BYŁO, MINĘŁO…

W listopadzie było urwanie głowy. Jak co roku w pracy. Na dobre zakończył się sezon i zaczęła tzw likwidacja, czyli po prostu sprzątanie szklarni przed sadzeniem nowych pomidorów. I tym razem miałam i mam dość.

Żeby nie było, ja zawsze mówiłam, że lubię likwidację. Chyba jako jedyna. Dlaczego? Bo nie mam wtedy stojącej pracy, niemal codziennie wykonuje się inne czynności i mam zakwasy a to znaczy, że czuję że żyję 🙂 Do tego wreszcie jest chłodno a często i nawet wręcz zimno w szklarni a ja jako jedyna i tak biegam w krótkich spodenkach. Aby zachować balans, to mam bluzę z długim rękawem. I ani nie zmarznę i ani się nie spocę. W sam raz. Inni oczywiście marudzą, że zimno (tak jakby w Holandii o tej porze spodziewali się minimum 20°C) i ubierają się na cebulkę. Dobrze, że już przestali mi zadawać pytanie, czy mi nie zimno w tych krótkich gaciach…

W tym sezonie było mniej Polaków u nas a więcej Rumunów i Bułgarów. Na szczęście obyło się bez większych dram. Może trochę niektórzy Bułgarzy mieli problem do Rumunów i dwa razy do bójki niemal doszło. Ale nawet nie wiem o co. Dziewczyny spokojne i sympatyczne. Wszyscy jakoś ze sobą o dziwo współpracują. Niektórzy odeszli już całkiem, inni zjechali na dłuższy urlop a inni zostali do końca roku i planują wrócić już w lutym. Szef kilkoro pracowników chce z powrotem a to się rzadko zdarza.

Stare planty, które wciąga maszyna i mieli.

Po usunięciu starych roślin nastąpiło generalne czyszczenie szklarni. Najbezpieczniej dla nowych sadzonek jest, pozbycie się całkowicie starych owoców i liści a nawet śmieci. Nie grozi to wirusem. Z pięcioma dziewczynami zostałyśmy oddelegowane do czyszczenia końców szklarni. Lubię tę pracę, bo nikt się nie wtrąca, jest cisza i spokój a my po prostu musiałyśmy dokładnie wszystko usunąć. Naliczyłyśmy przy tym 12 puszek po piwie plus jedna butelka. No cóż, niektórzy na kacu musieli sobie pomóc a inni pili browary, bo gorąco…

Potem z dwoma innymi dziewczynami poszłam sprzątać swoje stanowisko pracy, czyli magazyn/ sortownię pomidorów. W sezonie co piątek dokładniej sprzątałyśmy po pracy, więc teraz nie było takiego bajzlu. Jeden chłopak w innej części magazynu mył chlorem wózki a my musiałyśmy umyć nawet kosze na śmieci, które stoją na szklarni. Wszystko musi być czyste.

Potem szef powiedział, że to nie koniec, bo trzeba było dokładnie wysprzątać na górze biura, umyć okna, szatnie, korytarze itp. Ogólnie zeszło nam na to 4 dni. Pod koniec miałam już dość, bo nawet w domu tyle ostatnio nie sprzątałam. Tym bardziej, że 3 soboty pod rząd były pracujące.

Widok po wyjściu z pracy.

Baniek z różnymi płynami miałyśmy pod dostatkiem. Dobrze, że nie dali nam niczego z chlorem, bo oczy pieką i bolą. Nie jest to bezpieczne, ale brud schodzi. Myjąc umywalkę, miałam w ręku takie mleczko a la Cif. Z tym, że ja Cif nie lubię. Nie jest skuteczny i zostawia osad. A to, czego ja używałam, nie jest mi znane. Fajnie czyści i do tego przyjemnie pachnie. Szukałam dopiero w dwóch sklepach. Nie ma. Jeśli nie znajdę stacjonarnie, to poszukam w necie.

I na koniec, odnośnie mojej pracy. Czuję, że doszłam do muru. Że mam dość. 10 lat na szklarni, to szmat czasu a ja wiem, że stanęłam w miejscu. Były właściciel sprzedał firmę i teraz nadchodzą zmiany, które wprowadza nowa firma. Miało ich nie być dużo a zapowiada się, że będą ogromne. I niekoniecznie na naszą korzyść. Nasz kierownik zachowuje się, jak w amoku. Chce, żeby wszystko było perfect. Momentami drze mordę i wszystkich stresuje. Jak nie on. Jeśli tak ma być, to odejdę z firmy szybciej. Bo takie mam plany. Chciałam zostać do końca likwidacji i tak zrobiłam a teraz żałuję. Bo nie jest fajnie. Grudzień minie a ja zamierzam szukać nowej pracy. Spokojniejszej i 5 dni w tygodniu. Bo na szklarni nigdy nie wiadomo ile będzie tej pracy. Rozumiem pracowników sezonowych: jak najwięcej godzin= więcej kasy. Ale ja tu mieszkam i oprócz pracy mam jeszcze życie. Od przyszłego roku chcę dużo zmienić i trzymam kciuki aby wszystko się udało. Uff!

Na zdjęciu powyżej, dom przed którym zawsze na jesień jest piękna dekoracja. Właściciele nie żałują dyń. U mnie do tej pory stoją zdechłe już chryzantemy ale wrzosy za to dobrze się trzymają. Mam nadzieję, że w sobotę wszystko posprzątam. W domu też jeszcze jesienne ozdoby stoją na półkach. Czas do pudła. A od 6 grudnia powoli będę dodawać ozdoby zimowe.

Pogoda w Holandii dała w listopadzie czadu. Z tym, że tego negatywnego. To znaczy, mnie to nie rusza. Może lać. Był też przymrozek. Słońca niemal zero. Pewnego dnia był nawet mix: raz rzęsisty deszcz a po chwili słońce+ mżawka. Tęczy nie widziałam. Nie przeszkodziło to Holendrom wieszać już na zewnątrz ozdób świątecznych.

Całkiem przyjemne niebo 😉

Teraz czas na moje małe odkrycie. Lubię paluszki. Z polskich, to te Beskidzkie. To te, których produkcja została chwilowo wstrzymana z powodu wybuchu pożaru w 2024 roku. Właściciel szybko wznowił pracę, żeby nie zostawiać pracowników bez pensji i spotkało się to z dużym odzewem ludzi, którzy wykupowali paluszki, aby fabryka dalej pracowała. Do Holandii (polskiego sklepu) także przyjechała partia paluszków z napisem „Dziękujemy” 🙂 Holenderskie paluszki jadłam chyba tylko raz. Wolałam raczej precelki. Ale w markecie Jumbo natknęłam się na paluszki o smaku orzeszków ziemnych, które też bardzo lubię. I proszę, taki mix mi się trafił! Uwielbiam 🙂

W Lidlu pojawiły się zapachy do szafy. Kupiłam dwa opakowania i jedno powiesiłam w szafie. Zapach bardzo przyjemny i długotrwały. Drugie opakowanie niestety uszkodziłam, bo urwałam tekturowy haczyk do mocowania na drążku. Więc postawiłam tę zapachową torebkę na półce z butami w korytarzu. Czuć ją nawet w salonie. Szkoda, że nie wypuścili takiego zapachu do auta.

Zapachowa świeca i patyczki też kupiłam, bo już się przekonałam, że te lidlowskie odświeżacze są trwałe i ładne. Tym razem padło na wanilię. Lubię ten zapach, ale niektóre wonie są za mocne i czuć bardziej chemię, niż delikatny powiew. Ten set mam zamiar odpalić w święta.

Od około dwóch miesięcy mam fazę na wrapy. Niemal zawsze jem je w pracy zamiast tradycyjnej kanapki. Idę jednak na łatwiznę i smaruję placki tortilli jakimś serkiem kanapkowym, do tego sałata albo mix, piersi kurczaka gotowe (kawałki upieczone i doprawione z Lidla), pomidor, ogórek lub papryka. Sosu nie dodaję. I nie zapiekam tortilli. Ostatnio plastry ogórka były bardzo wystraszone i chyba krzyczały…

Jak tu jeść?

Zrobiłam też pierwszy raz szakszukę, która biła swego czasu rekordy popularności na TikToku. Wszystko by było dobrze, gdyba nie to, że przeoczyłam moment wyłączenia w odpowiednim momencie potrawy. I niestety jajka wyszły na twardo. Mimo to, danie bardzo mi smakowało. Lubię połączenie jajek i pomidora. Pan Mąż nie bardzo. On preferuje tradycyjną jajecznicę. Więc zjadłam jego porcję 🙂

A w kwiaciarni zobaczyłam takie ozdoby świąteczne:

Na koniec mem, który mnie bardzo rozśmieszył. Pokazałam koleżance i stwierdziliśmy, że zamiast psychiatryka, można wstawić zakład pracy.

Do następnego 🙂

KILKA POLECAJEK+ MOJE PRZEMYŚLENIA

Zebrało mi się kilka rzeczy, które chciałabym opisać na blogu i podzielić się tym, co według mnie jest warte uwagi. A tak poza tym, to już jest ostatni dzwonek, aby wybrać się do parku/ lasu i popatrzeć na spadające liście.

„Leaf  peeping” – dowiedziałam się,  że tak Amerykanie nazywają przejażdżki w celu oglądania liści. Czego to oni nie wymyślą… XD Holendrzy za to, lubią jeździć do Ikei, oglądać towar i nic nie kupować. Ale kawa i ich słynne klopsiki muszą być. Miałam kiedyś szefową, która lubiła tam jeździć i jeść te klopsy.

O tej porze roku uwielbiam jeść zupy. Tak w ogóle, to ja zupy kocham. Nie tylko polskie. Jesienią staram się gotować je często. W tym roku pierwszy raz zrobiłam zupę dyniową. Inspiracja i przepis – standardowo z TikToka. Nie przypuszczałam, że jest tak pyszna. Podpiekłam w piekarniku dynię piżmową, dwa pomidory, dwie papryki i ząbki czosnku. Potem warzywa zblendowałam i dodałam do wcześniej ugotowanego bulionu. Należy ją porządnie doprawić, bo inaczej może być mdła. Do tego bagietka podpieczona z żółtym serem i ciepły obiad gotowy 🙂

A taką moją top 1 z zup, to ostatnio kartoflanka, albo po prostu ziemniaczana. Pamiętam, jak kiedyś jadłam ją u koleżanki, która po pracy robiła na szybko ciepły obiad. Zrobiłam i ja, ale trochę ją podrasowałam.

Moja kartoflanka- ziemniaczanka:

      bulion z kury

  • biała część pora
  • marchew
  • boczek
  • ziemniaki
  • ulubione przyprawy

Boczek pokroić w drobną kostkę (ja kupuję już gotowy- skrojony) i podsmażyć. Wrzucić do rosołu. Marchew zetrzeć na dużych oczkach, por skroić w cienkie plastry i lekko udusić na pozostałym po boczku tłuszczu. Ewentualnie można dodać trochę masła. Dorzucić do rosołu. Ziemniaki pokroić w większą kostkę i gotować wszystko w tym rosole do miękkości. Doprawić do smaku. Ja następnie użyłam tłuczka, żeby kartofle jeszcze bardziej zmiękczyć, ale nie na papkę. Podawać gorącą. Ta zupa jest idealna na chłodne dni. Polecam!

Co można robić w jesienny wieczór, oprócz leżenia pod kocem z książką i herbatą? Nałożyć maseczkę 🙂 Moje ostatnie odkrycie, to ta z Garnier. Kupiłam ją w Kruidvacie, gdzie była promocja 1+ 1 gratis. I żałuję, że nie wzięłam więcej, bo to bomba dla mojej skóry.

Marzy mi się już od bardzo dawna podróż do stolicy Wielkiej Brytanii. Najlepiej zobaczyć Londyn w jesiennej odsłonie. Czytam często o rodzinie królewskiej, czy oglądam zdjęcia angielskich wsi. Po prostu mam taką małą słabość do tej części Europy. I muszę ją odwiedzić. Wiem, że to się uda. A na razie zostają mi zdjęcia na Instagramie czy filmiki na TikToku. Znalazłam za to dwa ciekawe blogi, które piszą Polki mieszkające za kanałem La Manche. Dzielą się w nich mnóstwem porad i polecanych miejsc. Warto zajrzeć i poczytać. Zdjęcia oczywiście też są:

https://londonwithkasia.com/#google_vignette

https://www.walkmeblog.com/#google_vignette

A jeśli ktoś, tak jak ja, uwielbia Muminki, to polecam konto na Instagramie: muminek.codzienny.

A na koniec coś, co dało mi do myślenia. Mnóstwo razy słyszałam, jak ktoś mówi: ale ten czas leci. Znowu jesień, zaraz zima itd. I w sumie ja też mogę się pod tym podpisać. Już od dłuższego czasu mam wrażenie, że dni lecą z prędkością pocisku. I człowiek zawsze się zastanawia, kiedy to zleciało? I pewnego dnia  natknęłam się na pewną teorię, która ma sens. Przynajmniej w moim przypadku. Otóż chodzi o codzienną rutynę. Gdy człowiek ma życie jakoś tam poukładane, chodzi do pracy, wykonuje niemal codziennie te same czynności, zawsze tak samo odpoczywa, to czas się kurczy. Jest to subiektywne odczucie szybkiego przemijania czasu. Dzieje się tak głównie z powodów psychologicznych i neurologicznych, w jaki sposób mózg przetwarza informacje. Nasz mózg jest zaprojektowany tak, aby zwracać uwagę na nowości i zmiany. Jeśli nie ma nowych bodźców, dni zlewają się ze sobą. Im więcej informacji przetwarza mózg, tym wolniej zdaje się płynąć czas.

Jeśli chodzi o mnie, to już dawno zauważyłam, że jeśli w weekend gdzieś pojedziemy, coś zwiedzam, robię inne rzeczy, niż zawsze to… wtedy czuję, że te wolne dni naprawdę były i odpoczęłam. Nie przeleciały mi przez palce. Mówi się, że wszystko co dobre, szybko się kończy. I tu jest ten paradoks: to trwa dłużej. Mnóstwo razy Polacy marudzili, że urlop szybko minął i już musieli wracać. Ja odwrotnie: wydaje mi się wtedy, że w pracy mnie nie było z miesiąc 🙂 Bo na urlopie przecież tyle się dzieje! Albo inny przykład: jedziemy z Panem Mężem na wycieczkę. Nowe miejsce, po drodze zawsze zobaczy się coś nowego, po dotarciu do celu się zwiedza, ogląda, robi zdjęcia. Powrót zawsze nam szybko mija, bo już znamy drogę. Już ją widzieliśmy.

Więc warto się nad tym zastanowić i nie pozwolić mózgowi się nudzić. Na przykład takie dzieci. One zawsze coś robią, nie pozwalają na nudę, bawią się. Nie ma rozrywki- jest płacz. Dorośli, wiadomo, są zmęczeni, zapracowani, itp. Mimo to ja zawsze staram się coś ciekawego robić, bo inaczej bym chyba oszalała. Jedyne czego nie rozumiem, to dlaczego czas tak mi zapieprza, jak czytam książkę 🙂

Do następnego 🙂

PACZKA Z NOTINO

Będąc w Polsce obkupiłam w drogerii, ale trochę za mało, bo postanowiłam zajrzeć do internetu. Konkretnie do Notino. Mam tam już konto od dłuższego czasu i jestem zadowolona. Po dwóch dniach paczka była już u mnie.

Tak naprawdę, to interesowały mnie maski w płachcie, od których chyba już jestem uzależniona XD Jakiś czas temu, z TikToka dowiedziałam się, że one tak naprawdę… nie działają! Nie ma po nich efektów! Mówiła to jakaś pani kosmetolog. Se myślę: niemożliwe! Inna kosmetolog poleca, inna nie poleca. O co tu chodzi? One muszą dawać efekty, bo ja je widzę. Nie to, że miałam twarz pooraną zmarszczkami i nagle cud, miód i malina. Po prostu od dawna staram się dbać o skórę i na szczęście nie starzeje się szybko. Kiedy do sklepów weszły maski w płachcie, dla mnie (i nie tylko), stały się hitem i rutyną kosmetyczną. Swoją drogą „rutyna”, to ostatnio modne słowo.

A co mówi google na ten temat? Otóż maski dają efekty. Zwłaszcza w zakresie szybkiego i intensywnego nawilżenia skóry. Ich aplikacja tworzy na skórze barierę okluzyjną. Dzięki temu, głębiej wnikają składniki pielęgnujące. Intensywne nawilżenie, to najczęstszy i najszybszy efekt. Płachta zapobiega odparowywaniu wilgoci, co daje natychmiastowy efekt ujędrnienia, czyli „chok- chok” w koreańskiej pielęgnacji. Okluzja sprawia, że składniki aktywne mają więcej czasu na wchłonięcie i działają efektywniej. Dodać jeszcze do tego należy wygodę, bo nie trzeba tych masek zmywać. I chociaż się teraz czegoś sensownego dowiedziałam 🙂

I tak sobie oglądałam te maski i zrobiłam na przekór. Kupiłam 3 sztuki takich, które trzeba zmyć. One mnie zaintrygowały.

„Herbal care” polskiej firmy Farmona. Ma lekko żelową konsystencję i całkiem łatwo się zmywa. Producent obiecuje, że po użyciu jest odczuwalne i długotrwałe nawilżenie, miękka skóra i przyjemne uczucie komfortu. Zainteresowała mnie betaina, która jest w składzie. Jest to naturalny związek chemiczny, pochodna aminokwasu glicyny.  Jej nazwa pochodzi od łacińskiego słowa „beta” oznaczającego buraka  🙂  Występuje naturalnie m.in w zbożach, owocach morza, szpinaku, czy burakach. Betaina pomaga w układzie krążenia, wspomaga trawienie, w kosmetyce jest ceniona za silne właściwości nawilżające. I ta maseczka jest faktycznie bombą nawilżającą. Skórę miałam odżywioną i miękką. Zatrzymam się przy betainie na dłużej i poszukam jej w maskach w płachcie. Ta fioletowa maska była gratisem.

Krem „Christian Laurent”

Krem stoi do góry nogami 😆

Nie znałam tej marki. To znaczy, widziałam produkty gdzieś w internecie, ale pierwszy raz coś kupiłam. Szukałam kremu rozświetlającego z drobinkami. Kiedyś firma Soraya produkowała krem nawilżający ze złotymi drobinkami. Uwielbiałam go. I już pyk! Nie ma. Szukam zamiennika. Postanowiłam nabyć ten. No cóż… Drobinek brak, ma (jak dla mnie) za ciężką konsystencję i będzie mi raczej służył na noc. Świeci się jedynie opakowanie. A  producent nazywa ten krem luksusowo- diamentowy, który ma odmładzać. Podobno zawiera pył diamentowy, złoto, peptydy, platynę, która ma wyrównywać koloryt skóry i resveratrol – jeden z najbardziej skutecznych antyoksydantów. Dobrze, że nie był drogi, ale więcej nie kupię. Nie o taki krem mi chodziło :/

Mini set z propolisem „Someby Mi”

Tej firmy też nie znam. Uwielbiam miód w kosmetyce, więc skusiłam się i na propolis. A że wolę testować miniatury, zanim coś mi się spodoba i zobaczę efekt, więc nabyłam te miniatury. W skład wchodzi serum ochronne, krem rozświetlający, tonik i olejek do mycia twarzy. Do tej pory użyłam tylko serum. Czy jakiś efekt był? Nie wiem. Nie zauważyłam. Następnym razem skorzystam z całości. Kosmetyki są koreańskie i idealne w podróży.

Płatki żelowe pod oczy

Uwielbiam je nakładać. Używałam już różnych. Influencerki prześcigają się w reklamowaniu tych idealnych. Ja uważam, że chyba każde są warte uwagi i różnych można używać w zależności od potrzeb. Byle regularnie. Tańsze, droższe – jeden ciul tak naprawdę. Tym razem kupiłam takie z czarną perłą i złotem. Są niemal czarnego koloru i dosyć grube. Trzymają się dobrze i dobrze nawilżają. Potem warto nałożyć krem i robota zrobiona  🙂

Kremy „Flos – lek”

Co tu dużo pisać. Ta polska marka to dla mnie petarda: tania i skuteczna. Chyba każdy zna. Obecnie używam tego w tubeczce. Gdy się skończy, otwieram te opakowania. Żółty będzie na dzień a zielony na noc+ warstwa wazeliny. Ten sposób praktykuję od dawna i jest rezultat.

Odżywczy krem „Lirene”

Tę markę też bardzo lubię. Chyba nigdy się nie zawiodłam. Ich podkładu używam od bardzo dawna. Producent nazywa go regenerującą bombą witaminową. Krem ma odżywiać i nawilżać, bo posiada unikalny kompleks ultranowoczesnej formy witaminy Duo C, która w połączeniu z wit E wielowymiarowo chroni młodość skóry. No, epicki opis na opakowaniu. Mamy tu aktywną formę lipofilową, która działa odmladzajaco i rozświetla skórę. Niweluje negatywne skutki promieniowania UV. Stabilna wit C zamknięta w liposomach, dociera głęboko do warstw skóry. Ogólnie rzecz biorąc – krem jest koloru białego z pomarańczowymi kuleczkami. Ma lekko cytrusowy zapach i równie lekką konsystencję. Używałam na noc. Skóra była miękka i nawilżona. Można kupić, bo jak wiadomo, to co z wit C, jest zawsze dobre dla twarzy.

Ulubiona maska

Jeśli są inne maseczki, które lubię, to te bez spłukiwania, nakładane najlepiej na noc. Ta od Estee Lauder jest dla mnie fenomenalna. To już moje drugie opakowanie. Kupiłam ponownie w wersji mini, ale tylko dlatego, że tego typu masek mam kilka i chcę je zużyć a nie mogłam się powstrzymać żeby tej znowu nie kupić. Robi glow, zmniejsza pory i nawilża. Nakładam na noc.

Podkład

Marka Eveline ostatnio jest bardzo chwalona. Nie przypominam sobie żebym wcześniej miała od niej jakiś kosmetyk. Mam cerę mieszaną. Świeci się już po pół godzinie, jak psu jajca. Nie używam jednego podkładu. Miksuję dwa różne. Tym razem skusiłam się na Eveline i kupiłam podkład w jasnym odcieniu, który mieszam z ciemniejszym z firmy Lirene. Nadal się świecę, ale skóra dobrze wygląda.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Moja ulubiona pora roku mija mi, jak z bicza strzelił. Mrugnęłam okiem i już po październiku. Niby pozorny spokój, bo wszystko w przyrodzie zwolniło, ale nie w pracy. Tutaj się dopiero zaczyna.

Październik przywitał nas w prowincji Zuid Holland ciepłą pogodą. Trochę deszczu było i bardzo dobrze, bo ziemia była mokra na tyle, że zrobiłam ostatnie porządki w ogródku. Wyrwałam chwasty, przycięłam hortensje i zauważyłam, że jedna (ta najmniejsza) totalnie mi padła. No trudno. Wyrzuciłam też stare doniczki. Papugi siedziały ze mną na dworze, korzystając z ostatnich ciepłych promieni słońca.

Wywieźliśmy też z Panem Mężem na „wysypisko śmieci” kilka klamotów. Miały jechać bezpośrednio do kringloopa, ale był tam otwarty kontener, do którego właśnie takie rzeczy się skladuje a firma je potem wywozi. Więc nie musieliśmy jechać w dwa miejsca. Ogólnie na tym wysypisku znajdują się kontenery z opisem, co do którego wyrzucić. I tak np do jednego drewno, do innego metal a jeszcze innego plastik, itd. Odpady miażdżone są specjalnymi walcami z kolcami. Jest też kontener do składowania sprzętu RTV AGD. Żeby mieć wstęp do tego miejsca, należy złożyć online wniosek w gminie i uiścić opłatę jednorazową. Pocztą przychodzi specjalna karta wstępu, którą przykłada się do czytnika, bramka się otwiera i można pozbywać się niechcianych rzeczy i odpadów.

Przy wjeździe znajduje się tabliczka informacyjna, że dzieci do lat 13 muszą zostać w aucie. Nie wolno im podchodzić do kontenerów i kręcić się po placu między autami. Na miejscu znajduje się też budka z pracownikami, którzy wszystkiego pilnują. Na zdjęciu niżej znajduje się kontener z rzeczami do kringloopa.

W październiku byliśmy też w centrum ogrodniczym, gdzie udało mi się kupić w ostatniej chwili wrzosy i dynie do ozdoby domu i przed domem. Natknęłam się na dwa auta. Jedno z naklejkami- trzmielami. Były na nim też jakieś kwiaty. Zauważyłam, że Holendrzy lubią obklejać swoje samochody. Zresztą naklejki to pikuś. Widziałam całe auto w ozdobach z Elvisem Presleyem. Drugi samochód, który tego dnia zobaczyłam, to Pontiac.

W lipcu wróciliśmy z torbą pełną brzoskwiń. Cześć zjadłam a część Pan Mąż wykorzystał na wino. Przelał je przez sito, pozbywając się miąższu. Pracuje ono sobie dalej, ale ja postanowiłam spróbować jakie w smaku, bo brzoskwiniowego domowej roboty jeszcze nigdy nie piłam. Okazało się już bardzo smaczne.

W Lidlu (i nie tylko) pojawiły się jak zwykle na jesień, cebulki kwiatów. Było w czym wybierać, ale ja sobie darowałam. W tym roku żadnych cebulkowych nie sadziłam. Wystarczy mi to, co jest. Najbardziej moje oczy cieszą malutkie goździki, które mam już chyba ze trzy lata i cały czas kwitną.

Oprócz płynów do płukania, lubię testować zapachy do domu. W Lidlu mam swojego faworyta: Spa Moments w kolorze zielonym. Udało mi się dorwać jednocześnie patyczki zapachowe i spray. Te zapachy naprawdę mają moc. Mój nos je czuje 🙂

Ze strychu zaniosłam pudło z jesiennymi ozdobami i część ustawiłam na regale z książkami, dodając malutkie dynie z tuincentrum. Bawiłam się z tym trochę, bo trzy razy układ mi się nie podobał. Koniec końców zostawiłam, jak jest i będzie tak do końca listopada. Na ozdoby świąteczne jeszcze nie patrzę.

Z Halloween w tym roku nic nie wyszło. Imprezy u nas już zresztą nie chcę robić a o wyjściu nie było nowy. W miasteczku obok, w piątek, był coroczny pochód strachów. Każdy mógł się przebrać a jury wybierało najlepsze przebranie. Ludzie chodzili uliczkami i „straszyli”. Dziewczyny od nas z pracy poszły, bo mieszkają tam. Gdyby nie to, że w sobotę musieliśmy iść do pracy, to też bym wzięła udział. Ale nie miałam ochoty i siły. Może w przyszłym roku uda się coś zorganizować albo gdzieś pojechać. U nas, na przeciwko sąsiedzi zorganizowali sobie mini party z grillem i ozdobami, ale w sobotę. A ja nawet nie wiem, czy gdzieś tu dzieciaki chodziły po domach. Zrobiłam tylko zdjęcie, jak wyglądało to przed ich domem.

To było w niedzielę, po imprezie. Sprzątać im się tego szybko nie chciało 🙂

Darowałam sobie nawet maraton filmowy. Przypadkiem tylko natknęłam się na starą część „Cmętarza dla zwierząt” wg powieści Stephena Kinga i z chęcią obejrzałam. Osobiście uważam, że nowsza cześć jest lepsza, ale jej niestety na platformie nie znalazłam.

Jesień, to w Holandii czas sztormów. No i pojawił się Benjamin. Siła wiatru, to 100- 120 km/h. Tym razem nie czułam, że bardzo chciało mi łeb urwać, chociaż mnóstwo gałęzi wokół leżało a gdzie nie gdzie wyrwało drzewa z korzeniami. Nie wiem… Może się wreszcie do tych wichur tutaj przyzwyczaiłam? W każdym razie przed domem liście zgrabiłam a Benjaminek przywlókł je z powrotem. Pan Mąż stwierdził, że teraz ma prawdziwą i piękną dekorację jesienną…

Z takich śmieszniejszych rzeczy: paracetamol. Bolała mnie głowa i brzuch. Pan Mąż był w markecie, więc kupił mi najpopularniejszy w Holandii lek przeciwbólowy. Z tym, że nie zwrócił dokładnie uwagi i wrócił z paracetamolem w czopkach.

Powiedziałam żeby sobie je w tyłek wsadził. Poszliśmy razem do marketu obok naszego domu i kupiłam normalne tabletki. Przy okazji też Ibuprom i syrop na kaszel. Tym razem Pan Mąż jest przeziębiony. Pastylki na gardło też wpadły. W drogerii, tak jak w Polsce, również można kupić wiele leków bez recepty. Ale już w polskich marketach jest ich mniej. Za to w holenderskich można dostać różnego rodzaju tabletki czy syropy na kaszel, czy choćby wspomniane czopki.

Jesienny nastrój i wystrój wprowadzam w całym domu. Nawet w sypialni odpalam świeczki. Do tego wystarczy lampka nocna i wtedy najlepiej się czyta jakiś thriller lub kryminał. Czasem brakuje tylko deszczu za oknem.

Do następnego 🙂

FILMY Z WAMPIREM, CZYLI MÓJ RANKING

Jako, że dzisiaj Halloween, które bardzo lubię i którego w tym roku nie obchodzę, bo jutro do pracy, to postanowiłam zrobić mój osobisty ranking filmów ze słynnym wampirem. Ostatnia pozycja, to horror (chociaż to za dużo powiedziane), do którego najchętniej wracam.

Leżę więc z umytymi włosami i maską na twarzy i skrobię ten wpis. Zaznaczyć muszę, że po pierwsze: za filmami i książkami z wampirami raczej nie przepadam. To znaczy jeden horror („Twierdza”) przeczytałam i o dziwo podobał mi się, tak po inne pozycje nie sięgam. Mam w swoim zbiorze oryginał „Draculi” Brama Stokera, ale on czeka na swoją kolej. Po drugie: nie oglądałam wszystkich filmów o Draculi. Nie znam np „Wywiadu z wampirem” czy serii „Zmierzch”. A pardon, byłam z Panem Mężem w kinie na pierwszej części, bo myślałam, że to jakiś fajny horror… Myślałam, że tam kopnę w kalendarz. Dodać do tego słynną mimikę głównej aktorki i mamy film, którego swojej recenzji wolę nie robić. Seriale o wampirach też pomijam, nie oglądałam i nie oglądam. A poza tym najgorsze są już chyba tylko Wilkołaki…

A więc zacznę swój ranking od czegoś zabawnego: bajki 🙂 Mam nadzieję, że potem nie będzie tylko gorzej 😉

„Hrabia Kaczula”

Tak, tak, oglądało się za dzieciaka i była frajda. Jest to brytyjski serial animowany, produkowany w latach 1988-1993. Tytułowy bohater, to kaczka- wampir (ale to śmiesznie brzmi) o wegetariańskich skłonnościach, który nie lubi krwi. Co pewien czas ród kaczych wampirów był wskrzeszany. Podczas ostatniego rytuału „Niania” pomyliła krew z keczupem, co sprawiło, że obecny Kaczula jest łagodnym wampirem, marzącym o karierze w show biznesie. Rodowa siedziba Kaczulów- zamek w Transylwanii, potrafi teleportować się w dowolne miejsce na świecie. Doktor Von Gęś – Wąs jest przekonany o złej naturze Kaczuli i bezskutecznie próbuje go zniszczyć.

„Dracula- wampiry bez zębów”

Komedia z 1995 roku z Leslie Nielsenem w roli głównej. Jest to parodia klasycznej powieści Brama Stokera a także adaptacji filmowych, szczególnie tej z 2931r. Leslie Nielsen wciela się w postać niezdarnego i zabawnego Hrabiego Draculi. Profesora Van Helsinga zagrał reżyser filmu- Mel Brooks. Czasem wracam do tej komedii.

„Van Helsing”

Horror akcji z 2004 roku. W filmie oprócz wampirów, krzyżują się drogi kilku znanych potworów. Hugh Jackman gra legendarnego łowcę wampirów – Gabriela Van Helsinga, który zostaje wysłany do Transylwanii w imieniu Watykanu. Kate Beckinsale gra Annę Valerious, ostatnią potomkinię rumuńskiej rodzinny, która od pokoleń walczy z hrabią Draculą. Van Helsing i Anna łączą siły, aby pokonać Draculę, który współpracuje z potworem Frankensteina i wykorzystuje wilkołaki do realizacji swoich niecnych planów.

„Nosferatu”

Ten film chciałam obejrzeć, chociaż starszej, niemej wersji nie znam. Znalazlam go przypadkiem na platformie z filmami i już zaliczony. Jest to remake klasycznego, niemieckiego filmu z 1922r Roberta Eggersa. To gotycki horror przedstawiający historię wampira hrabiego Orloka, który prześladuje młodą kobietę w XIX wieku w Niemczech. Film jest nową interpretacją oryginalnej historii i skupia się na takich tematach, jak autonomia kobiet czy kapitalizm. Ellen ( Lilly-Rose Deep) żyje w niewielkim niemieckim miasteczku ze swoim mężem Thomasem. Chcąc zapewnić rodzinie byt, mężczyzna przyjmuje zlecenie w odległej Transylwanii. Pod jego nieobecność kobietę prześladują koszmary. Na pomoc zostaje wezwany profesor Albin Eberhart von Franz (Willem Dafoe), odrzucony przez świat nauki ekscentryk. Wierzy on, że Ellen znalazła się pod urokiem Nosferatu. Opinie na temat filmu były podzielone. Niektórzy chwalili zdjęcia, kostiumy i oprawę dźwiękową, ale uważali że filmowi brakuje pierwiastka prawdziwego horroru. Inni uznali go za interesującą interpretację. Ja temu filmowi daję 8/10. Jest mroczny, nadający się na długi jesienny wieczór. Momentami miałam wrażenie, że oglądam czarno- biały horror. Główna aktorka według mnie zagrała bardzo dobrze. Drugą stroną jest to, że momentami był wręcz obrzydliwy. Chociaż zakończenie jest ciekawe. Ogólnie polecam, żeby wyrobić sobie własne zdanie na temat tej wersji.

„Demeter. Przebudzenie zła”

Horror z 2023 roku, który przedstawia historię ostatniego rejsu szkunera Demeter. Film jest oparty na jednym z rozdziałów powieści Brama Stokera pt „Dracula”, opowiadającym o podróży wampira z Transylwanii do Londynu. Załoga statku Demeter odkrywa na pokładzie tajemniczą złą siłę, która każdej nocy zaczyna polować na poszczególnych członków załogi. Okazuje się, że w jednej ze skrzyń przewożonych do Anglii znajduje się sam hrabia Draculą. Akcja rozgrywa się w klaustrofobicznych warunkach na pełnym morzu, co wzmacnia poczucie osaczenia i przerażenia. Pozytywnie odebrałam ten film. Ma sporo z horroru i nawet momentami trzyma w napięciu. Dodatkowo bardzo podoba mi się grafika plakatów reklamujących horror. To jest jeden z tych, do których chętnie bym wróciła.

„Dracula”

Film z 1992 roku, absolutny klasyk w reżyserii Francisa Forda Copolli, do którego co jakiś czas wracam. Obsada jest doborowa: Gary Oldman, jako hrabia Dracula, Winona Ryder – Mina Murray (Elizabeta), Anthony Hopkins – Abraham Van Helsing, Keanu Reeves – Jonathan Harket. Opowiada o starzejącym się wampirze, który wyrusza z Transylwanii do Londynu po tym, jak przekonuje się, że narzeczona jego prawnika – Mina, jest reinkarnacją jego zmarłej przed wiekami miłości. Film jest znany z bogatej scenografii i kostiumów a także z tego, że w dużej mierze trzyma się z gotyckiego romansu z powieści Stokera. Cały czas pamiętam jeden z cytatów fimu: „To dzieci nocy”. W ten sposób Dracula nazywał towarzyszące mu wilki 🙂

„Dracula- historia nieznana”

I to jest mój absolutny numer one, który oglądałam już mnóstwo razy. Amerykański film pod roboczym tytułem „Dracula Untold” z 2024r. Przedstawia fikcyjną historię pochodzenia Draculi, łącząc historyczną postać Vlada Palownika z legendą o wampirach. Vlad III (w tej roli Luke Evans), książę Transylwanii, pokojowo rządzi swoim imperium w XV wieku. Kiedy sułtan turecki Mehmet II zażądał aby Vlad dostarczył jego armii 1000 chłopców, w tym swojego syna, Vlad zdecydował się walczyć. Chcąc zyskać moc, która pozwoli mu chronić swój lud i rodzinę, zawiera pakt ze starożytnym wampirem. Zyskuje siłę 100 ludzi i szybkość spadającej gwiazdy. Haczyk tkwi w tym, że musi się oprzeć nienasyconemu pragnieniu ludzkiej krwi… Fabuła bardzo ciekawa i ładne zdjęcia. Mimo, że film nie ma niemal nic wspólnego z klasycznym Draculą i nie jest typowym horrorem, to uważam że zasługuje na uwagę.

Tak prezentuje się mój osobisty ranking filmów z wampirem, które oglądałam. Jak widać powieści mają i wspólne cechy jak i różnice. W każdym razie, ja polecam.

Do następnego 🙂

10 POWODÓW DLA KTÓRYCH LUBIĘ JESIEŃ

Jesień, to zdecydowanie nadal moja ulubiona pora roku. Nic się w tej kwestii jeszcze nie zmieniło. I nie wiem, czy kiedykolwiek się zmieni. Ostatnio myślałam sobie za co ją tak lubię i wypunktowałam kilka rzeczy.

Nie od dziś słyszę: co tu robić jesienią albo zimą…? Że wiosną i latem można gdzieś wyjść, pojechać, że jest ciepło a nawet gorąco itp. Jestem z tych ludzi, co to o żadnej porze roku się nie nudzą. Zresztą, jeśli mam jakieś zajęcie (a zazwyczaj mam), to pora roku nie ma znaczenia dla mnie. Zawsze śmieszy mnie, a nawet często irytuje, narzekanie Polaków mieszkających w Holandii na pogodę. Bo więcej jest deszczu, chłodu, wiatru i mgieł, niż np w Polsce. Zawsze odpowiadam, żeby się przenieśli do pracy gdzieś indziej, skoro tutaj do pogody nie mogą się przyzwyczaić. Tam, gdzie zawsze ciepło. Najbardziej narzekają chyba ci, którzy mieszkają tu niemal cały rok albo już od kilku dobrych lat przyjeżdżają do sezonowej pracy. Czasem mi odpowiadają (bo znają moje podejście do takiej pogody), że ja jestem mądra taka, bo lubię deszcz i jesień. To odpowiadam: też polub. To tak, jak w internecie matki „mają pretensje” do bezdzietnych o ilość wolnego czasu: jakbyś miała dzieci, to byś zobaczyła…

Mieszkam nad morzem i mimo, że rzadko nad nie jeżdżę teraz, to cieszę się, że mieszkam blisko wody, plaża pod nosem, jest gdzie wyjść, jest co zwiedzić. A znam taką osobę, która przyjeżdża tu co roku na sezon i narzeka na brudne morze (Północne jest czystsze akurat niż np Śródziemne), zimne morze, chuj.. wa pogoda niemal zawsze i ta osoba siedzi  praktycznie cały czas w domu i nie ma siły na nic. No to czas chyba zmienić miejsce do życia… Ale dość o narzekaniu. Za co lubię jesień?

Powód 1

Powód 2

I teraz kilka zdań na temat zbierania grzybów w Holandii. Lasów tutaj jest mało. Polska może się pochwalić ogromną ilością drzew, ale już syfem w nich, to absolutnie nie. Mamy 21 wiek a ludzie nadal w Polsce nie szanują lasów. Do tej pory widuję tam ogrom śmieci. W Holandii można legalnie zebrać dla siebie 500g grzybów, nad czym ja sama ubolewam. Nie wiem, czy jest w tym kraju jakikolwiek Holender, który zbiera grzyby leśne. I czy w ogóle się na nich zna. Po urlopie pokazałam zdjęcia z grzybobrania Holendrowi, z którym pracuję na magazynie szklarni. Oczy wywalił na widok ilości grzybków i powiedział, że wie, że w Polsce to tradycja. Opowiedział mi nawet, że jakiś czas temu pewna Holenderka znalazła jakieś grzyby, ugotowała i poczęstowała dwóch członków rodziny. Potruli się i zmarli. Dodał, że miałabym z tej historii dobry podcast. Wtedy ja wywaliłam oczy i szkoda że nie dopytałam o szczegóły. To tylko pokazuje, jak znikomą wiedzę mają Holendrzy na temat grzybów w lesie. Znają tylko sklepowe odmiany pieczarek, grzybków mun czy shitake albo pieprznika jadalnego, czyli kurkę. Zresztą kurki sklepowe są drogie i często w opłakanym stanie.

Ostatnio głośno było w holenderskiej prasie o złapaniu przez strażników leśnych grzybiarzy. Widziałam te materiały, ale nie zagłębiałam się w nie. Czytałam natomiast komentarze Polaków, którzy zainteresowali się tematem i także tych, którzy nic więcej nie przeczytali oprócz nagłówka i się burzyli. Albo w ogóle nic nie czytali i nie widzieli. Ci drudzy pisali, że to chory kraj, bo na rogu Murzyn sprzeda ci bez problemu dragi ale grzybów zbierać nie można. No coś w tym jest. Niestety. Ale! Ci pierwsi zaznaczyli, że nie było podane, jakiej narodowości byli ci grzybiarze i że prasa podkreśliła, że w Polsce dzieci już od małego uczą się rodzajów grzybów i ich zbierania. Sama znam to z autopsji. Poza tym, gdyby pozwolono nagle zbierać grzyby legalnie , to lasy byłyby zdegradowane. Nie dość, że jest ich mało, to ludzie wszystko by zadeptali, nie mówiąc już o zostawionych śmieciach. I tu muszę się zgodzić. Tym bardziej, że pracują tu też ludzie z innych krajów, gdzie grzyby można zbierać. Nie dalej, jak w zeszłym tygodniu, na pewnej grupie polskiej na Facebooku, ktoś wrzucił zdjęcie z holenderskiego lasu/ parku, przedstawiające porzuconą butelkę po Żywcu. To niestety dobrze nie świadczy. Ocenę tego wszystkiego zostawiam Wam. Swoje napisałam 🙂

Powód 3

Chłód, mniej słońca i więcej deszczu plus wiatr, ale tego ostatniego akurat nie lubię, mimo to, przyzwyczaiłam się. Łeb chce czasem urwać, ale typowy Holender się nie poddaje i zasuwa do pracy/ szkoły na rowerze. Więcej o pogodzie pisać nie będę, bo już na początku co nieco napisałam i o podejściu do niej Polaków też.

Powód 4

Mniej turystów. Hellevoetsluis jest miastem turystycznym. Do tego rzut beretem jest miasteczko – fort Brielle i blisko Rotterdam. Dodajmy do tego jeszcze morze, szerokie plaże, domki letniskowe oblegane przez Niemców, ciepło/ gorące lato, oblegane bary i restauracje i taki introwertyk jak ja, woli nie wychodzić z domu. Nie lubię upału, tłumu, hałasu. Wtedy jest też dużo pracowników sezonowych, którzy nie zawsze zachowują się normalnie. Niektórzy Holendrzy pakują manele i wyjeżdżają z przyczepami kempingowymi w siną dal. Lubię z Panem Mężem zwiedzać ale lepiej nam to idzie, gdy nie musimy walczyć o miejsca z innymi turystami. Poza sezonem jest spokojniej i taniej.

Powód 5

Szybko robi się ciemno a gdy zapada mrok, to ja wtedy żyję. Jestem typowy człowiek sowa. To wieczorami mam najwięcej energii i mój mózg wtedy lepiej myśli i mam pomysły na różne rzeczy. Wtedy najlepiej też czyta mi się książki.  Latem w Holandii nawet po 22:00 jest jeszcze jasno. Dla mnie to mordęga. Poza tym lubię przestawianie godziny do tyłu. Lubię spać, choć wielu uważa, że zmiana czasu jest bez sensu.

Powód 6

Robactwo, muchy i znienawidzone komary idą w pizdu. Tu dodawać więcej nie trzeba 🙂

Powód 7

Jesienne dekoracje, które uwielbiam. Chyba nawet bardziej, niż te zimowe i świąteczne. Mieszam je z tymi na Halloween. Poza tym według mnie, nie ma lepszego klimatu, niż ten, gdy zapali się jesienne świece i lampiony w deszczowy wieczór. Do tego koc i wino. Dlatego przed domem mam zawsze wrzosy, chryzantemy i dynie, na stole bieżnik w jesienny wzór, poszewki na kanapie w liście, sztuczne grzyby i kilka świec. Szyszki też się znajdą:)

Powód 8

Nie robią takiego wrażenia, jak jesienią. To jedno z ładniejszych warzyw a ja warzywa kocham. Będąc ostatnio w Polsce, zauważyłam, że coraz więcej ludzi hoduje to warzywo (zazwyczaj popularna była cukinia lub kabaczek) i je sprzedaje. Widziałam mini sklepiki przed posesjami. Powstaje też mnóstwo pumpkin farm. W Holandii są one bardzo popularne. Z tym warzywem związana jest ciekawa historia.

Wydrążona dynia z wyrzeźbioną twarzą, znana jest jako jack – o – lantern, która ma pochodzenie w dawnej legendzie irlandzkiej. Jej podstawowe znaczenie, to odstraszanie złych duchów oraz nawiązanie do mitu o skąpym Jacku. Według legendy, pijany i skąpy Irlandczyk imieniem Jack, oszukał samego diabła, przez co po śmierci nie mógł trafić ani do nieba ani do piekła. Został więc skazany na wieczną tułaczkę po ziemi, mając do oświetlenia drogi jedynie lampion z wydrążonej rzepy z tlącym się węgielkiem od diabła. Pierwotnie w Irlandii i Szkocji lampiony robiono z rzepy albo buraków, aby odstraszyć wędrującą duszę Jacka i inne źle duchy. Tradycję tę przenieśli do Ameryki irlandcy imigranci. Tam odkryto, że dynia jest łatwiejsza do rzeźbienia i przyczyniło się to do jej popularności jako symbolu Halloween. Przed przyjęciem roli lampionu, dynia jako warzywo typowo jesienne i pochodzące z Ameryki, kojarzyła się również z obfitością, płodnością i zbiorami. Bardzo lubię takie legendy:)

Powód 9

Halloween! Jako dziecko obchodziłam tzw „Przebierańce”. Ludzie przebierali się w dziwne i straszne postaci, chodzili po domach a nawet organizowano bale w remizach. Teraz to już chyba odeszło do lamusa a na dobre rozgościło się Halloween. A jeszcze wcześniej mieliśmy Dziady. W internecie od dawna trwa burza między zwolennikami a przeciwnikami tego święta. Ja jestem zdania: nie chcesz- nie obchodzisz, ale nie wtrącaj się do tych, co obchodzą. Jest wielu chrześcijan, którzy obchodzą Halloween a potem Wszystkich Świętych. Ja lubię ten straszny klimat i moim marzeniem jest chociaż raz spędzić ten dzień w Stanach i odwiedzić Salem. A także jesienny Vermont. Dawno mnie nie było w Polsce w Dniu Wszystkich Świętych. Kiedyś chodziłam nawet za dnia na mszę. Potem mi przeszło. Pojawiły się prześmiewcze memy dotyczące rodzin i ubioru ludzi na cmentarzu. Często zdarza się, że w ten dzień jest naprawdę ciepło, ale w futrze trzeba się pokazać. I chociaż samo słowo „grobing” nawet mi się podoba, to już wystrojeni ludzie bawiący się w modę cmentarną nie bardzo. Taka ciekawostka: mówi się, że Polacy ubierają się do pór roku a Holendrzy do pogody 🙂 Wracając do święta… Bardzo lubię wtedy cmentarz wieczorem. Mnóstwo zniczy i ten klimat. Ludzi jest wtedy dużo, ale i tak jest cisza, zaduma. To jest nie do podrobienia. Holendrzy wiedzą, że w Polsce jest takie święto i że cmentarze wyglądają wtedy wyjątkowo pięknie. Ja potrafię pogodzić obydwa święta 🙂

Powód 10

Laura Palmer

Jesienią lepiej wchodzą filmy grozy. Tak jak zimą „Kevin” , czy „Krampus”. Ostatnio odświeżyliśmy sobie „Miasteczko Twin Peaks”. Gdy byłam mała, rodzice oglądali. Wszyscy chyba wtedy to oglądali. Ja też zerkałam i się bałam, chociaż nie wiem czemu. Na SkyShow znalazłam tylko dwa sezony i je obejrzałam. Teraz, z perspektywy czasu, serial ten nie jest straszny, czasem nawet śmieszny. Bo go rozumiem. I nie zrobiła na mnie wrażenia muzyka w czołówce, ale ta, która leci w tle 🙂 Mogę polecić jeszcze kultowy „Siedem” z Bradem Pittem i Morganem Freemanem. Obejrzałam też z Panem Mężem (choć się wzbraniał „Taśmy z Poughkeepsie”.

Amerykański horror (wg mnie raczej thriller/ kryminał) z 2007 roku, nakręcony w stylu paradokumentu. Film przedstawia zbiór ponad 800 taśm wideo, rzekomo znalezionych w domu seryjnego mordercy, który terroryzował miasto Poughkeepsie w stanie Nowy Jork. Akcja rozpoczyna się od odkrycia kasety wideo w opuszczonym domu. Policja znajduje taśmy, na których seryjny morderca nagrywał swoje zbrodnie, tortury, porwania i przerażające, psychologiczne gierki z ofiarami. Historia jest opowiadana poprzez wywiady z policjantami, profilerami FBI oraz bliskimi ofiar, przeplatana fragmentami makabrycznych nagrań mordercy. Ze względu na styl, film wywołał wiele kontrowersji a część widzów wierzyła, że jest oparty na faktach. Po premierze na festiwalu Tribeca w 2007 roku planowana dystrybucja kinowa została wstrzymana. Zyskał on rozgłos dzięki wyciekowi do internetu a oficjalnie ukazał się dopiero w 2017roku.

Do następnego 🙂

INSPIRACJE Z ARALII I DEKORACJA PRZED DOMEM

W zeszły weekend wybraliśmy się, jak zwykle, do Aralii, żeby kupić kilka roślin i dyń. Jak co roku robię małą dekorację przed domem. Chociaż tym razem nieco się spóźniłam, to jednak udało mi się jeszcze dorwać wrzosy.

W ogródku mam chyba z pięć sztuk tych roślin w doniczkach, ale nie są one tak bujne i ładne, żeby je postawić przed domem. Chciałam kupić jeszcze chociaż jedną chryzantemę i kilka dyń. Już przy wejściu do centrum ogrodniczego mina mi nieco zrzedła. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się już tylu ozdób na Boże Narodzenie. I nie wiem dlaczego, bo przecież w Actionie też już jest świątecznie. A w Aralii część pomieszczenia jest zasłonięta, bo budują, jak co roku, makietę.

I poraz kolejny napiszę: to wszystko się dzieje za szybko! Za wcześnie! Dopiero jesień, a gdzie Halloween? Jak tu poczuć potem magię świąt, tym bardziej, że w Holandii śniegu tyle, co kot napłakał. No ale skoro już tu się znalazłam, to poszliśmy obejrzeć, co tym razem sklep oferuje na święta.

Jak co roku, nowe dekoracje i nowe inspiracje. Ale mi z tyłu głowy cały czas się tłukło, że to niemożliwe, że już nic z jesieni nie zostało. Że nie kupię wrzosów i nie obejrzę dyń. I że będę musiała szukać jakiejś pumpkin farm.

Propozycja świątecznego stołu.
Ozdoby w kolorach różu, fioletu, turkusu…

Zatrzymałam się z ciekawością przy bombkach. I to nie byle jakich. To były bombki w różnych kształtach, np kostki do gry, kostki dla psa, jedzenie a nawet związane z modą, czyli szpilki albo torebki:

Żadnej ozdoby świątecznej nie miałam zamiaru kupić. Mam ich już dużo a bombki ledwo się na choince mieszczą. Minęłam to wszystko i szłam dalej. I nagle są! Resztki jesieni 😀

Chciałam wpakować rośliny i dynie do koszyka i zorientowałam się, że przecież wzięliśmy tylko mały, plastikowy koszyk. Pan Mąż poszedł na zewnątrz po duży kosz, a ja spokojnie wybierałam wrzosy i chryzantemy. Finalnie wzięłam dwa rodzaje wrzosów, jedną chryzantemę i kilka dyń. Więcej nie potrzebowałam.

Dopiero dzisiaj wzięłam się za uporządkowanie przodu. Wiatr nawiał mi sporo liści. Sąsiadka wczoraj przyniosła mi dużą, różową chryzantemę. Za pomidory. Miło z jej strony. Usunęłam suche liście, wyczyściłam kostkę, przesadziłam wrzosy i zrobiłam małą dekorację. Swoją drogą, na wiosnę muszę ruszyć z myjką i porządnie umyć kostkę. Dostawiłam jeszcze dwie dynie i wiewiórkę z muchomorem. Małe co nieco, ale jest  🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Jesień rozpoczęła się na dobre. Ruszyła z kopyta i nawet okiem nie mrugnęłam a tu nagle październik. To wszystko zasłonił mi krótki urlop w Polsce. Pojechaliśmy na wesele i przy okazji na grzybobranie. Tego przecież odpuścić nie mogłam.

Przed urlopem pogoda dopisywała na tyle, że posprzątałam i przewietrzyłam cały dom, bo lubię wracać do czystego. Pan Mąż wyniósł na podwórko tarczę z rzutkami i trochę pograliśmy a sąsiad przyniósł ponownie truskawki.

Potem się pogoda trochę zepsuła, pojawiły się chmury i nawet padało. Mnie to oczywiście nie przeszkadzało. Widziałam już wtedy klucze ptaków lecących do ciepłych krajów. Życzę spokojnej podróży i niech w przyszłym roku szczęśliwie wrócą. Kaczki zostały i jak zwykle pływają po kanałach.

Droga do Polski przebiegła niemal bez problemów. Chodzi mi tutaj głównie o Niemcy. W lipcu jechało się bardzo dobrze. Z powrotem też. Tym razem trafiliśmy na nieco więcej robót drogowych. W tym kraju one się nigdy nie kończą. Na granicy, standardowo poszliśmy coś zjeść. Tym razem Picaro było już zamknięte, więc skorzystaliśmy z kuchni stacji benzynowej. Ja zamówiłam zupę gulaszową a Pan Mąż żeberko, które wizualnie dziwnie wyglądało. Zupa była ok.

Ogólnie w Polsce, w domu byliśmy dopiero około 3:00 w nocy. Trzeba było odespać podróż i szykować się na wesele. Kupiłam wcześniej w holenderskim sklepie czerwoną kieckę a w dniu wesela stwierdziłam, że jest jednak za krótka. Założyłam więc tę, w której dwa lata temu byłam na weselu brata. Teraz trochę żałuję, bo jednak porównując do innych, wcale nie była taka kusa. Na szczęście wzięłam ze sobą czarne wygodne tenisówki, bo w szpilkach długo nie wytrzymałam. Ślub był piękny a wesele udane. Jedzenie dobre, muzyka świetna. Didżej super wszystko prowadził. Tańczyliśmy na szczęście nie tylko do disco polo. A zamiast głupich, starych zabaw, była np Familiada. Standardowo, był wiejski stół, który ja osobiście bardzo lubię. Zawsze przy nim stoję 😀

Słodki stół także był, ale on akurat mnie nie interesował. Dopiero po weselu spróbowałam pysznego sernika w polewie pistacjowej. Była jeszcze jedna, bardzo fajna i potrzebna rzecz: tzw koszyczek ratunkowy z różnymi potrzebnymi rzeczami. Uważam, że to się zawsze na tego typu imprezach przyda.

Napiszę jeszcze kilka słów o samej sali. Nie lubię wszechobecnej bieli czy kryształowych żyrandoli. Ale tu muszę przyznać, że robiło to wrażenie. Naprawdę sala jest piękna a dodatkowo wszędzie było mnóstwo luster. Tło idealne do robienie zdjęć na Instagram. Oprócz bieli, panna młoda chciała, żeby pojawiły się słoneczniki i to wszystko komponowało się super. Zdarzyło się jednak coś bardzo smutnego. Jedna osoba z rodziny Pana Męża trafiła do szpitala (na poprawinach). Nie będę o tym dużo pisała. Po prostu wszyscy trzymamy kciuki, żeby wszystko się dobrze skończyło…

Muszę wspomnieć jeszcze o tym, że pogoda nie była za piękna, ale w weselny weekend nagle się poprawiła a temperatura wzrosła aż do 27°.  W poniedziałek natomiast raptownie spadła, poszliśmy na grzyby a ja się pochorowałam. Test na covid zrobiłam, ale wyszedł negatywny. A grypa/ przeziębienie trzyma mnie do tej pory.

Do lasu poszliśmy tam, gdzie jako dziecko często chodziłam z babcią. Na tyle znam te lasy, że o zgubieniu się nie było mowy. Zresztą daleko się nie zapuszczalismy. Na początku trafiliśmy na kanie, które okazały potem robaczywe. Szybko znalazłam „prawe” a Pan Mąż jedynie widział grzyby- muchomory. Nawet je liczył. Po jakimś czasie trafił na miejsce, gdzie rosło aż 27 podgrzybków! Lubię je zbierać, bo w jednym miejscu może być ich nawet kilkanaście. Koniec końców, z lasu wyszliśmy z pełnym koszem.

Pan Mąż znalazł też nietypowy rodzaj huby drzewnej. Jeszcze takiego koloru nie widzieliśmy:

Co ciekawe, moja Babcia i Dziadek prowadzą rywalizację. Obydwoje chodzą na grzyby i ścigają się w ilości. Babcia prowadzi listę. Dziadek nawet obgryzione przynosi, babcia się wścieka, on mówi, że grzyb, to grzyb, więc ona i tak wpisuje na listę. Gdy wyjeżdżaliśmy, dziadek prowadził w ilości. Jak się bójką nie skończy, to będzie cud XD

Zajrzeliśmy przed wyjazdem oczywiście do kilku sklepów. W InterMarche była mini wystawka z gadżetami na Halloween. Wtedy dotarło do mnie, że to już za miesiąc.

Darowałam sobie kupno kolejnego kubka, bo już mi się w szafce nie mieszczą. A teraz oczywiście żałuję. Droga do domu była ciężka. Na granicy z Niemcami korki. Szlag nas trafiał. Potem lało. W nocy, niedaleko Kassel, objazdy. Nawigacja wywaliła nas na zadupia, gdzie jechaliśmy aż przez 7 tuneli. Pierwszy raz tak ch… owo prowadziło mi się auto, do tego ta grypa. Do domu dotarliśmy na ostatnich oparach sił. Godzina 5:00 rano. Jak do tej pory, najgorsza podróż. Dopiero w zeszły weekend odespaliśmy.

I to by było na tyle. W przygotowaniu mam kolejne wpisy. Pojawią się na dniach. Do następnego 🙂

ŁUPY Z DROGERII

Wróciliśmy z Polski. A będąc w kraju, zawsze warto zajrzeć do drogerii. A wiadomo, że w Holandii sklepy kosmetyczne są słabo zaopatrzone. Piszę to z perspektywy Polki, która kiedyś miała Hebe czy Naturę pod nosem.

Muszę wspomnieć też o cenach. W typowej holenderskiej drogerii, jest drożej. Zazwyczaj kosmetyki kupuję więc przez internet, bo ogromny wybór i taniej. Tym razem ominęłam Hebe i wybrałam Rossmann. Nie poszłam w ciemno, bo miałam na liście kilka rzeczy, które chciałam kupić. W tym jeden hit. Moje odkrycie.

Maski w płachcie.

To mój must have. Kupiłam dwie, które robią „glass skin”, który jest teraz popularny. Nie podążam ślepo za influencerkami, ale tym razem pokazały na TikToku, że ten koreański „wynalazek” naprawdę działa. A że maski uwielbiam, to stwierdziłam, że zaryzykuję i mam nadzieję spodziewać się ekstra efektu. Jeśli to działa, to kupię i np serum. Jest też maska miodowa, bo miód na skórze kocham.

Ampułki i kapsułki

Niemiecka marka Isana jest tania i efektywna. Już nie raz się o tym przekonałam. Tym razem kupiłam ampułki z peptydami i wit C. Do tego kapsułki z Q10. Wcześniej używałam tylko tych z wit C. Jestem ciekawa ampułek z peptydami, które pomagają w pierwszych oznakach starzenia.

Odżywka do włosów i samoopalacz

Odżywka zawiera ceramidy i dodaje blasku włosom matowym. Dodatkowo ułatwia rozczesywanie. Gdy jestem w Polsce, tamtejsza woda niszczy mi włosy. Nie mówię, że w całym kraju woda jest zła, ale tam, skąd pochodzę, chlor jest wszechobecny a kranówa jest niedobra w smaku. Do wody w Holandii nie mogę się przyczepić. Mam nadzieję, że ta odżywka postawi moje kudły do pionu. Ten samoopalacz, to moje odkrycie. Ładnie pachnie, nie zostawia smug i tak jak obiecuje producent, opalenizna pojawia się baaaardzo szybko. To moje drugie opakowanie.

Pomadka i tusz

Kolejny produkt marki Isana. Pomadki do ust kocham. W domu zawsze mam pod ręką kilka sztuk. W pracy, w kieszeni też jedna jest. Nawet Pan Mąż nauczył się używać. Tym razem kupiłam miodową, a jakże. Kończy mi się tusz do rzęs. Do tej pory używałam tego od niemieckiej marki Catrice. Ten tusz kupiony w Niemczech jest rewelacyjny. W Holandii niekoniecznie. Skusiłam się tym razem na Maybelline. Chyba nigdy tuszu tej firmy nie używałam. I powiem szczerze, nie zawiodłam się. Jest bardzo dobry.

Marka Bielenda

To jest sztos! Moje odkrycie. Dostałam próbkę kremu tej serii w lipcu. Użyłam i przepadłam. Krem pięknie rozświetla skórę. Mimo, że moja jest mieszana, to nie zostawiał tłustego filmu. Do drogerii poszłam specjalnie po ten krem. Kremu nie było, ale za to wyszłam z serum, żelem do mycia twarzy i mgiełką tonizującą z tej serii. Czekam na maski. Do tej pory, z polskich marek uwielbiałam Ziaję, ale teraz Bielenda wybiła się na pierwsze miejsce. Jej produkty są często polecane.

Żel i tonik

Te dwa produkty nie są z Rossmanna. Tu już kłania się supermarket. Pierwszy produkt kupiłam w Netto. Jest to żel pod prysznic. Były dwa rodzaje: lody o smaku truskawkowym i Oreo. Wybrałam ten drugi, bo ładniej pachnie. Zobaczymy, jak z użyciem. Chodzi mi o pianę i efekt na skórze. Drugi kosmetyk, to tonik firmy  Labell. Produkcja francuska. Producent obiecuje nawilżenie skóry. Także czeka na test. Kupiony w Inter Marche.

I to tyle. A wpis „Było, minęło”, czyli podsumowanie miesiąca, pojawi się w weekend. Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Znowu się na mnie dziwnie patrzą, gdy mówię, że wreszcie zbliża się koniec lata, że wreszcie robi się szybciej ciemno, że wreszcie będzie chłodniej, że wreszcie będzie więcej deszczu. Czyli po prostu uroki jesieni. Mojej ulubionej pory roku.

Od naszego urlopu w Polsce minął miesiąc a za   dwa tygodnie pojawimy się tam znowu. Wesele  się zbliża i ciekawe, czy Pan Młody padnie ze strachu… XD Ale najpierw lecę do lasu na grzyby. W sierpniu trochę drzew zaliczyłam, bo ze znajomymi wybraliśmy się na rowerową wycieczkę. Oni znają fajne miejsca i objeździliśmy okolice. Zajęło nam to kilka godzin. Spałam potem, jak zabita.

W naszym mieście pojawił się też tradycyjnie kermis, czyli lunapark. Była to większa impreza. Pojechaliśmy z Panem Mężem zaraz po pracy rozejrzeć się, co tam ciekawego. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na moje ulubione „foteliki”. A potem na frytki, oczywiście z majonezem. W kanale zacumowanych było mnóstwo łodzi i jachtów, bo Holendrzy na nich albo odpoczywali po upalnym dniu, albo balowali. Zewsząd było słychać muzykę a wieczorem miał się odbyć jakiś koncert. Wszystkie knajpy i bary szeroko otwarte. Do tego był zlot jakichś aut. Działo się a ogólnie ta impreza trwała od środy do niedzieli.

Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie małego grilla. Nikogo nie zapraszaliśmy, bo nie było też ochoty na towarzystwo. Po tej krótkiej wizycie na kermisie, miałam dość hałasu a poza tym byliśmy po pracy i chcieliśmy odpocząć. Kupiłam w polskim sklepie chipsy. Ina – Ukrainka, z którą pracuję, powiedziała, że są one ukraińskie. Rzadko jem chipsy, ale krabowych jeszcze nie jadłam. Okazały się bardzo smaczne.

W Lidlu natknęłam się na perfumowane płyny do prania i kupiłam ten w kolorze (chyba) miętowym i faktycznie, ubrania pięknie pachną. Różowy zapach nie przypadł mi do gustu. Zawsze wybieram płyny w kolorze niebieskim, albo w niebieskiej butelce. Albo w kolorach podobnych. W Actionie za to już nie mogłam się powstrzymać, żeby znowu jakiegoś jesiennego badziewia nie kupić do wystroju domu…

Mam nową poranną rutynę. I aż się dziwię, że wcześniej nie zaczęłam tego robić. W weekend robię kąpiel w zimnej wodzie z lodem. Chodzi o twarz. A w tygodniu co rano, przecieram twarz kostkami lodu. Rewelacja. A ja uwielbiam taki chłód na twarzy z rana. Od razu stawia na nogi i poprawia kondycję skóry.

Pan Mąż też się skusił na masaż lodem, ale ledwo to przeżył.

Stałam też trochę przy garach. Mam często fazę na testowanie przepisów z TikToka. Zrobiłam najprostsze ciasto z truskawkami i esencją waniliową i kotlety ziemniaczane z serem żółtym i pieczarkami. Zawsze, to coś innego, niż typowy obiad. Trochę się rozwalały, ale całkiem smaczne. Nie popisałam się z sosem, bo zrobiłam borowikowy z torebki…

Koniec sierpnia, to także firmowa impreza, czyli barbecue. Odbyła się ona u nas w szklarni, a dokładniej, to na zewnątrz i na magazynie. Pierwotnie, miałam sobie odpuścić. Potem jednak wpisałam się na listę i zaproponowałam, że będę kierowcą. Na odpowiedzialnego, niepijącego kierowcę, który wozi innych mówi się tu BOB. Czyli, jeśli na imprezie powiesz, że jesteś dzisiaj Bob, to każdy Holender wie o co chodzi (niektórzy Polacy też) i nikt nie namawia na alkohol.

Lody też były 🙂

Miałam porównanie do poprzednich imprez. Tu było bardziej luksusowo. Wielkie białe parasole, białe stoliki i krzesła, profesjonalny bar, ogromny grill i rośliny w donicach. Holendrzy pojawili się z dziećmi, co mnie zdziwiło i były też „dmuchańce” dla nich. Oprócz tego piłkarzyki i dwa stoły do ping ponga. Dawno nie grałam i się ubawiłam przy tym. Jedzenia było dużo: hamburgery, łosoś, kurczak czy żeberka. I oczywiście litry piwa i wina. Muzyki było mało. Nawet puścili jakieś disco polo. Nie było typowej dyskoteki ze światłami, jak było kiedyś na innej szklarni.

Przyjechaliśmy spóźnieni. Na zewnątrz siedziało już sporo osób z innych szklarni, którzy pracują w tej firmie. Znaleźliśmy stolik wolny na magazynie obok gier. Nasi współpracownicy nie popisali się. Dlaczego? Pracujemy na tej właśnie szklarni. Oni, zamiast siedzieć tu, gdzie wszyscy się bawili, usiedli zupełnie po drugiej stronie, tam gdzie palarnia. Jakby się krępowali, nie chcieli integrować. Bez sensu. Ja lubię takie mieszane towarzystwo. Nawet tam do nich nie poszłam. Po jakimś czasie kilkoro się ulotniło a kilkoro wreszcie przyszło do nas, żeby pograć i pogadać. Pojawił się też Holender, z którym pracuję na magazynie. Pijany już w trzy dupy. On chyba nigdy na imprezę trzeźwy nie przyszedł XD Ledwo grał w ping ponga i paletkę trzymał, ale w drugiej ręce piwo musiało być. Przyszedł z żoną, która chyba też już coś wcześniej chlapnęła. Przynajmniej było wesoło. Ogólnie party trwało do godziny 21:00. Niektórzy już wtedy mięli ładnie w czubie i zaczęli nawet tańczyć a tu koniec. Zwinęli grilla, manele i towarzystwo do domu 🙂 Zresztą zebrało się trochę ciemnych chmur i zapowiadały deszcz.

Moje ulubione wieczory po pracy wyglądały tak, że po kąpaniu, często z maską na twarzy, już o godzinie 19:00 leżałam w łóżku. Zasłony zasłonięte, lampka zapalona i relaks. Cisza i spokój, mimo że za oknem dzieci jeszcze długo było słychać. A ja „po Wieczorynce” do wyra. I tak minął mi sierpień a teraz trzeba robić zdjęcia wrześniowi i chyba trochę mi się ich nazbiera.

Do następnego 🙂