BYŁO, MINĘŁO…

Trochę czasu mi zajęło zabranie się za ten wpis, ale to dlatego, że musiałam poukładać wydarzenia zeszłego miesiąca, bo sporo się działo. Dzisiaj zatem będzie, jak zwykle, trochę codzienności, ale też napiszę co nieco o pracy, Dniu Króla i swoim mieście. Więc zaczynam.

Na początku dodam, że wiosna w Holandii wybuchła nagle. Było jakoś tak nijako, aż nagle wszystko się zazieleniło a dookoła pojawiły się kwiaty na drzewach magnolii, które są tu na każdym kroku. Piszę to ze swojej perspektywy. Po prostu w pewnym momencie zobaczyłam, że nadeszła faktycznie ta pora roku.

W domu postanowiłam zrobić wiosenne spa moim roślinom. Wsadziłam je do wanny i polewałam wodą. Zmyłam kurz, porządnie je nawodniłam i na drugi dzień było widać, że po zimie odżyły.

W ogródku za to wyrosły i zakwitły niektóre tulipany. W zeszłym roku nie było nic. Róża się zadomowiła i cały czas pnie się ku górze. Mam nadzieję, że oplecie „drabinkę” i w przyszłym roku wypuści kwiaty.

W Wielkanoc pracowaliśmy. Sobota i poniedziałek oczywiście krócej, tylko niedziela była wolna i w ogóle nie odczułam, że są święta. Ugotowałam tylko żurek, bo dawno nie jedliśmy i jakieś jajka. Nie wyciągałam nawet ozdób wiosenno – wielkanocnych. W pracy były świąteczne słodycze i przypadł mi do gustu zając. Dawno tak dobrego ciacha nie jadłam.

Tak, jak nagle przyszła wiosna, tak nagle wyrosło mnóstwo pomidorów i zaczął się zbiór. Trzeba było zatrudnić nowych ludzi. Przyszło kilkoro Polaków, do tego sporo Rumunów i Bułgarów a także Słowaków, których bardzo lubię. Uważam, że to najsympatyczniejszy naród w Europie. Bułgarzy jakoś się zachowują (byle jak, ale jakoś), za to Rumuni oczywiście swój świat i swoje zasady. Nie dość, że głośny i krzykliwy naród, to mają w dupie to, co szef mówi. Przykład: koniec przerwy. Wszyscy się zbierają z kantyny, szef mówi do nich, że czas iść. A oni, że nie i dalej jedzą. Trzeba było im tłumaczyć, co tu wolno a czego nie. Nie ma samowolki, bo inaczej by był burdel na kółkach. Teraz już pojęli, że to prawdziwy zakład pracy a nie „róbta co chceta”. Mimo to, nadal są głośni. Na magazynie buczą maszyny, na przerwach ludzki hałas, więc, gdy wracam do domu, to muszę mieć ciszę. Za dużo bodźców.

Polacy też często coś odwalają. Jest np taka Kasia. Cicha, spokojna dziewczyna. Tak się przynajmniej wydaje. Jest bardzo szczupła, nawet wręcz chuda. Na przerwach nic nie je, tylko kopci fajki. Gdy podczas pracy szła do toalety, nie odbijała pauzy. Przy zwróceniu uwagi, odpowiadała, że ona nie musi. WTF? Mało tego, dziewczyny opowiadały, że potrafiła się nagle zatrzymać w rajce, przerwać wykonywaną czynność i stać, jak posąg patrząc się w jedno miejsce. Albo się przy tym uśmiechając, albo zupełnie bez wyrazu, z pustym wzrokiem. Przy próbie nawiązania rozmowy, zaczynała płakać. Współlokatorzy opowiadali, że w domu też nie posiadała żywności (jedynie herbatę) i potrafiła siedzieć na kanapie bez ruchu nawet i pół godziny. Albo chodzić w tę i z powrotem w nocy po schodach. A kilka razy nawet się w pracy nie pojawiła, nie podając powodu. Aktualizacja: już została zwolniona.

Hellevoetsluis – tutaj mieszkam już ponad 10 lat. Miasteczko ma port, zabytkowy wiatrak, bunkry, fort, tzw stare miasto i ogólnie jest często odwiedzane przez turystów. Wydaje się spokojnym miejscem. Ładnym miejscem. Dlatego właśnie ludźmi wstrząsnęła zbrodnia i tragedia, która się tutaj wydarzyła….

Całe miasto obiegła masakryczna wieść, że syn zabił własną matkę. A konkretniej, to po prostu  odciął jej głowę. Czy najpierw zabił a potem dokonał dekapitacji, tego nie wiem. Ciało bez głowy, znalazł partner 63-letniej kobiety. A wieczorem dnia poprzedniego, spacerowicz z psem natknął się na kałużę krwi, przed jednym z domów. Została powiadomiona policja. Po dochodzeniu, sprawcą okazał się 31- letni syn ofiary, który został zatrzymany w okolicy Delft. Poruszał się niewielkim autem. Przy zatrzymaniu, pojawił się korek, bo śledczy rozstawili na trasie parawan. Dlaczego? Bo synek wiózł odciętą głowę matki w aucie. Media podały, że sam miał coś z głową. Podobno chory psychicznie. Polacy komentujący tę sprawę w mediach społecznościowych (pisano o tym też w Polsce), przeinaczyli imię ofiary i wyszło im, że to muzułmanie. A to wiadomo, jak jest z takimi ludźmi… Straciłam się w komentarze, bo się czytać tego nie dało. Jeśli już, to prędzej jakiś ekstremista, który ma w poważaniu koran, zabije siostrę lub żonę, ale nie matkę. Po drugie, prawdziwy muzułmanin żyje wg prawdziwego Koranu. Po trzecie, sprostowałam, że ofiara i morderca, to Holendrzy z krwi i kości.

To na tej ulicy doszło do zbrodni. Po prawej stronie, trochę dalej znajduje się mieszkanie ofiary. Pod drzwi nie podchodziłam. 5 lat temu wynajmowaliśmy w tej okolicy mieszkanie. Dzielił nas od tej ulicy kanał z mostem.

Teraz coś z innej beczki. Coś wesołego, czyli Dzień Króla. Jak zwykle w Holandii obchodzony z pompą. Król obchodził urodziny w niedzielę, więc obchody były przełożone na sobotę. Idealnie dla Holendrów, bo można się było bawić do oporu. W sobotę niestety pracowaliśmy do południa, więc pchli targ ominął mnie szerokim łukiem. Parady też. Gówno widziałam i gówno kupiłam. I się wkurzyłam, bo moje plany wzięły w łeb. No nic, po pracy była drzemka, bo inaczej nie dało rady funkcjonować. Około 18:00 pojechaliśmy z pomidorami do znajomej pary starszych Holendrów, z którymi znamy się z poprzedniego mieszkania. Sąsiedzi z szeregówki obok. Zaprosili nas na kawę. Pogadaliśmy i Pan Mąż zapytał się o tę zbrodnię. Rodzina jest im dobrze znana i potwierdzili, że facet jest psychicznie chory. Więcej nie drążyliśmy tematu. A przy okazji dowiedzieliśmy się, że Holendrzy po śmierci często leżą w trumnach w domach, nawet i tydzień czasu! Minimum 3 dni a max- 7. Od spodu trumny są specjalnie chłodzone i bliscy po prostu przez ten czas funkcjonują z nieboszczykiem aż do pochówku. Po tym czasie, albo do piachu, albo do pieca. W Polsce kiedyś też tak było. Wytłumaczyłam, że już tego się nie praktykuje. Z prosektorium trumny zawozi karawan bezpośrednio do kaplicy przykościelnej. My się zdziwiliśmy i oni się zdziwili. Wychodząc, zamiast powiedzieć po holendersku „miłego wieczoru”, to powiedziałam „dobry wieczór” XD Miałam zaćmę mózgową chyba. Po tej wizycie, udaliśmy się do knajpy na świeżym powietrzu na piwo.

Mnóstwo ludzi, ale wolny stolik udało się znaleźć. Wszyscy w doskonałych humorach. Bardzo dużo osób ubranych było na pomarańczowo, albo miało jakieś akcenty w tym królewskim kolorze.

Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie we dwoje grilla, bo uznaliśmy, że pogoda dopisuje no i przecież to już czas, aby wreszcie zjeść pierwszą w tym sezonie pieczoną kiełbasę 🙂

Do następnego 🙂

PÓŹNOWIOSENNE „UMILACZE”

Chyba pierwszy raz od dłuższego czasu cieszę się ze zbliżającego się lata. Dlaczego? Bo w lipcu mamy urlop. Ta pora roku lada moment się pojawi a ja mam kilka fajnych polecajek, które pasują do czerwca, lipca i sierpnia, ale oczywiście nie tylko.

Ostatnio naszło mnie (dzięki Tiktokowi) na upieczenie ciasta, mimo że jestem z wypiekami do bani. Pożyczyłam mikser, stwierdziłam że będę wszystko robiła na oko. Wyjdzie, będzie super. Wyjdzie zakalec- się nie dziwię. Pan Mąż kupił sobie kiedyś ananasa w puszce, którego nie zjadł, więc chciałam zrobić placek ananasowy. I o dziwo wyszedł! Wyrośnięty i wilgotny.

Ananasa z dwóch puszek zblendowałam razem z sokiem. Mąkę (uniwersalną z Lidla, moją ulubioną) przesiałam, dodałam cukier, proszek do pieczenia, 3 jajka, oliwę i masę ananasową. Wszystkie składniki zmiksowałam i wylałam do formy natłuszczonej masłem. Piekłam w 180° ale nie pamiętam przez ile dokładnie. Po prostu zaglądałam do piekarnika. Składniki dawałam „na oko”. Po wyjęciu ciasta, posypałam je cukrem pudrem i polałam roztopioną mleczną czekoladą. Nie wyszło bardzo słodkie. Takie w sam raz. I pasuje idealnie na ciepłe letnie wieczory.

Znalazłam idealny peeling do ciała dla mnie. Można go kupić w Actionie. Kokosowy, kremowy i fajnie natłuszcza. Ja dodaję do niego trochę cukru, bo używam samoopalacza, więc potrzebuję większych drobinek do ścierania. Często też go używam tylko do peelingu dłoni.

W Lidlu pojawiły się nowe zapachy świec Yankee Candle. Wybrałam tę różową. Pachnie słodko i wakacyjne.

Wrócę jeszcze do Actiona. Dwa produkty: drobnoziarnisty peeling do twarzy i serum w pompce, które ma za zadanie ujarzmić puszące się końcówki włosów. Peeling nie wysusza skóry, nawilża ją, a ja i tak dodaję do niego (jak zwykle) odrobinę cukru. Odżywka do włosów ma bardzo przyjemny zapach. Nakładam ją na wilgotne włosy a potem suszę i faktycznie- na moje działa 🙂

Lubię robić pranie. A najbardziej je rozwieszać. Ściągać i chować ubrania do szafy, już nie bardzo. Uwielbiam sprawdzać, jak pachną płyny do płukania. Odpowiadają mi przeważnie te niebieskie. W Lidlu znalazłam idealne połączenie: perfumy do prania i lidlowski „doussy” do płukania. O perfumach już tutaj kiedyś pisałam. Używałam wszystkich zapachów, Ale ten duet robi robotę. Zapach prania czuć w całym domu. A najlepiej, jeśli do tego pranie schnie na dworze.

W wazonie najczęściej miałam ulubione tulipany. Potem było trochę goździków a ostatnio bukiet wiosennych kwiatów, który prezentuje się bardzo ładnie. A przed domem wisi teraz dzwonek dalmatyński w pięknym fioletowym kolorze.

Na Facebooku dołączyłam do grupy, która spaceruje. Ludzie pokazują różne, piękne trasy spacerowe w Holandii. Na Instagramie też jest podobne konto, które obserwuję. W Hadze natomiast działa grupa polska Raj Polskich Graczy w Holandii. Ludzie zbierają się w podanym czasie i miejscu i grają w planszówki. Mam nadzieję, że się kiedyś i my wybierzemy.

Kupiłam ziemię, zioła w doniczce: dwa szczypiorki, mięta, bazylia, oregano, tymianek i rozmaryn. Wsadziłam je do dwóch donic i będą teraz rosły w ogrodzie. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Ulubione batony 🙂

I na koniec coś o siemieniu lnianym i nasionach chia. Prawie codziennie, zamiast kolacji piję je zalane wrzątkiem (i wystudzone). Zabijają uczucie głodu i faktycznie trochę ta opona na brzuchu się zmniejszyła. Bratowa dodatkowo poradziła mi robić galaretkę z tego i nakładać na twarz. Działa jak lifting i nawilża. Jestem już po pierwszej maseczce i faktycznie, skóra jest sprężysta i wygładzona. Będę stosować regularnie, bo skóra po zimie potrzebuje kopa.

Do następnego 🙂

MUZEUM „BATTERIE TODT”- NORMANDIA

Zawsze staram się tutaj pisać o każdym zobaczonym, odwiedzonym przeze mnie miejscu. Nie inaczej będzie też w przypadku tego muzeum, chociaż to było marzenie Pana Męża, a nie moje, żeby zobaczyć słynne działo kolejowe Leopold. A skoro jechaliśmy do Normandii, to po drodze był czas na militaria i sprawy wojenne.

Pan Mąż, gdy skleja modele puszcza w tle na YouTube filmy o tematyce II wojny światowej, więc chcąc nie chcąc, trochę słucham i coś tam sobie zapamiętuję, choć wielką fanką historii nigdy nie byłam. Nie przeszkadza mi jednak to, że włóczymy się czasem po jakimś muzeum militarnym i z ciekawością oglądam eksponaty, a Pan Mąż mi tłumaczy co, jak, kiedy, gdzie się wydarzyło. On toleruje moje hobby a ja jego, więc zwiedzamy po równo 🙂

Jak już wcześniej pisałam, do zobaczenia mamy jeszcze kawał Normandii, bo jest tam wiele historycznych miejsc i nie tylko. Tak więc i ja coś zobaczę i Pan Mąż. Teraz trochę Wikipedii, czyli o co chodzi z lądowaniem w Normandii. Była to Operacja Neptun, czyli wstępna faza operacji Overlord- największa pod względem użytych sił i środków operacja desantowa w historii wojen. Miała na celu otwarcie w zachodniej Europie tzw drugiego frontu. Operacja została przeprowadzona we wtorek 6 czerwca 1944r. pod dowództwem generała Eisenhowera, a siłami inwazyjnymi były wojska amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie. I też te informacje płynące z YouTube, nie raz słyszałam.

Batterie Todt, to bunkier artylerii nadbrzeżnej, zbudowany przez nazistowskie Niemcy podczas II wojny światowej. Zlokalizowany jest w wiosce Audinghen w pobliżu Calais. Jego uroczyste otwarcie nastąpiło w obecności Admirałów: Raedera i Donitza. Wcześniej nazywane było Baterią Siegfrieda. Wyposażony w 4 działa kalibru 380 mm. W późniejszym czasie przemianowano go na Baterię Todta, na cześć niemieckiego inżyniera budowlanego, który zginął w katastrofie lotniczej w styczniu 1942 roku.

Najważniejszą rzeczą, którą chciał zobaczyć Pan Mąż, było olbrzymie działo kolejowe Leopold.

W środku muzeum jest sporo do obejrzenia. Możemy zobaczyć pojazdy używane na wojnie, broń a w gablotach ubiory żołnierzy, czy manekiny przedstawiające scenki wojenne. W marcu, wybitnie w tym miejscu było zimno, więc warto się ciepło ubrać, tym bardziej, że w murach bunkru można poczuć chłód do kości. Polecam też odwiedzić mały sklepik z pamiątkami.

Do następnego 🙂

„JUŻ NIKT MNIE NIE SKRZYWDZI” – Marcel Moss

„Mieszkanie bez książek ciemniejsze jest, niż bez lampy”- Henryk Sienkiewicz. Zaczynam wpis cytatem, ponieważ wczoraj był Światowy Dzień Książek, który przeoczyłam. Z racji tego, dzisiaj napiszę kilka słów o thrillerze, który przeczytałam jakiś miesiąc temu i czekał w kolejce do bloga.

Tą książką Marcel Moss dał czadu. O tym jak dużego, może świadczyć to, że czytałam na raty. Nie mogłam przebrnąć przez niektóre sceny, opisy, bo tak były ciężkie. Mój mózg stawał dęba. Podobnie miałam z „Chłopkami”. Słucham podcastów kryminalnych i są tam opisane sceny znęcania się psychicznego, fizycznego i morderstw. Ale nie tak dobitnie (bo czasem w źródłach jest mało informacji a czasem podcasterzy po prostu oszczędzają szczegółów), jak w tym thrillerze. Autor się nie cackał z opisami. Jest to mocny thriller z domieszką psychologii i kryminału.

Warszawski licealista Maks Hajder w trakcie rodzinnej kłótni wpada w szał i atakuje nożem domowników. Jego rodzice giną na miejscu, a młodszy brat w stanie krytycznym trafia do szpitala. Przybyłe na miejsce służby zastają Maksa siedzącego spokojnie na podłodze i otoczonego zakrwawionymi ciałami. Sprawia on wrażenie, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, co zrobił.

Tydzień po zatrzymaniu, Maks targa się na własne życie i zapada w śpiączkę. Gdy odzyskuje przytomność, początkowo nie potrafi przypomnieć sobie szczegółów tamtego tragicznego dnia. Prowadzący śledztwo i zmagający się z medialną presją policjanci, próbują ustalić, dlaczego spokojny, lubiany i pochodzący z dobrego domu nastolatek dopuścił się tak potwornej zbrodni. Gdy Max odzyskuje wreszcie pamięć, przenosi ich do mrocznego, toksycznego świata pełnego fizycznych i psychicznych tortur, których dopuszczał się na nim ojciec. Przerażeni śledczy odkrywają, jakie dramaty latami rozgrywały się za zamkniętymi drzwiami okazałego domu Hajderów. I mają wątpliwości, czy Maks jest z nimi szczery.

Co tak naprawdę wydarzyło się tamtego dnia? Czy Maks mówi prawdę? I czym jest tajemnicza organizacja o nazwie Armia Pokrzywdzonych, której członkowie samodzielnie wymierzają karę sprawcom przemocy wobec nastolatków?

Ta książka jest naprawdę wstrząsająca. Przynajmniej na mnie zrobiła takie wrażenie. Piorunującego efektu dodają przypisy do rozdziałów, które pokazują czytelnikowi wyniki badań, które opisują dramaty dzieci i młodzieży. Dotyczy to m.in przemocy, cyberprzemocy, zabójstw czy samobójstw. Jest to zatrważające. Mimo, że główny bohater wydaje się być antybohaterem, to od razu poczułam do niego sympatię. Dlaczego? Bo jest to dramat nastolatka, któremu przez nieszczęśliwy wypadek, ojciec zgotował okrutny los. Zresztą nie tylko jemu… I pomyśleć, że takie historie zdarzają się na świecie naprawdę… Końcówka jest świetna. Polecam, ale dla ludzi o mocnych nerwach.

„Właściwym celem książek, jest zmusić umysł, żeby myślał po swojemu”- Cecil Morley

„Czytanie jest dla umysłu tym, czym gimnastyka dla ciała”- Richard Steel

A teraz coś trochę z innej beczki. Ostatnio czytałam klika artykułów w magazynie „Przekrój”. Jeden z nich był o japońskich, pojedynczych słowach, które opisują różne sytuacje. Nie ma polskich odpowiedników. Jeden wyraz przykuł moją uwagę: „tsundoku”.

Tsundoku- z jednej strony chodzi o kupowanie i gromadzenie stosów książek, których nie przeczytaliśmy a z drugiej, o same te stosy. Tsundoku, to w najlepszym wypadku miłość do literatury, która każe nam nabywać coraz to nowsze pozycje, w najgorszym zaś – pewna odmiana książkowego zbieractwa, a więc coś w rodzaju natręctwa lub manii. Czyli wypisz, wymaluj- u mnie występuje tsundoku 🙂

„Temu, kto lubi książki, nigdy nie zabraknie wiernego przyjaciela”- Władysław Orkan

„Kto czyta książki, żyje podwójnie”- Umberto Eco

Do następnego 🙂

ETRETAT

Ta miejscowość była na mojej liście miejsc do zobaczenia. Oglądałam zdjęcia w internecie i robiły wielkie wrażenie. Na żywo widoki zwalają z nóg nawet w pochmurne, wiosenne dni. Muszę to zobaczyć też latem i koniecznie o zachodzie słońca.

Etretat, to miejscowość i gmina we Francji, w regionie Normandia nad Kanałem La Manche. Miasteczko położone jest pomiędzy białymi, wapiennymi klifami. Aż do XIX w miejsce było trudno dostępne, dlatego zachowało się w doskonałym stanie. Nazywane jest Alabastrowym Wybrzeżem, długim na 100 km pełnym strzelistych klifów.

Wzdłuż wybrzeża ciągną się piękne szlaki turystyczne. W sezonie letnim miasteczko tętni życiem i odwiedza je mnóstwo turystów. Wtedy z parkowaniem (płatnym) jest problem. My zaparkowaliśmy niedaleko ścisłego centrum. Dalej doszliśmy pieszo niedługi kawałek drogi, podziwiając architekturę. Dotarliśmy do deptaka z restauracjami, barami i sklepami z pamiątkami. Etretat to też w pewnym sensie osada rybacka, bo na brzegu stały kutry i łódki a w pobliskich sklepach można kupić owoce morza, ryby i inne smakołyki.

Kolor wody jest piękny, mimo nieciekawej pogody. Ma na to też wpływ wapień. Będąc na plaży, zauważyliśmy, że nadchodził odpływ. Następował dokładnie o tej godzinie, którą sprawdzałam w internecie. Plaża natomiast nie zachęca do typowego plażowania. To za sprawą otoczaków, których są tony. Mają one zapobiegać podmywaniu klifów. Wszędzie można dostrzec tabliczki, które informują o nie zabieraniu kamieni. Czytałam, że turyści mają w nosie zakazy i potrafią wynieść po kilka kilogramów tych kamieni. Wiadomo: ludzie się nigdy nie nauczą. Poza tym, po co komu takie kamienie…

Popularnymi klifami są d’Aval – przypomina on trąbę słonia zanurzoną w wodzie, Iglica i klif d’Amont. Na tym ostatnim znajduje się nieduża kaplica z kamienia Notre Dame. Na ten klif nie wchodziliśmy. Widzieliśmy tę kaplicę z daleka, z góry klifu „słoniowego”. Byliśmy za to pod nim.

Pod klifami również znajdują się tablice z informacjami, że podchodzi się pod nie z na własną odpowiedzialność. Robią ogromne wrażenie i cały czas miałam wrażenie, że jakaś część odpadnie zaraz i trzeba będzie wiać w stronę morza. Jednak gdybym nie stanęła choć na chwilę blisko nich, to bym żałowała.

Jeśli jest odpływ, można wejść do niektórych grot. Można też wpłynąć np do bramy Aval łódką. Widziałam sporo dziur wydrążonych w klifach. Jeśli chodzi o przybrzeżne knajpki, to warto napić się tam kawy- była to jedna z tych, które chciałoby się pić i pić. Rano, restauracyjki miały tylko ofertę śniadaniową, więc o zupie krabowej mogłam zapomnieć, albo przyjść ją zjeść po południu. Na to jednak nie mieliśmy już czasu.

Na szczycie widać kaplicę.

Miejsce mnie urzekło. Koniecznie chcemy tam wrócić latem, koniecznie zobaczyć zachód słońca z klifów. Wypić pyszną kawę i zjeść zupę krabową. Ale to przy okazji, bo musimy zobaczyć mnóstwo innych miejsc. Tym razem przyjedziemy na trzy dni. Wiemy już gdzie spać i gdzie parkować. Będzie prościej. Polecam to miejsce!

Do następnego 🙂

CO KUPIŁAM WE FRANCJI

W Holandii nie ma Carrefoura. Lubię czasem zajrzeć w Polsce do tego hipermarketu, bo często można spotkać np tanie książki. Będąc we Francji, znalazłam w mieście gdzie nocowaliśmy (Fecamp) trzy te markety. W małym wieczorem zrobiliśmy szybkie zakupy a do dużego udaliśmy się na drugi dzień.

Niektórzy (w tym też ja) tak mają, że muszą zajrzeć do sklepów w miejscach, które zwiedzają. Markety, to moje must have. Jestem ciekawa tamtejszego asortymentu. I ten duży Carrefour mnie nie zawiódł. Oczywiście nie obejrzałam wszystkiego, bo Pan Mąż już marudził. Też nie jestem fanką zakupów, ale nie mogłam sobie akurat tych darować. W dziale spożywczym widziałam mnóstwo gotowych dań w lodówkach, zupełnie jak w Holandii. Nie brakowało również francuskich naleśników. Kupiliśmy dwa udka pieczone, bo wiedzieliśmy, że wrócimy późno, więc na kolację jak znalazł. Okazały się bardzo dobre.

Sklep oferował bardzo dużo (chyba więcej niż w Polsce) produktów marki własnej, w większości chyba słodyczy. Kupiłam sobie francuskie brownie i jogurty.

Wino też włożyłam do koszyka. Mam nadzieję, że trafiłam ze smakiem. Szukałam też kawy, której nie ma w Holandii i znalazłam. Już piliśmy i jest dobra. Zapomniałam natomiast kupić sera!

No i poszłam też do działu kosmetycznego, zobaczyć co tam ciekawego mają. Znalazłam ogromny wybór szamponów i odżywek, których w Holandii nie widziałam. W Polsce chyba też nie ma.

Nie były drogie. Szampon kosztował chyba euro coś, odżywka niewiele więcej i mój wybór padł na zapach brzoskwiniowy, który jest naprawdę intensywny. Nie wiem, jak na włosach, bo jeszcze nie używałam. Muszę wykończyć aktualny kosmetyk.

Kolejna rzecz, to perfumy do włosów. Nigdy nie używałam, ale skusił mnie zapach wanilii. Byłam ciekawa, jak to radzi sobie na włosach. To z kolei raz już użyłam i to do pracy. Nie czuć typowej wanilii, jak w aromacie do ciasta. Raczej to delikatniejszy zapach i utrzymał się cały dzień, bo czułam go cały czas.

Zobaczyłam też szafę z kolorowymi kosmetykami NS. Nie znałam tej marki, ale wyczytałam w internecie, że to firma francuska. Kupiłam puder sypki.

W moje ręce wpadły też maseczki w płachcie holenderskiej firmy Sence. Bardzo je lubię i to we Francji jest ich duży wybór. Żałuję, że nie kupiłam ich więcej. Sięgnęłam za to po żel do mycia twarzy z aloesem, który okazał się żelem/ kremem bardzo nawilżającym. Dobre i to, bo aloes na szczęście bardzo lubię.

I chyba najlepsza rzecz na koniec, czyli słynne kosmetyki Le Petit Marseillais. Nie mogłam nie kupić dwóch żeli pod prysznic o cudownym migdałowym zapachu i balsamu do ciała. Aha, i wyhaczyłam też tonik do twarzy Florena i tej marki też nie znałam.

Gdy pojedziemy kolejny raz do Francji, na pewno zaopatrze się ponownie w niektóre kosmetyki i tym razem przejdę się po Carrefourze dokładniej. To były naprawdę udane zakupy.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

W dzisiejszym wpisie będzie trochę zebranych zdjęć a mniej pisania. W tym roku styczeń i luty mało mnie interesowały. Czekałam na marzec, bo od tego miesiąca zaczęłam rok. Tak sobie wymyśliłam, ponieważ w marcu skończyłam lat 40 i mam zamiar pójść dalej do przodu po wyznaczone cele a mam je na razie dwa.

W pracy skończyłyśmy z dziewczynami wycinać pierwsze trosy pomidorów. Konkretniej, to formowałyśmy sekatorami te trosy. Pisałam o tym wcześniej. Chodziło o wycinanie za dużych i malutkich owoców tak, aby zostały te najładniejsze i miało to ręce i nogi. Zeszło nam około trzech tygodni. Wyrzuciliśmy tony pomidorów. Oto jeden z kontenerów:

Byłam oczywiście i w moim ulubionym Turku zaopatrzyć się w warzywa i zobaczyłam, że powiększyli dział z chemią. Ale najpierw zrobiłam zdjęcie cytrusom, bo owoce ułożone były instagramowo:)

Zainteresowały mnie odświeżacze do spryskiwania np pościeli czy zasłon. Jeśli chodzi o płyny do płukania, to wybieram zazwyczaj te niebieskie. Niemal zawsze ładnie mi pachną. Dlatego odświeżacz też kupiłam w tym kolorze. Ma interesujący zapach, trochę intensywny, ale nie mdły. Jestem ciekawa pozostałych.

Przez 3 tygodnie mieszkała u nas moja kumpela z pracy, która mieszka na parku domków letniskowych w sezonie. Pisałam już kiedyś, że kupiła tam holenderski domek, ale mieszkać w nim może dopiero pod koniec marca. Była potrzebna już w pracy i musiała przyjechać, ale nie chciała wynajmować pokoju w domu firmowym. A że się przyjaźnimy, to zaproponowaliśmy jej mieszkanie przez ten czas u nas. Wspólnie udało nam się przyrządzić pizzę. A że my dwie do gotowania trochę jesteśmy „lewe”, więc pizza wyszła gruba i twarda. Tylko nadzienie było zjadliwe. 😀

Ciekawe kubki w Actionie 🙂

Korzystając z całkiem znośnej pogody, czyli było chłodno, trochę wiało, ale wyszło słońce – pojechaliśmy z Panem Mężem na przejażdżkę rowerową za nasze miasto. Tam jeszcze nigdy nie byliśmy. Jechaliśmy po grobli nad rozlewiskiem Renu. Mnóstwo ludzi spacerowało, jeździło na rowerach, po prostu korzystało ze słonecznej pogody. W Holandii najwięcej zawsze jest chmur i deszczu, więc gdy tylko pojawi się słońce, Holendrzy wychodzą z domów, albo siedzą przed nimi. Niektórzy nawet w ciepłych dniach lutego potrafią odwalić małego grilla przed domem. Widziałam 🙂 Holendrzy kojarzą mi się z żonkilami: wyjdzie słońce w lutym, trochę cieplej a oni już na zewnątrz, jak te kwiatki.

Po drodze spotkaliśmy, a jakże częsty widok, czyli owce. Ich główne zajęcie, to ruszanie mordkami w jedną i drugą stronę.

Na prawo woda a na lewo totalnie płaski teren.
Przed sklepem z serami.

Byłam też w centrum ogrodniczym. Chciałam kupić (i kupiłam) pierwsze kwiatki na zewnątrz. Padło na bratki. Przy drzwiach wyjściowych na ogródek, mam przymocowaną do muru drewnianą kratkę dla pnącej rośliny. Do tej pory dwie mi padły. Pod wpływem impulsu kupiłam też różę. Nie przepadam. Ale nie przepadam też za storczykami a mam ich sporą kolekcję: jeden mój a resztę dostałam. I rosną, mają się dobrze. Wracając do róży. Wsadziłam ją do ziemi i puściła listki, pnie się w górę. Kolor czerwony. Coś mi się wydaje, że i ona będzie tu miała dobrze. A oprócz tego, chodziłam po sklepie i oglądałam towar i podziwiałam rośliny.

Wielkanocne dekoracje.

Na urodziny zażyczyłam sobie tylko (oprócz wyjazdu do Francji) tylko bukiet goździków. Zapomniałam, jak one ładnie pachną. No dobra, jeszcze zażyczyłam sobie liściastą roślinę do domu, której jeszcze nie mam.

A wcześniejsze goździki połączyłam z tulipanami, bo one zawsze są u mnie w wazonie i nie umiem z nich zrezygnować mimo wszystko. W tym momencie mam tylko goździki: różowo – czerwone i na pewno będą u mnie często.

W internetowym sklepie Cider, kupiłam czarne spodnie. Ostatnio podobają mi się szerokie spodnie z lekkiego materiału. Już kilka sztuk posiadam. Cider dodał mi mały prezent w postaci metra krawieckiego ukrytego w plastikowym jabłku. Przyda się, bo poprzedni gdzieś zgubiłam. Przepadł, jak kamień w wodę.

Łodzie i łódki jeszcze puste. Tylko na niektórych trwały porządki.

Do następnego 🙂

WYPRAWA DO FRANCJI, CZYLI JAK TO WSZYSTKO WYSZŁO.

W marcu skończyłam 40 lat i z tej okazji wymyśliłam sobie, że gdzieś pojedziemy. Nie chciałam absolutnie żadnej imprezy. Ciągnie mnie do zwiedzania. Najpierw miało być Lazurowe Wybrzeże, potem zmiana na Londyn, potem Ardeny i koniec końców i tak stanęło na Francji.

Nasza podróż miała trwać dwa dni i mieliśmy zobaczyć cztery miejsca. Od 24 marca mieliśmy urlop, żeby na spokojnie wyjechać. Ja nie lubię planować trasy, noclegów, bo guzik mi z tego wychodzi. Ja zawsze mówię, że „jedziemy na pałę” i wtedy jest faktycznie ok a niespodzianek po drodze się nie boję. W poniedziałek trochę pospaliśmy, zjedliśmy ciastka z Jumbo, które imitowały tort i oczywiście zdmuchnęłam świeczki. Potem kanapki i picie na drogę, razem z ciuchami na zmianę zapakowaliśmy do auta i pojechaliśmy. Wyjechaliśmy oczywiście za późno. Aha, i wzięliśmy lornetkę z której ani razu nie skorzystaliśmy.

Jechaliśmy przez malownicze francuskie zadupia 🙂

Muzeum, które chciał zobaczyć Pan Mąż było już zamknięte. Trudno. Zrobiłam mu zdjęcie pod bramą i weszliśmy do sklepiku obok po magnesy i widokówki. Wyszliśmy też z regionalnym piwem. Pojechaliśmy dalej. Nasz cel, to był hotel Ibis w miasteczku Fecamp. Czytałam o nim opinie i były dobre. Wynajęliśmy pokój ze śniadaniem.

Obsługa bardzo miła i rozmawiali po angielsku, wtrącając swój francuski akcent, co było fajnie słyszeć. Wypakowaliśmy się w pokoju, który nie był duży, ale czysty. Łazienka także.

Sprawdziłam w internecie, czy jest czynny jakiś supermarket. Był jeszcze otwarty Carrefour, więc raz dwa pojechaliśmy tam kupić coś na szybko, na kolację. Kanapek z domu już brakło. Do zamknięcia mieliśmy tylko pół godziny, ale ochroniarz wpuścił nas na pięć minut i nawet nie był poirytowany. Kasjerka też miła. Zrobiliśmy małe zakupy, w tym Heineken, bo miałam problem z zaśnięciem. Nie swój pokój, inne łóżko a poza tym trasa była jednak długa, a spać chociaż trochę chciałam. Pan Mąż nie ma problemu z zaśnięciem.

Obudziłam się przed 4:00 i leżałam z telefonem do 6:00. Pół godziny później było śniadanie. Spać mi się nie chciało, byłam głodna, więc obudziłam chłopa, że czas się zbierać, bo kawę lubię wypić w spokoju i bez tłumów. Zeszliśmy na dół i pierwsze, co chciałam, to automat z kawą, która okazała się pyszna. Przeważało śniadanie na słodko a ja preferuję to na słono. Nie skorzystałam więc z naleśników czy płatków. Dwie bułki z wędliną i serem plus dwa jajka na twardo mi wystarczyły. Zjadłam jeszcze mini bułkę z czekoladą. Brakowało mi jednak jakiegoś warzywa. Ale i tak nie było źle.

Po śniadaniu wymeldowaliśmy się i postanowiliśmy jechać do celu. Nie mieliśmy nawet ochoty zwiedzać Fecamp, czego żałuję. Muszę jeszcze dodać, że chciałam odwiedzić większy supermarket i zobaczyć, co tam ciekawego jest. Znalazłam duży Carrefour i pojechaliśmy. Ale o tym będzie inny wpis.

Ogólnie tamtejsza architektura francuska bardzo mi się podoba. Czasem jechaliśmy też po naprawdę krętych i wąskich uliczkach, gdzie niżej był ogromny spad, a w dole było widać małe domki. To na pewno nie będzie pierwsza i jedyna nasza wyprawa do Francji. Musimy odwiedzić dwa pozostałe miejsca. Odległości są od nich duże i na prawdę marzyłam już o swoim domu i łóżku, mimo że lubię zwiedzać. Francuzi są tam mili (w porównaniu do Belgów). A o miejscach, które udało nam się zobaczyć, zrobię kolejne wpisy.

Do następnego 🙂

DWA THRILLERY

Czytanie idzie mi całkiem nieźle. Tak mi się przynajmniej wydaje. Opiszę tutaj dwie pozycje, które przeczytałam w zeszłym miesiącu. Potem wzięłam do ręki kolejną i na niej poległam. Dlaczego- to następnym razem. W każdym razie skończyłam ją wreszcie i już zaczęłam inną.

Wychodzi jednak na to, że szybciej czytam, niż piszę na blogu. Zatem te dwa thrillery opiszę razem, bo już następny czeka w kolejce a będzie przecież jeszcze jeden.

„Nieznajomi”

Z tą autorką – C.L. Taylor, miałam pierwszy raz do czynienia. Jest brytyjską pisarką, pochodzącą z Worcester (to stamtąd są chyba te sosy). Ukończyła psychologię i jest autorką sześciu thrillerów psychologicznych. Dodam małą dygresję, że nigdy nie myślałam, że tego typu książki będzie mi się tak dobrze czytało. Jedna z jej powieści: „The Escape” będzie ekranizowana.

Powieść „Nieznajomi” ma z pozoru trzech bohaterów. Głównych bohaterów. Ursula, to młoda kobieta żyjąca z poczuciem, że to przez nią zginął jej ukochany. Do tego dochodzą jej problemy z kleptomanią a co za tym idzie, utratą mieszkania. Dziewczyna pracuje jako kurier i poznaje kobietę maltretowaną przez męża, której próbuje pomóc. Alice natomiast nie ma szczęście w miłości. Umawia się na randkę, która nie kończy się dobrze, bo na spotkanie przychodzi pijany facet. Z drugiej strony- to dzięki niemu poznaje innego mężczyznę. I gdy już wydaje się, że to ten jedyny, ktoś zaczyna ją prześladować… Gareth wciąż wierzy w odnalezienie zaginionego przed laty ojca, zwłaszcza kiedy do domu zaczynają przychodzić dziwne kartki pocztowe. Mężczyzna pracuje w centrum handlowym jako ochroniarz, jest singlem opiekującym się chorą na Alzheimera matką.

Tych troje ludzi się nie zna. Choć ich drogi przecinają się w mieście, w którym ostatnio znikają ludzie, pozostają sobie obcy. Aż do pewnego wieczora, kiedy razem znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Będą musieli połączyć siły, żeby przeżyć. Troje obcych ludzi, którzy nie mają pojęcia, że jest ktoś czwarty, musi sobie nawzajem pomóc.

Akcja książki jest wartka, szybko się czyta. Rozdziały kończą się w takich momentach, że chce się zacząć następny. Rozwiązanie zagadki ciekawe, a sam koniec powieści świetny, bo nie tego się spodziewałam 🙂

„Pomarlisko”

Teraz czas na polską pozycję. To jest chyba pierwsza powieść Patryka Jurka, którą przeczytałam. Autor jest reżyserem i scenarzystą. Zdobył ponad 30 nagród na festiwalach polskich i za granicą. Lubuje się w horrorach, thrillerach psychologicznych i klimatach postapo (fantastyka postapokaliptyczna). Uwielbia historie o depresji, mrocznej naturze człowieka, demonach dzieciństwa zamiatanych pod dywan i ich wpływie na dorosłe życie. Od razu przyszła mi na myśl kryminologia, która w głównej mierze opiera się na opisach charakteru morderców i przyczynach ich zbrodni.

„Pomarlisko” (swoją drogą, ciekawy tytuł), to thriller psychologiczny o brudnych tajemnicach pewnego szpitala, oraz chorej miłości. Główny bohater- Paweł, jest spokojnym i bardzo samotnym czterdziestolatkiem. Pracuje w szpitalnej kostnicy, gdzie przygotowuje ciała do pochówku. Kiedy dostaje propozycję dodatkowego zarobku jako hiena cmentarna, nie waha się długo. Proceder kwitnie do czasu, gdy jedna z wykopanych trumien okazuje się pusta. Na scenę wkracza policja. W tle pojawia się także pewna kobieta, która również skrywa mroczną tajemnicę. Paweł ma poczucie narastającego odrealnienia: dzieją się z nim dziwne rzeczy, zawodzi go pamięć, traci poczucie czasu. Coraz mniej ufa swoim zmysłom. Osoby, które mogą mu pomóc zrozumieć, co się z nim dzieje, giną jedna po drugiej…

Prosektorium, praca ze zwłokami, cmentarz, szemrany szpital – moje klimaty. Nie mogłam się oderwać od tej książki. Dodatkowo nielegalny proceder, polegający na wykopywaniu zwłok i przechowywaniu w formaldechydzie w piwnicach szpitala. To ostatnie mnie zaintrygowało, bo słuchałam podcastów o takich sprawach a także czytałam.  Donację (czyli dobrowolne oddanie po śmierci swojego ciała do celów naukowych) nadal podpisuje niewiele osób. Jeżeli chcemy mieć dobrych lekarzy np chirurgów czy proktologów, to studenci muszą się jakoś uczyć. Najlepiej na prawdziwych ciałach. Gdy ich nie ma- w tej powieści – należy je po cichu i nielegalnie wykopać. Hiena dostaje pieniądze a szpital i prosektorium posiada materiał do nauki. Wiem natomiast na 100% że takie interesy dobrze idą na czarnym rynku (darknet) gdzie ludzie handlowali i zapewne nadal handlują ludzkimi organami i kośćmi. Podobno czaszki mają wzięcie. Czytałam o tym procederze, który odbywa się na całym świecie. Oni mają metody, żeby nikt nie poznał rozkopanego wcześniej grobu a w łapę bierze sporo osób.

Dlatego ta książka jest tak ciekawa, choć kilka zawartych w niej sytuacji, to dziś fikcja. Porwała mnie ta historia i na koniec się zdziwiłam, ale też trochę zawiodłam. Jednak myślałam, że koniec będzie taki, że zbiorę szczękę z podłogi. Jednej rzeczy tam nie zrozumiałam i może dlatego nie do końca mi się „happy end” spodobał. Niemniej polecam osobom, które interesują się takimi tematami a także ciemną stroną człowieka.

Do następnego 🙂

KIBBELING

Jest to jedna z najsłynniejszych przekąsek w Holandii. Można je dostać praktycznie w każdych miejscach, np w budkach ze street foodem. Ogólnie rzecz biorąc- to ryba w panierce, podawana z sosami.

Miałam o tym daniu napisać w podsumowaniu marca. Stwierdziłam jednak, że zasługuje na osobny wpis. Zaraz wyjaśnię o co dokładnie chodzi. Najpierw zaznaczę, że z kibbelingiem miałam do czynienia do tej pory tylko dwa razy. Niestety. I tylko był kupny z marketu. Niestety. Aż wstyd. Mieszkając w Holandii i nie zjeść świeżego kibbelinga, toż to hańba.

Kibbeling powstał w XIX wieku. Nazwa pierwotnie odnosiła się do solonego dorsza. Ryba ta była ważna w diecie Holendrów. Złowioną rybę kroiło się na kawałki. Dobre szły na filety/ steki a resztki typu np policzki, smażono w oleju i również zjadano. Nic się nie powinno marnować. Obecnie kibbeling nie ma z tamtym daniem nic wspólnego. Dobre kawałki ryby macza się w piwnej panierce i smaży na głębokim tłuszczu/ fryturze. Podaje się najczęściej z sosem czosnkowym albo duńskim sosem „remoulade”. Niekiedy z dodatkiem frytek lub bułki.

Danie to najlepiej jeść na ciepło, (gorąco), od razu po przyrządzeniu, bez późniejszego ogrzewania. Tylko wtedy ma niepowtarzalny smak.

Będąc w Lidlu, natknęłam się na przyczepę ze street foodem serwującym np ryby wędzone, sałatki rybne, sosy, owoce morza i właśnie kibbeling przyrządzany na bieżąco. Nie mogłam przejść obojętnie. Postanowiłam zamówić tę przekąskę i na pewno nie pierwszy i ostatni raz. Do tego doszedł sos czosnkowy i sałatka z jajka i paluszków krabowych. Było pyszne! A tu znaleziony przeze mnie przepis na domowy kibbeling, który na pewno wypróbuję: https://twisted-chef.com/blogs/recipes/fish-nuggets-kibbeling

W przepisie nie ma składników na sos czosnkowy. Myślę natomiast, że jest to coś w stylu duńskiego sosu, bo składniki są podobne. Jeśli będę robiła kibbeling, to zrobię dokładnie wg tego przepisu, bo z „remoulade” jeszcze nie miałam do czynienia.

Sympatyczny sprzedawca. 🙂

Do następnego 🙂