego 🙂

PATELNIE

Znowu sobie wymyśliłam,  że potrzebuję coś z kringloopa.  A dokładniej,  to coś do kuchni. Chodzi o patelnię.  Nasze już zdezelowane, a to niedobrze. Miałam ochotę nimi rzucać,  jak Magda Gessler w Kuchennych Rewolucjach.

A więc należało zajrzeć do ulubionego sklepu i poszukać dobrej patelni. I zaraz się okazało,  że jest i to nie jedna. Wrzuciłam do koszyka porządne i niemal nowe naczynie, które kosztowało 4€. Pan Mąż znalazł drugą,  trochę mniejszą a ja dorzuciłam wok,  który zawsze chciałam mieć.  I tym sposobem mamy trzy niemal nowe naczynia.

Podczas naszego oglądania towaru, bo oczywiście na patelniach się nie skończyło,  pracownik układał nowy towar, ale w miejscu, gdzie są m.in meble i inne dodatki do domu. I tam stała ona! Lampa do salonu na trzech drewnianych nogach. Zawsze mi się podobały takie. Kosztowała 17€ i bierzemy. Tym sposobem mamy kolejny abażur w salonie.

Nie mogłam się powstrzymać przed wzięciem takiego kompletu na tacy, czyli cukiernica i dzbanuszek do mleka. Ten pojedzie do mojej siostry.

W kringloopie nie brakowało też szklanych pojemników do przechowywania przypraw, ziół czy sypkich produktów.  Nie potrzebuję,  więc nie brałam.  Znalazłam też regał ze sporą ilością różnych solniczek i pieprzniczek.

Jedna z ładniejszych komód,  jakie widziałam.  Lubię takie proste meble.

A niżej komplet naczyń i kilka lampek.

Do następnego 🙂

ZAKUPY Z TEMU, CZYLI HITY I KITY

Jak zwykle trochę mnie poniosło z zakupami na Temu. I tym razem miałam niespodziankę,  bo zapomniałam dokładnie co zamówiłam.  Na paczkę czekałam ciut dłużej,  niż zazwyczaj.

Od razu zaznaczę,  że zdjęcia są zrobione w drugą stronę,  bo do tej pory zaprzyjaźniam się z nowym telefonem. Jednak w Xiaomi wszystko wydawało się prostsze. Przejdźmy zatem do meritum. Początek był taki, że szukałam czegoś do mycia okien na zewnątrz.  Holenderskie okna mają to do siebie, że nie otwierają się do wewnątrz.  Irytuje mnie to, bo lubię je myć a nie mogę.  O ile na dole- okno kuchenne, czy w salonie umyję,  tak na piętrze jest dupa wołowa. Koleżanki siostra kupiła sobie specjalne urządzenie  na magnes. Pewnie każdy kojarzy, jak to działa.  Z jednej strony gąbką myje się wewnątrz a strona z magnesem przesuwa się w ten sam rytm na zewnątrz.  Tak to mniej więcej działa.  No więc,  ja też chciałam to „magiczne” urządzenie mieć,  tym bardziej, że koleżanka mówiła,  że jej siostrze się to super sprawdza.

Znalazłam to „cudo” na Temu i oczywiście obejrzałam też inny towar. I tak do koszyka trafiło np kilka ubrań:

Np takie koszulki na ramiączkach.  Pakowane po 3 kolory w dwóch paczkach. Białe,  czarne, szare. Jedne z guzikami na przodzie, drugie bez. Potrzebowałam takie pod bluzy. Podobają mi się. 

Kiecka, która na zdjęciach wyglądała dużo ładniej.  Po pierwsze, miała cieńszy materiał i splot. Po drugie ładniejszy był też kolor. Ten jest jakiś mdły.  Ogólnie długość jest ok. Ta sukienka pasuje bardziej zimą do kozaków.  I będzie potrzebny pasek.

Maseczki w płachcie marki Sadoer. Lubię je, są dobre. Do tego moja nowość,  czyli japoński szampon i odżywka.  Japońskie kosmetyki są ostatnio popularne w rolkach na Facebooku. Otwarłam te do włosów.  Zapach delikatny, kremowy. Przy otwarciu pompki nie dało się uruchomić.  Otwarłam całkiem.  Tego zapachu już nie czułam.  Włosy zaś były po użyciu miękkie i łatwo się rozczesały. 

Nie mogłam się oprzeć kolczykom i o dziwo w złotym kolorze. Do tego opaska z kokardą w groszki na lato. Plus 3 duże spinki (jedną miałam akurat już we włosach), z których jestem zadowolona, bo moje kudły są grube.

I moje ostatnie odkrycie, czyli refleksologia.  Znalazłam skarpety z oznaczeniami narządów i dołączone do nich plastikowe masażery.  Lubię masaż stóp.  I wierzę,  że odpowiednie uciski na stopach odpowiadają poszczególnym narządom w ludzkim ciele. Myślałam nawet nad kursem refleksologii.  Życia mi braknie na moje pomysły 🙂 A to okrągłe coś,  to podwójne lusterko z motywem „Obcego ” i „Predatora”. Pan Mąż dostał podkładkę przed laptopa też z tą parą alienów.  Bardzo dobra jakość. 

I wiadomo: wyklejanki do scraapbookingu.  Mam np motyw książek,  pór roku, jedzenia i roślin, w tym tulipanów. Już zrobiłam kilka kolaży.  Idzie mi całkiem dobrze, zapełniam kolejne strony.

I teraz hit nad hity, czyli urządzenie do mycia okien. Siostra koleżanki kupiła duże.  Ja też,  a przynajmniej tak wyglądało na zdjęciach.  No i cóż…

Mam sprzęt jak się patrzy 😆 Mam też trzy opcje do wyboru: wleźć na drabinę i myć okna samodzielnie (co odpada, bo się boję wysokości), myć pół dnia okno tym czymś, albo zamówić firmę, która się w tym specjalizuje.  I chyba zostanę przy trzecim pomyśle  🙂

Do następnego 🙂

MOJE OGRODNICTWO I PRZEGLĄD TOWARU W CENTRUM OGRODNICZYM

Znowu mi odwaliło z ogródkiem, a obiecałam sobie, że nie będę szaleć i posadzę w ogrodzie minimum. Gdzie tam… Poczułam wiosnę i znalazłam się w Aralii.

W tym roku poszłam o krok dalej i zaczęłam siać warzywa i zioła.  Uwielbiam jarzyny. Oglądać i jeść.  Kupiłam mnóstwo nasion i część już wysiałam.  Reszta czeka na kwiecień i maj. Dodać muszę,  że jakieś kwiatki też są. 

Pozbierałam wytłaczanki po jajkach i rolki po papierze toaletowym (pomysł z TikToka), napełniłam ziemią i wsiałam nasiona m.in pomidorków koktajlowych,  koperku i bazylii. Postawiłam to wszystko na parapecie w pokoju i na tę chwilę wyszedł już koperek. Potem to wszystko pójdzie do ogrodu.

Pojechałam też po pracy w okolice Rotterdamu, żeby kupić dwie drewniane skrzynki po owocach. Znalazłam je na Marktplaats.  W centrum ogrodniczym kupiłam kilkadziesiąt litrów ziemi i napełniłam owe skrzynki. W jednej rosną już zioła,  które przetrwały od zeszłego roku a w drugiej znajduje się cebula dymka i pietruszka (nać).

Mięta,  tymianek,  szczypiorek i rozmaryn.

I bym nie była sobą,  gdybym do wózka nie włożyła dwóch małych bukszpanów,  które teraz rosną w donicach przed domem, forsycji,  czyli tzw złotego deszczu i pachnącego żarnowca.

W ogródku usunęłam chwasty, spulchniłam ziemię i zrobiłam przegląd. Hortensje wypuszczają nowe listki, podobnie i róża. Mam nadzieję, że mszyce ją w tym roku oszczędzą.  Goździki jak zwykle kwitną, podobnie jak żonkile. Tulipany wyszły,  ale nie wiem, czy zakwitną. Ogólnie nie jest źle.

Do Aralii pojechałam sama, bo chciałam w spokoju oglądać rośliny i zrobić zdjęcia.  To był dobry pomysł,  ale już targanie samej ciężkich worków z ziemią,  już nie bardzo, ale jakoś dałam radę.  W centrum głównym motywem przewodnim było już lato i wakacje. Na początku zajrzałam na stoisko z morskimi dekoracjami. Piękne są,  jak np te drewniane koniki morskie:

Motyw cytrusów też był.  Oprócz sztucznych drzewek, oglądałam szklanki, półmiski i inne miseczki z owocami pomarańczy i cytryn.

Na dziale roślin do ogrodu,  dominowały bratki, fijołki,  i jeszcze wczesnowiosenne żonkile, hiacynty. Ogrom kolorów sprawił, że miałam obłęd w oczach i z tego wszystkiego zapomniałam podjechać do miejsca, gdzie wyrzuca się stare i niepotrzebne rzeczy,  żeby pozbyć się klosza z kuchni. Innym razem.

Do następnego 🙂