W zeszły weekend wybraliśmy się, jak zwykle, do Aralii, żeby kupić kilka roślin i dyń. Jak co roku robię małą dekorację przed domem. Chociaż tym razem nieco się spóźniłam, to jednak udało mi się jeszcze dorwać wrzosy.
W ogródku mam chyba z pięć sztuk tych roślin w doniczkach, ale nie są one tak bujne i ładne, żeby je postawić przed domem. Chciałam kupić jeszcze chociaż jedną chryzantemę i kilka dyń. Już przy wejściu do centrum ogrodniczego mina mi nieco zrzedła. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się już tylu ozdób na Boże Narodzenie. I nie wiem dlaczego, bo przecież w Actionie też już jest świątecznie. A w Aralii część pomieszczenia jest zasłonięta, bo budują, jak co roku, makietę.
I poraz kolejny napiszę: to wszystko się dzieje za szybko! Za wcześnie! Dopiero jesień, a gdzie Halloween? Jak tu poczuć potem magię świąt, tym bardziej, że w Holandii śniegu tyle, co kot napłakał. No ale skoro już tu się znalazłam, to poszliśmy obejrzeć, co tym razem sklep oferuje na święta.
Jak co roku, nowe dekoracje i nowe inspiracje. Ale mi z tyłu głowy cały czas się tłukło, że to niemożliwe, że już nic z jesieni nie zostało. Że nie kupię wrzosów i nie obejrzę dyń. I że będę musiała szukać jakiejś pumpkin farm.
Propozycja świątecznego stołu. Ozdoby w kolorach różu, fioletu, turkusu…
Zatrzymałam się z ciekawością przy bombkach. I to nie byle jakich. To były bombki w różnych kształtach, np kostki do gry, kostki dla psa, jedzenie a nawet związane z modą, czyli szpilki albo torebki:
Żadnej ozdoby świątecznej nie miałam zamiaru kupić. Mam ich już dużo a bombki ledwo się na choince mieszczą. Minęłam to wszystko i szłam dalej. I nagle są! Resztki jesieni 😀
Chciałam wpakować rośliny i dynie do koszyka i zorientowałam się, że przecież wzięliśmy tylko mały, plastikowy koszyk. Pan Mąż poszedł na zewnątrz po duży kosz, a ja spokojnie wybierałam wrzosy i chryzantemy. Finalnie wzięłam dwa rodzaje wrzosów, jedną chryzantemę i kilka dyń. Więcej nie potrzebowałam.
Dopiero dzisiaj wzięłam się za uporządkowanie przodu. Wiatr nawiał mi sporo liści. Sąsiadka wczoraj przyniosła mi dużą, różową chryzantemę. Za pomidory. Miło z jej strony. Usunęłam suche liście, wyczyściłam kostkę, przesadziłam wrzosy i zrobiłam małą dekorację. Swoją drogą, na wiosnę muszę ruszyć z myjką i porządnie umyć kostkę. Dostawiłam jeszcze dwie dynie i wiewiórkę z muchomorem. Małe co nieco, ale jest 🙂
Jesień rozpoczęła się na dobre. Ruszyła z kopyta i nawet okiem nie mrugnęłam a tu nagle październik. To wszystko zasłonił mi krótki urlop w Polsce. Pojechaliśmy na wesele i przy okazji na grzybobranie. Tego przecież odpuścić nie mogłam.
Przed urlopem pogoda dopisywała na tyle, że posprzątałam i przewietrzyłam cały dom, bo lubię wracać do czystego. Pan Mąż wyniósł na podwórko tarczę z rzutkami i trochę pograliśmy a sąsiad przyniósł ponownie truskawki.
Potem się pogoda trochę zepsuła, pojawiły się chmury i nawet padało. Mnie to oczywiście nie przeszkadzało. Widziałam już wtedy klucze ptaków lecących do ciepłych krajów. Życzę spokojnej podróży i niech w przyszłym roku szczęśliwie wrócą. Kaczki zostały i jak zwykle pływają po kanałach.
Droga do Polski przebiegła niemal bez problemów. Chodzi mi tutaj głównie o Niemcy. W lipcu jechało się bardzo dobrze. Z powrotem też. Tym razem trafiliśmy na nieco więcej robót drogowych. W tym kraju one się nigdy nie kończą. Na granicy, standardowo poszliśmy coś zjeść. Tym razem Picaro było już zamknięte, więc skorzystaliśmy z kuchni stacji benzynowej. Ja zamówiłam zupę gulaszową a Pan Mąż żeberko, które wizualnie dziwnie wyglądało. Zupa była ok.
Ogólnie w Polsce, w domu byliśmy dopiero około 3:00 w nocy. Trzeba było odespać podróż i szykować się na wesele. Kupiłam wcześniej w holenderskim sklepie czerwoną kieckę a w dniu wesela stwierdziłam, że jest jednak za krótka. Założyłam więc tę, w której dwa lata temu byłam na weselu brata. Teraz trochę żałuję, bo jednak porównując do innych, wcale nie była taka kusa. Na szczęście wzięłam ze sobą czarne wygodne tenisówki, bo w szpilkach długo nie wytrzymałam. Ślub był piękny a wesele udane. Jedzenie dobre, muzyka świetna. Didżej super wszystko prowadził. Tańczyliśmy na szczęście nie tylko do disco polo. A zamiast głupich, starych zabaw, była np Familiada. Standardowo, był wiejski stół, który ja osobiście bardzo lubię. Zawsze przy nim stoję 😀
Słodki stół także był, ale on akurat mnie nie interesował. Dopiero po weselu spróbowałam pysznego sernika w polewie pistacjowej. Była jeszcze jedna, bardzo fajna i potrzebna rzecz: tzw koszyczek ratunkowy z różnymi potrzebnymi rzeczami. Uważam, że to się zawsze na tego typu imprezach przyda.
Napiszę jeszcze kilka słów o samej sali. Nie lubię wszechobecnej bieli czy kryształowych żyrandoli. Ale tu muszę przyznać, że robiło to wrażenie. Naprawdę sala jest piękna a dodatkowo wszędzie było mnóstwo luster. Tło idealne do robienie zdjęć na Instagram. Oprócz bieli, panna młoda chciała, żeby pojawiły się słoneczniki i to wszystko komponowało się super. Zdarzyło się jednak coś bardzo smutnego. Jedna osoba z rodziny Pana Męża trafiła do szpitala (na poprawinach). Nie będę o tym dużo pisała. Po prostu wszyscy trzymamy kciuki, żeby wszystko się dobrze skończyło…
Muszę wspomnieć jeszcze o tym, że pogoda nie była za piękna, ale w weselny weekend nagle się poprawiła a temperatura wzrosła aż do 27°. W poniedziałek natomiast raptownie spadła, poszliśmy na grzyby a ja się pochorowałam. Test na covid zrobiłam, ale wyszedł negatywny. A grypa/ przeziębienie trzyma mnie do tej pory.
Do lasu poszliśmy tam, gdzie jako dziecko często chodziłam z babcią. Na tyle znam te lasy, że o zgubieniu się nie było mowy. Zresztą daleko się nie zapuszczalismy. Na początku trafiliśmy na kanie, które okazały potem robaczywe. Szybko znalazłam „prawe” a Pan Mąż jedynie widział grzyby- muchomory. Nawet je liczył. Po jakimś czasie trafił na miejsce, gdzie rosło aż 27 podgrzybków! Lubię je zbierać, bo w jednym miejscu może być ich nawet kilkanaście. Koniec końców, z lasu wyszliśmy z pełnym koszem.
Pan Mąż znalazł też nietypowy rodzaj huby drzewnej. Jeszcze takiego koloru nie widzieliśmy:
Co ciekawe, moja Babcia i Dziadek prowadzą rywalizację. Obydwoje chodzą na grzyby i ścigają się w ilości. Babcia prowadzi listę. Dziadek nawet obgryzione przynosi, babcia się wścieka, on mówi, że grzyb, to grzyb, więc ona i tak wpisuje na listę. Gdy wyjeżdżaliśmy, dziadek prowadził w ilości. Jak się bójką nie skończy, to będzie cud XD
Zajrzeliśmy przed wyjazdem oczywiście do kilku sklepów. W InterMarche była mini wystawka z gadżetami na Halloween. Wtedy dotarło do mnie, że to już za miesiąc.
Darowałam sobie kupno kolejnego kubka, bo już mi się w szafce nie mieszczą. A teraz oczywiście żałuję. Droga do domu była ciężka. Na granicy z Niemcami korki. Szlag nas trafiał. Potem lało. W nocy, niedaleko Kassel, objazdy. Nawigacja wywaliła nas na zadupia, gdzie jechaliśmy aż przez 7 tuneli. Pierwszy raz tak ch… owo prowadziło mi się auto, do tego ta grypa. Do domu dotarliśmy na ostatnich oparach sił. Godzina 5:00 rano. Jak do tej pory, najgorsza podróż. Dopiero w zeszły weekend odespaliśmy.
I to by było na tyle. W przygotowaniu mam kolejne wpisy. Pojawią się na dniach. Do następnego 🙂
Wróciliśmy z Polski. A będąc w kraju, zawsze warto zajrzeć do drogerii. A wiadomo, że w Holandii sklepy kosmetyczne są słabo zaopatrzone. Piszę to z perspektywy Polki, która kiedyś miała Hebe czy Naturę pod nosem.
Muszę wspomnieć też o cenach. W typowej holenderskiej drogerii, jest drożej. Zazwyczaj kosmetyki kupuję więc przez internet, bo ogromny wybór i taniej. Tym razem ominęłam Hebe i wybrałam Rossmann. Nie poszłam w ciemno, bo miałam na liście kilka rzeczy, które chciałam kupić. W tym jeden hit. Moje odkrycie.
Maski w płachcie.
To mój must have. Kupiłam dwie, które robią „glass skin”, który jest teraz popularny. Nie podążam ślepo za influencerkami, ale tym razem pokazały na TikToku, że ten koreański „wynalazek” naprawdę działa. A że maski uwielbiam, to stwierdziłam, że zaryzykuję i mam nadzieję spodziewać się ekstra efektu. Jeśli to działa, to kupię i np serum. Jest też maska miodowa, bo miód na skórze kocham.
Ampułki i kapsułki
Niemiecka marka Isana jest tania i efektywna. Już nie raz się o tym przekonałam. Tym razem kupiłam ampułki z peptydami i wit C. Do tego kapsułki z Q10. Wcześniej używałam tylko tych z wit C. Jestem ciekawa ampułek z peptydami, które pomagają w pierwszych oznakach starzenia.
Odżywka do włosów i samoopalacz
Odżywka zawiera ceramidy i dodaje blasku włosom matowym. Dodatkowo ułatwia rozczesywanie. Gdy jestem w Polsce, tamtejsza woda niszczy mi włosy. Nie mówię, że w całym kraju woda jest zła, ale tam, skąd pochodzę, chlor jest wszechobecny a kranówa jest niedobra w smaku. Do wody w Holandii nie mogę się przyczepić. Mam nadzieję, że ta odżywka postawi moje kudły do pionu. Ten samoopalacz, to moje odkrycie. Ładnie pachnie, nie zostawia smug i tak jak obiecuje producent, opalenizna pojawia się baaaardzo szybko. To moje drugie opakowanie.
Pomadka i tusz
Kolejny produkt marki Isana. Pomadki do ust kocham. W domu zawsze mam pod ręką kilka sztuk. W pracy, w kieszeni też jedna jest. Nawet Pan Mąż nauczył się używać. Tym razem kupiłam miodową, a jakże. Kończy mi się tusz do rzęs. Do tej pory używałam tego od niemieckiej marki Catrice. Ten tusz kupiony w Niemczech jest rewelacyjny. W Holandii niekoniecznie. Skusiłam się tym razem na Maybelline. Chyba nigdy tuszu tej firmy nie używałam. I powiem szczerze, nie zawiodłam się. Jest bardzo dobry.
Marka Bielenda
To jest sztos! Moje odkrycie. Dostałam próbkę kremu tej serii w lipcu. Użyłam i przepadłam. Krem pięknie rozświetla skórę. Mimo, że moja jest mieszana, to nie zostawiał tłustego filmu. Do drogerii poszłam specjalnie po ten krem. Kremu nie było, ale za to wyszłam z serum, żelem do mycia twarzy i mgiełką tonizującą z tej serii. Czekam na maski. Do tej pory, z polskich marek uwielbiałam Ziaję, ale teraz Bielenda wybiła się na pierwsze miejsce. Jej produkty są często polecane.
Żel i tonik
Te dwa produkty nie są z Rossmanna. Tu już kłania się supermarket. Pierwszy produkt kupiłam w Netto. Jest to żel pod prysznic. Były dwa rodzaje: lody o smaku truskawkowym i Oreo. Wybrałam ten drugi, bo ładniej pachnie. Zobaczymy, jak z użyciem. Chodzi mi o pianę i efekt na skórze. Drugi kosmetyk, to tonik firmy Labell. Produkcja francuska. Producent obiecuje nawilżenie skóry. Także czeka na test. Kupiony w Inter Marche.
I to tyle. A wpis „Było, minęło”, czyli podsumowanie miesiąca, pojawi się w weekend. Do następnego 🙂
Znowu się na mnie dziwnie patrzą, gdy mówię, że wreszcie zbliża się koniec lata, że wreszcie robi się szybciej ciemno, że wreszcie będzie chłodniej, że wreszcie będzie więcej deszczu. Czyli po prostu uroki jesieni. Mojej ulubionej pory roku.
Od naszego urlopu w Polsce minął miesiąc a za dwa tygodnie pojawimy się tam znowu. Wesele się zbliża i ciekawe, czy Pan Młody padnie ze strachu… XD Ale najpierw lecę do lasu na grzyby. W sierpniu trochę drzew zaliczyłam, bo ze znajomymi wybraliśmy się na rowerową wycieczkę. Oni znają fajne miejsca i objeździliśmy okolice. Zajęło nam to kilka godzin. Spałam potem, jak zabita.
W naszym mieście pojawił się też tradycyjnie kermis, czyli lunapark. Była to większa impreza. Pojechaliśmy z Panem Mężem zaraz po pracy rozejrzeć się, co tam ciekawego. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na moje ulubione „foteliki”. A potem na frytki, oczywiście z majonezem. W kanale zacumowanych było mnóstwo łodzi i jachtów, bo Holendrzy na nich albo odpoczywali po upalnym dniu, albo balowali. Zewsząd było słychać muzykę a wieczorem miał się odbyć jakiś koncert. Wszystkie knajpy i bary szeroko otwarte. Do tego był zlot jakichś aut. Działo się a ogólnie ta impreza trwała od środy do niedzieli.
Do wygrania było ogromne Labubu.
Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie małego grilla. Nikogo nie zapraszaliśmy, bo nie było też ochoty na towarzystwo. Po tej krótkiej wizycie na kermisie, miałam dość hałasu a poza tym byliśmy po pracy i chcieliśmy odpocząć. Kupiłam w polskim sklepie chipsy. Ina – Ukrainka, z którą pracuję, powiedziała, że są one ukraińskie. Rzadko jem chipsy, ale krabowych jeszcze nie jadłam. Okazały się bardzo smaczne.
W Lidlu natknęłam się na perfumowane płyny do prania i kupiłam ten w kolorze (chyba) miętowym i faktycznie, ubrania pięknie pachną. Różowy zapach nie przypadł mi do gustu. Zawsze wybieram płyny w kolorze niebieskim, albo w niebieskiej butelce. Albo w kolorach podobnych. W Actionie za to już nie mogłam się powstrzymać, żeby znowu jakiegoś jesiennego badziewia nie kupić do wystroju domu…
Mam nową poranną rutynę. I aż się dziwię, że wcześniej nie zaczęłam tego robić. W weekend robię kąpiel w zimnej wodzie z lodem. Chodzi o twarz. A w tygodniu co rano, przecieram twarz kostkami lodu. Rewelacja. A ja uwielbiam taki chłód na twarzy z rana. Od razu stawia na nogi i poprawia kondycję skóry.
Pan Mąż też się skusił na masaż lodem, ale ledwo to przeżył.
Stałam też trochę przy garach. Mam często fazę na testowanie przepisów z TikToka. Zrobiłam najprostsze ciasto z truskawkami i esencją waniliową i kotlety ziemniaczane z serem żółtym i pieczarkami. Zawsze, to coś innego, niż typowy obiad. Trochę się rozwalały, ale całkiem smaczne. Nie popisałam się z sosem, bo zrobiłam borowikowy z torebki…
Koniec sierpnia, to także firmowa impreza, czyli barbecue. Odbyła się ona u nas w szklarni, a dokładniej, to na zewnątrz i na magazynie. Pierwotnie, miałam sobie odpuścić. Potem jednak wpisałam się na listę i zaproponowałam, że będę kierowcą. Na odpowiedzialnego, niepijącego kierowcę, który wozi innych mówi się tu BOB. Czyli, jeśli na imprezie powiesz, że jesteś dzisiaj Bob, to każdy Holender wie o co chodzi (niektórzy Polacy też) i nikt nie namawia na alkohol.
Lody też były 🙂
Miałam porównanie do poprzednich imprez. Tu było bardziej luksusowo. Wielkie białe parasole, białe stoliki i krzesła, profesjonalny bar, ogromny grill i rośliny w donicach. Holendrzy pojawili się z dziećmi, co mnie zdziwiło i były też „dmuchańce” dla nich. Oprócz tego piłkarzyki i dwa stoły do ping ponga. Dawno nie grałam i się ubawiłam przy tym. Jedzenia było dużo: hamburgery, łosoś, kurczak czy żeberka. I oczywiście litry piwa i wina. Muzyki było mało. Nawet puścili jakieś disco polo. Nie było typowej dyskoteki ze światłami, jak było kiedyś na innej szklarni.
Pyszne bułki:)
Przyjechaliśmy spóźnieni. Na zewnątrz siedziało już sporo osób z innych szklarni, którzy pracują w tej firmie. Znaleźliśmy stolik wolny na magazynie obok gier. Nasi współpracownicy nie popisali się. Dlaczego? Pracujemy na tej właśnie szklarni. Oni, zamiast siedzieć tu, gdzie wszyscy się bawili, usiedli zupełnie po drugiej stronie, tam gdzie palarnia. Jakby się krępowali, nie chcieli integrować. Bez sensu. Ja lubię takie mieszane towarzystwo. Nawet tam do nich nie poszłam. Po jakimś czasie kilkoro się ulotniło a kilkoro wreszcie przyszło do nas, żeby pograć i pogadać. Pojawił się też Holender, z którym pracuję na magazynie. Pijany już w trzy dupy. On chyba nigdy na imprezę trzeźwy nie przyszedł XD Ledwo grał w ping ponga i paletkę trzymał, ale w drugiej ręce piwo musiało być. Przyszedł z żoną, która chyba też już coś wcześniej chlapnęła. Przynajmniej było wesoło. Ogólnie party trwało do godziny 21:00. Niektórzy już wtedy mięli ładnie w czubie i zaczęli nawet tańczyć a tu koniec. Zwinęli grilla, manele i towarzystwo do domu 🙂 Zresztą zebrało się trochę ciemnych chmur i zapowiadały deszcz.
To jest dmuchana krowa.
Moje ulubione wieczory po pracy wyglądały tak, że po kąpaniu, często z maską na twarzy, już o godzinie 19:00 leżałam w łóżku. Zasłony zasłonięte, lampka zapalona i relaks. Cisza i spokój, mimo że za oknem dzieci jeszcze długo było słychać. A ja „po Wieczorynce” do wyra. I tak minął mi sierpień a teraz trzeba robić zdjęcia wrześniowi i chyba trochę mi się ich nazbiera.
…czyli wpis o tym, co tym razem wyszperałam w kringloopie. Być może to pokazywanie rzeczy z drugiej ręki, które można upolować za centy, jest trochę nudne, ale chcę tutaj czasem pokazać, że nie warto kupować tylko nowe. Przecież bardzo często rzeczy z drugiej ręki mają świetną jakość i przede wszystkim nie są obciążeniem dla portfela.
A poza tym nie od dziś wiadomo, że można znaleźć perełki. My pół swojej chałupy umeblowaliśmy i wyposażyliśmy właśnie w takie używane meble czy rzeczy do kuchni. Wiem też, że często nikt nie ma tego, co ja. Ostatnio nawet swojej mamie lampki nocne zawiozłam, bo stwierdziła, że nie może znaleźć żadnej, która by jej się podobała. Poza tym, ona ma fazę na lampki. Ja miałam na deski do krojenia a teraz na szklane słoiki do kuchni.
Używam nasion chia i siemienia lnianego Anię chcę żeby to się w szafce rozsypało, bo by był nie lada problem. Dlatego wybrałam się do kringloopa po pojemniki. Od razu znalazłam dwa niewielkie na metalowy zatrzask i już nic się nie wysypie.
Było sporo nowości. Bardzo podobał mi się serwis obiadowy. Z tym, że każdą rzecz można było kupić oddzielnie. I żałuję, że nie wzięłam cukiernicy, pojemnika na mleczko do kawy i sosjerki. Znalazłam też fajny letni komplet np na lemoniadę: karafka i kilka szklanek. Mam nadzieję, że gdy pojawię się tam w sobotę, to jeszcze te rzeczy będą.
Teraz kilka słów o tym, co kupiliśmy. Bo oczywiście oprócz wspomnianych wcześniej słoiczków, nie wyszłam z niemal pustym koszykiem. Nabyłam lampkę, która wygląda bardzo oryginalnie. A że ja uwielbiam rozstawione małe lampki z ciepłym światłem (tak, jak moja mama), więc ta stoi wysoko na kredensie w salonie. Ma ona wiklinowy abażur a podstawa, to plastry drewna.
A skoro mowa o świetle, to nie mogło zabraknąć metalowego świecznika do salonu, bo świeczki też lubię zapalić. Do tego dwie filiżanki w arbuzy, które jadą do Polski.
Na koniec coś, co wypatrzył Pan Mąż. Z Polski przywieźliśmy torbę brzoskwiń. Część zjadłam (a miały być kompoty w słoikach) a część Pan Mąż wziął na wino. Już jakiś czas temu kupił w kringloopie balon i teraz stwierdził, że z tych owoców spróbuje coś stworzyć. Na tę chwilę, wino się dobrze tworzy a my mamy w domu piękną karafkę, do której trunek będzie przelany. Ma ona metalowy „dziób” i prezentuje się ekstra. W sklepie jest zawsze mnóstwo tego typu naczyń, ale t była najpiękniejsza.
A tu oto taki fotel na przyciski, które regulują oparcie 🙂
Dzisiaj będzie kilka słów o zwiedzaniu Polski. Może to za duże słowo, bo chodzi o jedno miasto i okolice, ale w tej części kraju byłam pierwszy raz i już wiem, że pojawię się tam znowu. I wyjaśnię dlaczego, ale najpierw garść informacji o tym, co tam sobie zobaczyliśmy.
W Jeleniej Górze odbywałam kurs, ale oprócz tego trochę zwiedziliśmy. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co zaplanowałam (m.in Muzeum Militariów, które znajduje się blisko hotelu Mercure), ponieważ pojechaliśmy tam nie swoim autem. Dlaczego? Bo okazało się w ostatniej chwili, że zużyły się klocki hamulcowe. Myślałam, że tam w ogóle nie dotrę, ale Pana Męża ojciec pożyczył nam swoje audi (za co jestem wdzięczna) i pojechaliśmy. Jazda nie swoim samochodem stresuje, dlatego wolałam jak najszybciej go odstawić z powrotem a poza tym czekała nas impreza, o czym pisałam wcześniej. Do Jeleniej Góry dotarliśmy bardzo późno, więc zwiedziliśmy co się dało w poniedziałek po śniadaniu. Niestety Szklarską Porębę też musieliśmy sobie darować.
Jelenią Górę otaczają ze wszystkich stron pasma górskie: Góry Izerskie – od zachodu, Góry Kaczawskie – od północy, Rudawy Janowickie- od wschodu, oraz najwyższe pasmo Sudetów – Karkonosze od południa. Miasto leży średnio na wysokości około 330-370 m n.p.m i zajmuje powierzchnię 108,4 km kw. Nazwa Jelenia Góra pisana łącznie, istniała w języku polskim przed 1945 r. W mieście znajduje się około 20 figurek jeleni- połowa w centrum a reszta rozsiana po innych częściach miasta. Od razu na myśl przychodzą mi wrocławskie krasnale 🙂 Główny Rynek jest zadbany, estetyczny, z kolorowymi kamienicami. Stoi tam też zabytkowy tramwaj, który pełni funkcję sklepiku z pamiątkami. Oczywiście magnes i widokówki kupione.
Następnym miejscem, które odwiedziliśmy, to Kolejkowo. Wiadomo, to Pan Mąż chciał koniecznie to zobaczyć. Trochę się zawiódł, bo oczekiwał typowej wielkich gabarytów makiety. Ale niestety nie tym razem. Tym razem zobaczyliśmy coś nieco innego.
Tradycja jeleniogórskiego modelarstwa sięga 1966 roku. W ciągu 30 lat działalności powstało około 150 modeli wykonanych w skali 1:15. Największy model mierzył 3 metry. To miejsce powstało dzięki Jakubowi Paczyńskiemu, który w Karkonoszach stworzył pierwszą makietę w garażu. W 2014 roku odbyła się wystawa w namiocie przy deptaku w Karpaczu. Potem kolejno: Wrocław – Dworzec Świebodziński, Gliwice, a kiedy na Dworcu zabrakło miejsca, przeniesiono makietę do Sky Tower. W 2024 roku otwarto właśnie to Kolejkowo, z tym że jest to bardziej modelarnia.
Zwiedza się to miejsce z panią, która oprowadza i opowiada o modelach, tworzeniu ich, historii a także można podejrzeć, jak pracownicy tworzą elementy do makiet. Dodam jeszcze, że w 2025 roku w Warszawie powstała ministurowa stolica. A w jeleniogórskim Kolejkowie zobaczyć można m.in Ratusz, kamienice na rynku, Dworzec Kolejowy czy Bramę Wojanowską. Ogólnie nie powinno się niczego dotykać i przekraczać wydzielonych powierzchni liniami, ale Pan Mąż, jako pasjonat wysępił kilka odstępstw od reguły.
Dalej udaliśmy się w stronę mostu kolejowego. Czytałam o nim już wcześniej, ale przeoczyłam jedną informację, a o tym za chwilę. Po drodze mijaliśmy Zaporę Pilchowice. Musiałam się zatrzymać i zobaczyć ten ogrom. Znajduje się ona na rzece Bóbr (swoją drogą – piękna rzeka a ja uwielbiam rzeki) i jest najwyższą zaporą kamienną i łukową oraz drugą co do wysokości i czasu powstania w Polsce (na pierwszym miejscu ta nad Soliną).
Zapora powstała w latach 1902-1912 w celu ochrony przed powodziami. Decyzja o budowie zapadła 3 lipca 1900 roku jako skutek powodzi w 1897roku. Do tego doszła budowa mostu, jako jedna inwestycja. Zapora miała mieć funkcję przeciwpowodziową, energetyczną i turystyczną a linia kolejowa na moście miała zapewnić dojazd do zapory. Grubość jej muru w podstawie wynosiła 50 m a w koronie 7. W chwili oddania do użytku, była ona największą zaporą kamienno – betonową w Europie. Została ona odwzorowana w grze „Zaginięcie Ethana Cartera”.
Następne jest Jezioro Pilchowickie – zbiornik zaporowy na Dolnym Śląsku o długości 7 km, powierzchni 240 ha i pojemności 50 mln m 3. Powstało przez przegrodzenia w latach 1902-1912 rzeki Bóbr zaporą. Podstawowym celem jeziora jest działanie przeciwpowodziowe i produkcja energii elektrycznej. Poniżej zapory znajduje się elektrownia wodna.
Głębokość zbiornika waha się między 40 a 47 metrów. Wokół znajduje się teren spacerowy. Widoki z zapory obłędne, kolor jeziora także. Kąpać się w nim nie wolno. Spotkaliśmy mnóstwo pieszych i rowerzystów. Czułam się, jak w Ardenach 🙂
I na koniec: most kolejowy. Trzeba częściowo objechać jezioro z lewej strony i dotrzemy do trasy linii kolejowej nr 283, która łączyła Jelenią Górę z Żaganiem. Odcinek ten jest nazywany Koleją Doliny Bobru. W dniu 11.12.2016 roku przejechał nią ostatni pociąg. Według rozkładu, czas przejazdu trasy o długości 33 km wynosił godzinę i 50 minut.
Wisi tak sobie wśród zieleni
Długość – 151,68 metrów, szerokość – 4 metry, wysokość – 40 metrów, 1- torowy. Most ten stał się jeszcze większą atrakcją, gdyż pojawiła się informacja, że miał być wykorzystany do filmu „Mission Impossible 7” z Tomem Cruisem w roli głównej. Podobno ekipie filmowej została złożona propozycja wysadzenia na potrzeby filmu części mostu. I właśnie o tym dowiedziałam się w Kolejkowie (na makiecie też był ten most) i musiałam go tym bardziej zobaczyć. Ostatecznie, dzięki sprzeciwowi ludzi, nie doszło do wybuchu i zniszczenia zabytku. Bo wpisano go do rejestru zabytków. I dobrze. W tej chwili obiekt jest zamknięty, nie wolno przechodzić przez ogrodzenie, gdyż grozi zawaleniem.
Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do morza. Zawsze chciałam jeździć do Trójmiasta, bo kocham Bałtyk. Nie wiem dlaczego tylko Gdańsk Gdynia i Sopot, bo przecież nad polskim morzem jest mnóstwo innych, pięknych miasteczek i miejscowości. Bardziej spokojnych i kameralnych. Zaraz obok Kaszuby czy Mazury. No nic, trzeba zapuścić się gdzieś indziej czasem. Ktoś kiedyś mi powiedział, że spodobały by mi się góry. Teraz mieszkam nad Morzem Północnym. Holandia jest płaska. Jest tu pięknie, inaczej bym się zmyła. Ten kraj, to dobra baza wypadowa do Francji czy Belgii. A teraz miałam okazję pojawić się na południu Polski i tak- podobało mi się! Jak tam jest pięknie. Doszłam do wniosku, że lasy, rzeki, to moje miejsca. Dlatego tak dobrze czuję się w Ardenach. Góry polskie mają niesamowity urok. Mało mi, więc na pewno pojawimy się tam znowu, żeby zobaczyć resztę atrakcji. Chcę posiedzieć nad Bobrem. Spacerować wokół zapory i odwiedzić Szklarską Porębę. Tym razem, gdy będę w Polsce, wybiorę kierunek: południe:)
Czekałam na urlop, doczekałam się, pojechałam do Polski aby zrealizować jeden z moich celów. Ogólnie prawie wszystko poszło zgodnie z planem. Wróciliśmy z Panem Mężem do pracy i teraz inni mogą korzystać z wakacji. Trochę to dziwne dla mnie, że nie będziemy na urlopie jako ostatni 🙂
Droga do Polski poszła nam nad wyraz szybko. Albo tak było, albo tylko mi się wydawało, że przez Niemcy (mimo kilku postojów) przejechaliśmy bardzo szybko. W sumie nie było to dla mnie aż tak męczące. Jednym z naszych przystanków, był ten niedaleko (chyba) Drezden. Zazwyczaj się tam też zatrzymujemy a poznaje to po różnych muralach, które znajdują się na budynku toalet. Za każdym razem widzimy inny. Tym razem były to m.in papugi czy małpy. Nawiązanie do dżungli.
Na granicy w Zgorzelcu, jak zwykle zatrzymaliśmy się na ciepły posiłek. Lubię ten moment wjazdu do Polski. Jemy zazwyczaj w barze Picaro. Mają bardzo duży wybór dań. Zawsze zupy, drugie dania i kompoty. Wzięliśmy po drugim daniu a Pan Mąż dodatkowo zupę gulaszową, która pojechała z nami na wynos, bo już nic nie mógł w żołądek zmieścić. Posiłek można sobie skomponować i na wagę. Zapłaciliśmy za te dania 130zlotych. Wg mnie, to nie jest dużo za takie porcje. Wrzuciłam to na TikToka i oczywiście ludzie mieli dużo do powiedzenia na temat wagi, bo twierdzili, że płaci się też za ciężki talerz. Serio? Nikomu nie przyszło do głowy, że odliczana jest tara? Nie chciało mi się już z debilami w dyskusje wchodzić. Odpowiadałam tylko tym, którzy np polecali też inne knajpy.
Ta salsa pomidorowa była pyszna!
W pierwszy tydzień urlopu padało. Nie, to za mało powiedziane. Lało czasem przez całe dnie. Raz było chłodniej a raz duszno. Pochodzę ze wsi pod Radomskiem (łódzkie). Radomsko trochę się zmieniło od czasu naszego ostatniego pobytu. Wiele sklepów na głównej ulicy Reymonta zostało zlikwidowanych a za to banki i apteki mają się świetnie. Powstały lodziarnie a także doszedł jeden bar, który oferuje domowe obiady. Żałuję, że tam nie poszliśmy, tylko za namową Pana Męża udaliśmy się do KFC. On jest fanem, ja nawet McDonald’s omijam. Okropne jedzenie. Nawet Pepsi nie smakuje jak kiedyś. W Radomsku pojawiło się mnóstwo roślin np w donicach, czy zielone ściany. Chociaż nadal uważam, że drzew nic nie zastąpi. No i Władysław Reymont jak siedział na ławce, tak nadal siedzi.
Gdy wjechaliśmy już do Polski i województwa łódzkiego i byliśmy coraz bliżej rodzinnych miejscowości, to w oczy rzuciły mi się trawy, które pięknie kwitły na biało. Gdyby nie to, że lało, to bym zrobiła zdjęcie i sprawdziła w aplikacji co to. Ludzie mieli tego mnóstwo w ogródkach i przed domami. Trzeba przyznać, że Polacy mają piękne ogrody. Potem i tak dowiedziałam się co to za kwiat. Moja babcia ma takie same. I ja też. To po prostu juki. Z tym, że moje jeszcze nie kwitną.
Potem nadszedł weekend i trzeba było zbierać się do Jeleniej Góry na kurs. O kursie już pisałam a w następnym wpisie będzie o tym, co tam zwiedziliśmy. I właśnie to zwiedzanie nie całkiem poszło zgodnie z planem. Ale o tym następnym razem. Taka ciekawostka. Na przerwie między nauką, zaczęłam przeglądać pismo z branży funeralnej. W muzeum LEGO w Austrii znajdują się klocki , które można złożyć w cmentarz i pogrzeb 🙂
W powrocie z Jeleniej Góry zatrzymaliśmy się w karczmie/ gospodzie, by zjeść coś ciepłego (standard). Nazwy zapomniałam. W środku były dwie duże sale, bardzo ładne plus taras z widokiem na góry. Bardzo przyjemne miejsce. Zaraz obok, właściciel prowadził też smażalnię ryb. Ja zamówiłam zupę krem z borowików a Pan Mąż golonkę.
Po powrocie czekała nas impreza. Pan Mąż kończył 40 lat, więc rodzina zrobiła dla niego małą balangę pod altaną. Dostał na głowę kapelusz z numerem 40 a i mnie się dostało koronę z 40tka, choć urodziny miałam w marcu. Siedzieliśmy niemal do 3 w nocy, dopóki komary nas prawie nie zjadły żywcem. Tort też był i balony 🙂 Zjadłam wtedy pysznego domowej roboty hamburgera i hot- doga. I jeszcze muszę wspomnieć o rewelacyjnej sałatce z botwinki: liście siekamy, dodajemy pokrojonego pomidora, świeżego ogórka, czerwoną cebulę w kostce, kulki mozzarelli i sos sałatkowy ziołowo- koperkowy. Zrobiłam ją w domu po powrocie, bo i botwinkę dostałam. Ewa, wiem, że czytasz 🙂 Miałam sos musztardowy i też wyszła dobra. Dzięki jeszcze raz za botwinkę:) Pozdrawiam!
Hot- dog z białą kiełbaską.Idealna na grilla 🙂
Spotkałam się też z koleżanką, z którą chodziłam do szkoły (ale nie do klasy). Nie widziałyśmy się chyba z 19 lat. Obserwujemy się w mediach społecznościowych i wreszcie trzeba było się ponownie spotkać. Usiedliśmy w restauracji we czwórkę i przegadaliśmy ze dwie godziny. Piłam pyszną cytrynową lemoniadę i zjadłam równie pyszną zupę kurkową. Uwielbiam zupy. Do tego grzybowe. W tym wpisie jest trochę jedzenia, ale lubię pokazywać, co dobrego jadłam i co polecam.
Wpadliśmy też z krótką wizytą do byłego szwagra Pana Męża. Pogadaliśmy z godzinkę. Lubię grać w planszówki, ale on to wybitnie uwielbia. Posiada specjalne maty, które rozkłada na stole i pełny regał różnych gier, np Robinson Crusoe.
Moi babcia i dziadek otworzyli restaurację dla sarenek. Za podwórkiem znajduje się kompostownik i te zwierzęta bardzo często pojawiają się żeby się posilić. Czasem przychodzi jedna a czasem matka z małymi koziołkami. Dziadek wystawił im nawet garnek z wodą. Nauczyły się już, że tam czekają na nie obierki, resztki warzyw czy owoców. Mój tata stwierdził, że trzeba będzie im zimą paśnik postawić 🙂
Ta brązowa plamka, to sarenka.
Ja wskoczyłam przy okazji jeszcze do Rossmanna. Tym razem darowałam sobie Hebe. W Jeleniej Górze moje włosy zrobiły się matowe, bardziej wychodziły i do tego pojawił się łupież. Nie mogłam dać sobie z nimi rady. Nie wiem, czy to nie z powodu wody. Musiałam kupić jakiś porządny peeling. Pani doradziła mi jakiś trychologiczny. Po powrocie do Holandii w ruch poszedł też Nizoral. Jest już lepiej, choć nadal trochę więcej włosów mi wychodzi niż zwykle.
Jak wcześniej pisałam, nasza wizyta w Polsce odbyła się na potrzeby mojego kursu. Byliśmy w kraju dwa tygodnie i w weekend między nimi spędziłam w Jeleniej Górze szkoląc się w prosektorium. Opiszę tutaj mniej więcej jak to wyglądało.
Do Jeleniej Góry (z kilku przyczyn) dotarliśmy bardzo późno, bo przed drugą w nocy. Zameldowaliśmy się w hotelu Mercure a o pół do trzeciej poszliśmy spać. Kurs zaczynałam o godzinie 9:00.
Obudziłam się pół przytomna, bo spałam tylko trzy godziny. Zastanawiałam się, jak tam wytrzymam do 17:00. Potrzebowałam kawy. Wykupiliśmy śniadania. Tylko, bo na kursie mieliśmy w cenie posiłki. Pan Mąż coś tam sobie podjadał w ciągu dnia a po moim powrocie szliśmy na pizzę. Śniadania w hotelu bardzo dobre i duży wybór.
Przed 9:00 stawiłam się w domu pogrzebowym. Ogólnie było nas 7 dziewczyn. Wypełniłyśmy papiery, która chciała, to mogła się tam jeszcze przebrać, doszło do zapoznania i skierowaliśmy się z naszymi nauczycielami do prosektorium. Jedną z zasad było to, że na każdy dzień szkolenia trzeba było mieć inne, czyste ubranie. Na to należało nałożyć specjalny fartuch (po przerwach zawsze nowy), rękawiczki a jeśli ktoś chciał, to i maseczkę. Szczerze napiszę, że byłam trochę przerażona. Ale nie widokiem zwłok, ale tym, że było nas aż 7 i do tego tylko kobiety. Nie lubię pracować w tak dużej grupie i wiadomo, między babami zawsze do jakiejś kłótni prędzej czy później dojdzie. I doszło.
Teoria trwała może z godzinę a po tym otwarto drzwi chłodni i miałyśmy wyciągnąć ciało na specjalny wózek. Na pierwszy ogień poszedł staruszek, który był chory na cukrzycę- widać było charakterystyczne ślady tej choroby na ciele. Pracowałyśmy na tych zwłokach cały dzień. Każda z nas musiała nauczyć się każdej czynności, którą należy wykonać zanim zmarły dotrze do kaplicy na ostatnie pożegnanie. Nauka obejmowała wydobycie ciała z worka, dezynfekcję, pozbycie się stężenia pośmiertnego, zabezpieczenie wszystkich otworów naturalnych w ciele, zamknięcie odpowiednio powiek i zszycie ust. Od razu zaznaczę, że absolutnie nie używa się kleju. To już dawno odeszło do lamusa a przynajmniej powinno. Łamanie kości, to też bujda. Potem należało pana zmarłego ogolić, umyć włosy, ubrać, zniwelować makijażem plamy opadowe i przywrócić w miarę naturalny wyraz twarzy. Często wstrzykuje się do gałek ocznych i w okolicach ust specjalny płyn, który nadaje twarzy łagodne rysy, wypełnia skórę. Rodzina zmarłego zostawiła ubrania, do tego mieliśmy włożyć do trumny ulubione cukierki zmarłego, chusteczkę, okulary, krzyżówkę i długopis. Powinno się trzymać nerwy na wodzy, ale naprawdę nas to rozczuliło. Efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania! Starszy pan naprawdę wyglądał jakby spał. To było niesamowite. Umieściliśmy go w trumnie i zawieźliśmy do kaplicy. Obok znajdowała się druga trumna z innym zmarłym. Przy nim stało na stelażu zdjęcie. Spoglądał na nas mężczyzna w sile wieku, młody. Zmarł na raka. Wyglądał, jak wampir Nosferatu. Dowiedziałyśmy się, że inne prosektorium potraktowało go po macoszemu. I faktycznie: paznokcie brudne, cera szara, twarz zapadnięta. Żal… Wzięli kasę, nie zrobili niemal nic. Współczuję rodzinie.
Widok z okna hotelowego na ogródki działkowe.
Drugi dzień szkolenia był bardziej intensywny. Na szczęście w miarę się wyspałam. Byłyśmy podzielone na dwie grupy. Jedna miała starszego pana a my starszą panią, która zmarła na raka. Miałyśmy usunąć jej tzw port. Kiedyś żyły są już w fatalnym stanie po licznych wlewach, pod skórę wszywa się port, przez który sączy się chemia. Dodatkowo uczyli nas nacinania skóry i jej powłok. Dotarliśmy do płuc. To, co w środku najbardziej mnie interesuje i musiałam nawet dotknąć. Do tego uczyłysmy się wyjmowania rozrusznika serca. Nie wiedziałam, że jest umiejscowiony tuż pod skórą. Potem nastąpiła nauka zszywania nacięć. Te nowe rzeczy robiłyśmy znów wspólnie. Potem każda grupa kończyła swoje zwłoki. Ciekawym doświadczeniem było np przywracanie koloru sinym palcom i paznokciom. Nasi szkoleniowcy opracowali specjalny płyn, który wstrzykuje się pod paznokcie, masuje i momentalnie zmienia się ich kolor. Wygląd, jak u żywego człowieka. W tym wypadku, musiałyśmy mieć nałożone specjalne okulary. Po zakończeniu, pani została złożona do tekturowej trumny, bo czekała ją kremacja.
Na koniec czekała nas współpraca. Nasi nauczyciele usunęli się w cień, a my miałyśmy przygotować ciało staruszki, która miała stomię. Trzeba było działać w grupie. Jedna robiła to, druga szykowała tamto, itd. Widziałyśmy co do nas należy i trzeba było dzielić się pracą. I na tym polu doszło do spięcia między dwiema dziewczynami. Jedna z nich, (nazwijmy ją N) sięgnęła zenitu swoim pierdoleniem. Na pauzach non stop gadała m.in o swoim życiu, rodzinie, stwierdziła nawet, że teściowa jej nienawidzi. Na pytanie, czy jest po ślubie, powiedziała, że nie. Że jest jeszcze wolna… Skończyła trzy lata kryminalistyki i koniecznie chciała rządzić. Najpierw pchała się do wszystkiego a potem zaczęła nas nawet ustawiać. Wreszcie jedna z dziewczyn upomniała dobitnie N żeby nie zabierała nam pracy. Ta się oburzyła i powiedziała, że jest przeciwnie: ona nam ją oddaje. Potem krążyła koło mnie i gadała, że zabieranie przez nią pracy, to wierutna bzdura. Machnęłam ręką, powiedziałam, żeby dała spokój, bo trzeba skończyć pracę. Do końca dnia N chodziła z kijem w dupie. Miałam to gdzieś, bo dyplomy się zbliżały i wiem, że więcej tej zarozumiałej dziewuchy nie spotkam. Mam taką nadzieję.
Wracając do tematu: pani, która była szykowana do pochówku należała do elegantek. Miała długie paznokcie pomalowane na różowy kolor, permanentne brwi i farbowane włosy. Ubranie na ostatnią drogę też było nie byle jakie: sukienka w różowo – fioletowe kwiaty, szary żakiet i srebrne szpilki. I w podobnych barwach zrobiłam jej makijaż. Prezentowała się ładnie. Po tej pracy, nastąpiło sprzątanie, szykowanie się do wspólnego zdjęcia z dyplomami. Do tego przemowa, podziękowania i prezent w postaci książki, którą napisał jeden z naszych nauczycieli.
Dodam jeszcze kilka moich uwag. Przede wszystkim warto (a nawet trzeba) pytać się w zakładach pogrzebowych, jakie działania będą wykonywane na zmarłej bliskiej osobie. Płacimy – wymagajmy. Nie pozwólmy na sklejanie powiek i ust. Domagajmy się, aby ciało wyglądało najlepiej jak się da. Można pytać o balsamację. Powiedziano nam, że branża pogrzebowa w Polsce szoruje jeszcze niestety po dnie. Pracownicy domów pogrzebowych, to hermetyczne środowisko. Często są to stali i starsi pracownicy, którzy nic nowego się nie uczą i odwalają swoją robotę byle jak. To jest niedopuszczalne! Co mnie zaskoczyło? Zapach. Nie jest to smród rozkładających się zwłok. Jest to lekko słodkawy i trochę mdły zapach, ale szybko się przyzwyczaiłam. Każde ciało pachnie jednak inaczej. Zależy to od choroby, wieku, czasu w chłodni. Nie palę, więc może dlatego po wyjściu z zakładu, cały czas czułam tę woń. Włosy myłam codziennie. Nerwy należy trzymać na wodzy. Praca nie dla wrażliwych. Dostajesz ciało, skupiasz się na tym, żeby odpowiednio wyglądało. Nie myślisz o tym, kim ten ktoś był, jak żył itp. Jemu już wszystko jedno a ty musisz zadowolić rodzinę. Bliscy powinni poczuć ulgę, że jednak dobrze zmarły był zaopiekowany a oni mogą go godnie pożegnać. W chłodni widziałyśmy też inne ciała. Jednym z nich, były zwłoki 23- letniej Ukrainki. Popełniła samobójstwo zażywając jakieś tabletki. Czekała na sekcję zwłok. Poza tym pokazano nam zwłoki przed i po, dwóch młodych Polek, które się powiesiły. Ilość samobójstw w Polsce poraża.
Szkolenie dało mi niesamowitego kopa do dalszego działania. W dwa dni nauczyłam i dowiedziałam się mnóstwa umiejętności i rzeczy. Do tego doszły cenne wskazówki. Mam zamiar iść dalej w tym kierunku i zrobić kurs balsamacji. Współpraca z firmą się nie kończy, bo po znalezieniu pracy w tym zawodzie, cały czas kontakt się utrzymuje a chłopaki służą pomocą. Należę do zamkniętej grupy na Facebooku i tam też mogę kierować pytania. Z chęcią wrócę do Jeleniej Góry. Ta nauka była czystą przyjemnością 🙂
Z jednych upałów będziemy jechać do drugich. Ledwo się trochę w Holandii ochłodziło a będziemy siedzieć w Polsce w fali gorąca. Jakoś to przeżyję. Plus taki, że wiem, jakie ubrania zabrać. Ale nie wiem, kiedy dokładnie wyjedziemy. Chcemy w poniedziałek.
Muszę wszystko poprać, posprzątać dom, zmienić pościel, Pan Mąż ma sprzątanie auta na głowie i skoszenie trawy. Lubię wracać do czystego i uporządkowanego domu. Trzy dni pod rząd, pracowaliśmy krócej, bo było bardzo gorąco a to na szklarni niebezpieczne. Mimo to, nic po południu w domu nie zrobiłam, bo mi się totalnie nie chciało. Wolalam leżeć przy wentylatorze. Nawet nad morzem jeszcze nie byłam żeby się schłodzić, jak co roku. Poweru brak. Chęci brak. Zostaje mi ten weekend. O pakowaniu się jeszcze nie myślę, bo tego nie cierpię.
Budleja, popularny tutaj krzew. Raj dla motyli i pszczół.
Moja dobra koleżanka mieszkała w zeszłym roku w domu z małżeństwem Rumunów. Oni bardzo dużo gotowali i nie raz miałam okazję coś spróbować. Koleżanka podpatrzyła u nich gołąbki, ale z kiszonej kapusty z dodatkiem słoniny. Tę kapustę można już kupić w polskim sklepie. Przyniosła mi do spróbowania. Trochę się różnią od polskich, tradycyjnych. Całkiem smaczne. Ja za to upiekłam znowu ciasto. Z budyniem i czereśniami. Wyszło pyszne.
Pan Mąż miał problem z aplikacją bankową i musieliśmy jechać do najbliższego punktu serwisowego (u nas na stałe zamknęli). Po drodze znaleźliśmy przypadkiem polską restaurację „Polka” a że był czas obiadu, to Pan Mąż chciał wejść. Zamówił rosół, który mu smakował, jak domowy, roladę w sosie a ja kawałek szynki w sosie z surówką. Było całkiem dobre. Brakowało mi tylko kompotu. Wystrój bardzo ładny, bo w łowicki wzór. Sporo emaliowanych garnków, jako ozdoba i słoneczniki na stołach. W sumie, to bardziej bar, ale przyjemny i czysty.
Obejrzałam wreszcie na Disney bajkę „Mufasa”. „Król Lew”, to moja ulubiona bajka, więc musiałam obejrzeć przygody ojca Simby. Jest tam o tym, jak poznał Rafiki i matkę Simby a także historia Skazy. Fabuła bardziej dramatyczna od pierwszej części „Króla Lwa” i oczywiście musiałam się poryczć…
Łabędzie z młodymi Na tego delikwenta sąsiadki muszę uważać, bo gdy papugi są na zewnątrz to podchodzi do klatki.
Na urlop do Polski zamówiłam kilka kosmetyków, w tym zestaw nawilżający w mini wersji. Zabieram ze sobą tylko absolutnie najpotrzebniejsze rzeczy. W Lidlu natknęłam się na ubrania. Są one dobrej jakości, więc Pan Mąż ma t-shirty, spodenki i ja też.
Byliśmy jeszcze na krótkim spacerze obok gminy, bo chciałam zobaczyć mural. Albo powstał niedawno, albo ja go w ogóle wcześniej nie widziałam. W tej części miasta jest jeszcze bardziej zielono i ładniej. Wynajmowaliśmy tam mieszkanie przez trzy lata i mam sentyment do tego miejsca.
Szwagier Pana Męża ma słabość do pikantnego jedzenia i chciał spróbować tureckie przyprawy (lubi gotować) a ja je zachwalam. Więc kupiłam kilka sztuk plus sos z chilli.
Za tydzień w weekend będę w Jeleniej Górze na szkoleniu z tanatokosmetyki. Z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej wiem, że będę się stresowała. Oprócz tego chcemy tam co nieco zwiedzić, bo zaraz obok znajduje się m.in Szklarska Poręba. Teraz przez jakiś czas mnie na blogu nie będzie z wiadomych przyczyn. Potem nadrobię.
Brawo ja! Do listy przeczytanych w tym roku książek, dołączyła „Winna” autora, którego bardzo lubię. Ściślej pisząc, lubię jego thrillery i kryminały. Więc to jest moja piąta pozycja na planowanych piętnaście. Czyli jak na razie – lipa.
Książki Maxa Czornyja kupuję i czytam w ciemno, bo jeszcze żadna nie okazała się nieciekawa. Aż do tej pory… Najpierw może nakreślę o czym opowiada. Komisarz Liza Langer oraz profiler Orest Rembert dochodzą do siebie po ostatnim, tragicznym śledztwie. Niestety spokój nie jest im dany na długo. Makabryczna śmierć ponownie sprowadza ich na miejsce zbrodni. Relacje kolejnych osób niosą nieprawdopodobną wieść, że w Gdańsku pojawiło się Monstrum rodem z horroru. Czy to coś więcej niż plotka? Wiele wskazuje, że tak… Niebawem dochodzi do następnych mordów, a ofiary łączy pewien przerażający szczegół. Najgorszy koszmar właśnie stał się rzeczywistością. Langer i Rembert będą musieli zmierzyć się z czystym złem.
Zainteresowało mnie to, że akcja książki rozgrywa się w moim ulubionym polskim mieście: Gdańsku. Wiele dzieje się w opuszczonej i zniszczonej kamienicy. Tylko z pozoru pustej, bo zamieszkuje ją spora liczba ludzkiego marginesu, która gustuje m.in w narkotykach. Wszystko zaczyna się od pewnego albumu ze zdjęciami, który skrywa przerażające zdjęcia. Potem należy oczywiście ścigać zabójcę a po drodze rozwiązać kilka zagadek, które są z nim związane. I to nie morderstwa okazują się najgorsze, bo na jaw wychodzi, jak okrutne życie miał jeden z bohaterów.
Zaczynając tę książkę, wiedziałam, że jest to jedna z kilku części serii o komisarz Langer i profilerze Rembercie: „Ślepiec”, „Grób” i „Mord”.
Kiedyś nie lubiłam serii. Wolałam nowych bohaterów i kończące się historie. Zmieniłam zdanie, gdy zaczęłam czytać kryminały. Mam w tym momencie 3 ulubione serie i na tym na razie koniec. Do tej wyżej raczej nie wrócę. Chyba, że naprawdę nie będę miała co czytać, ale raczej się na to nie zanosi. Dlaczego nie sięgnę po inne części? Z dwóch powodów. Po pierwsze: nie polubiłam głównej bohaterki, czyli pani komisarz. A ja naprawdę muszę czuć sympatię do bohaterów. Zauważyłam, że w większości kryminałów, panie policjantki z wydziałów zabójstw są złośliwe, pozbawione poczucia humoru, sztywne i cyniczne. To one najczęściej wbijają szpilę swoim współpracownikom, czy partnerom. Ci natomiast nadrabiają czarnym humorem, uśmiechem czy cierpliwością. Po prostu ich da się lubić. Podobny charakter ma komisarz Katy z serii Mastertona, więc też za nią nie przepadam, ale tam za to fabuła nadrabia. Nie wiem, czy w prawdziwym życiu te kobiety pracujące w takim zawodzie też się tak zachowują…
Po drugie: właśnie fabuła, cała akcja mnie zawiodła. Zaczęło się ciekawie a skończyło… Właściwie sama nie wiem, jak to określić. W pewnym momencie było to dla mnie za bardzo poplątane, jakby wszystkie tropy, zagadki, akcję i rozmowy wrzucić do jednego gara i wylać na papier. Momentami nie wiedziałam o czym czytam. Może dlatego tak opornie szło mi pochłanianie tej pozycji, mimo że nie jest gruba?