Znowu się na mnie dziwnie patrzą, gdy mówię, że wreszcie zbliża się koniec lata, że wreszcie robi się szybciej ciemno, że wreszcie będzie chłodniej, że wreszcie będzie więcej deszczu. Czyli po prostu uroki jesieni. Mojej ulubionej pory roku.
Od naszego urlopu w Polsce minął miesiąc a za dwa tygodnie pojawimy się tam znowu. Wesele się zbliża i ciekawe, czy Pan Młody padnie ze strachu… XD Ale najpierw lecę do lasu na grzyby. W sierpniu trochę drzew zaliczyłam, bo ze znajomymi wybraliśmy się na rowerową wycieczkę. Oni znają fajne miejsca i objeździliśmy okolice. Zajęło nam to kilka godzin. Spałam potem, jak zabita.


W naszym mieście pojawił się też tradycyjnie kermis, czyli lunapark. Była to większa impreza. Pojechaliśmy z Panem Mężem zaraz po pracy rozejrzeć się, co tam ciekawego. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na moje ulubione „foteliki”. A potem na frytki, oczywiście z majonezem. W kanale zacumowanych było mnóstwo łodzi i jachtów, bo Holendrzy na nich albo odpoczywali po upalnym dniu, albo balowali. Zewsząd było słychać muzykę a wieczorem miał się odbyć jakiś koncert. Wszystkie knajpy i bary szeroko otwarte. Do tego był zlot jakichś aut. Działo się a ogólnie ta impreza trwała od środy do niedzieli.




Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie małego grilla. Nikogo nie zapraszaliśmy, bo nie było też ochoty na towarzystwo. Po tej krótkiej wizycie na kermisie, miałam dość hałasu a poza tym byliśmy po pracy i chcieliśmy odpocząć. Kupiłam w polskim sklepie chipsy. Ina – Ukrainka, z którą pracuję, powiedziała, że są one ukraińskie. Rzadko jem chipsy, ale krabowych jeszcze nie jadłam. Okazały się bardzo smaczne.


W Lidlu natknęłam się na perfumowane płyny do prania i kupiłam ten w kolorze (chyba) miętowym i faktycznie, ubrania pięknie pachną. Różowy zapach nie przypadł mi do gustu. Zawsze wybieram płyny w kolorze niebieskim, albo w niebieskiej butelce. Albo w kolorach podobnych. W Actionie za to już nie mogłam się powstrzymać, żeby znowu jakiegoś jesiennego badziewia nie kupić do wystroju domu…


Mam nową poranną rutynę. I aż się dziwię, że wcześniej nie zaczęłam tego robić. W weekend robię kąpiel w zimnej wodzie z lodem. Chodzi o twarz. A w tygodniu co rano, przecieram twarz kostkami lodu. Rewelacja. A ja uwielbiam taki chłód na twarzy z rana. Od razu stawia na nogi i poprawia kondycję skóry.

Stałam też trochę przy garach. Mam często fazę na testowanie przepisów z TikToka. Zrobiłam najprostsze ciasto z truskawkami i esencją waniliową i kotlety ziemniaczane z serem żółtym i pieczarkami. Zawsze, to coś innego, niż typowy obiad. Trochę się rozwalały, ale całkiem smaczne. Nie popisałam się z sosem, bo zrobiłam borowikowy z torebki…


Koniec sierpnia, to także firmowa impreza, czyli barbecue. Odbyła się ona u nas w szklarni, a dokładniej, to na zewnątrz i na magazynie. Pierwotnie, miałam sobie odpuścić. Potem jednak wpisałam się na listę i zaproponowałam, że będę kierowcą. Na odpowiedzialnego, niepijącego kierowcę, który wozi innych mówi się tu BOB. Czyli, jeśli na imprezie powiesz, że jesteś dzisiaj Bob, to każdy Holender wie o co chodzi (niektórzy Polacy też) i nikt nie namawia na alkohol.

Miałam porównanie do poprzednich imprez. Tu było bardziej luksusowo. Wielkie białe parasole, białe stoliki i krzesła, profesjonalny bar, ogromny grill i rośliny w donicach. Holendrzy pojawili się z dziećmi, co mnie zdziwiło i były też „dmuchańce” dla nich. Oprócz tego piłkarzyki i dwa stoły do ping ponga. Dawno nie grałam i się ubawiłam przy tym. Jedzenia było dużo: hamburgery, łosoś, kurczak czy żeberka. I oczywiście litry piwa i wina. Muzyki było mało. Nawet puścili jakieś disco polo. Nie było typowej dyskoteki ze światłami, jak było kiedyś na innej szklarni.


Przyjechaliśmy spóźnieni. Na zewnątrz siedziało już sporo osób z innych szklarni, którzy pracują w tej firmie. Znaleźliśmy stolik wolny na magazynie obok gier. Nasi współpracownicy nie popisali się. Dlaczego? Pracujemy na tej właśnie szklarni. Oni, zamiast siedzieć tu, gdzie wszyscy się bawili, usiedli zupełnie po drugiej stronie, tam gdzie palarnia. Jakby się krępowali, nie chcieli integrować. Bez sensu. Ja lubię takie mieszane towarzystwo. Nawet tam do nich nie poszłam. Po jakimś czasie kilkoro się ulotniło a kilkoro wreszcie przyszło do nas, żeby pograć i pogadać. Pojawił się też Holender, z którym pracuję na magazynie. Pijany już w trzy dupy. On chyba nigdy na imprezę trzeźwy nie przyszedł XD Ledwo grał w ping ponga i paletkę trzymał, ale w drugiej ręce piwo musiało być. Przyszedł z żoną, która chyba też już coś wcześniej chlapnęła. Przynajmniej było wesoło. Ogólnie party trwało do godziny 21:00. Niektórzy już wtedy mięli ładnie w czubie i zaczęli nawet tańczyć a tu koniec. Zwinęli grilla, manele i towarzystwo do domu 🙂 Zresztą zebrało się trochę ciemnych chmur i zapowiadały deszcz.


Moje ulubione wieczory po pracy wyglądały tak, że po kąpaniu, często z maską na twarzy, już o godzinie 19:00 leżałam w łóżku. Zasłony zasłonięte, lampka zapalona i relaks. Cisza i spokój, mimo że za oknem dzieci jeszcze długo było słychać. A ja „po Wieczorynce” do wyra. I tak minął mi sierpień a teraz trzeba robić zdjęcia wrześniowi i chyba trochę mi się ich nazbiera.


Do następnego 🙂






































































































