MINĄŁ MAJ…

W maju nic ciekawego się nie wydarzyło. To był w sumie spokojny miesiąc. Czyli praca-dom, czasem ogródek.

Przypomniało mi się, że gdy byliśmy w Belgii w Ardenach, widziałam tam mnóstwo krzewów z pięknymi, różowymi kwiatami. Tu, w Holandii chyba takiej rośliny nie spotkałam. Aplikacja podpowiedziała, że to różanecznik katawbijski.

Będąc w supermarkecie Albert Hijn, standardowo poszłam zobaczyć jakie mają kwiaty w sprzedaży. Tam jest zawsze spory kąt z różnymi roślinami, więc jest co wybierać. Trafiłam akurat na przeceny ostatnich roślin, jakie jeszcze nie zostały sprzedane. Były to sporych rozmiarów monstery i bananowce karłowate. Za 8€ kupiłam bananowca 🙂

Zostało mi trochę ziemi i dwie wolne doniczki. Kupiłam kiedyś nasiona groszku cukrowego i oczywiście potem o nich zapomniałam. Więc pod koniec maja wsiałam groszek, nie mając raczej nadziei, że coś z tego wyjdzie. I tu niespodzianka, bo zaczyna wyrastać i to całkiem sprawnie. Wbiłam w ziemię bambusową tyczkę i będzie się piął.

Mieszanka roślin, która ma piąć się na wysokość dwóch metrów, także wyrasta. Ogólnie, wszystko elegancko rośnie. Pilnuję żeby nie było ślimaków i innego badziewia niszczącego rośliny.

Kot też pilnuje 😆

Pan Mąż skończył model 🙂

Ja wypatrzyłam w Lidlu dwie rzeczy: jedną do jedzenia, drugą do wąchania:) Pierwsza, to pudełko serków śmietankowych Milbona- aż 32 trójkąty 😁 Na kanapkę serek+ posiekany szczypior. Uwielbiam! Drugą rzecz, to świeca Yankee Candle o zapachu babeczek. Nie miałam jeszcze okazji wąchać Yankee, ale słyszałam opinie, że są świetne. Nie wiem, czy to faktycznie oryginał, bo po zapaleniu szału z zapachem nie było…

Ostatnio furorę w Polsce robiło zdjęcie ceny czereśni 🍒 na bazarku. To było chyba prawie 300 zł za kilogram. Ja owoce i warzywa kupuję w tureckim sklepie, gdzie jest duży wybór. Były i czereśnie. Cena, to 3,99€ za 500 gram. Na tabliczce jest napisane słowo „pond”, które oznacza właśnie 500 gram.

A tu zdjęcie ogródka o godz. 6:00 rano, po tym, jak w nocy wreszcie padało. Było bardzo zielono 💚

Do następnego 🙂

WYGRAŁAM

Nie w lotto, ale bitwę z mszycami. Nie przypuszczałam, że obejdzie się jednak bez chemii. Płyn na to robactwo kupiłam i być może jeszcze się przyda. Chociaż wiadomo, że wolałabym nie mieć z tymi czarnymi paskudami już nic do czynienia.

Ze 3 tygodnie temu zrobiłam roztwór z szarego mydła, bo czytałam, że tępi mszyce. Starłam trochę na tarce i zalałam gorąca wodą. Wiórki się rozpuściły, wtedy dolałam zimnej wody i ze spryskiwaczem poszłam stoczyć walkę. Porządnie skropiłam jaśmin, najwięcej na skupiskach mszyc. Trochę ich się utopiło. Czekałam, aż zdechną wszystkie. Niemal dzień w dzień sprawdzałam. I nic, nadal były. Wreszcie dorwałam preparat w płynie.

W weekend wyszło słońce i przestało wiać. Wcześniej nie padało, do tego wiatr wysuszył ziemię. Codziennie musiałam biegać z konewką i podlewać rośliny. Nawet nie chciało mi się chwastów wyrywać, bo w tak suchym piachu nie lubię się bawić. Teraz, po deszczach z burzami jest dużo lepiej. Fakt, chwasty wyrosły bardziej, ale przynajmniej wszystko widzę i porządnie powyrywam. W sobotę za to poszłam się rozprawić z robalami. Jaśmin oglądałam chyba że trzy razy z każdej strony, bo myślałam, że mam zwidy. Nie było ani jednej mszycy 😳 To znaczy, do liści są przyklejone jakieś zdechlaki, ale nie było żadnej żywej. Na krzewie jest tylko ślad po mydle i czarne plamki po robactwie. Czyli mydło pomaga, ale trzeba trochę poczekać 🙂

Agrest nie został na szczęście zaatakowany. Pojawiło się za to sporo owoców.

Ślimaków narazie brak. W zeszłym roku pomagała zwykła kuchenna sól. Po prostu działała wysuszająco na mięczaki. Sypałam ją na rabatę i w doniczki. Ślimaki w nią nie wchodziły. Dało to lepszy efekt niż granulki ze sklepu. Frezje ładnie wyrosły i czekam, aż zakwitną.

Ze sklepu ogrodniczego (tego, gdzie mamy szkołę) znowu przywiozłam rośliny. Dwa rodzaje, a w zasadzie w dwóch kolorach. Aplikacja powiedziała, że to pokrzywa ozdobna. Ma bardzo ładne liście.

Zrobiłam też oczywiście kilka zdjęć roślinom 🙂 Pierwszy raz widziałam tak olbrzymią fuksję 😳

PRODUCENT ROŚLIN

Niedaleko mojego miejsca pracy (niecały kilometr dalej), znajduje się szklarnia i sklep z kwiatami w jednym. Jeździłam nie raz tą drogą, ale jakoś nigdy nie zwróciłam uwagi na to, że tam są rośliny ogrodowe.

Zacznę od tego, że rozpoczęliśmy dalszą naukę języka holenderskiego. Nie jest to typowy kurs językowy. To szkoła średnia- technikum zawodowe. Nauka trwa przez rok, w każdą środę, po trzy godziny. Jedna godzina praktyki, dwie godziny teorii, czyli wyższy poziom, więcej gramatyki, budowa zdań, testy, na koniec egzamin zakończony dyplomem szkoły średniej. Wysłał nas pracodawca, bo ma po prostu dofinansowanie a podobno to już ostatni rok, gdy obcokrajowcy mogą ukończyć taką szkołę. Podano nam adres, gdzie nauka się będzie odbywać i pojechaliśmy na spotkanie organizacyjne.

Okazało się, że spotkania z nauczycielką są właśnie w miejscu, gdzie odbywa się hodowla kwiatów. Jest tam też sklep i można kupić rośliny prosto od producenta, czyli taniej. Oprócz tego, zaopatrzyć się można w świeże soki, warzywa i owoce. Przed wejściem na szklarnię, gdzie jest ogrom różnych kwiatów, stoi stół z kawą i herbatą (nie trzeba płacić). Można za to posiedzieć i popatrzeć np na pracę, którą tam się wykonuje. Największą powierzchnię zajmują rośliny ogrodowe, ale nie brakuje też takich do domu. Tych jest jednak znacznie mniej.

A w środku można spacerować z koszykiem i wybierać 😁

Na zewnątrz też jest duży wybór 🙂

Ja oczywiście nie mogłam wyjść z pustymi rękoma 😁 Poszłam na szklarnię przed lekcjami i kupiłam dwa rodzaje kwiatów i preparat na mszyce, bo muszę ratować jaśmin.

Felicja gawędkowa- dwie sztuki.

Nazwy roślin sprawdzałam w aplikacji. I w tym sklepie będę się teraz zaopatrywała w kwiaty. Chyba co środę wyjdę z jakąś rośliną 🤪

Do następnego 🙂

PIĘKNE I DZIKIE ARDENY

Nie mogliśmy sobie wymyślić lepszego miejsca na sobotni wyjazd. W zasadzie, to ja wymyśliłam, że pojedziemy do Belgii w dzicz…

Belgia jest naprawdę ładnym krajem i chcę zobaczyć tam jak najwięcej. Natknęłam się w internecie na zdjęcia i opisy Ardenów. Powiedziałam do Pana Męża, że pakujemy plecak i idziemy w teren. Próbowałam znaleźć początek jakiegoś szlaku, ale nawigacja szybko wyprowadziła nas w pole. Dosłownie. Stwierdziliśmy, że pojedziemy „na pałę”. Gdzieś zawsze się dotrze 🙂 Jechaliśmy przez gęste lasy, łąki, mijaliśmy potoki i góry, górki i pagórki. Mieszkając na płaskich holenderskich terenach, belgijskie Ardeny robią naprawdę niesamowite wrażenie. Nie da się oderwać oczu. A zapach lasów wręcz odurza.

Ardeny, to masyw wyżynno- górski, który znajduje się na terenach południowo – wschodniej Belgii, Francji i Luksemburga. Obszar jest bardzo zalesiony i mocno zróżnicowany. Nie są to jednak wysokie góry. Najwyższy punkt, to szczyt Signal de Botrange, który ma 694m n.p.m. Jest to też najwyższy szczyt Belgii. Najbardziej malownicze zakątki Ardenów znajdują się wzdłuż rzeki Semois i Mozy. Jest tam mnóstwo dobrze oznaczonych szlaków. Coś dla miłośników dzikiej przyrody i pieszych wędrówek.

Ale do rzeczy. W pewnym momencie natknęliśmy się na wioskę, która nazywa się Coo. Znajduje się tam ośrodek rekreacyjny, który jest dobrze wkomponowany w piękną przyrodę. Stwierdziliśmy, że zatrzymujemy się tu. Kupiliśmy bilety wstępu na wszystkie atrakcje i poszliśmy zwiedzać. W centralnym miejscu ośrodka znajdują się wodospady. Prawdopodobnie mnisi z opactwa Stavelot położyli fundamenty pod kaskady, aby zaopatrzyć młyn wodny w wodę. Miejsce zaczęło przyciągać mnóstwo ludzi, dlatego w 1955r otwarto park rozrywki Plopsa Coo. Atrakcji przybywało. Jest np kolej krzesełkowa, bobsleje (najlepsza zabawa), rollercoaster, karuzele, mnóstwo knajpek i lodziarni, a nawet spływ kajakowy. Z tym, że nie trzeba kupować bilety wstępu do parku, żeby płynąć kajakami. Kajaki są oddzielnie, po drugiej stronie rzeki.

Widok z kolejki- ta błękitna woda, to sztuczny zbiornik wybudowany na potrzeby elektrowni wodnej.

Ogólnie, dobrze jest założyć wygodne buty i wziąć ze sobą coś do picia i jedzenia. Na szlakach nie można nic kupić. W ośrodku tak, ale nie zapłaciłabym kilkanaście euro za hamburgera 😬 Dobrze, że mieliśmy kanapki. Chociaż i tak kupiliśmy dwie porcje frytek- jedna 3,50€ i całkiem porządna. Niestety szału w smaku nie było. To nie były te słynne belgijskie frytki.

Ardeny – cud natury i na pewno będę chciała wrócić i zwiedzić kilka miejscowości tu położonych 😁

Do następnego 🙂

TANIE I DOBRE…

… czyli moje odkrycie w Lidlu. Chodzi o balsam do ciała i pomadki do ust. Ale nie tylko, bo z Actiona też coś przyniosłam.

Opalam się natryskowo i chcę, żeby opalenizna utrzymywała się jak najdłużej. I dobrze by było, gdyby ładnie schodziła. Jeśli skóra jest sucha, brąz znika „plamiście”. Jeśli używa się dobrze nawilżającego balsamu- ładnie blednie. Skończył mi się balsam, a że byłam na zakupach w Lidlu, to złapałam pierwszy lepszy (tam jest w sumie tylko lidlowskiej marki Cien) i do kasy.

Wzięłam ten z olejkiem z migdałów i nie żałuję:) Wydawać się może ciężki dla skóry i długo wchłaniający. Ale jest inaczej. Wchłania się bardzo szybko, nie zostawia tłustej warstwy i wystarczy odrobina, żeby wysmarować np. ręce. Zapach taki sobie, trochę mi przypomina krem Nivea, ale najważniejsze jest to, że dobrze nawilża i odżywia skórę. No i opalenizna lepiej wygląda i lepiej schodzi 🙂 Stosuję go zawsze na noc.

Drugą rzeczą jest paczka trzech pomadek, też marki Cien. Te, które wzięłam, to mleko i miód. Miód 🍯 jest na skórę najlepszy 🙂 Szminek kolorowych nie używam, ale nie umiem się obejść bez pomadek. Zawsze mam kilka, bo smaruję usta non stop. Nie rozstaję się z nimi. Nie kosztują dużo, a są naprawdę skuteczne w nawilżaniu przez 4 pory roku.

A teraz Action 🙂 Tam z kolei mam ogromny wybór masek w płachcie. A to mój must have 😁 W sklepie pojawiło się mnóstwo nowych rodzajów i zawsze wychodzę z kilkoma nowymi. Wśród nich są oczyszczające, nawilżające, odmładzające, w różne wzorki i kolory i w kształcie mordek różnych zwierząt, np. świni 😛 Po nałożeniu maski, masuję twarz „pierdolnikiem” z wypustkami. Rewelacja. Skóra jest naprawdę dobrze nawilżona i odżywiona.

Dwie odżywki do włosów w sprayu. Wypatrzyłam je już ze dwa lata temu i od tamtej pory zawsze używam. Wydaje mi się, że w Polsce jest większy wybór, jeśli chodzi o odżywki bez spłukiwania. Tutaj najczęściej można spotkać te, które trzeba trzymać na włosach kilka minut. Mnie często się po prostu nie chce czekać i wolę te ekspresowe bez spłukiwania. Znalazłam takie w Actionie i jestem zadowolona 🙂 Jedna jest z olejkiem arganowym i stosuję ją na końcówki a druga z proteinami jedwabiu i witaminą B. Tę używam na całe włosy.

To takie moje kosmetyczne odkrycia w Holandii. Na pewno pojawią się kolejne 🙂

Do następnego 🙂

W MORZU…

Niedziela piękna, zero chmur na niebie i 25°C. Na zewnątrz w ogóle nie wychodziłam, bo już dla mnie za ciepło. Podlałam tylko kwiaty i wieczorem stwierdziłam, że jedziemy na plażę.

Nie pojechaliśmy na tę najbliżej nas, czyli Rockanje. Chciałam jechać 18km dalej, do miasteczka Ouddorp. My wybyliśmy nad morze, a od strony morza wracał sznur aut plażowiczów. Często na niemieckich blachach. Parking był niemal pusty. I naszym oczom ukazały się olbrzymie połacie piachu otoczone wydmami. Też niemal puste. Tamtejsze plaże mają w sumie 18 km długości i są podzielone na 4 części, a każda z nich ma swoją nazwę. Na jednej z nich stoi czerwona latarnia morska, ale tam jeszcze nie dotarliśmy.

Trzeba przyznać, że holenderskie plaże są szerokie, długie i przede wszystkim czyste. Jest ich poza tym ogrom. Po prostu piękne 😊 Na plażach w Ouddorp najlepiej widać odpływy. Od wejścia na plażę, do samego morza, szliśmy dzisiaj niemal kilometr, mijając po drodze mnóstwo muszelek, meduz i bajorek. Miałam na nogach klapki i koniecznie musiałam sprawdzić jaka jest woda. Jeszcze zimna. Ale pierwsze moczenie kopyt zaliczone 😁

A to kilka zdjęć:

Morze niby blisko…
Rozlewisko. Morze jest jeszcze dalej.
Iść, ciągle iść w stronę Słońca…

Do następnego 🙂

KSIĄŻKI B.A.PARIS

Dawno nic nie pisałam o książkach, a czytanie, to jedno z moich hobby przecież. I sporo też pozycji mam przeczytanych. Codzienne wieczorne czytanie popycha mnie do tego, że mam ochotę na jeszcze więcej książek i kolejny regał:)

B.A. Paris, to angielska pisarka, autorka thrillerów psychologicznych. Przełożono je na 35 języków. Przez wiele lat mieszkała we Francji, pracowała w finansach i prowadziła szkołę językową. Po wielkim sukcesie książek, całkowicie poświęciła się pisarstwu i wraz z mężem i pięcioma córkami wróciła do Wielkiej Brytanii.

Jej pierwsza powieść: „Za zamkniętymi drzwiami”, ukazała się w 2016r i została okrzyknięta najlepszym debiutem. Przez wiele tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów „News York Timesa”. Rok później wydano „Na skraju załamania”, który powtórzył sukces debiutu. Ta pozycja jeszcze przede mną. W roku 2019 powstała kolejna świetna powieść „Pozwól mi wrócić”.

Ja, jak to zwykle bywa, nie czytam kolejno. Potem muszę w mózgownicy wątki składać, jeśli chodzi o serię. Nie czytam raczej takich- mam tylko jedną ulubioną z wątkami kryminalnymi, ale o tym innym razem. Ze składaniem nie mam problemów:) W tym przypadku, każda powieść ma innych bohaterów i inna jest fabuła. Ja zaczęłam od „Za zamkniętymi drzwiami”. Potem jest „Na skraju załamania”, która jeszcze przede mną. Trzecia powieść, to „Pozwól mi wrócić”, którą niedawno skończyłam czytać.

Doskonałe małżeństwo, czy perfekcyjne kłamstwo? Jest taka para, jak Jack i Grace: on jest przystojny i bogaty, ona czarująca i elegancka. Są nierozłączni. Niektórzy nazwaliby to prawdziwą miłością. Ktoś inny spytałby, dlaczego Grace nigdy nie wychodzi z domu bez męża i dlaczego w oknach ich sypialni są kraty…

Psychoza, wyrafinowana intryga, czy po prostu prawda? Są młodzi i w sobie zakochani. Wyjeżdżają na wakacje do Francji. W drodze powrotnej zatrzymują się na parkingu i ona znika. On zeznaje na policji, jak do tego doszło. Ale niektórzy nie wierzą… Po latach zaczyna jeszcze raz- w nowym miejscu, z inną kobietą. Lecz kiedy decyduje się ją poślubić , jego dawna ukochaną wraca. Rozpoczyna się gra, która wpędza w obłęd…

Od zawsze czytałam horrory. Potem doszły kryminały, a teraz thrillery psychologiczne. Jak się czyta książki B.A.Paris? Szybko i ciekawie. Niektórzy mogą się domyślać, o co chodzi. Ale mimo to, wg mnie, to się nadaje na dobry film. Jest ta zagadka i jest to trzymanie w napięciu. Ciężko się oderwać. Ja osobiście polecam 🙂

MINĄŁ KWIECIEŃ…

Czas wrócić do wpisów podsumowujących minione miesiące. W tym przypadku będzie to kwiecień. A że miałam dłuższą przerwę w blogowaniu, to wrzucę też kilka zdjęć z miesięcy zimowych.

Max- piesek dziewczyny mojego brata. Czasem moja mama się nim zajmuje. Co Maxiu lubi? Zaglądać do lodówki 😆

Nad rzeką Narew.

Ławka a’la książka i wierszyk pt. „Cukierkowa dieta”: Za górami, za lasami, hen, w miasteczku niezbyt wielkim, mieszkał sobie Mały Michaś, co uwielbiał wprost cukierki. Nie chciał wcale jeść marchewki, że nie wspomnę o jabłuszkach, a gdy tylko widział groszek, skarżył się na bóle brzuszka 😆

Przejdźmy do kwietnia. Ostatnio, po powrocie z pola tulipanowego, zastaliśmy taki oto widok:

Kotek sąsiadów ma na imię Mattie.

Pierwszy raz w tym sezonie ugotowałam zupę pomidorową ze świeżych pomidorów. Żadnych wzmacniaczy typu koncentrat, czy pasta pomidorowa. Wrzuciłam do blendera kawałki pomidorów (tych wielkich), dodałam bazylię, lubczyk (u mnie suszone) i trochę czosnku (płatki). Zmiksowałam i do bulionu. Wyszła pyszna, lekko kwaśna 🙂

Kwiaty poszły do kąpieli.

Gdy ostatnio rozmawiałam z sąsiadką, mówiła mi jaką potrawkę robi z warzyw do ryżu. Są w niej m.in. kurczak, pomidory i zielona fasolka. Podczas koszenia ogródka przez Pana Męża, sąsiad podał mu przez płot miskę z tym właśnie daniem 🙂 Było pyszne i dobrze doprawione. Ja chyba nie umiem tak idealnie ryżu ugotować.

A ja oszalałam na punkcie tych pitnych jogurtów marki Milbona. Najlepszy smak wiśni i truskawki, jaki próbowałam 😋 I co najważniejsze, nie są wybitnie słodkie. Orzeźwiające i dobrze gaszą pragnienie. Znalazłam je w Lidlu.

W kwietniu były oczywiście urodziny króla, czyli wyjątkowy dzień dla Holendrów. Króluje kolor pomarańczowy a w dużych miastach są parady i koncerty. Holendrzy bawią się wtedy tak, jak Polacy w Sylwestra. Nie można oczywiście zapomnieć o pchlich targach. U nas w mieście, jak zawsze, odbył się na placu w centrum handlowym. My w ten dzień pracowaliśmy do 12:30, ale po pracy pojechaliśmy zobaczyć co tam ciekawego było. Najpierw podjechaliśmy do bankomatu po gotówkę. A tam kartka z napisem: defect. No nic, w centrum handlowym też jest kolejny bankomat. Okazało się, że zlikwidowany. I wróciliśmy do domu z niczym. Pierwszy raz wyszliśmy z pchlego targu z pustymi rękoma 😳

A tutaj ktoś postawił sobie za domem, przy kanale mini wiatrak 🙂

Do następnego! 🙂

ZLOT POTWORÓW

Jechaliśmy do sklepu… Nagle przed nami, przed rondem pojawiły się potwory, czyli typowe amerykańskie ciężarówki. Sklep minęliśmy i pojechaliśmy za nimi.

Jechały na Stare Miasto, tam gdzie port i wiatrak, czyli w część miasta, gdzie wcześniej wynajmowaliśmy mieszkanie. Pierwsza myśl: zlot. Musieliśmy to zobaczyć. Dlaczego? Bo te amerykańskie giganty zawsze robią wrażenie. Mnie zawsze kojarzą się ze świąteczną reklamą Coca-Coli. Te, co tutaj się pojawiły, były na holenderskich blachach. Każdy potworek miał swoją nazwę 😁 Tak, jak łodzie przycumowane w porcie.

Wielu kierowców tirów wyglądało, jak muzycy zespołu ZZTop (który zresztą uwielbiam), czyli długie wąsy i brody+ okulary przeciwsłoneczne. Kierowcom towarzyszyły też panie, często z pieskami. Amerykańskie cudaki wjeżdżały na ogromny parking przy suchym doku. A my podziwialiśmy. Porcja zdjęć:

Dowiedziałam się, że tym modelem jeździł w „Terminatorze 2” T-1000.
😁

A to moi faworyci:

Do następnego 🙂

JEST CIEKAWIE…

…czyli narodowościowy mix w pracy. Bo pracuję już nie tylko z Polakami. Wyjaśnię, jak do tego doszło i dlaczego mi to pasuje. Do tego kilka słów o pomidorach i mojej pracy + instagramowa sałatka.

Zacznę od tego, że sezon już się na dobre zaczął i potrzebujemy nowych ludzi do pracy. Najlepiej, żeby nie przychodzili z innych szklarni z pomidorami, bo szef obawia się wirusa. Jeśli planty zachorują, to czeka nas szybka likwidacja i sadzenie ogórków. A tego nikt nie chce. Pamiętam, że gdy zatrudniałam się 8 lat temu, na szklarni pracowali sami Polacy (oprócz szefów i trzech Holenderek). I co roku były jakieś problemy, kłótnie a nawet bójki. Najwięcej działo się na palarni i kolejny raz cieszę się, że nie palę, bo bycie świadkiem awantur nie jest fajne. Teraz do Holandii przyjeżdżają dziwni ludzie. Sami nie wiedzą czego chcą. To znaczy chcą jednego: od razu wysokiej stawki, mimo że bez doświadczenia i żeby nie musieli się napracować. A tak poza tym, nie przestrzegają zasad i cwaniakują. Ile to już historii słuchałam, jakie to oni mieli stanowiska i stawki. Od razu nasuwa mi się pytanie: to co tutaj robisz, skoro w poprzedniej pracy było ci tak dobrze? Dziwne… Oczywiście nie wszyscy Polacy są źli. Nie wkładam wszystkich do jednego worka. Ale pracować z rodakami nie lubię. Przez te wszystkie lata widziałam tyle porypanych sytuacji i słyszałam tyle bredni z ich ust, że mogłabym książkę napisać. Aż żałuję, że nie pisałam swego rodzaju pamiętnika, bo teraz bym miała kupę materiału na książkę 😜 Co roku się coś dzieje. W polskiej tv lecą jakieś seriale paradokumentalne typu „Trudne sprawy”. Ja tego gówna nie oglądam. Ale to, co się czasem dzieje w pracy, nadaje się na scenariusz do tego typu seriali. Swoją drogą, parę lat temu był u nas taki jeden gość, który wymyślił, że on mógłby zaczynać pracę od 6:00 (bo i tak od 4:00 nie śpi) i pracować max do 15:00, bo musi zdążyć na te „Trudne sprawy”. On to naprawdę oglądał.

Polacy przychodzą do pracy i zaraz odchodzą, bo im zawsze coś nie pasuje. Ostatnio dwie dziewczyny nie pojawiły się i okazało się, że po prostu zwiały. I teraz ich pracę musi wykonywać ktoś inny. Teraz szef zatrudnił pracowników z Rumunii. Oni chcą pracować i się cieszą że tu są. Kilka osób jest z zeszłego roku, kilka nowych. Do tego mamy parę Łotyszów. Drugi sezon już tu są. Fajni ludzie. Przyszło do nas też aż 9 Ukrainek. Fajne, młode dziewczyny. Pracowały dzień i niestety pojawiły się problemy urzędowe, bo Ukraina przecież w Unii nie jest. Gmina zapewniła im lokum i pieniądze na przeżycie, dopóki nie zaczną legalnie pracować. Szef z nimi rozmawiał, powiedział, że u nas mają pracę zapewnioną i czeka na nie 🙂 Z tego, co się dowiedziałam, jedna z Ukrainek to nauczycielka, inna to prawniczka. Miały pracę, ale niestety musiały uciekać. Smutne to strasznie. A jeszcze inna mówi trochę po polsku. I mamy taki kulturowy i językowy misz masz. Mnie pasuje 😁

W tym roku mamy inną odmianę pomidora 🍅 Jest intensywna w smaku i zapachu. Po prostu pyszna. A pomidor, to moje ulubione warzywo. Ja w ogóle jestem team warzywa. Ten sezon należy do dziewczyn. To głównie my ścinamy pomidory. Szef uznał, że jesteśmy szybsze i dokładniejsze od facetów. Nie kombinujemy. Uwielbiam ścinać. Nie jest to ciężka praca. Problemem może być jedynie przesuwanie skrzynek, ale wózki mają rolki i można je łatwo przesuwać. Wystarczy opracować swój system. Poza tym wózki są elektryczne i jeżdżą same. Wygoda.

Piękna czerwień.

Moje główne miejsce pracy, to sortownia. Sprawdzam każdą skrzynkę i ważę ją. Pomidory muszą być idealne. Okrągły kształt, odpowiedni kolor, bez zgniecenia, bez pęknięć. Inaczej szybko gniją a takie do sklepu trafić nie mogą. Codziennie ważę po kilka tysięcy skrzynek. W tej pracy trzeba być szybkim, bo do zrobienia jest zawsze kilkadziesiąt palet, po które przyjeżdżają tiry.

Pomidory mają czasem ciekawe kształty:

Jajka
Z nosem
Tak zwane bulwy. Najlepsze na zupę 🙂

Są 4 smaki: słodki, słony, kwaśny i gorzki. Do tego dochodzi jeszcze piąty: umami. Pomidory posiadają ten smak. Umami został zidentyfikowany w 1908r przez japońskiego naukowca Kikunae Ikede. W języku japońskim umami oznacza dosłownie „esencję pyszności”, smak pogłębiający smaczność. Źródłem smaku umami jest kwas glutaminowy. Kikunae opracował przyprawę, który go zawiera. Znajduje się ona m.in. w zupkach chińskich. Dlatego chyba lubię te zupki i pomidory 😛

Na Instagramie często przeglądam przepisy na sałatki warzywne, bo je uwielbiam. Zapisuję je na karteczkach. Muszę sprawić sobie kajet i tam spisywać wszystko. Lubię pisać, ale tylko na papierze. I taką oto sałatkę, super wiosenną znalazłam. Prosty skład i jest pyszna.

Składniki: główka sałaty lodowej, pół zielonego ogórka, kilka rzodkiewek, puszka kukurydzy, koperek, sól, pieprz, jogurt naturalny i majonez.

Zużyłam pół sałaty, siekając ją. Ogórka (ze skórką) i rzodkiewki pokroiłam w drobne plastry. Dodałam pół puszki kukurydzy. Dorzuciłam koperek (u mnie mrożony), dwie łyżki jogurtu, łyżkę majonezu i doprawilam.

Żeby była bardziej pożywna, trochę ją zmodyfikowałam. Dodałam oczywiście pomidora i upieczony filet z kurczaka. Kupuję go w Lidlu. Jest już w kawałkach i naprawdę dobry w smaku.

Wyszło bombowo!

Smacznego! 🥗