WYPRAWA DO FRANCJI, CZYLI JAK TO WSZYSTKO WYSZŁO.

W marcu skończyłam 40 lat i z tej okazji wymyśliłam sobie, że gdzieś pojedziemy. Nie chciałam absolutnie żadnej imprezy. Ciągnie mnie do zwiedzania. Najpierw miało być Lazurowe Wybrzeże, potem zmiana na Londyn, potem Ardeny i koniec końców i tak stanęło na Francji.

Nasza podróż miała trwać dwa dni i mieliśmy zobaczyć cztery miejsca. Od 24 marca mieliśmy urlop, żeby na spokojnie wyjechać. Ja nie lubię planować trasy, noclegów, bo guzik mi z tego wychodzi. Ja zawsze mówię, że „jedziemy na pałę” i wtedy jest faktycznie ok a niespodzianek po drodze się nie boję. W poniedziałek trochę pospaliśmy, zjedliśmy ciastka z Jumbo, które imitowały tort i oczywiście zdmuchnęłam świeczki. Potem kanapki i picie na drogę, razem z ciuchami na zmianę zapakowaliśmy do auta i pojechaliśmy. Wyjechaliśmy oczywiście za późno. Aha, i wzięliśmy lornetkę z której ani razu nie skorzystaliśmy.

Jechaliśmy przez malownicze francuskie zadupia 🙂

Muzeum, które chciał zobaczyć Pan Mąż było już zamknięte. Trudno. Zrobiłam mu zdjęcie pod bramą i weszliśmy do sklepiku obok po magnesy i widokówki. Wyszliśmy też z regionalnym piwem. Pojechaliśmy dalej. Nasz cel, to był hotel Ibis w miasteczku Fecamp. Czytałam o nim opinie i były dobre. Wynajęliśmy pokój ze śniadaniem.

Obsługa bardzo miła i rozmawiali po angielsku, wtrącając swój francuski akcent, co było fajnie słyszeć. Wypakowaliśmy się w pokoju, który nie był duży, ale czysty. Łazienka także.

Sprawdziłam w internecie, czy jest czynny jakiś supermarket. Był jeszcze otwarty Carrefour, więc raz dwa pojechaliśmy tam kupić coś na szybko, na kolację. Kanapek z domu już brakło. Do zamknięcia mieliśmy tylko pół godziny, ale ochroniarz wpuścił nas na pięć minut i nawet nie był poirytowany. Kasjerka też miła. Zrobiliśmy małe zakupy, w tym Heineken, bo miałam problem z zaśnięciem. Nie swój pokój, inne łóżko a poza tym trasa była jednak długa, a spać chociaż trochę chciałam. Pan Mąż nie ma problemu z zaśnięciem.

Obudziłam się przed 4:00 i leżałam z telefonem do 6:00. Pół godziny później było śniadanie. Spać mi się nie chciało, byłam głodna, więc obudziłam chłopa, że czas się zbierać, bo kawę lubię wypić w spokoju i bez tłumów. Zeszliśmy na dół i pierwsze, co chciałam, to automat z kawą, która okazała się pyszna. Przeważało śniadanie na słodko a ja preferuję to na słono. Nie skorzystałam więc z naleśników czy płatków. Dwie bułki z wędliną i serem plus dwa jajka na twardo mi wystarczyły. Zjadłam jeszcze mini bułkę z czekoladą. Brakowało mi jednak jakiegoś warzywa. Ale i tak nie było źle.

Po śniadaniu wymeldowaliśmy się i postanowiliśmy jechać do celu. Nie mieliśmy nawet ochoty zwiedzać Fecamp, czego żałuję. Muszę jeszcze dodać, że chciałam odwiedzić większy supermarket i zobaczyć, co tam ciekawego jest. Znalazłam duży Carrefour i pojechaliśmy. Ale o tym będzie inny wpis.

Ogólnie tamtejsza architektura francuska bardzo mi się podoba. Czasem jechaliśmy też po naprawdę krętych i wąskich uliczkach, gdzie niżej był ogromny spad, a w dole było widać małe domki. To na pewno nie będzie pierwsza i jedyna nasza wyprawa do Francji. Musimy odwiedzić dwa pozostałe miejsca. Odległości są od nich duże i na prawdę marzyłam już o swoim domu i łóżku, mimo że lubię zwiedzać. Francuzi są tam mili (w porównaniu do Belgów). A o miejscach, które udało nam się zobaczyć, zrobię kolejne wpisy.

Do następnego 🙂

DWA THRILLERY

Czytanie idzie mi całkiem nieźle. Tak mi się przynajmniej wydaje. Opiszę tutaj dwie pozycje, które przeczytałam w zeszłym miesiącu. Potem wzięłam do ręki kolejną i na niej poległam. Dlaczego- to następnym razem. W każdym razie skończyłam ją wreszcie i już zaczęłam inną.

Wychodzi jednak na to, że szybciej czytam, niż piszę na blogu. Zatem te dwa thrillery opiszę razem, bo już następny czeka w kolejce a będzie przecież jeszcze jeden.

„Nieznajomi”

Z tą autorką – C.L. Taylor, miałam pierwszy raz do czynienia. Jest brytyjską pisarką, pochodzącą z Worcester (to stamtąd są chyba te sosy). Ukończyła psychologię i jest autorką sześciu thrillerów psychologicznych. Dodam małą dygresję, że nigdy nie myślałam, że tego typu książki będzie mi się tak dobrze czytało. Jedna z jej powieści: „The Escape” będzie ekranizowana.

Powieść „Nieznajomi” ma z pozoru trzech bohaterów. Głównych bohaterów. Ursula, to młoda kobieta żyjąca z poczuciem, że to przez nią zginął jej ukochany. Do tego dochodzą jej problemy z kleptomanią a co za tym idzie, utratą mieszkania. Dziewczyna pracuje jako kurier i poznaje kobietę maltretowaną przez męża, której próbuje pomóc. Alice natomiast nie ma szczęście w miłości. Umawia się na randkę, która nie kończy się dobrze, bo na spotkanie przychodzi pijany facet. Z drugiej strony- to dzięki niemu poznaje innego mężczyznę. I gdy już wydaje się, że to ten jedyny, ktoś zaczyna ją prześladować… Gareth wciąż wierzy w odnalezienie zaginionego przed laty ojca, zwłaszcza kiedy do domu zaczynają przychodzić dziwne kartki pocztowe. Mężczyzna pracuje w centrum handlowym jako ochroniarz, jest singlem opiekującym się chorą na Alzheimera matką.

Tych troje ludzi się nie zna. Choć ich drogi przecinają się w mieście, w którym ostatnio znikają ludzie, pozostają sobie obcy. Aż do pewnego wieczora, kiedy razem znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Będą musieli połączyć siły, żeby przeżyć. Troje obcych ludzi, którzy nie mają pojęcia, że jest ktoś czwarty, musi sobie nawzajem pomóc.

Akcja książki jest wartka, szybko się czyta. Rozdziały kończą się w takich momentach, że chce się zacząć następny. Rozwiązanie zagadki ciekawe, a sam koniec powieści świetny, bo nie tego się spodziewałam 🙂

„Pomarlisko”

Teraz czas na polską pozycję. To jest chyba pierwsza powieść Patryka Jurka, którą przeczytałam. Autor jest reżyserem i scenarzystą. Zdobył ponad 30 nagród na festiwalach polskich i za granicą. Lubuje się w horrorach, thrillerach psychologicznych i klimatach postapo (fantastyka postapokaliptyczna). Uwielbia historie o depresji, mrocznej naturze człowieka, demonach dzieciństwa zamiatanych pod dywan i ich wpływie na dorosłe życie. Od razu przyszła mi na myśl kryminologia, która w głównej mierze opiera się na opisach charakteru morderców i przyczynach ich zbrodni.

„Pomarlisko” (swoją drogą, ciekawy tytuł), to thriller psychologiczny o brudnych tajemnicach pewnego szpitala, oraz chorej miłości. Główny bohater- Paweł, jest spokojnym i bardzo samotnym czterdziestolatkiem. Pracuje w szpitalnej kostnicy, gdzie przygotowuje ciała do pochówku. Kiedy dostaje propozycję dodatkowego zarobku jako hiena cmentarna, nie waha się długo. Proceder kwitnie do czasu, gdy jedna z wykopanych trumien okazuje się pusta. Na scenę wkracza policja. W tle pojawia się także pewna kobieta, która również skrywa mroczną tajemnicę. Paweł ma poczucie narastającego odrealnienia: dzieją się z nim dziwne rzeczy, zawodzi go pamięć, traci poczucie czasu. Coraz mniej ufa swoim zmysłom. Osoby, które mogą mu pomóc zrozumieć, co się z nim dzieje, giną jedna po drugiej…

Prosektorium, praca ze zwłokami, cmentarz, szemrany szpital – moje klimaty. Nie mogłam się oderwać od tej książki. Dodatkowo nielegalny proceder, polegający na wykopywaniu zwłok i przechowywaniu w formaldechydzie w piwnicach szpitala. To ostatnie mnie zaintrygowało, bo słuchałam podcastów o takich sprawach a także czytałam.  Donację (czyli dobrowolne oddanie po śmierci swojego ciała do celów naukowych) nadal podpisuje niewiele osób. Jeżeli chcemy mieć dobrych lekarzy np chirurgów czy proktologów, to studenci muszą się jakoś uczyć. Najlepiej na prawdziwych ciałach. Gdy ich nie ma- w tej powieści – należy je po cichu i nielegalnie wykopać. Hiena dostaje pieniądze a szpital i prosektorium posiada materiał do nauki. Wiem natomiast na 100% że takie interesy dobrze idą na czarnym rynku (darknet) gdzie ludzie handlowali i zapewne nadal handlują ludzkimi organami i kośćmi. Podobno czaszki mają wzięcie. Czytałam o tym procederze, który odbywa się na całym świecie. Oni mają metody, żeby nikt nie poznał rozkopanego wcześniej grobu a w łapę bierze sporo osób.

Dlatego ta książka jest tak ciekawa, choć kilka zawartych w niej sytuacji, to dziś fikcja. Porwała mnie ta historia i na koniec się zdziwiłam, ale też trochę zawiodłam. Jednak myślałam, że koniec będzie taki, że zbiorę szczękę z podłogi. Jednej rzeczy tam nie zrozumiałam i może dlatego nie do końca mi się „happy end” spodobał. Niemniej polecam osobom, które interesują się takimi tematami a także ciemną stroną człowieka.

Do następnego 🙂

KIBBELING

Jest to jedna z najsłynniejszych przekąsek w Holandii. Można je dostać praktycznie w każdych miejscach, np w budkach ze street foodem. Ogólnie rzecz biorąc- to ryba w panierce, podawana z sosami.

Miałam o tym daniu napisać w podsumowaniu marca. Stwierdziłam jednak, że zasługuje na osobny wpis. Zaraz wyjaśnię o co dokładnie chodzi. Najpierw zaznaczę, że z kibbelingiem miałam do czynienia do tej pory tylko dwa razy. Niestety. I tylko był kupny z marketu. Niestety. Aż wstyd. Mieszkając w Holandii i nie zjeść świeżego kibbelinga, toż to hańba.

Kibbeling powstał w XIX wieku. Nazwa pierwotnie odnosiła się do solonego dorsza. Ryba ta była ważna w diecie Holendrów. Złowioną rybę kroiło się na kawałki. Dobre szły na filety/ steki a resztki typu np policzki, smażono w oleju i również zjadano. Nic się nie powinno marnować. Obecnie kibbeling nie ma z tamtym daniem nic wspólnego. Dobre kawałki ryby macza się w piwnej panierce i smaży na głębokim tłuszczu/ fryturze. Podaje się najczęściej z sosem czosnkowym albo duńskim sosem „remoulade”. Niekiedy z dodatkiem frytek lub bułki.

Danie to najlepiej jeść na ciepło, (gorąco), od razu po przyrządzeniu, bez późniejszego ogrzewania. Tylko wtedy ma niepowtarzalny smak.

Będąc w Lidlu, natknęłam się na przyczepę ze street foodem serwującym np ryby wędzone, sałatki rybne, sosy, owoce morza i właśnie kibbeling przyrządzany na bieżąco. Nie mogłam przejść obojętnie. Postanowiłam zamówić tę przekąskę i na pewno nie pierwszy i ostatni raz. Do tego doszedł sos czosnkowy i sałatka z jajka i paluszków krabowych. Było pyszne! A tu znaleziony przeze mnie przepis na domowy kibbeling, który na pewno wypróbuję: https://twisted-chef.com/blogs/recipes/fish-nuggets-kibbeling

W przepisie nie ma składników na sos czosnkowy. Myślę natomiast, że jest to coś w stylu duńskiego sosu, bo składniki są podobne. Jeśli będę robiła kibbeling, to zrobię dokładnie wg tego przepisu, bo z „remoulade” jeszcze nie miałam do czynienia.

Sympatyczny sprzedawca. 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Luty wspominam dobrze. Chyba pierwszy raz od kilku lat. Przede wszystkim dlatego, że udało mi się zrealizować pierwszą rzecz z kilku zaplanowanych w tym roku. Mimo to, napisać muszę, że nowy rok rozpoczynam od marca. Styczeń i luty były miesiącami próbnymi.

Zacznę od tego, że we wrześniu zeszłego roku wymieniałam polskie prawo jazdy na holenderskie. Powinno się to zrobić, gdy jest się już tutaj zameldowanym. A ja jestem ładnych kilka lat. Jeśli tego nie zrobimy, policja może, ale nie musi, wlepić mandat w wysokości nawet 500€. Umówiłam się więc na wizytę w gminie. Zrobiłam zdjęcie, wypełniłam wniosek i oddałam swoje polskie prawko. W zamian dostałam ksero prawa jazdy, pieczątkę gminy i adnotację, że nastąpi wymiana. I na tym świstku papieru jeździłam do lutego aż. Pani w gminie mówiła, że policja się raczej do niczego nie doczepi. Dostałam po około miesiącu informację z urzędu RDW (zajmującego się m.in wymianą prawa jazdy czy tablicami rejestracyjnym aut), że nie mają jeszcze potwierdzenia z polskiego urzędu, że legalnie zdałam egzamin i moje prawo jazdy jest prawdziwe. Zadzwoniłam więc do starostwa. Nie dostali mojego prawka i żadnej informacji z Holandii. Dzwoniłam tam w sumie jeszcze ze 3 razy z pytaniem, czy już się coś ruszyło. Nic. Miałam więc dwa wyjścia: wyrobić nowe prawko będąc w Polsce albo wysłać kogoś z rodziny do starostwa po potwierdzenie legalnego dokumentu i przysłanie tego tutaj a ja z tym papierem mogłabym się stawić w gminie i starać się, żeby wyrobili mi od razu holenderskie prawo jazdy. Oczywiście RDW musiałoby najpierw rozpatrzyć wniosek. Kupa roboty.

Haga. Zapomniałam wstawić to zdjęcie w poprzednim miesiącu, więc robię to teraz 🙂

Wreszcie, na początku grudnia dostałam wiadomość, że procedura wymiany ruszyła a 24 grudnia, znalazłam w skrzynce list z informacją, że moje holenderskie prawo jazdy będzie gotowe do odbioru w ciągu 5 dni roboczych. W styczniu pojechałam do gminy, żeby odebrać. Do odbioru też było potrzebne umówienie się. Zabukowałam więc termin i w lutym ponownie stawiłam się w gminie z dowodem osobistym. Prawo jazdy było gotowe. 52€ nie poszło na szczęście na marne.

Apartamenty w Hadze.

Pan Mąż kupił mi w Actionie różne kolorowe pisaki i długopisy. Zeszyt wybrałam sobie sama, bo będę prowadzić bullet journal. Lubię pisać i jak na razie wypisałam książki, które muszę mieć na swojej półce. Zapisuję też pozycje przeczytane. Fajna zabawa.

Kolczyki z Temu. Uwielbiam kolczyki różnego rodzaju. Noszę codziennie. Na szczęście nie mam problemu noszenia ich z różnego materiału. Na Temu jest ogromny wybór za rozsądną cenę. Ktoś powie, że to „chińszczyzna”, ale z drugiej strony ktoś inny kupi te same za większe pieniądze w innym sklepie. Ja je lubię i kupować będę.

Próbowałam dubajskiej czekolady i pączka z kremem pistacjowym. Pączek lepszy. W tureckim sklepie ostatnio jest wysyp m.in kremu pistacjowego, czekoladek, ciastek czy batoników z tym nadzieniem. I mam mojego faworyta. Są to wafelki czekoladowe z kremem pistacjowym. Dla mnie smak idealny jeśli chodzi o takie połączenie.

Muszę zawieźć parę sztuk do Polski.

Skoro jesteśmy w temacie jedzenia, to ostatnio miałam fazę na kopytka. Robiłam kilka razy aż do przejedzenia. Ja tak po prostu mam: najdzie mnie chęć na jakąś potrawę/ danie i nie ma zmiłuj. Jem aż mi przejdzie. Trochę to głupie, ale kopytek akurat dawno nie jadłam. A że zrobienie ich idzie mi szybko, to mogłam się opychać do woli. W sumie jadłam je chyba ze 4 dni 🙂 Najlepsze dla mnie to te z cebulką i skwarkami z boczku.

Te dwa w środku naprawdę przypominają kopytka zwierzęce 😆

W pracy spokojnie. Jeszcze. Pomidory są już sporej wielkości ale do pierwszej ścinki jeszcze trochę czasu zostało. Pierwsze trosy nie są jednak najpiękniejsze. Wyrosły po prostu brzydkie, wątpliwej jakości i różnej wielkości. Nie wszystkie owoce nadają się do dalszego wzrostu. Dlatego w cztery dziewczyny jeździmy na wózkach i wycinamy brzydkie pomidory, tzn te wielkie bulwy, malutkie, czy suche. Mają zostać ładne owoce w ilości czterech pomidorów na gałązce. Tros zawsze jest formowany na 5, ale te pierwsze będą o jeden mniej. Wyrzucamy tego po kilkadziesiąt skrzynek dziennie.

Mój tata pracuje w pomocy drogowej. Jeździ niemal po całej Europie i zbiera na lawety uszkodzone auta. Często jest w Holandii, ale niestety nie może do nas podjechać, bo jest sprawdzany na GPS. Ostatnio zadzwonił z wiadomością, że jest jakieś 10 km od naszego miasta, w Zuidland. Wsiedliśmy w auto z pączkami i paroma rzeczami dla mamy z kringloopa. Po prawie roku spotkałam się wreszcie z kimś z rodziny  🙂 Posiedzieliśmy z godzinę w aucie, pogadaliśmy i do domu a tata w drogę powrotną.

Na drugi dzień po pracy, z koleżanką robiłam swoje pierwsze pączki. Żeby było szybko i żeby zdążyć skonsumować je w Tłusty Czwartek przed północą, to zdecydowałyśmy się na air fryer. Wyszły trochę suche, przypominające bułki. Nie były złe, ale jednak lepsze są te tradycyjnie smażone na tłuszczu. Mimo to, tradycji stało się zadość i pączki były zjedzone. W zasadzie jemy je do tej pory.

Nadziane były konfiturą z róży i dżemem malinowym. Posypane cukrem pudrem.

Na koniec informacja odnośnie mojego przyszłego pobytu w Polsce. Mieliśmy jechać we wrześniu, ale będę robiła kurs, którego ostatni termin przypada na sierpień. Od bardzo dawna chciałam pracować ze zmarłymi. Interesuje mnie branża funeralna. Rozglądałam się za odpowiednią firmą szkoleniową. Mam książkę Adama Ragiela, który prowadzi takie kursy. Prawie zdecydowałam się na kurs w jego firmie. Prawie, bo na TikToku zobaczyłam szkolenie w firmie Master. Weszłam na ich stronę, przeczytałam ofertę i to było to. Zaskoczyło mi w mózgu i już nie było odwrotu. Potem poszło szybko. Zadzwoniłam tam, wypełniłam formularz, wpłaciłam zaliczkę i dostałam potwierdzenie na maila. Także 23-24 sierpnia spędzę w prosektorium w Jeleniej Górze, gdzie będę uczyć się intensywnie rozszerzonej tanatokosmetyki. Branża funeralna idzie do przodu, przeżywa rozkwit. Coraz więcej ludzi z powołaniem decyduje się na ten kierunek. To już nie te czasy, gdzie podpity pan maluje zwłoki byle jak. Wiem, że się do tego nadaję, że to moje powołanie i cieszę się, że wreszcie spełnię to marzenie. Dyplom ukończenia kursu jest też w języku angielskim. Mam w planach oczywiście szukać pracy w tej branży a także dalej szkolić się w tym kierunku pod okiem Master: balsamacja i asystent sekcyjny. Już nie mogę się doczekać 🙂

Jeszcze wrzucę tutaj kolejne zdjęcie z Hagi a konkretniej z widokiem coffieshopa. Można na nim zauważyć domek holenderski stojący na kanale. Jest w kolorze brązowym z napisem „Coffieshop”. Pierwszy raz widziałam ten przybytek w takim budynku.

Zdjęcie robione z auta.

Do następnego 🙂

PIĄTE URODZINY BLOGA, MAŁE „WIOSENNE PORZĄDKI”+ KILKA POLECAJEK

Zupełnie zapomniałam, że to w lutym zaczęłam pisać swoje wywody w internecie. I nawet nie wiem, że to był 22 lutego. Dobrze, że WordPress o tym pamięta i dostałam dzisiaj tę informację. Uczciłam ten dzień sprzątaniem.

Chyba pierwszy raz od kilku lat, luty jest dla mnie do zniesienia. Nie mam jakiejś chandry, nie snuję się po tym ziemskim padole jak zombie, normalnie śpię, tylko czasem dopada mnie ból głowy. Ten miesiąc pędzi ku końcowi chyba szybciej, niż inne. Na dzisiaj zaplanowałam sobie większe sprzątanie niż zwykle w weekend. Zawsze na wiosnę robię duże porządki w domu i pozbywam się klamotów i dupereli. To oczyszcza umysł. Ja się wtedy naprawdę lepiej czuję. Do wiosny jednak chyba jeszcze cztery poniedziałki, ale to nic. Już zaczęłam działać i idzie mi całkiem dobrze.

Zaczęłam od miejsca, które najmniej lubię sprzątać – łazienki. Dobrze, że w tygodniu naoglądałam się filmików, jak to babki doprowadzają do porządku m.in łazienki. Wszystko oczywiście w przyśpieszonym tempie. Mnie oglądanie usuwania bajzlu relaksuje, mimo że może głupio to brzmi. Poza tym, wtedy naprawdę chce mi się sprzątać i mam na to siłę i ochotę. No więc, w łazience było trochę rzeczy, które już nie były mi potrzebne. Wyrzuciłam to i owo a szafki i kosze poszły do mycia porządnego w wannie.

Umyłam też pędzelki i blendery do makijażu. Nigdy nie mogę się zmobilizować żeby robić to częściej. Mam kilka nawyków, ale mycie akcesoriów do make upu i porządek w szafie, to dla mnie inny wymiar. Ale pracuję nad tym. Jest progres, bo ubrania już ułożone.

Szczotki do włosów a dokładniej, ich mycie, to też ważna rzecz. Wreszcie znalazłam prosty sposób na pozbycie się z nich starych kłaków i kurzu. Włosy usunęłam zwykłą wsuwką, nałożyłam mydło w płynie i w ciepłej wodzie szorowałam szczoteczką. Po opłukaniu jest jak nowa 🙂

Wstawiłam też dwa prania, odkamieniłam czajnik octem (muszę to robić zdecydowanie częściej), przesadziłam kwiatka i na koniec, po wytarciu wszędzie kurzu, umyłam podłogi. Zdecydowanie lepiej się siedzi w czystym domu. I w tym momencie kolejny raz polecę patyczki zapachowe z Lidla. Mam nadzieję, że nie znikną z półki, bo ten zielony zapach jest dla mnie idealny. Poza tym czuć go nie tylko w jednym pomieszczeniu.

Muszę też wspomnieć, że zrobiłam czystki w lodówce, którą umyłam. Dawno nie było kotletów mielonych. Do mięsa dodałam szpinak, starty cheddar, cebulę, jajko i przyprawy. Kotlety obtaczane były w bułce tartej zrobionej z czerstwych kajzerek, które odłożyliśmy. Pan Mąż odpalił maszynkę i zmielił je na pył. Kotlety wyszły pyszne.

Nie lubię obierać i kroić cebuli. I nie tylko z powodu płaczu. Po prostu mnie ta czynność wkurza i tyle. Tak, jak obieranie ziemniaków. Na szczęście, w takich momentach przypominam sobie o małym sprzęcie kupionym kiedyś w Lidlu. Co ja bym bez tego zrobiła… Ten mały pojemniczek z nożykami, jest w siekaniu cebuli niezastąpiony i efektywny. Robi miazgę z warzywa jaką chcemy, pociągając za sznurek. Polecam.

Ostatnio w pracy odkryłam kanał na YouTube, który mnie bardzo wciągnął. Nazywa się „Bez tajemnic” i prowadzi go Dymitr Błaszczyk, który zaczął od kanału „Sprawdzam jak…” Zresztą bardzo lubię tego gościa i jego programy na YouTube, bo jest rzetelny, szczery i z przyjemnością się go słucha. „Bez tajemnic”, to wywiady z różnymi ludźmi, z różnymi zawodami, historiami czy przygodami. Możemy poznać np pracę striptizerki zza kulis, sprzątacza, który jeździ śmieciarką, kierowcę tira, szefa kuchni, byłego/ byłą świadków Jehowy (co bardzo polecam) lub historię dziewczyny, której matka cierpi na chorobę tzw „zbieractwo”. Ja w tej chwili jestem w trakcie słuchania wywiadu z dziewczyną, która tańczy w burlesce. Wklejam tutaj link do fanów historii Czarnobyla, bo Dymitr rozmawiał także z chłopakiem, który czuje się tam, jak w domu i opowiada bardzo ciekawie o tym miejscu, obalając przy okazji różne mity. Naprawdę warto posłuchać: „Mutanty z Czarnobyla” https://m.youtube.com/watch?v=9kUGamxo710&t=16s&pp=ygUWYmV6IHRhamVtbmljIGN6YXJub2J5bA%3D%3

„Muminki. Wielki słownik obrazkowy polsko- angielski”. Tak, natknęłam się na takie coś. Jestem wielką fanką Muminków a zobaczenie Doliny Muminków, to jedno z moich marzeń, które mam nadzieję, że się spełni. Chciałam kupić tę książkę, ale jest niestety w tym momencie niedostępna. Ale nic to. Będę szukać i polować.

Za to na stronie przekroj.org natknęłam się na wywiad z Sophia Jansson, która jest bratanicą i spadkobierczynią Tove Jansson. Dla fanów trolli nie lada gratka 🙂  https://przekroj.org/sztuka-opowiesci/male-trolle-i-wielka-tove/

Simonila.pl to firma, która szyje piękne pościele. Natknęłam się na TikToku i zaczęłam obserwować. Oprócz poszewek w fantastyczne wzory, są też muślinowe piżamy. Nie ma opcji żebym z Polski wróciła bez kompletu w czarno- białe paski 🙂

Na koniec aplikacja, która zdobywa mnóstwo zwolenników i która została mi polecona. Zainstalowałam i nie żałuję.

Billin, to coś w podobie TikToka, ale dużo spokojniejsze. Mam na myśli to, że na tej platformie nie znajdziemy mnóstwa głupich i niepotrzebnych  filmików. Są tam tylko tzw „polecajki”. Po zainstalowaniu, wybieramy kategorie, które nas interesują i wtedy wyświetlają się tylko profile, jakie potencjalnie możemy zaobserwować. Dotyczą rzeczy, które chcemy oglądać. Nie zamykamy aplikacji przebodźcowani. Sami oczywiście też możemy publikować i komentować. Wydaje mi się, że ta aplikacja nie jest jeszcze opanowana przez różnej maści (niekoniecznie zawsze mądrych) influencerów. Warto zajrzeć.

Do następnego 🙂

BOSFOR- POLSKA KUCHNIA

Będąc ostatnio w Hadze w Madurodamie, poszliśmy na obiad do polskiej restauracji. Było już popołudnie, więc czas na jakiś posiłek. Pan Mąż chciał zjeść po polsku. Na szybko wyszukałam jakąś knajpę.

Już raz jedliśmy w Rotterdamie w polskiej restauracji i szczerze mówiąc dupy nie urwało. Zresztą pisałam o tym tutaj. W Holandii jest spora ilość knajp/ barów z polskimi obiadami i deserami. Ostatnio nawet jedna z nich, mieszcząca się też w Hadze, zwyciężyła w rankingu najlepszych restauracji w Holandii. Nie wiem, czym się sugerowano, ale jestem ciekawa tej kuchni. Nie była jeszcze wtedy otwarta (bo dopiero od 16:30) i nie chciało nam się czekać, więc pojechaliśmy do innej knajpy: Bosfor. Opinie w Google były dobre.

Wnętrze było dosyć ciemne. Na każdym stoliku (które były czyste) stała żywa roślina i pojemnik z serwetkami. Przy barze znajdowała się półka z przyprawami i sztućcami. Ja osobiście wolę sól i pieprz bezpośrednio na stołach. Kuchnia jest spora i otwarta dla widoku klientów. Menu wypisane nad barem. Każdego dnia jest skomponowany zestaw: zupa do wyboru, drugie danie, surówki, deser i szklanka kompotu. Dolewka- 1€.

W tym dniu była zupa porowa, forszmak, ziemniaki lub kasza z karkówką w sosie, 4 rodzaje surówek do wyboru, kompot chyba porzeczkowy i naleśniki z serem. Oczywiście były wypisane też inne dania, np pierogi. Za ten zestaw należało się 19€. To nie dużo, a porcje były naprawdę duże. Jedzenie znajdowało się w bemarach, więc to był raczej bar, niż restauracja. Zupy porowej nigdy nie lubiłam. Zapytałam się, co to ten forszmak. Pani wyjaśniła, że coś podobnego do Strogonowa, którego uwielbiam. Zamówiliśmy więc forszmak. I to był dobry wybór. Treściwa zupa, z kilkoma rodzajami mięsa, warzywami: marchew, ogórek i chyba pieczarki. Dobrze doprawiona. Żałuję, że nie wzięłam na wynos.

Drugie danie było także syte. Sporo ziemniaków z dwoma kawałami mięsa w sosie i dwie surówki: moja ulubiona z kiszonej kapusty i chrzanowa. Do tego dwie szklanki kompotu, który był lekko kwaśny, lekko słodki i przyjemnie chłodny. Polskie bary lubię właśnie najbardziej za te kompoty. Zawsze mi smakują. Kompot to coś, co smakuje mi zawsze do obiadu. Nie jestem zwolenniczką picia wina do obiadu albo (o zgrozo!) coli.

Drugiego dania nie byliśmy w stanie zjeść, więc pani nam podgrzała resztę i zapakowała na wynos. W domu zjedliśmy na kolację.

A ja ugotowałam gar kompotu z mrożonych truskawek, żurawiny i słoika wiśni. Do tego trochę soku z cytryny i cukru. Wyszedł bardzo dobry, ale nie tak idealny jak w barze 😉 W dwa dni został przez nas wypity.

Ogólnie polecam tę knajpę. Obsługa sympatyczna, jedzenie smaczne. Wymyśliłam sobie poza tym, że odwiedzę każdy polski bar w Holandii. Będę robić recenzje na blogu i TikToku. Jestem ciekawa polskiej kuchni za granicą. W moich planach jest też spróbowanie słynnego ostatnio ramenu.

Do następnego 🙂

SAFARI LIGHT FESTIVAL & MADURODAM

Na początku stycznia odwiedziliśmy jedno ciekawe miejsce, które można zobaczyć zimą. Na koniec stycznia pojawiliśmy się po raz drugi w innym miejscu, też ciekawym. Opisywałam je już tutaj, dlatego połączę to w jeden wpis. Zresztą i tak najważniejsze są zdjęcia.

Jest taki obszar w Holandii, który jest przeznaczony tylko dla dzikich zwierząt i wygląda trochę jak safari w Tanzanii. Można tam wjechać autem i podziwiać zwierzaki. Chodzą samopas, więc auta opuszczać nie można. Nocleg też tam jest dostępny. Zimą zwierząt nie ma dla ludzi. Jest za to festiwal światła. Miejscowość to Beekse Bergen.

Bilety kupiłam on-line z wybranym dniem. Na wejściu znajduje się obszar biwakowy, gdzie dzieciaki mogą w ognisku piec pianki, dorośli mogą wypić kawę czy małe piwko, a do tego są budki z jedzeniem typu fast food. W tym roku zbudowano nową trasę. Zaczyna się ona od typowych holenderskich symboli, czyli serów, tulipanów czy żonkili. Potem przechodzimy już do głównej atrakcji. Widzimy obok siebie, nad sobą tylko różne światła a resztę terenu spowija ciemność. Trzeba uważać pod nogi, chociaż to trudne, bo figury świetlne są niesamowite.

To, co widzimy, to pokaz jedenastu magicznych miejsc, podczas których można podziwiać aż pięć tysięcy świetlnych figur.

Przechodzimy przez wszystkie kontynenty, na których jest fauna i flora do odkrycia. Są też oceany, które chyba najbardziej mi się podobały. Momentami widoki przypominały te z filmu „Avatar”. Światła też migotały a do każdego kontynentu i jego dekoracji dobrana była odpowiednia muzyka, np mijaliśmy Amerykę Południową i Brazylię a w tle grała „Samba”. Dla mnie te wizualizacje świetlne były jak bajka, magia. Wystawa trwa do 9 marca.

Madurodam, czyli Holandia w miniaturze. Byliśmy tam już drugi raz. Pierwszy był chyba z pięć lat temu w porze letniej. Wiadomo, wtedy było dużo ludzi. Teraz, zimą było parę zmian.

Po pierwsze i najważniejsze: rozbudowano Rotterdam. Wcześniej był już chyba najsłynniejszy most, czyli Erasmusbrug a teraz dodano popularną halę targową – Markthal, wieżowce i domki mieszkalne Cubuswoningen. I to właśnie chcieliśmy zobaczyć.

W Madurodamie zjawiliśmy się w piątek. Ludzi malutko, do tego kanały otaczające miniaturowe budowle były czyszczone i niemal puste. W sezonie pływają w nich sporych rozmiarów karpie. Pracownicy zajmowali się czyszczeniem i ogólną pracą porządkową terenu. Chyba nawet pociągów mniej jeździło.

Odwiedziłam sklep z pamiątkami. Magnes Madurodamu już mam, ale kupiłam ten z plażą w Scheveningen. Byłam tam, ale magnesu wtedy nie kupiłam. Do tego doszedł brelok sabot do klucza, widokówki i kubek z motywami holenderskimi.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Pisząc ten post, myślę sobie, jak tu przeżyć luty. Ludzie nie lubią listopada. Ja uwielbiam. Dla mnie najkrótszy luty jest najgorszy. Człowiek jeszcze się toczy przez ostatki zimy. Piszę „ostatki”, bo w Holandii na szczęście wiosna szybko się pojawia. W weekend widziałam już pierwsze żonkile.

W styczniu zawitała zima. Była to chyba niedziela, jeszcze noc za oknem. Wstałam do łazienki a tu na dachach śnieg. Aż się ucieszyłam. Na krótko, bo po południu już nic z niego nie zostało. Szkoda, bo i bałwana nie było. Ale dobre i to. Żałuję, że w Ardeny nie pojechaliśmy, bo widziałam na Facebooku, że tam było sporo śniegu.

Choinkę i ozdoby świąteczne rozebraliśmy w tym roku szybciej, bo już tydzień po Sylwestrze. Nie chciało mi się tego trzymać do połowy stycznia. Zawsze lepiej jest zdobić dom, niż sprzątać to wszystko, dlatego zawzięłam się i w weekend wszystko z rana zostało zapakowane do pudeł i wyniesione do pierdolnika, czyli na strych. Zawsze się zastanawiam, jak ludzie, którzy dostają szału z ozdobami i dekorują wszystko na umór (np w takiej Ameryce) biorą się potem za ściąganie tego. Ja bym dostała szału, ale z nerwów. Dlatego np takie lampki choinkowe ściąga i składa Pan Mąż, bo ja cierpliwości nie mam.

W tym momencie mamy bardzo mało pracy w pracy. Już dwa razy mieliśmy od czwartku wolne. Jestem na bank na minusie z godzinami, ale ja wiem, że szybko to potem odrobię. Jest nas garstka na szklarni. Inni albo zjechali do Polski na dłuższy urlop, albo poszli do innej pracy. Koleżanka, która się musiała przeprowadzić około 100 km dalej, bo tam biuro pracy miało dla niej inną pracę, spytała się mnie, czy nie wezmę od niej trochę roślin. Mieszkała z facetem na firmowym i trochę jej się ich nazbierało. A że ja roślinki lubię i miejsce jeszcze mam, więc się zgodziłam. I tak przywlokłam do domu dwa pudła storczyków i parę innych liściastych.

Wymyśliłam sobie, że będę każdego miesiąca – 16 dnia, robić zdjęcie w tym samym miejscu w parku obok domu, o tej samej godzinie. Żeby potem zobaczyć, jak było coraz jaśniej o 20:00. Holandię nawiedziły mgły. I trzymały się dosyć długo. Lubię taką pogodę i do parku poszłam sama i guzik widziałam. Zrobiłam zdjęcie nad bajorem i było czarno. Nic nie widać. Może w tym miesiącu będzie lepiej. Za mną były domy i lampy, więc coś tam widać.

Drugi kot sąsiadów ma rozrywkę: siedzi na kontenerze i obserwuje moje papugi i czasem mnie 🙂

Będąc u mechanika, widziałam dwie terenówki. Jedną typową, wielką z orurowaniem i lampami, a druga, to chyba raczej mini różowy suv – range rover. Pierwszy raz takiego cudaka widziałam.

Moja siostra, która spędziła święta w Polsce, pojawiła się ponownie u nas, bo z lotniska Schiphol wracała do Kanady. Spędziliśmy dwa dni na chodzeniu po sklepach i graniu w planszówki. W sobotę rano trzeba było ruszać na lotnisko. Lubię patrzeć na samoloty.

Potem zajechaliśmy do Delft, do mojego brata i do domu. Wracaliśmy przez Europort, ale taką drogą, gdzie jeszcze nas nie było. Mijaliśmy coś w stylu deptaka/ bulwaru, gdzie stały ławki z widokiem na port i wieżowce Rotterdamu. Powiedziałam Panu Mężowi, że musimy tam kiedyś pojechać i pooglądać statki. Tylko zupełnie nie wiem co to za miejsce.

Takie małe i suche jaszczurki też można znaleźć na szklarni.

A teraz dwa słowa o zakupach. Byłam z siostrą w Hemie, czyli drogerii połączonej ze sklepem odzieżowym i innymi pierdołami. Znalazłam tam kilka rodzajów mgiełek do ciała o pięknych zapachach. Różowa jest już ze mną. A w Lidlu są patyczki zapachowe, które mam nadzieję nie znikną nigdy z półki sklepowej. Uwielbiam ten zielony zapach. Postawiłam w pokoju a czuć nawet na korytarzu.

Mój ulubiony sklep, zaraz po kringloopie, czyli turecki. W warzywach bym mogła siedzieć i godzinę, wybierając np paprykę. Tym razem kupiłam też pomidory. U nas jeszcze ich nie ma. A ja jem je cały rok, więc niestety o tej porze roku muszę za nie płacić 🙂 Do pracy nie mogę brać tych kupnych np na kanapce. Przestrzegamy zasad, żeby nie pojawił się znowu wirus. Zasady i reguły są jeszcze bardziej zaostrzone, bo jakby nie patrzeć, pracujemy przy żywności.

Ulice w ogniu, czyli jeden z ładniejszych zachodów słońca 🙂

Do następnego 🙂

TRZECI KRINGLOOP

W moim mieście do tej pory były dwa krongloopy. Jeden bliżej mojego domu- droższy a drugi dalej i bardzo tani, z wieloma rzeczami do wyboru i mój ulubiony.  Zaglądam tam regularnie, co zresztą tutaj opisuję.

Będąc w Actionie moje oczy przykuła witryna sklepowa znajdująca się na przeciwko. Na piętrze znajdował się Bristol – sklep głównie z butami, który zamknęli a ja tego przeboleć nie mogę, bo tam zawsze mogłam kupić zwykłe trampki i t-shirty w promocji typu 3 za 10 euro. Zresztą moja ulubiona torba też stamtąd pochodzi. Ale ja dzisiaj nie o tym. Wracając do tematu, to okazało się, że na parterze otwarto trzeci kringloop. No i oczywiście musiałam obejrzeć towar. Byłam tam już w sumie dwa razy.

Kupiłam sobie dwie pary spodni. I aż się sama zaskoczyłam, że coś na mój tyłek się znalazło. A to dlatego, że albo spodnie są za wielkie albo bardzo małe, na bardzo szczupłą osobę, do tego często biodrówki. A ja nie lubię jak mi coś opada i odkrywa brzuch. To już chyba ten wiek, że człowiek się bardziej zakrywa i cieplej ubiera.

Z dodatków, to był naprawdę spory wybór torebek. I to nie byle jakich. Kupiłam mojej mamie dwie sztuki w brązowych kolorach (jedna tylko 2 euro) a sobie niebieską w kształcie workowatym (made in Italy) a druga półokrągła, czarna. Sprawdziłam markę i ona kosztuje prawie 40 euro. A tutaj zapłaciłam tylko 4, więc deal się opłaca 🙂

Ta po lewej jest już moja.

Nie mogłam przejść obojętnie obok zegarków. Wypatrzyłam złoto – srebrny z elegancką bransoletką. Kiedyś nie lubiłam złota. Zawsze podobało mi się srebro. Teraz jest moda na łączenie tych dwóch barw. I nawet mi się to podoba. O dziwo ładnie wygląda. Gdy będę w Polsce, to pójdę do zegarmistrza na wymianę baterii, bo mam już w sumie trzy zegarki do naprawy.

Znalazłam fajny, nowoczesny komplet talerzy z salaterką. Sztuka po 0,50 centów. Kupiłam mamie. Na pewno jej się przydadzą. Ja mam niemal wszystkie talerze z kringloopa. Są ładne i niezniszczone. Zawsze powtarzam ludziom, którzy np wynajmują mieszkanie tutaj i chcą coś kupić: biegnijcie do tego typu sklepu, bo można kupić dużo i za grosze.

Jeszcze dorzucę tutaj zdjęcie kaczki. Tak, bo i ptaka przyniosłam do domu. A w zasadzie do ogródka, bo mam bzika na punkcie ogrodowych figurek. Mam już krasnoludki, wiewiórkę i muchomora. Do tego towarzystwa dołączyła drewniana kaczka.

No i nie byłabym sobą, gdybym nie poszła do swojego ulubionego kringloopa, gdzie kupiłam mamie dzbanek na herbatę i solniczkę z pieprzniczką. Idealnie pasują do tego kompletu talerzy.

Miałam fazę na noże kuchenne, potem deski do krojenia a teraz na słoiczki i pojemniki z metalowym zamykaniem. Idealne na produkty sypkie i przyprawy. Był duży wybór a ja kupiłam dwa mniejsze- na pieprz mielony i ziarnisty.

Był duży wybór np czajniczków na herbatę, cukiernic, półmisków czy świeczników:

Do następnego 🙂

MOJE PODSUMOWANIE CZYTELNICZE ZESZŁEGO ROKU+ DWIE KOLEJNE KSIĄŻKI

Nowy rok- nowa ja. Guzik. Nowy rok- starsza ja i stwierdzającą, że muszę przeczytać więcej książek, niż w poprzednim roku. Nowa lista już jest otwarta i już jest coś wpisane. Najpierw jednak podsumuję moje czytelnicze wyzwanie z poprzedniego roku…

…jednym słowem: nędznie. Kiedy czytam i widzę na Instagramie czy TikToku, ile to inni przeczytali w ciągu roku (np 80 książek!) to mina mi rzednie. Uwielbiam czytać i się zawsze zastanawiam, kiedy oni mają czas na pochłanianie takiej ilości książek? Możliwe, że słuchają audiobooków, ale mnie nie o to chodzi, bo ja tylko papierowe książki. Zresztą pokazują właśnie te w papierze, więc ja nie wiem skąd tyle czasu. Biorę pod uwagę oczywiście szybkie czytanie oczami. Też tak potrafię. I dlatego w tym roku moja lista musi być długa. Mam książek od cholery i wszystkie muszę przeczytać.

9! Tylko 9!

„Nie wiesz dlaczego”- Marcel Moss

Tę książkę przeczytałam jeszcze w grudniu. To druga pozycja tego autora, z którą mam do czynienia. Jest to thriller psychologiczny z domieszką kryminału, należący do serii Liceum Freuda.

Uczniami prestiżowego liceum Freuda (Warszawa) wstrząsa tajemnicze zniknięcie nastoletniej Dagmary. Dziewczyna widziana jest poraz ostatni w pobliżu szkoły, gdy wsiadała do nieznanego samochodu. Niektórzy sądzą, że zmagająca się z depresją Dagmara postanowiła uciec, by zacząć wszystko od nowa. Dwa miesiące później wychodzą na jaw przerażające fakty, a podejrzenia śledczych padają na skonfliktowane z Dagmarą Martę, Sarę i Wiki. Zdesperowane nastolatki próbują odkryć prawdę na temat zniknięcia dawnej przyjaciółki i oczyścić się z podejrzeń. Rodzą się pytania… Dlaczego Dagmara uciekła i czy żyje? I jaki związek z jej zniknięciem ma popularne wyzwanie samobójców, przez które zmarł inny nastolatek?

Książka rozpoczyna się wybuchem bomby w szkole. Pojawia się mnóstwo postaci w fabule. Jako, że nie czytałam serii, trochę ciężko było mi ogarnąć kto, co i dlaczego. Dodatkowo są to czasy współczesne gdzie rządzą social media. Wątek tajemnicy i kryminalny jest ciekawie rozbudowany, ale niestety końcówka jest dla mnie niezrozumiała, bo to jeszcze nie koniec, a nie wiem, którą częścią jest ta książka. Przyznam się, że nawet nie sprawdzałam. Raczej nie sięgnę po resztę serii, bo po prostu perypetie dzisiejszej młodzieży niezbyt mi się podobają.

„Mordercza dieta”- Daniel Kalla

Thriller medyczny. Do tej pory z tego typu książkami miałam do czynienia za pośrednictwem najbardziej mi znanego pisarza- lekarza: Robina Cooka. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po thriller innego pisarza, który jest lekarzem. Daniel Kalla dokładniej jest lekarzem medycyny ratunkowej i autorem czternastu (!) bestsellerowych thrillerów, w tym „Pandemic”, który będzie sfilmowany. Jego powieści zostały przetłumaczone na jedenaście języków. Pisarz mieszka z rodziną w Vancouver.

„Mordercza dieta” to świetny thriller o tym, jak wiele jesteśmy gotowi zaryzykować dla idealnej figury. Kiedy uwielbiana przez fanów muzyki pop i popularna influencerka, Rain Flynn, umiera w podejrzanych okolicznościach, szybko wychodzi na jaw, że to na skutek przedawkowanej substancji, która jest nielegalna. Jej ofiar jest zdecydowanie więcej, a łączy je jedno- obsesja na punkcie szczupłej sylwetki. Toksykolog z Vancouver postanawia połączyć siły z detektywem z Los Angeles, aby odnaleźć źródło zabójczego środka. Oboje wiedzą, że nawet najmniejsza jego dawka to śmiertelne niebezpieczeństwo.

Takiej książki było mi trzeba. Bardzo ciekawa fabuła a akcja z każdą stroną się rozkręca. Autor, jako lekarz, bardzo przybliża czytelnikowi to, co się dzieje z człowiekiem, gdy sięga się po nieznane preparaty i koniecznie chce się być szczupłym bez najmniejszego wysiłku. W książce jest też mowa o popularnym ostatnio wśród amerykańskich (i pewnie nie tylko) celebrytek leku na cukrzycę: ozempicu. Po ujrzeniu światła dziennego tego ich sekretu szybkiego chudnięcia, one dalej idą w zaparte, że to efekt zdrowej diety i ćwiczeń. I myślą, że ludzie są głupi i uwierzą. Nie będę zdradzała o jaki śmiertelny środek chodzi w książce, ale bardzo się zdziwiłam, że takie coś ludzie potrafią wepchać do swojego organizmu i myśleć, że będą się cieszyć zdrowiem i długim życiem.

Autor wtrącił kilka słów od siebie, jako lekarz i ojciec dwóch córek. O tej śmiertelnej przemysłowej substancji dowiedział się dwa lata temu. A dekadę temu wypłynęła ona w internecie, gdzie można ją kupić jako zagrażającą życiu tabletkę na odchudzanie oraz suplement na budowę masy mięśniowej. Konsekwencje okazały się oczywiście tragiczne. W Ameryce Północnej i Europie odnotowano wiele przypadków śmiertelnych. Większość ofiar to młodzi ludzie, którzy zostali  oszukani w internecie i uwierzyli, że to „bezpieczny i skuteczny” środek na utratę wagi. Służby bezpieczeństwa na całym świecie walczą, usiłując powstrzymać anonimową sprzedaż tej toksycznej substancji. Nie ma też możliwości złapać i ukarać sprawców, którzy dystrybuują „cudowne tabletki” z zakamarków darknetu.

Podsumowując, świetna i ciekawa książka, z której można się wiele dowiedzieć. I nigdy bym nie przypuszczała, że istnieją takie środki nielegalnie sprzedawane, które zabijają ludzi. I nigdy bym też nie przypuszczała, że społeczeństwo jest tak głupie…

Do następnego 🙂