MINĄŁ LIPIEC…

Wreszcie zbliża się koniec lata. To moja najmniej ulubiona pora roku. W tym roku nie mam zupełnie pociechy z ciepłych dni.

Urlopu latem nie mamy, bo dużo pracy. Zawsze bierzemy wolne we wrześniu. Teraz też, tym bardziej, że mamy wtedy imprezy rodzinne. Więc typowych wakacji nie mam. Nad morze rzadko jeżdżę, nie chce mi się. Chociaż mieszkam nad morzem 😆Poza tym wkurza mnie gorące powietrze, mimo że strasznych upałów nie ma. Ale dla mnie jest i tak z ciepło. Do tego dochodzą wszechobecne muchy, mrówki i ostatnio komary. Mam dosyć. Chcę moją jesień 🍁

Wrzucę tutaj jeszcze kilka zdjęć z Goudy. W mieście jest dużo fajnych sklepików i galerii, gdzie na wystawach widziałam kilka fajnych rzeczy 🙂

Owady z włóczki. Podobne cuda robi moja sąsiadka 🙂
Kafelki w różne wzory.
Rowery, wszędzie rowery 🙂

Spacerując po mieście natknęliśmy się na holenderskie domki na wodzie. Ten z werandą najbardziej mi się podobał:

Chcę taki zegar w domu 😁

Metamorfoza naszego domu, a dokładniej, klatki schodowej. Wpadła rodzinka z Pana Męża strony i odwaliła kawał dobrej roboty 😁

Taki okaz pomidora mi się trafił 😆

I przypomina mi to:

W szklarni 🙂 Te zielono – białe pudełka, to domki trzmieli, które zapylają kwiaty pomidorów.

Kolejna moja ulubiona sałatka 😁

Sałata lodowa+ ser feta z oliwkami w słoiku w „sosie własnym”+ ogórek zielony+ kukurydza. Idealna na grilla.

Paczka z książkami dotarła 😁 Tytuły podam i opowiem o czym dokładnie są pozycje, gdy przeczytam. Ogólnie rzecz biorąc – same kryminały.

A tu, mój ulubiony turecki sklep/ bazar z warzywami i owocami. Zawsze tu kupuję np. fasolkę, pieczarki, włoszczyznę i owoce. Oprócz ziemniaków, bo te idealne Pan Mąż znalazł w Lidlu.

Do wyboru, do koloru.

Do następnego 🙂

W DOMU KRYTYM STRZECHĄ

Taki dom ma swój urok. Dach kryty strzechą, kwadratowe okna z małymi szybkami, okiennicami i do tego stojący nad wodą. Typowo sielski obrazek.

W Holandii jest mnóstwo takich domów. Na wsiach i mniejszych miasteczkach, można spotkać takie budynki. I nie są to wcale małe chatki, które kojarzą się z typową zapadłą dziurą. To są ogromne domy z piętrami i dużymi ogrodami. W moim mieście jest całe osiedle- Cita Romana- na którym stoją tylko takie wille. Często są wynajmowane na lato przyjeżdżającym tu Niemcom.

Ten dom jest w środku bardzo przytulny. Przynajmniej ja mam takie wrażenie 🙂 Wnętrze bardzo mi się spodobało, bo jest dużo drewna.

Co mi się tutaj najbardziej spodobało, to weranda. Całkowicie zabudowana, z przeszkloną ścianą i drzwiami, które prowadzą bezpośrednio do ogrodu. To może służyć też jako ogród zimowy. Takie dobudowane werandy można spotkać nawet i w szeregówkach. Ja się też zastanawiam nad takim rozwiązaniem. W tej chwili mamy markizę i kostkę. Taka weranda ostatnio bardzo mi się spodobała i znalazłam firmę, która takie buduje.

Łazienka na dole biało- brązowa. Zrobiona raczej nowocześnie. Duże lustro akurat nie dla mnie, ale plus za umywalkę, która bez problemu się zmieściła. My niestety nie mamy takiego udogodnienia, bo wc jest po prostu za małe.

Salon jest ogromny. Ma drewniane krokwie i podłogę. Podoba mi się oświetlenie, bo nie ma sufitowego. W całym domu (zdjęcie z lustrem i komodą, to korytarz) umieszczone są lampy i kinkiety z ciepłym, żółtym światłem. U siebie w salonie też chcę takie rozwiązanie, bo kojarzy mi się z jesienią, kocem i książką 😁 Na zdjęciach widać też kominek, dużo foteli, obrazów w drewnianych ramach a nawet fortepian.

Kuchnia jest biała z szarymi krokwiami. Podzielona jest na dwie części. W jednej są meble typowo kuchenne, piec stylizowany na węglowy a kran retro. W drugiej części znajduje się wielki drewniany stół, biały kredens i drewniana komoda.

Pokój na poddaszu ma duży metraż i podzielony jest na gabinet i część wypoczynkową. Znajduje się tam ogromne biurko i regał/ gablota z książkami. Oprócz tego jest kominek/ koza. Za nią znajduje się ściana z płytek z delfickim wzorem. To w Holandii bardzo popularne.

Sypialnie są standardowo skromnie urządzone, bo służą w sumie tylko do spania. Najważniejsze, że są szafy i wygodne łóżka. Natomiast łazienka, która znajduje się oczywiście na górze, wygląda mało nowocześnie. Zwyczajne, białe kafelki, brak ozdób. Wyróżnia ją wielkość, bo znajduje się tu i prysznic i wanna.

Jeżeli taka chata stoi nad kanałem, to niemal pewne jest, że właściciel ma łódkę lub łódź i do tego mini przystań. W ogrodzie stoi szopka, sporych gabarytów no i drewniany zestaw wypoczynkowy 🙂

Moje klimaty 😁

Do następnego 🙂

KOLEJNE ZA MNĄ

We wpisie o książkach pisałam ostatnio o autorce B.A.Paris. Jej thrillery psychologiczne zainteresowały mnie na tyle, że sięgnęłam po kolejne jej pozycje.

Po „Za zamkniętymi drzwiami” i „Pozwól mi wrócić” przyszła kolej na „Dublerkę” i „Na skraju załamania”. Dwie pierwsze książki podobały mi się, czego nie mogę powiedzieć o „Dublerce”. Pożyczyłam ją koleżance z pracy, która miała w planach przeczytanie jej. Niech sama oceni. Ja jej tylko powiedziałam, że ciężko się czytało i stwierdziłam, że główne bohaterki są głupie. Miałam nadzieję na zaskakujące zakończenie. Ale takie, że się zbiera szczękę z podłogi. Nie zbierałam. „Dublerkę” B.A. Paris napisała wspólnie z innymi pisarkami. Jednak lepiej jej wychodzi pisanie samodzielne 😉 Lepsza była „Na skraju załamania”, bo mimo, że w sumie przewidywalna, to czytało się szybko, coś się zawsze działo i jakaś tam jedna tajemnica była. Piszę: jedna, bo tej się nie domyśliłam ale reszty już tak.

Głównymi bohaterkami są 4 matki i ich córki, które uczą się w prestiżowej szkole aktorskiej. Zarówno matki jak i córki przyjaźnią się, ale to jest przyjaźń w cudzysłowiu. Tam jest rywalizacja. Potem pojawia się nowa uczennica Imogen i zaczyna między dziewczynami mieszać. Okazuje się, że wszystkie mają jakieś tajemnice.

Cass Anderson wracała do domu nocą. Skróciła sobie drogę przez las. Mijała zaparkowane na odludziu auto. Siedziała w nim kobieta. Cass nie sprawdziła, czy nie potrzebuje pomocy. Potem okazało się, że kobieta została zamordowana. Od tamtej pory główna bohaterka nie może się pozbierać. Nękana wyrzutami sumienia i głuchymi telefonami, zaczyna popadać w obłęd. Coraz częściej nie może sobie przypomnieć, czy zażyła leki, jaki jest kod do alarmu i czy leżący na blacie nóż na pewno nie był pokryty krwią…

W tej chwili czytam kolejny trhriller psychologiczny pt „Czarownice nie płoną” ale innej pisarki- Brytyjki, Jenny Blackhurst. Zapowiada się ciekawie i jestem ciekawa finału.

Imogen Reid, psycholożka rozpoczynająca nowe życie w rodzinnym mieście z którego kiedyś uciekła, nie chce wierzyć w ludzkie gadanie. Ellie Atkinson, uratowana z pożaru, w którym zginęli wszyscy jej bliscy, potrzebuje pomocy. Imogen robi wszystko, żeby jej tę pomoc zapewnić, żeby dziecko uporało się z traumą. Psycholożka uważa nawet, że to nie z Ellie jest coś nie tak, lecz z jej otoczeniem- z miastem, ze szkołą i z rodziną zastępczą…

Do następnego 🙂

GOUDA, SEROWE MIASTO

W sobotę wybraliśmy się do Goudy. To nasza druga wizyta w tym mieście. Tym razem kupiłam magnes do kolekcji i oglądałam miasto z wysokości.

W tym roku wypadają 750 urodziny miasta. Z tej okazji Gouda świętuje od kwietnia do września. Prawa miejskie uzyskała w 1272r. od hrabiego Florisa V. Gouda słynie przede wszystkim z wyrobu sera o tej samej nazwie. Handluje się nim na miejscowym targu od wieków. Dzisiaj można takie targi zobaczyć od początku kwietnia do końca sierpnia w każdy czwartek. Ser z Goudy nie jest w zasadzie produkowany w mieście, ale w okolicznych gospodarstwach i fabrykach. Pełnotłusty ser sławę zawdzięcza temu, że urząd miejski dbał o kontrolę jakości oferowanych serów. W mieście jest mnóstwo sklepów, które oferują wyroby mleczarskie.

Waga miejska

W Goudzie produkuje się też świece, fajki gliniane i wafle stroopwafels. Centrum miasta to Grote Markt, czyli Duży Rynek. Jego sercem jest bogato zdobiony XV wieczny ratusz.

Otwarty dla zwiedzających był Kościół Świętego Jana. Nie jestem jakąś miłośniczką kościołów. Jeśli już jakiś zwiedzam, to musi być naprawdę ciekawy. Ten w Goudzie wybudowany został w stylu gotyckim, pochodzi z XV i XVI wieku. Jest najdłuższym budynkiem kościelnym w Holandii, ma 123 metry i posiada status zabytku narodowego. Słynie z okazałych 64 witraży, pochówków wewnątrz i charakterystycznych dachów. Okna pochodzą z XVIw i są dziełem ówczesnych malarzy: braci Diricka i Woutera Crabethow. Motywem przewodnim obrazów na witrażach są sceny biblijne i historyczne.

W kościele chowano też zmarłych. Najstarsze zapisy pogrzebów pochodzą z połowy XV wieku. Pogrzeby wewnątrz kościoła stanowiły duże źródło dochodu parafii. Zamożni mieszkanie wynajmowali lub kupowali groby wewnątrz świątyni. W kościele znajdują się też wielkie organy, jedne z najsłynniejszych w Holandii. Zbudowane były w latach 1732-36 przez Jakuba Franciszka Moreau z Rotterdamu. Mają one 3856 piszczałek, 53 głosy, 60 rejestrów, 3 manuały i 1 pedał. Ponad kościołem wznosi się wieża. Znajduje się w niej karylion, czyli zespół połączonych ze sobą dzwonów poruszanych automatycznie. Karylion ma 49 dzwonów.

Mimo, że mam lęk wysokości, to chciałam wejść na dach kościoła. Podobało mi się to, że mogę spojrzeć na miasto z wysokości:)

Potem poszliśmy na spacer wzdłuż kanałów. Kilka zdjęć z Goudy:

Sklep z pamiątkami.

Do następnego 🙂

MINĄŁ CZERWIEC

Pierwszy miesiąc lata za nami. Jeden dzień był upalny a potem burza. Lubię burze i lubię, gdy ziemia jest mokra, bo wtedy mogę w ogródku grzebać. A gdy nie było już gorąco, poszliśmy na spacer po mieście.

Chciałam w sumie zobaczyć kilka mostków nad kanałami, które są tu koło nas. I odkryliśmy kolejny duży park. W naszym mieście jest ich ogrom. Wikipedia mówi, że Hellevoetsluis ma 61,2 km kw. I zadziwiające jest to, że mieści się tu tyle zieleni. Non stop słyszy się o betonozie polskich miast. Cieszę się, że tu tego nie praktykują. Zaliczyliśmy chyba wszystkie mostki i alejki. Natknęliśmy się też na rodzinę łabędzi. Głowa rodzinki syczała i bałam się przejść. Ale udało się, szłam powoli i prawie na ptaki nie patrzyłam 😆

Mattie upodobał sobie kanapę w ogrodzie 😆

Pod naszą szklarnię podeszło stado owieczek. Właściciel szklarni obok, z papryką hoduje owce. Zawsze siedzą z tyłu szklarni a teraz jakoś przeszły na nasz parking.

Fauna i flora, którą można spotkać w tutejszych parkach:

Rośliny domowe poszły do kąpieli. Liście obmyte z kurzu 🙂

Przepis na pyszną sałatkę: ugotowany makaron orzo (w kształcie ryżu), paluszki krabowe surimi, puszka kukurydzy, świeży ogórek, koperek, sól, pieprz, majonez+ jogurt naturalny 😋

Mamy zadanie domowe ze szkoły: przeczytać newsy z naszej miejscowości. W tym celu musimy przejrzeć gazetki, które raz w tygodniu wrzucane są do skrzynki pocztowej:

Jedna z monster, które znajdują się w naszej szkole:

Szukałam jakichś preparatów, które wyczyściły by dywan. Nie był nigdy prany. Potem pomyślałam, że nawet gdybym sama go wyprała, to nie mam na czym go powiesić. Trzepaka przecież brak. A nawet gdyby był, to w każdej chwili mógłby pojawić się deszcz i dupa. I przypadkiem natknęłam się na ogłoszenie na fb Polaka, który pierze kanapy. Napisałam z pytaniem o dywan. Dało radę. Okazało się, że też mieszka w Hellevoetsluis. Podjechał w sobotę, wyprał karcherem w niecałą godzinę. Pan Mąż umówił się z nim na pranie tapicerki w aucie. I myślimy nad kupnem karchera.

W ogrodzie pojawiły się ślimaki. Obsypałam rośliny i ziemię solą. Tylko dwa kwiatki nie przeżyły. To pokrzywy ozdobne ☹️ Nie wiedziałam, że są aż takie delikatne. W ich miejsce posadziłam goździki. Frezje kwitną na brązowo, biało i żółto. Rośliny pnące coraz wyższe.

Przyjechał do nas Pana Męża ojciec z żoną. Chodziliśmy do pracy (czwartek i piątek Pan Mąż miał wolne, ja tylko piątek) a oni chodzili na długie spacery i… wyremontowali nam mały pokój. Zdarli tapety, położyli nowe. Ewa umyła nawet okno. Mało tego, wzięli się nawet za naprawę płotu. Nie musieli, ale chcą nam pomóc w małych pracach 🙂 Ten dom się robi coraz ładniejszy 😁

Do nastepnego 🙂

CO W OGRODZIE PISZCZY…

Codziennie po powrocie z pracy doglądam roślin. Patrzę, co wyrosło i co padło. Na dzień dzisiejszy niemal wszystko na plus. Piszę „niemal”,bo jedna rzecz nadal mnie wkurza…

Pan Mąż w weekend skosił trawę, wyciął bambusa i spryskał randapem chwasty między kostką. Mnie zostało wyrwanie pojedynczych chwastów na klombie. Pogoda słoneczna. Grzeje pełną parą i co dzień wieczorem biegam z konewką i podlewam rośliny. Dobrze im to robi i odwdzięczają się ładnym wyglądem 🙂 Ostatnio sąsiadkom dałam pomidory i w zamian od każdej dostałam kwiatka 😁 Jeden, to zielistka. Miałam ją kiedyś w domu i padła. Sąsiadka powiedziała, żeby ją trzymać na zewnątrz. Zdziwiłam się, bo zawsze je widziałam w domach. Ale skoro wcześniej mi zdechła w środku, to teraz zobaczymy, jak będzie rosła na powietrzu. Margot mówiła, że będzie wypuszczała nowe ładne liście. Ona sama ma chyba trzy zielistki na tarasie i są naprawdę imponujące. Druga roślina, to fuksja w ładnym kolorze. Jedną mam z zeszłego roku, przetrwała i wypuściła liście. Tę sąsiadki powiesiłam przy drzwiach wejściowych w miejsce bratków, które już zrobiły się stare.

Jacuś, czyli agrest coraz większy i coraz więcej owoców. Powstrzymuję się, żeby już ich nie zjeść 🤪

Frezje nie wyszły wszystkie. Te, co wzeszły mają już pąki i niedługo zakwitną. Ciekawa jestem kolorów. Niektóre nie wypuściły niestety kwiatów. Szkoda, ale dobre i tyle.

Groszek cukrowy rośnie, jak porypany. Chciałam, żeby piął się po kijkach bambusowych, ale to głupi pomysł. Tu potrzeba czegoś solidniejszego. Wymyśliłam, że w markecie budowlanym kupię metalową kratkę i wbiję w ziemię. Będzie miał dużo miejsca do wypuszczania pędów.

Hortensje też dają radę. Mają te same kolory, co w zeszłym roku. Są dwie różowe i jedna niebieska. Dwie w ogrodzie i jedna przed domem przy drzwiach wejściowych. Pokrzywy ozdobne się przyjęły. Zdążyły się do nich dobrać ślimaki, ale wypędziłam je solą. Nie widzę ani jednego i odpukać, oby tak zostało. Wiem natomiast, że te rośliny nie lubią dużo wody, bo po prostu by zgniły.

Reszta roślin super wyrasta i kwitnie. Mam kilka kwiatów w wiszących doniczkach i powiesiłam je na gałęziach drzewa.

I moje ulubione goździki ogrodowe. Chyba mam na ich punkcie fioła 🤪 Są to naprawdę ładne roślinki. Ich zaletą jest też to, że bez problemu zimują w ogrodzie i na wiosnę wypuszczają nowe listki a potem kwitną. Dwie kępki mam w koszykach, pięć na rabacie i ostatnio w Lidlu dokupiłam kilka sztuk. Czekają na wsadzenie.

A co mnie wkurza? Znowu mszyce. Pojawiły się ponownie i to na młodych, świeżo wypuszczanych przez jaśmin liściach. Nie dopuszczam do ich rozprzestrzeniania. Ale tym razem odpuściłam roztwór z szarego mydła. Na szczęście mam wcześniej kupioną trutkę i je regularnie zabijam. Co ciekawe, zauważyłam, że na tych czarnych gnojach siedzą mrówki 🐜 Biedronki 🐞 też są, ale siedzą obok. Sprawdziłam w internecie co to oznacza. Otóż mszyce produkują spadź, którą mrówki uwielbiają. I obydwa gatunki żyją sobie elegancko w symbiozie, czyli mrówki pojedzą i przeganiają biedronki a mszyce mają ochronę przed biedronkami. A biedronki siedzą na liściach bez żarcia. No więc ja imprezę zawsze kończę, pryskam i zabijam czarne robactwo.

Lato pełną gębą, więc wyciągnęłam lampki ogrodowe i powiesiłam przy oknie. Od razu lepiej się wszystko prezentuje.

Muszę też wspomnieć o ziołach, które niedawno posiałam i trzymam na parapecie. Wyrosły zadziwiająco szybko. Z każdym dniem coraz większe. Jednak się udało 🙂

Ostatnio tak sobie myślałam, dlaczego Holendrzy te swoje malutkie podwórka nazywają ogrodami? I doszłam do pewnego wniosku. W Polsce podwórka są w większości duże. Jest np trawnik i wydzielone miejsce na rośliny, czyli ogródek. Mówi się często: idę na podwórko, idę do ogródka. Tu nie ma po prostu wydzielonych miejsc. To malutkie podwórko, to dla Holendra cały ogród, jeden „wielki” ogród, o który dba i pielęgnuje. Ja już też nauczyłam się mówić OGRÓD 😁

Do następnego 🙂

HOLEDERSKIE DOMKI

Wcześniej wspominałam, że w miejscu, gdzie mamy szkołę, jest firma produkująca i sprzedająca rośliny a także domki holenderskie, sauny i małe przyczepy campingowe. Zrobiłam kilka zdjęć, żeby pokazać wyposażenie takiego domku.

Holendrzy uwielbiają domki na wodzie i domki na działkach rekreacyjnych. Takie tereny zwane są parkami. Wybiera się działkę z gotowym domkiem z fundamentami lub całkiem pustą i przywozi swój domek holenderski. Firmy produkujące takie „chatki” oferują transport, ale jeśli kupuje się z drugiej ręki, to często trzeba zapewnić go samemu. Za działkę płaci się roczny podatek. Miejsce nie jest własnością na stałe. Jeśli zajdzie potrzeba, należy domek przenieść. Tak, czy owak, wielu Holendrów ma swoje miejsce na relaks, najczęściej nad morzem i siedzą sobie w tych parkach od wiosny do jesieni.

Domki, które ja oglądałam, są całkowicie wyposażone i gotowe do zamieszkania. Wystarczy wybrać model, który nas interesuje i firma dostarczy pod wskazany adres. Wcześniej, na działce należy ustawić bloczki betonowe, bo to na nich domek będzie stał. Te tutaj połączone są drewnianą werandą, żeby łatwiej było je obejrzeć.

W każdym domku są kaloryfery i klimatyzacja. One wydają się małe, ale w środku znajdują się: salon połączony z kuchnią, łazienka z prysznicem i zazwyczaj dwie spore sypialnie. W sypialniach są zabudowane szafy i jedno duże łóżko lub dwa mniejsze. Poniżej kilka zdjęć wnętrz:

Jak widać, sporo miejsca 🙂 Jeśli regulamin działki rekreacyjnej pozwala na przebywanie w domkach przez 365 dni w roku, to można w nich spokojnie mieszkać, bo są one całoroczne. Czasem jest tak, że zezwolenie na przebywanie w parku jest tylko w sezonie, np. od marca do października. Wtedy wielu właścicieli wynajmuje taki domek turystom, często z Niemiec, za nawet 300€ tygodniowo.

A jaki jest koszt takiego nowego domku holenderskiego z wyposażeniem? Na każdym z nich była tabliczka z ceną. Najtańszy był za ok. 40 tys €. Najdroższy- nawet 90 tys. Znalazłam też informację w jednym z nich o cenie samego wyposażenia. Koszt mebli, to ok 20 tys €.

Sądzę, że taki domek, to dobra inwestycja. Jeśli kogoś stać, warto kupić nawet po to, żeby komuś wynająć 🙂

Do następnego 🙂

9 RZECZY Z HOLENDERSKICH DOMÓW…

… które wpadły mi w oko. Co jakiś czas oglądam wnętrza i cały czas szukam pomysłów, jak urządzić nasz dom. Do wielkich remontów jeszcze troszkę nam daleko, ale ja i tak zapisuję pomysły.

W przyszłym roku na pewno położymy panele w salonie. Będę też chciała zmienić kolor ścian. A co za tym idzie? Zmiana kanapy i stolika. Górne zdjęcie salonu, to taka moja wizja. Oczywiście nie identyczna, ale kolorystycznie mi odpowiada 🙂

Kiedyś chciałam mieć dom w jednym stylu. Potem przeczytałam, że warto łączyć style. I to jest to! Mam swoją wizję i będę ją realizować krok po kroku. Teraz znalazłam kilka rzeczy, które mi się spodobały:

1.Szklane drzwi.

Tutaj są przesuwane. U nas nie ma takiej możliwości, ale chciałabym drzwi do salonu ze szkła, jednoskrzydłowe, zwyczajnie zamykane. Pan Mąż kręci nosem… Wiem, że szyba może pęknąć, że trzeba je porządnie czyścić, ale wyglądają ekstra 🙂

2.Czarne płytki w kuchni.

Nie lubię białych płytek i mebli. Chcę kuchnię w szarym kolorze. Problem w tym, że do takich mebli bardziej pasują białe kafelki… A te czarne są piękne 🙂

3.Komoda/ konsola za kanapą.

Taki wystrój często można spotkać w amerykańskich filmach 🙂 I bardzo mi się podoba, że z tyłu kanapy stoi np komoda z kwiatami i lampami. Jest ładniej, inaczej. Ja wypatrzyłam konsolę w czarnym kolorze na stronie https://www.beliani.nl/kaptafel-zwart-avenue.html Po prostu w moim guście 😊

4. Ażurowy abażur.

W salonie nie chcę głównego światła sufitowego. Chcę lampy rozrzucone w kilku miejscach. Z żółtym ciepłym blaskiem. Sufitowa lampa ma być tylko nad stołem jadalnianym. W tej chwili wisi biały plastikowy klosz. Niebawem będzie dyndało takie coś, jak na zdjęciu:)

5.Wysoki świecznik.

Ostatnio podobają mi się świeczniki w czarnym kolorze. Mam trzyramienny z białymi świecami, który stoi na komodzie w sypialni. Teraz marzy mi się taki duży w salonie.

6.Parapet w kuchni.

Nie byle jaki parapet. W tej chwili mamy taki wąski, że nic na nim nie można postawić. A ja chcę porządny i szeroki, żeby stały na nim np. rośliny. Okno prezentuje się wtedy naprawdę ładnie. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie 🙂

7.Jeszcze więcej koszy.

Mam już kilka roślin, które stoją w plecionych koszach. Chcę wszystkie kwiaty, które stoją na podłodze, upchnąć do koszy. Sądzę, że taki dodatek sprawia, że jest przytulniej.

8. Obrazki vintage.

Bardzo podobają mi się tego typu obrazki. Tutaj zdjęcie nie jest niestety wyraźne, ale widać motyle. Na tego typu obrazkach można znaleźć też ptaki, rośliny czy ryby. Kilka takich widzę w swojej kuchni 🙂

9. Drewniane dechy.

Dechy i deski różnego kształtu. Koniecznie drewniane i niekoniecznie służące do krojenia. Świetnie sprawdzają się jako ozdoba w kuchni, co widać na zdjęciu 🙂

To narazie kilka wypatrzonych przeze mnie dodatków. Cały czas szukam inspiracji a jest co oglądać. I nadal uważam, że Holendrzy potrafią świetnie łączyć style 🙂

Do następnego 🙂

„ZIMNY CHIRURG”

Tę książkę przeczytałam już jakiś czas temu i zapomniałam jej opisać od razu na blogu. A warto o niej wspomnieć, bo jest naprawdę koszmarna.

Dokładniej rzecz ujmując: jest napisana bardzo dobrze, czyta się szybko, ale jest też po prostu obrzydliwa. Na tyle okropna, że w pewnym momencie musiałam przerwać czytanie. Wróciłam do niej dopiero na drugi dzień. Zdecydowanie nie jest dla ludzi wrażliwych i o słabych nerwach.

O kim jest książka? O Edmundzie Kolanowskim. Jest to prawdziwa historia najbardziej makabrycznego seryjnego mordercy. Psychopaty, który trafił do podręczników kryminalistyki na całym świecie. Kolanowski został skazany i powieszony 28 lipca 1986r. Była to ostatnia kara śmierci wykonana w Poznaniu.

Autor książki- Max Czornyj wykonał kawał dobrej roboty. Prześledził życiorys Kolanowskiego, obejrzał wizje lokalne i zagłębił się w śledztwo. Wniknął w umysł mordercy i całą historię opisał w pierwszej osobie. Tak, jakby opowiadał o sobie i swoich czynach sam Edmund. Różnych historii słuchałam w podcastach i różne książki czytałam. A ta historia jest niesamowita, nieludzka, straszna i przerażająca. Ciężko opisać, trzeba przeczytać. Nie żałuję, że przeczytałam, chociaż momentami było ciężko. Interesuję się kryminalistyką. Kryminologia raczej nie dla mnie, ale po tej lekturze zaczęłam się zastanawiać, co siedzi w głowach takich dewiantów. I chyba nie chciałabym wiedzieć…

Polecam! 😁

ZIOŁA

Postanowiłam posadzić zioła. Trzy rodzaje, które są znane i przydatne w kuchni. Nie będą rosły w ogrodzie. Będą w domu, w drewnianej skrzyneczce.

Znalazłam je w Lidlu. W tym markecie zawsze rzucą coś ciekawego. Lubię grzebać tam w roślinach. Natknęłam się tam na mały drewniany herb box. Z ziołami miałam do czynienia tyle, że kupowałam w markecie już wyrośnięte, w doniczkach. Po jakimś czasie po prostu padały. Nigdy nie sadziłam z nasion. Teraz stwierdziłam, że spróbuję. Tym bardziej, że zioła w skrzynce ładnie się prezentują.

W środku był czarny woreczek z ziemią, przeźroczysta folia i trzy saszetki z nasionami: bazylia, szczypiorek i pietruszka. Na odwrocie skrzynki była instrukcja, jak zrobić siew i pielęgnować rośliny. Najpierw trzeba było rozłożyć w skrzynce folię i wysypać na nią ziemię.

Zrobiłam długopisem dwa rządki dla szczypiorku i pietruszki. Napisane było, że te dwa zioła należy wsiać na głębokość 1 cm. Nasion bazylii nie należało zasypywać, tylko lekko docisnąć do ziemi. Potem wszystko delikatnie podlać. Skrzynkę należy trzymać w słonecznym miejscu, lub częściowo zacienionym. Trzeba pilnować żeby słońce jednak nasion nie spaliło i nie można zalać wodą, bo zgniją. Temperatura to 15-20°C. Wszystko musi być w normie. Szczypior powinien wzejść po 14-18 dniach, pietruszka po 30 a bazylia po 10-15 dniach.

Z tych trzech ziół, najbardziej lubię szczypiorek. Zawsze kupuję pęczek dużego szczypioru z malutkimi cebulkami w sklepie i trzymam go w kubku, w odrobinie wody. Wtedy on zawsze wypuszcza nowe liście. Czytałam, że prawdziwa nazwa, to „czosnek szczypior” skrócona do szczypiorek. Pochodzi z gatunku czosnkowatych i jest szeroko rozprzestrzeniony na kuli ziemskiej. Pietruszka natomiast pochodzi z rodziny selerowatych. Ogólnie zdziczała w całej Europie. Zioło to, posiada więcej witaminy C niż owoce cytrusowe. Bazylia pospolita, to inaczej bazylia wonna lub bazylek ogrodowy. Pochodzi prawdopodobnie z Afryki, ale obecnie nie rośnie dziko i występuje w uprawie. Jej nazwa wywodzi się z greckiego „basileus”, czyli król, bo podobno wykorzystywano ją w królewskich perfumach. W antycznym Rzymie, nazwa tego zioła odwoływała się do bazyliszka i była traktowana jako talizman przed tą bestią. Libijczycy z kolei, spożywali ją dla ochrony przed wężami i skorpionami. Moja sklepowa bazylia zawsze długo się trzymała w doniczce. Zostawał z niej jeden długi badyl z kilkoma listkami i białym kwiatem. Trzymałam ją dla tego kwiatu, bo pięknie pachniało w kuchni bazylią 😁 A moją skrzynkę postawiłam na parapecie w salonie. W kuchni mam za ciemno. Zobaczymy, co z tego i czy w ogóle, wyrośnie. Jestem ciekawa… 🙂

Do następnego 🙂