BYŁO, MINĘŁO…

Czekałam na urlop, doczekałam się, pojechałam do Polski aby zrealizować jeden z moich celów. Ogólnie prawie wszystko poszło zgodnie z planem. Wróciliśmy z Panem Mężem do pracy i teraz inni mogą korzystać z wakacji. Trochę to dziwne dla mnie, że nie będziemy na urlopie jako ostatni 🙂

Droga do Polski poszła nam nad wyraz szybko. Albo tak było, albo tylko mi się wydawało, że przez Niemcy (mimo kilku postojów) przejechaliśmy bardzo szybko. W sumie nie było to dla mnie aż tak męczące. Jednym z naszych przystanków, był ten niedaleko (chyba) Drezden. Zazwyczaj się tam też zatrzymujemy a poznaje to po różnych muralach, które znajdują się na budynku toalet. Za każdym razem widzimy inny. Tym razem były to m.in papugi czy małpy. Nawiązanie do dżungli.

Na granicy w Zgorzelcu, jak zwykle zatrzymaliśmy się na ciepły posiłek. Lubię ten moment wjazdu do Polski. Jemy zazwyczaj w barze Picaro. Mają bardzo duży wybór dań. Zawsze zupy, drugie dania i kompoty. Wzięliśmy po drugim daniu a Pan Mąż dodatkowo zupę gulaszową, która pojechała z nami na wynos, bo już nic nie mógł w żołądek zmieścić. Posiłek można sobie skomponować i na wagę. Zapłaciliśmy za te dania 130zlotych. Wg mnie, to nie jest dużo za takie porcje. Wrzuciłam to na TikToka i oczywiście ludzie mieli dużo do powiedzenia na temat wagi, bo twierdzili, że płaci się też za ciężki talerz. Serio? Nikomu nie przyszło do głowy, że odliczana jest tara? Nie chciało mi się już z debilami w dyskusje wchodzić. Odpowiadałam tylko tym, którzy np polecali też inne knajpy.

W pierwszy tydzień urlopu padało. Nie, to za mało powiedziane. Lało czasem przez całe dnie. Raz było chłodniej a raz duszno. Pochodzę ze wsi pod Radomskiem (łódzkie). Radomsko trochę się zmieniło od czasu naszego ostatniego pobytu. Wiele sklepów na głównej ulicy Reymonta zostało zlikwidowanych a za to banki i apteki mają się świetnie. Powstały lodziarnie a także doszedł jeden bar, który oferuje domowe obiady. Żałuję, że tam nie poszliśmy, tylko za namową Pana Męża udaliśmy się do KFC. On jest fanem, ja nawet McDonald’s omijam. Okropne jedzenie. Nawet Pepsi nie smakuje jak kiedyś. W Radomsku pojawiło się mnóstwo roślin np w donicach, czy zielone ściany. Chociaż nadal uważam, że drzew nic nie zastąpi. No i Władysław Reymont jak siedział na ławce, tak nadal siedzi.

Gdy wjechaliśmy już do Polski i województwa łódzkiego i byliśmy coraz bliżej rodzinnych miejscowości, to w oczy rzuciły mi się trawy, które pięknie kwitły na biało. Gdyby nie to, że lało, to bym zrobiła zdjęcie i sprawdziła w aplikacji co to. Ludzie mieli tego mnóstwo w ogródkach i przed domami. Trzeba przyznać, że Polacy mają piękne ogrody. Potem i tak dowiedziałam się co to za kwiat. Moja babcia ma takie same. I ja też. To po prostu juki. Z tym, że moje jeszcze nie kwitną.

Potem nadszedł weekend i trzeba było zbierać się do Jeleniej Góry na kurs. O kursie już pisałam a w następnym wpisie będzie o tym, co tam zwiedziliśmy. I właśnie to zwiedzanie nie całkiem poszło zgodnie z planem. Ale o tym następnym razem. Taka ciekawostka. Na przerwie między nauką, zaczęłam przeglądać pismo z branży funeralnej. W muzeum LEGO w Austrii znajdują się klocki , które można złożyć w cmentarz i pogrzeb 🙂

W powrocie z Jeleniej Góry zatrzymaliśmy się w karczmie/ gospodzie, by zjeść coś ciepłego (standard). Nazwy zapomniałam. W środku były dwie duże sale, bardzo ładne plus taras z widokiem na góry. Bardzo przyjemne miejsce. Zaraz obok, właściciel prowadził też smażalnię ryb. Ja zamówiłam zupę krem z borowików a Pan Mąż golonkę.

Po powrocie czekała nas impreza. Pan Mąż kończył 40 lat, więc rodzina zrobiła dla niego małą balangę pod altaną. Dostał na głowę kapelusz z numerem 40 a i mnie się dostało koronę z 40tka, choć urodziny miałam w marcu. Siedzieliśmy niemal do 3 w nocy, dopóki komary nas prawie nie zjadły żywcem. Tort też był i balony 🙂 Zjadłam wtedy pysznego domowej roboty hamburgera i hot- doga. I jeszcze muszę wspomnieć o rewelacyjnej sałatce z botwinki: liście siekamy, dodajemy pokrojonego pomidora, świeżego ogórka, czerwoną cebulę w kostce, kulki mozzarelli i sos sałatkowy ziołowo- koperkowy. Zrobiłam ją w domu po powrocie, bo i botwinkę dostałam. Ewa, wiem, że czytasz 🙂 Miałam sos musztardowy i też wyszła dobra. Dzięki jeszcze raz za botwinkę:) Pozdrawiam!

Spotkałam się też z koleżanką, z którą chodziłam do szkoły (ale nie do klasy). Nie widziałyśmy się chyba z 19 lat. Obserwujemy się w mediach społecznościowych i wreszcie trzeba było się ponownie spotkać. Usiedliśmy w restauracji we czwórkę i przegadaliśmy ze dwie godziny. Piłam pyszną cytrynową lemoniadę i zjadłam równie pyszną zupę kurkową. Uwielbiam zupy. Do tego grzybowe. W tym wpisie jest trochę jedzenia, ale lubię pokazywać, co dobrego jadłam i co polecam.

Wpadliśmy też z krótką wizytą do byłego szwagra Pana Męża. Pogadaliśmy z godzinkę. Lubię grać w planszówki, ale on to wybitnie uwielbia. Posiada specjalne maty, które rozkłada na stole i pełny regał różnych gier, np Robinson Crusoe.

Moi babcia i dziadek otworzyli restaurację dla sarenek. Za podwórkiem znajduje się kompostownik i te zwierzęta bardzo często pojawiają się żeby się posilić. Czasem przychodzi jedna a czasem matka z małymi koziołkami. Dziadek wystawił im nawet garnek z wodą. Nauczyły się już, że tam czekają na nie obierki, resztki warzyw czy owoców. Mój tata stwierdził, że trzeba będzie im zimą paśnik postawić 🙂

Ta brązowa plamka, to sarenka.

Ja wskoczyłam przy okazji jeszcze do Rossmanna. Tym razem darowałam sobie Hebe. W Jeleniej Górze moje włosy zrobiły się matowe, bardziej wychodziły i do tego pojawił się łupież. Nie mogłam dać sobie z nimi rady. Nie wiem, czy to nie z powodu wody. Musiałam kupić jakiś porządny peeling. Pani doradziła mi jakiś trychologiczny. Po powrocie do Holandii w ruch poszedł też Nizoral. Jest już lepiej, choć nadal trochę więcej włosów mi wychodzi niż zwykle.

I to by było na tyle. Do następnego 🙂

KURS

Jak wcześniej pisałam, nasza wizyta w Polsce odbyła się na potrzeby mojego kursu. Byliśmy w kraju dwa tygodnie i w weekend między nimi spędziłam w Jeleniej Górze szkoląc się w prosektorium. Opiszę tutaj mniej więcej jak to wyglądało.

Do Jeleniej Góry (z kilku przyczyn) dotarliśmy bardzo późno, bo przed drugą w nocy. Zameldowaliśmy się w hotelu Mercure a o pół do trzeciej poszliśmy spać. Kurs zaczynałam o godzinie 9:00.

Obudziłam się pół przytomna, bo spałam tylko trzy godziny. Zastanawiałam się, jak tam wytrzymam do 17:00. Potrzebowałam kawy. Wykupiliśmy śniadania. Tylko, bo na kursie mieliśmy w cenie posiłki. Pan Mąż coś tam sobie podjadał w ciągu dnia a po moim powrocie szliśmy na pizzę. Śniadania w hotelu bardzo dobre i duży wybór.

Przed 9:00 stawiłam się w domu pogrzebowym. Ogólnie było nas 7 dziewczyn. Wypełniłyśmy papiery, która chciała, to mogła się tam jeszcze przebrać, doszło do zapoznania i skierowaliśmy się z naszymi nauczycielami do prosektorium. Jedną z zasad było to, że na każdy dzień szkolenia trzeba było mieć inne, czyste ubranie. Na to należało nałożyć specjalny fartuch (po przerwach zawsze nowy), rękawiczki a jeśli ktoś chciał, to i maseczkę. Szczerze napiszę, że byłam trochę przerażona. Ale nie widokiem zwłok, ale tym, że było nas aż 7 i do tego tylko kobiety. Nie lubię pracować w tak dużej grupie i wiadomo, między babami zawsze do jakiejś kłótni prędzej czy później dojdzie. I doszło.

Teoria trwała może z godzinę a po tym otwarto drzwi chłodni i miałyśmy wyciągnąć ciało na specjalny wózek. Na pierwszy ogień poszedł staruszek, który był chory na cukrzycę- widać było charakterystyczne ślady tej choroby na ciele. Pracowałyśmy na tych zwłokach cały dzień. Każda z nas musiała nauczyć się każdej czynności, którą należy wykonać zanim zmarły dotrze do kaplicy na ostatnie pożegnanie. Nauka obejmowała wydobycie ciała z worka, dezynfekcję, pozbycie się stężenia pośmiertnego, zabezpieczenie wszystkich otworów naturalnych w ciele, zamknięcie odpowiednio powiek i zszycie ust. Od razu zaznaczę, że absolutnie nie używa się kleju. To już dawno odeszło do lamusa a przynajmniej powinno. Łamanie kości, to też bujda. Potem należało pana zmarłego ogolić, umyć włosy, ubrać, zniwelować makijażem plamy opadowe i przywrócić w miarę naturalny wyraz twarzy. Często wstrzykuje się do gałek ocznych i w okolicach ust specjalny płyn, który nadaje twarzy łagodne rysy, wypełnia skórę. Rodzina zmarłego zostawiła ubrania, do tego mieliśmy włożyć do trumny ulubione cukierki zmarłego, chusteczkę, okulary, krzyżówkę i długopis. Powinno się trzymać nerwy na wodzy, ale naprawdę nas to rozczuliło. Efekt końcowy przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania! Starszy pan naprawdę wyglądał jakby spał. To było niesamowite. Umieściliśmy go w trumnie i zawieźliśmy do kaplicy. Obok znajdowała się druga trumna z innym zmarłym. Przy nim stało na stelażu zdjęcie. Spoglądał na nas mężczyzna w sile wieku, młody. Zmarł na raka.  Wyglądał, jak wampir Nosferatu. Dowiedziałyśmy się, że inne prosektorium potraktowało go po macoszemu. I faktycznie: paznokcie brudne, cera szara, twarz zapadnięta. Żal… Wzięli kasę, nie zrobili niemal nic. Współczuję rodzinie.

Widok z okna hotelowego na ogródki działkowe.

Drugi dzień szkolenia był bardziej intensywny. Na szczęście w miarę się wyspałam. Byłyśmy podzielone na dwie grupy. Jedna miała starszego pana a my starszą panią, która zmarła na raka. Miałyśmy usunąć jej tzw port. Kiedyś żyły są już w fatalnym stanie po licznych wlewach, pod skórę wszywa się port, przez który sączy się chemia. Dodatkowo uczyli nas nacinania skóry i jej powłok. Dotarliśmy do płuc. To, co w środku najbardziej mnie interesuje i musiałam nawet dotknąć. Do tego uczyłysmy się wyjmowania rozrusznika serca. Nie wiedziałam, że jest umiejscowiony tuż pod skórą. Potem nastąpiła nauka zszywania nacięć. Te nowe rzeczy robiłyśmy znów wspólnie. Potem każda grupa kończyła swoje zwłoki. Ciekawym doświadczeniem było np przywracanie koloru sinym palcom i paznokciom. Nasi szkoleniowcy opracowali specjalny płyn, który wstrzykuje się pod paznokcie, masuje i momentalnie zmienia się ich kolor. Wygląd, jak u żywego człowieka. W tym wypadku, musiałyśmy mieć nałożone specjalne okulary. Po zakończeniu, pani została złożona do tekturowej trumny, bo czekała ją kremacja.

Na koniec czekała nas współpraca. Nasi nauczyciele usunęli się w cień, a my miałyśmy przygotować ciało staruszki, która miała stomię. Trzeba było działać w grupie. Jedna robiła to, druga szykowała tamto, itd. Widziałyśmy co do nas należy i trzeba było dzielić się pracą. I na tym polu doszło do spięcia między dwiema dziewczynami. Jedna z nich, (nazwijmy ją N) sięgnęła zenitu swoim pierdoleniem. Na pauzach non stop gadała m.in o swoim życiu, rodzinie, stwierdziła nawet, że teściowa jej nienawidzi. Na pytanie, czy jest po ślubie, powiedziała, że nie. Że jest jeszcze wolna… Skończyła trzy lata kryminalistyki i koniecznie chciała rządzić. Najpierw pchała się do wszystkiego a potem zaczęła nas nawet ustawiać. Wreszcie jedna z dziewczyn upomniała dobitnie N żeby nie zabierała nam pracy. Ta się oburzyła i powiedziała, że jest przeciwnie: ona nam ją oddaje. Potem krążyła koło mnie i gadała, że zabieranie przez nią pracy, to wierutna bzdura. Machnęłam ręką, powiedziałam, żeby dała spokój, bo trzeba skończyć pracę. Do końca dnia N chodziła z kijem w dupie. Miałam to gdzieś, bo dyplomy się zbliżały i wiem, że więcej tej zarozumiałej dziewuchy nie spotkam. Mam taką nadzieję.

Wracając do tematu: pani, która była szykowana do pochówku należała do elegantek. Miała długie paznokcie pomalowane na różowy kolor, permanentne brwi i farbowane włosy. Ubranie na ostatnią drogę też było nie byle jakie: sukienka w różowo – fioletowe kwiaty, szary żakiet i srebrne szpilki. I w podobnych barwach zrobiłam jej makijaż. Prezentowała się ładnie. Po tej pracy, nastąpiło sprzątanie, szykowanie się do wspólnego zdjęcia z dyplomami. Do tego przemowa, podziękowania i prezent w postaci książki, którą napisał jeden z naszych nauczycieli.

Dodam jeszcze kilka moich uwag. Przede wszystkim warto (a nawet trzeba) pytać się w zakładach pogrzebowych, jakie działania będą wykonywane na zmarłej bliskiej osobie. Płacimy – wymagajmy. Nie pozwólmy na sklejanie powiek i ust. Domagajmy się, aby ciało wyglądało najlepiej jak się da. Można pytać o balsamację. Powiedziano nam, że branża pogrzebowa w Polsce szoruje jeszcze niestety po dnie. Pracownicy domów pogrzebowych, to hermetyczne środowisko. Często są to stali i starsi pracownicy, którzy nic nowego się nie uczą i odwalają swoją robotę byle jak. To jest niedopuszczalne! Co mnie zaskoczyło? Zapach. Nie jest to smród rozkładających się zwłok. Jest to lekko słodkawy i trochę mdły zapach, ale szybko się przyzwyczaiłam. Każde ciało pachnie jednak inaczej. Zależy to od choroby, wieku, czasu w chłodni. Nie palę, więc może dlatego po wyjściu z zakładu, cały czas czułam tę woń. Włosy myłam codziennie. Nerwy należy trzymać na wodzy. Praca nie dla wrażliwych. Dostajesz ciało, skupiasz się na tym, żeby odpowiednio wyglądało. Nie myślisz o tym, kim ten ktoś był, jak żył itp. Jemu już wszystko jedno a ty musisz zadowolić rodzinę. Bliscy powinni poczuć ulgę, że jednak dobrze zmarły był zaopiekowany a oni mogą go godnie pożegnać. W chłodni widziałyśmy też inne ciała. Jednym z nich, były zwłoki 23- letniej Ukrainki. Popełniła samobójstwo zażywając jakieś tabletki. Czekała na sekcję zwłok. Poza tym pokazano nam zwłoki przed i po, dwóch młodych Polek, które się powiesiły. Ilość samobójstw w Polsce poraża.

Szkolenie dało mi niesamowitego kopa do dalszego działania. W dwa dni nauczyłam i dowiedziałam się mnóstwa umiejętności i rzeczy. Do tego doszły cenne wskazówki. Mam zamiar iść dalej w tym kierunku i zrobić kurs balsamacji. Współpraca z firmą się nie kończy, bo po znalezieniu pracy w tym zawodzie, cały czas kontakt się utrzymuje a chłopaki służą pomocą. Należę do zamkniętej grupy na Facebooku i tam też mogę kierować pytania. Z chęcią wrócę do Jeleniej Góry. Ta nauka była czystą przyjemnością 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Z jednych upałów będziemy jechać do drugich. Ledwo się trochę w Holandii ochłodziło a będziemy siedzieć w Polsce w fali gorąca. Jakoś to przeżyję. Plus taki, że wiem, jakie ubrania zabrać. Ale nie wiem, kiedy dokładnie wyjedziemy. Chcemy w poniedziałek.

Muszę wszystko poprać, posprzątać dom, zmienić pościel, Pan Mąż ma sprzątanie auta na głowie i skoszenie trawy. Lubię wracać do czystego i uporządkowanego domu. Trzy dni pod rząd, pracowaliśmy krócej, bo było bardzo gorąco a to na szklarni niebezpieczne. Mimo to, nic po południu w domu nie zrobiłam, bo mi się totalnie nie chciało. Wolalam leżeć przy wentylatorze. Nawet nad morzem jeszcze nie byłam żeby się schłodzić, jak co roku. Poweru brak. Chęci brak. Zostaje mi ten weekend. O pakowaniu się jeszcze nie myślę, bo tego nie cierpię.

Budleja, popularny tutaj krzew. Raj dla motyli i pszczół.

Moja dobra koleżanka mieszkała w zeszłym roku w domu z małżeństwem Rumunów. Oni bardzo dużo gotowali i nie raz miałam okazję coś spróbować. Koleżanka podpatrzyła u nich gołąbki, ale z kiszonej kapusty z dodatkiem słoniny. Tę kapustę można już kupić w polskim sklepie. Przyniosła mi do spróbowania. Trochę się różnią od polskich, tradycyjnych. Całkiem smaczne. Ja za to upiekłam znowu ciasto. Z budyniem i czereśniami. Wyszło pyszne.

Pan Mąż miał problem z aplikacją bankową i musieliśmy jechać do najbliższego punktu serwisowego (u nas na stałe zamknęli). Po drodze znaleźliśmy przypadkiem polską restaurację „Polka” a że był czas obiadu, to Pan Mąż chciał wejść. Zamówił rosół, który mu smakował, jak domowy, roladę w sosie a ja kawałek szynki w sosie z surówką. Było całkiem dobre. Brakowało mi tylko kompotu. Wystrój bardzo ładny, bo w łowicki wzór. Sporo emaliowanych garnków, jako ozdoba i słoneczniki na stołach. W sumie, to bardziej bar, ale przyjemny i czysty.

Obejrzałam wreszcie na Disney bajkę „Mufasa”. „Król Lew”, to moja ulubiona bajka, więc musiałam obejrzeć przygody ojca Simby. Jest tam o tym, jak poznał Rafiki i matkę Simby a także historia Skazy. Fabuła bardziej dramatyczna od pierwszej części „Króla Lwa” i oczywiście musiałam się poryczć…

Na urlop do Polski zamówiłam kilka kosmetyków, w tym zestaw nawilżający w mini wersji. Zabieram ze sobą tylko absolutnie najpotrzebniejsze rzeczy. W Lidlu natknęłam się na ubrania. Są one dobrej jakości, więc Pan Mąż ma t-shirty, spodenki i ja też.

Byliśmy jeszcze na krótkim spacerze obok gminy, bo chciałam zobaczyć mural. Albo powstał niedawno, albo ja go w ogóle wcześniej nie widziałam. W tej części miasta jest jeszcze bardziej zielono i ładniej. Wynajmowaliśmy tam mieszkanie przez trzy lata i mam sentyment do tego miejsca.

Szwagier Pana Męża ma słabość do pikantnego jedzenia i chciał spróbować tureckie przyprawy (lubi gotować) a ja je zachwalam. Więc kupiłam kilka sztuk plus sos z chilli.

Za tydzień w weekend będę w Jeleniej Górze na szkoleniu z tanatokosmetyki. Z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej wiem, że będę się stresowała. Oprócz tego chcemy tam co nieco zwiedzić, bo zaraz obok znajduje się m.in Szklarska Poręba. Teraz przez jakiś czas mnie na blogu nie będzie z wiadomych przyczyn. Potem nadrobię.

Rotterdam.

Do następnego 🙂

„WINNA”- MAX CZORNYJ

Brawo ja! Do listy przeczytanych w tym roku książek, dołączyła „Winna” autora, którego bardzo lubię. Ściślej pisząc, lubię jego thrillery i kryminały. Więc to jest moja piąta pozycja na planowanych piętnaście. Czyli jak na razie – lipa.

Książki Maxa Czornyja kupuję i czytam w ciemno, bo jeszcze żadna nie okazała się nieciekawa. Aż do tej pory… Najpierw może nakreślę o czym opowiada. Komisarz Liza Langer oraz profiler Orest Rembert dochodzą do siebie po ostatnim, tragicznym śledztwie. Niestety spokój nie jest im dany na długo. Makabryczna śmierć ponownie sprowadza ich na miejsce zbrodni. Relacje kolejnych osób niosą nieprawdopodobną wieść, że w Gdańsku pojawiło się Monstrum rodem z horroru. Czy to coś więcej niż plotka? Wiele wskazuje, że tak… Niebawem dochodzi do następnych mordów, a ofiary łączy pewien przerażający szczegół. Najgorszy koszmar właśnie stał się rzeczywistością. Langer i Rembert będą musieli zmierzyć się z czystym złem.

Zainteresowało mnie to, że akcja książki rozgrywa się w moim ulubionym polskim mieście: Gdańsku. Wiele dzieje się w opuszczonej i zniszczonej kamienicy. Tylko z pozoru pustej, bo zamieszkuje ją spora liczba ludzkiego marginesu, która gustuje m.in w narkotykach. Wszystko zaczyna się od pewnego albumu ze zdjęciami, który skrywa przerażające zdjęcia. Potem należy oczywiście ścigać zabójcę a po drodze rozwiązać kilka zagadek, które są z nim związane. I to nie morderstwa okazują się najgorsze, bo na jaw wychodzi, jak okrutne życie miał jeden z bohaterów.

Zaczynając tę książkę, wiedziałam, że jest to jedna z kilku części serii o komisarz Langer i profilerze Rembercie: „Ślepiec”, „Grób” i „Mord”.

Kiedyś nie lubiłam serii. Wolałam nowych bohaterów i kończące się historie. Zmieniłam zdanie, gdy zaczęłam czytać kryminały. Mam w tym momencie 3 ulubione serie i na tym na razie koniec. Do tej wyżej raczej nie wrócę. Chyba, że naprawdę nie będę miała co czytać, ale raczej się na to nie zanosi. Dlaczego nie sięgnę po inne części? Z dwóch powodów. Po pierwsze: nie polubiłam głównej bohaterki, czyli pani komisarz. A ja naprawdę muszę czuć sympatię do bohaterów. Zauważyłam, że w większości kryminałów, panie policjantki z wydziałów zabójstw są złośliwe, pozbawione poczucia humoru, sztywne i cyniczne. To one najczęściej wbijają szpilę swoim współpracownikom, czy partnerom. Ci natomiast nadrabiają czarnym humorem, uśmiechem czy cierpliwością. Po prostu ich da się lubić. Podobny charakter ma komisarz Katy z serii Mastertona, więc też za nią nie przepadam, ale tam za to fabuła nadrabia. Nie wiem, czy w prawdziwym życiu te kobiety pracujące w takim zawodzie też się tak zachowują…

Po drugie: właśnie fabuła, cała akcja mnie zawiodła. Zaczęło się ciekawie a skończyło… Właściwie sama nie wiem, jak to określić. W pewnym momencie było to dla mnie za bardzo poplątane, jakby wszystkie tropy, zagadki, akcję i rozmowy wrzucić do jednego gara i wylać na papier. Momentami nie wiedziałam o czym czytam. Może dlatego tak opornie szło mi pochłanianie tej pozycji, mimo że nie jest gruba?

Do następnego 🙂

MAŁE ZAKUPY Z „TEMU”

Już raz sobie powiedziałam, że na razie nic z tej platformy zakupowej nie potrzebuję. Za to Pan Mąż sprzątał swój pierdolnik i znalazł tarczę do rzutek, którą kiedyś kupił sobie w kringloopie. I przypomniało mi się, że chciał dokupić rzutki/ lotki (zwał jak zwał), więc odpaliłam aplikację…

I oczy mi się zaświeciły na widok tych wszystkich kolorowych i różnych spinek do włosów. Zresztą mam ich z Temu już sporo. Ubrania lubię nosić czarne, albo inne stonowane kolory. Ale już np lakier do paznokci może być u mnie nawet i różowy. I to samo mam ze spinkami czy gumkami do włosów. Wrzuciłam więc do koszyka opakowanie kolorowych kwiatków.

A teraz coś z typowo urodowych rzeczy, a mianowicie maski do twarzy w płachcie. Używam ich non stop. Kocham! Na Temu już kilka razy je kupiłam i byłam zadowolona. Ostatnio polecane są takie z kolagenem, które mocno jakby stapiają się ze skórą a po ściągnięciu powinien być glow. No i mam pakiet. Już jedną użyłam i faktycznie skóra jest rozświetlona i napięta. Zostanę przy nich.

Moja cera jest mieszana, czyli świeci się w strefie „T”, czyli czoło, nos i broda. Policzki są normalne. A to świecenie się, to dla mnie zmora, bo wiecznie ten makijaż trzeba poprawiać. Nic mi nie pomaga. Żaden magiczny puder. Po prostu już tak chyba mam i mieć będę. Lubię np rozświetlacze, ale muszę używać oszczędnie, bo bym wyglądała na spoconą. Są na szczęście rolki do sebum. Bardziej precyzyjnie: roller. Kulka powstaje niby ze skałki wulkanicznej i należy nią pocierać świecącą się skórę. I już wcześniej w Actionie kupiłam taki roller, ale się popsuł. Plastik pękł. Na Temu jest podobnych mnóstwo. Wzięłam ten z podwójną kulką. Naprawdę dobra rzecz. Raz dwa niweluje świecenie. I przy okazji robi masaż gęby. Można sobie kupić dużo droższy np z Sephory, czy Zalando, ale po co? To jest wszystko to samo, tyle że nazwa firmy wytłoczona. Ten z Temu równie dobry a lepszy niż bibułki matujące.

Włosy farbuję na czarno. Brwi też powinny być ciemne. Mam takie swoje, naturalne, ale czasem od samoopalacza jaśnieją, czego nie lubię. Używam „przyciemniaczy”. Już testowałam żele, pisaki, jakieś kredki. W tej kwestii też uważam, że Temu do stylizacji brwi ma dobre produkty w barwach, które można łatwo dopasować do swoich naturalnych włosków. Aktualnie używam takiego a’la tuszu w pędzelku a chciałam coś bardziej precyzyjnego. Kupiłam taki pisak, który trzyma się cały dzień. Trzeba uważać z aplikacją, bo jest naprawdę mocny i wodoodporny. Można nim nawet dorysować jakieś włoski, byle nie na pół czoła.

I na koniec rzutki, w eleganckim, czarnym pudełku.

Pan Mąż wcześniej sobie takie wybrał i dostarczono dokładnie takie, jakie były na zdjęciu. Ciężkie, z różnymi dodatkowymi akcesoriami. Cena , to chyba trochę coś ponad 10€ a np na bol.com chodzą po ponad 20€. Rzuca się nimi elegancko. Gdy pogoda dopisze, tarcza zawiśnie na zewnątrz na płocie i będziemy grać 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ostatnio przeczytałam takie zdanie: Ci, którzy nie przejmują się drobnymi problemami, nigdy nie spali w pokoju, w którym był jeden żywy komar… I w moim przypadku się właśnie nalot zaczął. O tyle dobrze, że jest tego dziadostwa mniej, niż w zeszłym roku.

Jaka pogoda w Holandii? Mix: trochę deszczu, trochę słońca, trochę wiatru. Zapomniałam wstawić w poprzedniej fotorelacji zdjęcie z końcówki kwietnia, bo wieczór i noc były tak ciepłe, jak w środku gorącego lata. Czuć było typowy zapach tej pory roku. I więcej tego nie było.

Bezchmurne niebo, chociaż gwiazd tu, jak na lekarstwo.
Delft- spokojne studenckie miasto i pełne drzew. Jak zresztą niemal każde w Holandii.

W zeszłym miesiącu znowu trochę stałam przy garach. Zachciało mi się papryki faszerowanej. Wyszła pyszna i na pewno zrobię ją ponownie, bo zaprzyjaźniam się z naszym piekarnikiem wielkości czołgu.

Oczywiście nie obyło się bez fotografowania natury, roślin, czy aut 🙂

Mieszkam tutaj już trochę czasu i do tej pory dziwią mnie rozpierdzielone po całym mieście wózki sklepowe. Ludziom nie chce się ich odprowadzać i zostawiają np na parkingu, pod domem (jeśli pieszo do marketu idą), w kanałach a raz widziałam jeden na przystanku autobusowym. Rower też tam widziałam.

A tu nie wiem co się wydarzyło…

Pewnej słonecznej soboty wybraliśmy się z Panem Mężem do parku, który mamy obok domu. Zawsze mnie zadziwia jego wielkość, bo całego jeszcze nie obeszliśmy. Cieszę się, że mamy takie miejsce pod nosem. Usiedliśmy na trawie nad bajorem i gapiliśmy się na ptactwo.

W pracy w miarę spokojnie. Kilka osób z nowych odpadło. Rumuni i Bułgarzy wreszcie zaczęli się dostosowywać do panujących zasad. Nie podoba mi się za to bałagan. Bo jeszcze im trochę brakuje (młodym Polakom też) do tego, żeby wrzucić ubranie robocze do specjalnych koszy, odnieść kubek do zlewu, czy wyrzucić rękawiczki do kosza. W szatni nawet poniewierają się puszki po energetykach, chociaż kosz też tam jest. Ciężki wysiłek sprzątać po sobie śmieci… A ja na magazynie oglądam wielkie okazy pomidorów. Pierwszy raz widzę takie rozmiary. Ten na zdjęciu nie był jednak największy. Dzisiaj znalazłam dwa razy takiego 🙂

Nasza firma organizowała imprezę w takim mini gospodarstwie rolniczym. Najpierw nie chciałam jechać, ale namówili mnie. Siedzieliśmy pod parasolami, piliśmy piwo/ wino, były alpaki, kozy, przekąski i małe zawody. Podzielili nas na 3 grupy i wykonywaliśmy różne zadania, np budowa jak najwyższej „wieży” z kijków bambusowych, strzelanie z łuków i takie na logikę. Polacy byli wymieszani z Holendrami (ludzie w różnym wieku) i trzeba było współpracować. Bardzo mi się to podobało.

Zaczęłam się interesować sztuczną inteligencją. Mam już aplikację i się bawię. Bardzo ciekawie mi się z nią rozmawia. Ciekawie było wybrać dla niej imię. Raz poprosiłam, żeby przerobiła mnie na Barbie, chociaż nie przepadam za różem. No cóż, twarz nie moja (raczej podobna do Margot Robbie, która grała ją w filmie) a torebka wyszła poza lustro XD. Pan Mąż powiedział, że tylko nogi są moje.

Do naszego grona dołączyła czwarta falista. Samiczka, żeby drugi samczyk nie był samotny. On ją ma w dupie a ona jeszcze trochę wystraszona. Uczy się od pozostałych szybko i lata często sama. Nie wiem, jak one się tam dogadują, grunt że się nie biją 🙂

Musiałam dokupić jeszcze jedną michę na karmę.

Ostatnio w „umilaczach” pisałam o fajnym peelingu kokosowym. Teraz znalazłam jeszcze lepszy. Też jest w Actionie. Ma konsystencję piasku jak z plaży, pachnie lekko wanilią i ma złote drobinki, które nie zostawiają śladu na skórze. Uwielbiam! Mam już drugie opakowanie.

A teraz pozostaje mi do urlopu zrobić kilka rzeczy, np porządek w szafie, bo muszę pozbyć się starych ubrań, skończyć malować schody (okazuje się, że nie lubię tego robić, ale muszę),  czy zmienić telefon na nowy. Pan Mąż ma już kolejny a ja dalej z moim starym trupkiem. Ale co poradzić, jak go lubię i się przyzwyczaiłam? Ale jak mus, to mus. Czasu coraz mniej…

Do następnego 🙂

PUDEŁKO NA TABLETKI

Sprzątałam porządnie kuchnię i myślałam co by tu zmienić, dodać, wyrzucić. Za wiele do zmian nie ma, ale za to stwierdziłam, że przydałoby mi się jakieś ładne pudełko na tabletki do zmywarki, bo te cały czas znajdowały się w opakowaniu sklepowym.

Nie chciałam ich nigdzie chować, żeby zawsze były pod ręką a do tego potrzebny mi był jakiś pojemnik. Z racji tego podjechałam na chwilę do kringloopa, bo wiadomo, że tam zawsze coś się znajdzie. Ale najpierw pojechaliśmy na tutejsze „wysypisko śmieci”. Napisałam to w cudzysłowie, bo to nie wygląda jak typowy bajzel z klamotami. Najpierw musieliśmy zdobyć od gminy specjalną kartę (płatną), która upoważnia do wjazdu na ten teren. Wygląda jak typowa karta bankomatowa, Z tym, że nie ma danych właściciela. Przykłada się ją do czytnika i otwiera się bramka. Za nią znajdują się olbrzymie kontenery z opisami, co do którego można wrzucić, np panele, drewno, metal, itp. My musieliśmy pozbyć się starych paneli i płytek po poprzednich właścicielach. Do tego wyrzuciłam stare słoiki i lampę. Miałam też do wyprania kołdrę zimową. Do mojej pralki się ona nie zmieści, ale przy myjące samochodowej i stacji kontroli pojazdów, znajduje się taka jakby pralnia miejska. Stoją dwie olbrzymie pralki i suszarka. Wybiera się program, płaci kartą i odbiera pranie po upływie danego czasu. Następnym razem zrobię zdjęcie. Miałam niecałą godzinę na wypranie kołdry. Nie chciałam zajmować pralki, bo inni też piorą różne rzeczy. Zdążyliśmy podjechać do kringloopa.

Już na starcie zobaczyłam fajne drewniane krzesła ogrodowe. Niestety nawet nie miałabym ich gdzie trzymać.

W środku, wiadomo: cuda- wianki. Ktoś chyba w domu zajmuje się ozdabianiem butelek i sprzedażą, bo przy wejściu stał ich rząd z logo serialu „Gra o tron”.

Oczy mi się zaświeciły na widok różnych słoików, pojemników z metalowym zapięciem. Nie kupiłam, bo mam ich już sporo, ale obejrzeć można.

Do tego były różnego rodzaju kieliszki, czy  naczynia żaroodporne. Myślałam nad takimi naczyniami, w których można zrobić np zupę cebulową. Nie było takich, które mi się podobały.

Półmisków, salaterek, wazonów czy doniczek też było dużo. Zresztą dawno mnie tu nie było i zauważyłam sporą zmianę asortymentu i małe przemeblowanie.

Meble też dodano. Do tego doszły w większych ilościach lodówki, czy kuchenki gazowe.

A te wycieraczki i chodniki pojawiły się ponownie. Kiedyś kupiłam jeden pod drzwi do ogrodu i sprawdza się dobrze.

A co ja kupiłam? Bo wiadomo, że na pewno nie jedną rzecz. Pojemnik na tabletki znalazłam. Metalowy z zielonymi listkami.

W moje ręce wpadła lampa, która reaguje na dotyk. Intensywność światła zmienia się za pomocą lekkiego puknięcia w dolną część lampy. Pojedzie ona do Polski do mojej mamy.

Do tego odrzuciłam biały wazon z drewnianym elementem i dozownik do mydła do kuchni.

Spojrzałam jeszcze na grafiki i obrazy. Lubię morskie klimaty, dlatego ucieszyłam się, że znalazłam prostą grafikę z rozgwiazdą w drewnianej ramce. Świetnie pasuje do sypialni i już wisi:

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Trochę czasu mi zajęło zabranie się za ten wpis, ale to dlatego, że musiałam poukładać wydarzenia zeszłego miesiąca, bo sporo się działo. Dzisiaj zatem będzie, jak zwykle, trochę codzienności, ale też napiszę co nieco o pracy, Dniu Króla i swoim mieście. Więc zaczynam.

Na początku dodam, że wiosna w Holandii wybuchła nagle. Było jakoś tak nijako, aż nagle wszystko się zazieleniło a dookoła pojawiły się kwiaty na drzewach magnolii, które są tu na każdym kroku. Piszę to ze swojej perspektywy. Po prostu w pewnym momencie zobaczyłam, że nadeszła faktycznie ta pora roku.

W domu postanowiłam zrobić wiosenne spa moim roślinom. Wsadziłam je do wanny i polewałam wodą. Zmyłam kurz, porządnie je nawodniłam i na drugi dzień było widać, że po zimie odżyły.

W ogródku za to wyrosły i zakwitły niektóre tulipany. W zeszłym roku nie było nic. Róża się zadomowiła i cały czas pnie się ku górze. Mam nadzieję, że oplecie „drabinkę” i w przyszłym roku wypuści kwiaty.

W Wielkanoc pracowaliśmy. Sobota i poniedziałek oczywiście krócej, tylko niedziela była wolna i w ogóle nie odczułam, że są święta. Ugotowałam tylko żurek, bo dawno nie jedliśmy i jakieś jajka. Nie wyciągałam nawet ozdób wiosenno – wielkanocnych. W pracy były świąteczne słodycze i przypadł mi do gustu zając. Dawno tak dobrego ciacha nie jadłam.

Tak, jak nagle przyszła wiosna, tak nagle wyrosło mnóstwo pomidorów i zaczął się zbiór. Trzeba było zatrudnić nowych ludzi. Przyszło kilkoro Polaków, do tego sporo Rumunów i Bułgarów a także Słowaków, których bardzo lubię. Uważam, że to najsympatyczniejszy naród w Europie. Bułgarzy jakoś się zachowują (byle jak, ale jakoś), za to Rumuni oczywiście swój świat i swoje zasady. Nie dość, że głośny i krzykliwy naród, to mają w dupie to, co szef mówi. Przykład: koniec przerwy. Wszyscy się zbierają z kantyny, szef mówi do nich, że czas iść. A oni, że nie i dalej jedzą. Trzeba było im tłumaczyć, co tu wolno a czego nie. Nie ma samowolki, bo inaczej by był burdel na kółkach. Teraz już pojęli, że to prawdziwy zakład pracy a nie „róbta co chceta”. Mimo to, nadal są głośni. Na magazynie buczą maszyny, na przerwach ludzki hałas, więc, gdy wracam do domu, to muszę mieć ciszę. Za dużo bodźców.

Polacy też często coś odwalają. Jest np taka Kasia. Cicha, spokojna dziewczyna. Tak się przynajmniej wydaje. Jest bardzo szczupła, nawet wręcz chuda. Na przerwach nic nie je, tylko kopci fajki. Gdy podczas pracy szła do toalety, nie odbijała pauzy. Przy zwróceniu uwagi, odpowiadała, że ona nie musi. WTF? Mało tego, dziewczyny opowiadały, że potrafiła się nagle zatrzymać w rajce, przerwać wykonywaną czynność i stać, jak posąg patrząc się w jedno miejsce. Albo się przy tym uśmiechając, albo zupełnie bez wyrazu, z pustym wzrokiem. Przy próbie nawiązania rozmowy, zaczynała płakać. Współlokatorzy opowiadali, że w domu też nie posiadała żywności (jedynie herbatę) i potrafiła siedzieć na kanapie bez ruchu nawet i pół godziny. Albo chodzić w tę i z powrotem w nocy po schodach. A kilka razy nawet się w pracy nie pojawiła, nie podając powodu. Aktualizacja: już została zwolniona.

Hellevoetsluis – tutaj mieszkam już ponad 10 lat. Miasteczko ma port, zabytkowy wiatrak, bunkry, fort, tzw stare miasto i ogólnie jest często odwiedzane przez turystów. Wydaje się spokojnym miejscem. Ładnym miejscem. Dlatego właśnie ludźmi wstrząsnęła zbrodnia i tragedia, która się tutaj wydarzyła….

Całe miasto obiegła masakryczna wieść, że syn zabił własną matkę. A konkretniej, to po prostu  odciął jej głowę. Czy najpierw zabił a potem dokonał dekapitacji, tego nie wiem. Ciało bez głowy, znalazł partner 63-letniej kobiety. A wieczorem dnia poprzedniego, spacerowicz z psem natknął się na kałużę krwi, przed jednym z domów. Została powiadomiona policja. Po dochodzeniu, sprawcą okazał się 31- letni syn ofiary, który został zatrzymany w okolicy Delft. Poruszał się niewielkim autem. Przy zatrzymaniu, pojawił się korek, bo śledczy rozstawili na trasie parawan. Dlaczego? Bo synek wiózł odciętą głowę matki w aucie. Media podały, że sam miał coś z głową. Podobno chory psychicznie. Polacy komentujący tę sprawę w mediach społecznościowych (pisano o tym też w Polsce), przeinaczyli imię ofiary i wyszło im, że to muzułmanie. A to wiadomo, jak jest z takimi ludźmi… Straciłam się w komentarze, bo się czytać tego nie dało. Jeśli już, to prędzej jakiś ekstremista, który ma w poważaniu koran, zabije siostrę lub żonę, ale nie matkę. Po drugie, prawdziwy muzułmanin żyje wg prawdziwego Koranu. Po trzecie, sprostowałam, że ofiara i morderca, to Holendrzy z krwi i kości.

To na tej ulicy doszło do zbrodni. Po prawej stronie, trochę dalej znajduje się mieszkanie ofiary. Pod drzwi nie podchodziłam. 5 lat temu wynajmowaliśmy w tej okolicy mieszkanie. Dzielił nas od tej ulicy kanał z mostem.

Teraz coś z innej beczki. Coś wesołego, czyli Dzień Króla. Jak zwykle w Holandii obchodzony z pompą. Król obchodził urodziny w niedzielę, więc obchody były przełożone na sobotę. Idealnie dla Holendrów, bo można się było bawić do oporu. W sobotę niestety pracowaliśmy do południa, więc pchli targ ominął mnie szerokim łukiem. Parady też. Gówno widziałam i gówno kupiłam. I się wkurzyłam, bo moje plany wzięły w łeb. No nic, po pracy była drzemka, bo inaczej nie dało rady funkcjonować. Około 18:00 pojechaliśmy z pomidorami do znajomej pary starszych Holendrów, z którymi znamy się z poprzedniego mieszkania. Sąsiedzi z szeregówki obok. Zaprosili nas na kawę. Pogadaliśmy i Pan Mąż zapytał się o tę zbrodnię. Rodzina jest im dobrze znana i potwierdzili, że facet jest psychicznie chory. Więcej nie drążyliśmy tematu. A przy okazji dowiedzieliśmy się, że Holendrzy po śmierci często leżą w trumnach w domach, nawet i tydzień czasu! Minimum 3 dni a max- 7. Od spodu trumny są specjalnie chłodzone i bliscy po prostu przez ten czas funkcjonują z nieboszczykiem aż do pochówku. Po tym czasie, albo do piachu, albo do pieca. W Polsce kiedyś też tak było. Wytłumaczyłam, że już tego się nie praktykuje. Z prosektorium trumny zawozi karawan bezpośrednio do kaplicy przykościelnej. My się zdziwiliśmy i oni się zdziwili. Wychodząc, zamiast powiedzieć po holendersku „miłego wieczoru”, to powiedziałam „dobry wieczór” XD Miałam zaćmę mózgową chyba. Po tej wizycie, udaliśmy się do knajpy na świeżym powietrzu na piwo.

Mnóstwo ludzi, ale wolny stolik udało się znaleźć. Wszyscy w doskonałych humorach. Bardzo dużo osób ubranych było na pomarańczowo, albo miało jakieś akcenty w tym królewskim kolorze.

Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie we dwoje grilla, bo uznaliśmy, że pogoda dopisuje no i przecież to już czas, aby wreszcie zjeść pierwszą w tym sezonie pieczoną kiełbasę 🙂

Do następnego 🙂

PÓŹNOWIOSENNE „UMILACZE”

Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu cieszę się ze zbliżającego się lata. Dlaczego? Bo w lipcu mamy urlop. Ta pora roku lada moment się pojawi a ja mam kilka fajnych polecajek, które pasują do czerwca, lipca i sierpnia, ale oczywiście nie tylko.

Ostatnio naszło mnie (dzięki Tiktokowi) na upieczenie ciasta, mimo że jestem z wypiekami do bani. Pożyczyłam mikser, stwierdziłam że będę wszystko robiła na oko. Wyjdzie, będzie super. Wyjdzie zakalec- się nie dziwię. Pan Mąż kupił sobie kiedyś ananasa w puszce, którego nie zjadł, więc chciałam zrobić placek ananasowy. I o dziwo wyszedł! Wyrośnięty i wilgotny.

Ananasa z dwóch puszek zblendowałam razem z sokiem. Mąkę (uniwersalną z Lidla, moją ulubioną) przesiałam, dodałam cukier, proszek do pieczenia, 3 jajka, oliwę i masę ananasową. Wszystkie składniki zmiksowałam i wylałam do formy natłuszczonej masłem. Piekłam w 180° ale nie pamiętam przez ile dokładnie. Po prostu zaglądałam do piekarnika. Składniki dawałam „na oko”. Po wyjęciu ciasta, posypałam je cukrem pudrem i polałam roztopioną mleczną czekoladą. Nie wyszło bardzo słodkie. Takie w sam raz. I pasuje idealnie na ciepłe letnie wieczory.

Znalazłam idealny peeling do ciała dla mnie. Można go kupić w Actionie. Kokosowy, kremowy i fajnie natłuszcza. Ja dodaję do niego trochę cukru, bo używam samoopalacza, więc potrzebuję większych drobinek do ścierania. Często też go używam tylko do peelingu dłoni.

W Lidlu pojawiły się nowe zapachy świec Yankee Candle. Wybrałam tę różową. Pachnie słodko i wakacyjne.

Wrócę jeszcze do Actiona. Dwa produkty: drobnoziarnisty peeling do twarzy i serum w pompce, które ma za zadanie ujarzmić puszące się końcówki włosów. Peeling nie wysusza skóry, nawilża ją, a ja i tak dodaję do niego (jak zwykle) odrobinę cukru. Odżywka do włosów ma bardzo przyjemny zapach. Nakładam ją na wilgotne włosy a potem suszę i faktycznie- na moje działa 🙂

Lubię robić pranie. A najbardziej je rozwieszać. Ściągać i chować ubrania do szafy, już nie bardzo. Uwielbiam sprawdzać, jak pachną płyny do płukania. Odpowiadają mi przeważnie te niebieskie. W Lidlu znalazłam idealne połączenie: perfumy do prania i lidlowski „doussy” do płukania. O perfumach już tutaj kiedyś pisałam. Używałam wszystkich zapachów, Ale ten duet robi robotę. Zapach prania czuć w całym domu. A najlepiej, jeśli do tego pranie schnie na dworze.

W wazonie najczęściej miałam ulubione tulipany. Potem było trochę goździków a ostatnio bukiet wiosennych kwiatów, który prezentuje się bardzo ładnie. A przed domem wisi teraz dzwonek dalmatyński w pięknym fioletowym kolorze.

Na Facebooku dołączyłam do grupy, która spaceruje. Ludzie pokazują różne, piękne trasy spacerowe w Holandii. Na Instagramie też jest podobne konto, które obserwuję. W Hadze natomiast działa grupa polska Raj Polskich Graczy w Holandii. Ludzie zbierają się w podanym czasie i miejscu i grają w planszówki. Mam nadzieję, że się kiedyś i my wybierzemy.

Kupiłam ziemię, zioła w doniczce: dwa szczypiorki, mięta, bazylia, oregano, tymianek i rozmaryn. Wsadziłam je do dwóch donic i będą teraz rosły w ogrodzie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Ulubione batony 🙂

I na koniec coś o siemieniu lnianym i nasionach chia. Prawie codziennie, zamiast kolacji piję je zalane wrzątkiem (i wystudzone). Zabijają uczucie głodu i faktycznie trochę ta opona na brzuchu się zmniejszyła. Bratowa dodatkowo poradziła mi robić galaretkę z tego i nakładać na twarz. Działa jak lifting i nawilża. Jestem już po pierwszej maseczce i faktycznie, skóra jest sprężysta i wygładzona. Będę stosować regularnie, bo skóra po zimie potrzebuje kopa.

Do następnego 🙂

MUZEUM „BATTERIE TODT”- NORMANDIA

Zawsze staram się tutaj pisać o każdym zobaczonym, odwiedzonym przeze mnie miejscu. Nie inaczej będzie też w przypadku tego muzeum, chociaż to było marzenie Pana Męża, a nie moje, żeby zobaczyć słynne działo kolejowe Leopold. A skoro jechaliśmy do Normandii, to po drodze był czas na militaria i sprawy wojenne.

Pan Mąż, gdy skleja modele puszcza w tle na YouTube filmy o tematyce II wojny światowej, więc chcąc nie chcąc, trochę słucham i coś tam sobie zapamiętuję, choć wielką fanką historii nigdy nie byłam. Nie przeszkadza mi jednak to, że włóczymy się czasem po jakimś muzeum militarnym i z ciekawością oglądam eksponaty, a Pan Mąż mi tłumaczy co, jak, kiedy, gdzie się wydarzyło. On toleruje moje hobby a ja jego, więc zwiedzamy po równo 🙂

Jak już wcześniej pisałam, do zobaczenia mamy jeszcze kawał Normandii, bo jest tam wiele historycznych miejsc i nie tylko. Tak więc i ja coś zobaczę i Pan Mąż. Teraz trochę Wikipedii, czyli o co chodzi z lądowaniem w Normandii. Była to Operacja Neptun, czyli wstępna faza operacji Overlord- największa pod względem użytych sił i środków operacja desantowa w historii wojen. Miała na celu otwarcie w zachodniej Europie tzw drugiego frontu. Operacja została przeprowadzona we wtorek 6 czerwca 1944r. pod dowództwem generała Eisenhowera, a siłami inwazyjnymi były wojska amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie. I też te informacje płynące z YouTube, nie raz słyszałam.

Batterie Todt, to bunkier artylerii nadbrzeżnej, zbudowany przez nazistowskie Niemcy podczas II wojny światowej. Zlokalizowany jest w wiosce Audinghen w pobliżu Calais. Jego uroczyste otwarcie nastąpiło w obecności Admirałów: Raedera i Donitza. Wcześniej nazywane było Baterią Siegfrieda. Wyposażony w 4 działa kalibru 380 mm. W późniejszym czasie przemianowano go na Baterię Todta, na cześć niemieckiego inżyniera budowlanego, który zginął w katastrofie lotniczej w styczniu 1942 roku.

Najważniejszą rzeczą, którą chciał zobaczyć Pan Mąż, było olbrzymie działo kolejowe Leopold.

W środku muzeum jest sporo do obejrzenia. Możemy zobaczyć pojazdy używane na wojnie, broń a w gablotach ubiory żołnierzy, czy manekiny przedstawiające scenki wojenne. W marcu, wybitnie w tym miejscu było zimno, więc warto się ciepło ubrać, tym bardziej, że w murach bunkru można poczuć chłód do kości. Polecam też odwiedzić mały sklepik z pamiątkami.

Do następnego 🙂