SZUKAM KLOSZA

Sprzątałam ostatnio porządnie kuchnię. Omiatałam kąty z pajęczyn szczotką z piórkami na kiju. Zahaczyłam oczywiście też o lampę u sufitu. Nie podoba mi się ona ogólnie. Dlaczego? Już wyjaśniam…

Jest ona w nowoczesnym stylu- ma małe trzy lampki połączone czymś w rodzaju drutu. Nie potrafię tego dobrze opisać. W każdym razie wiszą tam często pajęczyny i osiada dużo kurzu, co jest trudne do usunięcia. Dodatkowo owe lampki posiadają małe, granatowe klosze, co niestety daje słabe światło. Przy odkurzaniu coś uszkodziłam i przy włączaniu światła nic nie działało. Pan Mąż, elektryk sprawdził i powiedział, że po prostu uszkodziłam coś w tym kloszu, bo styki działają. To był dobry moment, żeby jechać do kringloopa i poszukać jakiegoś prostego i jasnego klosza. I niestety nie było nic, co mi się by podobało. Ale oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami.

Najpierw zapakowałam do koszyka stojącą lampę z trzema małymi kloszami imitującymi kwiaty. Ma ona regulowaną moc oświetlenia. Żarówki są dla mnie za jasne jednak. Dają ostre, białe światło. Wolę żółte, ciepłe. Zresztą w jednej lampce żarówki brakuje. Wymienię je w najbliższym czasie. Lampa stanęła na stoliku za kanapą w salonie.

Sklepy powoli (a w zasadzie szybko) zapełniają się ozdobami na Boże Narodzenie. W kringloopie oczywiście też już są bombki i inne takie. Nic z tych rzeczy nie kupiłam, bo mam tego całe mnóstwo w pudłach na strychu. Zresztą nawet jeszcze nie myślę o ozdabianiu domu na święta. Za wcześnie.

Stałam dłuższą chwilę przy filiżankach. Lubię pić kawę i herbatę z kubków. Ale czasem sięgam po filiżankę. Mam ich kilka+ serwis do kawy. Wpadła mi w oko jedna sztuka za 0,50 centów.

Pan Mąż natomiast wypatrzył gąsiora i kupił, bo stwierdził, że będzie robił wino. Ja w tym czasie oglądałam karafki.

Na półkach stały też komplety kuchenne na np cukier, mąkę i inne przyprawy, sosjerki i doniczki. Podobała mi się tylko jedna- zwykła, biała i kupiłam. Dlatego, że kupiłam też nową roślinę  🙂

Pan Mąż wygrzebał pudełko z domkami i budynkami, z których tworzy się makietę kolejową. Kosztowało to chyba 15€ i oczywiście kupił, bo się pewnie przyda.

Łupy okazały się udane, mimo że wyszłam bez klosza do kuchni. Co ciekawe, coś się załączyło i światło zaczęło działać. Ale to nie znaczy, że go nie zmienię. Planuję jechać do kringloopa do Rotterdamu. Widziałam na TikToku, że jest naprawdę ogromny. Kolejnym, jest całkiem spory w Delft.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ciężko mi idzie pisanie na blogu, ale to przez TEN okres w roku, gdzie zaczyna się dużo więcej pracy przez nadchodzącą likwidację uprawy pomidora. Będę się starała coś tam naskrobać, ale nie będę ukrywała, że trochę ciężko będzie. Zaczynam pracę wcześniej niż zazwyczaj i wychodzę niemal ostatnia. Do tego dochodzą pracujące soboty.

Pisałam wcześniej, że właściciel pozbywa się swojej szklarni i przechodzi ona w posiadanie nowej firmy, która ma kilka szklarni. Mieliśmy już dwa spotkania z nowym szefem. Rozmawiał z każdym o tym, co tutaj robimy, czym się zajmujemy, co chcemy robić, itp. W miejscowości De Lier znajdują się inne szklarnie, gdzie można podnieść swoje kwalifikacje i więcej się nauczyć, a tym samym zmienić stanowisko pracy i więcej zarabiać. Podpisaliśmy już nowe kontrakty. Nowy szef pojawi się ponownie w marcu. Wtedy nastąpi kolejna rozmowa, m.in o płacach i mam zamiar zapytać się o pracę w De Lier. Nie wiem jeszcze, co mi mogą zaproponować, jestem ciekawa i chętna na zmiany.

Rzodkiewka z samego rana pokazała swoją twarz 🙂

Jestem fanką chyba najpopularniejszego ciastka w Holandii, czyli stroopwafel. Już mi się przejadł, ale to nie znaczy, że nigdy go nie tknę. Co tu dużo pisać… Jest pyszny. W Lidlu ujrzałam likier o smaku tego ciastka i kupiłam butelkę. Podejrzewam, że jest bardzo słodki i podejrzewam, że nawet tego nie wypiję. Więc raczej pojedzie ze mną do Polski.

My favorite season is when all the mosquitos are dead… Taaa, marzenie ściętej głowy… Jak ja się cieszyłam na tę jesień, że wreszcie te brzęczące gnoje nie będą przeszkadzać. Niestety co wieczór zabijamy chociaż jedną sztukę. Przed wyjściem z domu, zawsze uchylam okno w sypialni, bo lubię mieć przewietrzone. A że w Holandii jest w tym momencie nawet ciepło (około 15°, zakładam bluzę i bezrękawnik), więc zawsze jakiś komar wlezie do domu. To jest męka dla mnie. Nie chce mi się szukać po sklepach specjalnego płynu do kontaktu. Przeczekam. Ciepła pogoda pomaga też moim wrzosom przed domem, które nie lubią być przelane wodą i sobie fajnie rosną.

W tym roku Halloween wypadło we czwartek. Nie organizowałam żadnej imprezy. Stwierdziłam, że nie ma to sensu, bo i nie ma z kim się bawić a poza tym w sobotę pracowaliśmy. W samochodzie jednak akcent tego święta się znalazł. Podobnie w domu. Sąsiedzi na przeciwko zorganizowali małe party na zewnątrz i muzyka w sobotę grała niemal do 22:00. Ozdobili też dyniami i szkieletami przed domem. Dzieciaki w tym roku za to w ogóle nie chodziły za cukierkami. Trochę smutno, ale chyba nikomu się nie chciało specjalnie świętować i się bawić.

Pan Mąż wreszcie znalazł chwilę i zamontował nową szafkę w łazience. Poprzednia była metalowa i od wilgoci rdzewiała. Poza tym ciężko się ją myło. Miała zamontowane kable ze światłem, które wkładało się w pokoju obok do kontaktu. Wszystko zostało rozmontowane, przewody odcięte i zabezpieczone. Za szafką syf okropny. Żałuję, że wcześniej jej nie zmieniłam. Nowa kolorystycznie pasuje do płytek, ma półki za lustrem i kilka po bokach, ale nie posiada żadnej lampki. Kupiłam ledy na ładowanie ( trzy rodzaje oświetlenia) na Temu i Pan Mąż przyczepił je do lustra. Włącza się je na dotyk. Do tej pory sprawdzają się idealnie.

Bawiłam się też w robienie przetworów. Znalazłam jakiś przepis w internecie: ogórki, cebula, pomidory, koperek i zalewa octowa. Lubię robić weki. Tych jeszcze nie otwarłam i pierwszy raz się boję, co to mi tam wyszło… XD

Pomagaliśmy w przeprowadzce znajomym. Zmieniali mieszkanie firmowe. Ta sama miejscowość, ale inny dom. Pokój mieli z balkonem i  zrobili sobie na nim dekoracje z muszelek. Było ich sporo, różnej wielkości i rodzaju. Do tego nad nimi zamontowali światło i stworzyli sobie letni klimat.

Mój salon ozdobiła kolejna roślina. Niestety nie mogę się powstrzymać i zawsze przytargam coś liściastego do domu. Tym razem upolowana w Lidlu z resztek. W weekend będzie przesadzana do nowej doniczki.

Czarny humor najlepszy 🙂

Do następnego 🙂

MOJE JESIENNE UMILACZE

Podobno, gdy się pisze bloga, to warto od czasu do czasu taki wpis zrobić. Lubię czytać takie teksty u innych blogerek, bo zawsze coś tam ciekawego można wypatrzeć. No więc, ja też coś napiszę małego na ten temat, bo kilka rzeczy jesienią lubię.

Przede wszystkim przed domem muszą stać jesienne rośliny. W tym roku mam kilka kolorów wrzosów. Mam nadzieję, że dotrwają do wiosny i dalej będą sobie rosły. Jeden wrzos uchował mi się od zeszłej jesieni. Zrezygnowałam za to z ustawiania na zewnątrz dyń. Zgniją szybko, bo często pada, a mam dwa fajne okazy na półce z książkami.

Będąc w Lidlu, zawsze oglądam dodatki do domu. Teraz wypatrzyłam (i dorwałam ostatnią sztukę) ceramiczną dynię w białym kolorze ze światłem ledowym. Wygląda fajnie i postawiłam ją na komodzie w sypialni. Włączam przed spaniem, bo daje delikatne, przyjemne światło.

A jeśli o światełkach mowa, to świece też muszą być, bo jesień jest wtedy jeszcze bardziej jesienna 🙂 Mam ich sporą kolekcję w salonie, ale ostatnio znalazłam jesienną Yankee Candle w dużym słoju o korzennym zapachu (zresztą bardzo ładnym), który naprawdę kojarzy mi się z tą porą roku.

Jak jesień, to pora na zbieranie grzybów. W Holandii niestety lasów jak na lekarstwo, zresztą w moich okolicach ich chyba w ogóle nie ma, a poza tym tutaj można zbierać tylko na własny użytek 250gram. To dla mnie nic, bo ja uwielbiam zbierać grzyby i je jeść. Dlatego na Temu zamówiłam kubek z grafiką grzybków – będzie jak znalazł do picia kakao.

Do jedzenia wlatuje szarlotka. Jako, że sama piec potrafię tak, jak odprawiać mszę (mimo to, czasem próbuję i często gówno wychodzi), więc kupuję gotowe placki w sklepie. Lidl tutaj ma w ofercie porządne ciasto jabłkowe: duże kawałki owoców i sporo cynamonu 🙂

Jesienią zazwyczaj zaczynam używać oleju kokosowego. Ten kupiłam w tureckim sklepie. Po całym dniu czyszczę twarz mleczkiem, a potem nakładam olej i czyszczę poraz drugi, żeby rozpuścić zanieczyszczenia. Potem wlatuje żel do mycia twarzy. Często też używam go zamiast balsamu. Jeśli o mnie chodzi, to nie ma nic lepszego, niż taki olej do wysuszonej i podrażnionej skóry. Zresztą czytałam, że jest on w stanie nawet wyleczyć trądzik.

Zaczęłam też pić ocet jabłkowy na czczo. Kupiony też w tureckim sklepie. Czytałam o jego zdrowotnych właściwościach i stwierdziłam, że też spróbuję. Więcej o tym można przeczytać tu: https://zwierciadlo.pl/lifestyle/533876,1,ocet-jablkowy-przed-posilkiem–tak-czy-nie-podpowiada-glucose-goddess-czyli-jessie-inchauspe.read sklepie.

Nie ma opcji, żebym nie wspomniała o kryminałach, których nazbierało się trochę i aż się proszą o czytanie ich w jesienne wieczory 🙂

Do tego dochodzą oczywiście podcasty kryminalne. W pracy nie mam w tej chwili możliwości, żeby wszystkich zaległych odsłuchać. W domu zaś wolę jednak czytać. Czasem włączam przy sprzątaniu, ale i tak jestem do tyłu. Ostatnio odkryłam „Maskę Arlekina” i „Paragraf zbrodni” Szymona Wochala.

Pisałam już kiedyś, że zajęłam się (dzięki TikTokowi) wyklejaniem -„journaling”. Mam jeden album ledwo zaczęty. Ale za to znalazłam czas, żeby do drugiego zeszytu wklejać, np bilety wstępu, zaproszenia, ulotki, itp, czyli pamiątki z odwiedzonych miejsc albo kartki urodzinowe. Można wpisywać tam ulubione cytaty, wklejać paragony- ogólnie co tam nam pasuje, co się podoba, do czego mamy sentyment, itp. Nazywa się to „junk journal”. Nazbierało się nam sporo takich „papierków” i postanowiłam je wklejać. Do tego kupiłam w Actionie kolorowe, tematyczne stickery i ozdabiam te kartki. Stwierdziłam, że połączę to z journalingiem. Zobaczymy, co wyjdzie. Na Temu jest mnóstwo naklejek, dlatego dokupię więcej. Sporo na ten temat można się dowiedzieć z Tik Toka.

Miłych jesiennych wieczorów i do następnego 🙂

„POLANA”- MARCEL MOSS

Po ciężkiej (dla psychiki) lekturze pt „Chłopki”, nadszedł czas na coś lżejszego. Mam na myśli kryminał i historię, która jest zmyślona. Przyzwyczaiłam się już do tego typu książek a teraz odkryłam nowego autora.

Już od dłuższego czasu czytam kryminały i thrillery polskich pisarzy. Przymierzam się do książek Katarzyny Bondy. Mam jedną pozycję, ale jest naprawdę gruba i jakoś nie mogę się przemóc do czytania. Ale i na nią przyjdzie czas. Dobra, przejdźmy do dzisiejszej książki. Na początku napiszę, że gdzieś tam obiło mi się o oczy i uszy nazwisko Moss. Czytałam pozytywne opinie na temat tego autora i jego kryminałów. Wreszcie dorwałam trzy.

Marcel Moss jest jednym z najpopularniejszych autorów powieści kryminalnych w Polsce. Czytelnicy i internauci zostali sprowokowani do dyskusji na ważne tematy społeczne, np przemoc fizyczna i psychiczna, hejt, depresja, czy samobójstwa, bo takie tematy w swoich powieściach porusza autor. Marcel jest także autorem doskonale przyjętej serii kryminalnej „ECHO” a nakład jego książek przekroczył po trzech latach od debiutu, pół miliona egzemplarzy.

„Polana” jest pierwszą pozycją Mossa, którą przeczytałam. A zajęło mi to około dwóch tygodni. Zaznaczę, że czytam wieczorami. Akcja powieści dzieje się we wsi Runowo, która jest położona w sąsiedztwie Puszczy Gorzowskiej. Jej mieszkańcy doznają szoku, gdy okazuje się, że zaginął Artur Krynicki. Mężczyzna wyszedł pewnego razu z domu i już nie wrócił. Jednym z głównych podejrzanych staje się lokalny biznesmen, u którego Krynicki miał niespłacony dług. Ten jednak nie przyznaje się do winy. Miesiąc później z pobliskiej rzeki zostają wyłowione zwłoki kobiety. Śledczy przypuszczają, że należą do skonfliktowanej z mieszkańcami wsi Lilii Malczewskiej. Uznawana za nawiedzoną, kobieta od dawna żyje na uboczu i nie utrzymuje z nikim kontaktu. Wkrótce do Runowa przybywa Sambor Malczewski- brat bliźniak Lilii, który od blisko trzydziestu lat nie miał z nią kontaktu. Były policjant niechętnie podejmuje się rozwiązania zagadki śmierci siostry. Im bardziej Zagłębia się w jej przeszłość, tym więcej szokujących faktów odkrywa. Czegoś mieszkańcy Runowa nie mówią a rodzinna tragedia sprzed lat, ma jakiś związek ze śmiercią Lilii. Natomiast w mrocznym lesie, znajduje się pewna polana a ludzie boją się tam chodzić, bo skrywa ona tajemnicę…

Główny bohater – Sambor, wydaje się nie być zbyt sympatycznym człowiekiem. Złożyło się na to jego dzieciństwo, praca w policji a potem tragedia, do której poniekąd sam doprowadził. Wszystko, strona po stronie, wychodzi na wierzch… Jak to się mówi: ręka rękę myje a niektórzy nie są tymi, za których się ich uważa. Porządny okazuje się być gnojem a osoba brana za złą lub dziwaka jest dobrym człowiekiem. W tej powieści od początku wszystko jest dziwne, bo na przykład mamy powiązanie z bóstwem słowiańskim. A co za tym idzie, zastanawiamy się, co ma wspólnego Borowy z tragedią rodziny głównego bohatera. A Sambora nawet polubiłam. Okazuje się, że nie jest facetem bez uczuć, cynikiem i dupkiem, którego interesuje tylko zaglądanie do kieliszka.

Czytając tę książkę, dwa razy się wręcz skrzywiłam (z obrzydzenia), bo nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Lubię takie „wstrząsy”. Druga rzecz, to nazwa rzeki: Duszyna i jeziora: Chaszcze. Sprawdziłam w internecie i nie znalazłam takich nazw, więc autor najpewniej je wymyślił i to całkiem dobrze mu wyszło. Pomysłową nazwą jest także nazwa baru w Runowie: Duszny Bar 🙂

Podsumowując: pierwszą powieść Marcela Mossa, którą przeczytałam oceniam na plus i polecam.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ale szybko mi ten wrzesień minął. Nie mogłam się go zresztą doczekać, bo wtedy miałam dwa tygodnie urlopu, który właśnie zakończyłam. Udało mi się wysępić u szefa dodatkowe dwa dni wolnego- piątek przed i poniedziałek po. Pan Mąż niestety do pracy musiał chodzić.

Ja zostałam w domu, bo chciałam pomalować schody, położyć nowe dywaniki i całkowicie wysprzątać dom przed późną jesienią i zimą. Trzeba było zrobić trochę porządków, żeby m.in pozbyć się niepotrzebnych rupieci. Lubię takie czystki. Pierwszy tydzień wolnego był ciepły, więc umyłam okna na zewnątrz. Gdy zaczęło padać – w środku. A padało dość konkretnie, bo i burze były. Okna myję gąbką i wodą z płynem do mycia naczyń+ płyn do mycia szyb. I robię takie „mazaje” na szybie. Zresztą lubię myć okna, relaksuje mnie to  🙂

Pan Mąż w weekend ostatni raz porządnie skosił podwórko. Ja usuwałam chwasty z mojego ogródka i wsadziłam cebulki żonkili. Może na wiosnę coś wyrośnie. Umyłam grille, zrobiłam porządek z chodnikiem i doniczkami.

Miałam też nawet czas na stanie przy garach. Na TikToku jest sporo fajnych profili z gotowaniem. Znalazłam przepis na pyszne smoothie. Nigdy za tego typu koktajlami nie przepadałam, ale ten jest rewelacyjny: pół banana, pół świeżego ogórka, pół awokado, kiwi ze skórką, trochę natki pietruszki, wody i soku z cytryny. Zmiksować i od razu pić. Pycha! Dodatkowo udało mi się zrobić bardzo dobre placki ziemniaczane z cukinią (wszystko tarte na grubych oczkach) z sosem kopertowym 🙂

Zrobiłam porządki na regale z książkami. Jeden mam w salonie a drugi w najmniejszym pokoju. Kurzu od groma. Wszystko od nowa układałam, co zresztą lubię robić. Książki zawsze układam tematycznie.

Na parkingu pod marketem takiego kocura spotkaliśmy: bardzo ciekawski 🙂

W czasie, gdy ja siedziałam w domu, na szklarni pojawiła się papużka falista! Szef dał jej wody, ale to za mało dla tego ptaszka, bo padł by prędzej z głodu, niż z pragnienia. Nie była bardzo płochliwa, ale niestety złapać się nie dała. Próbowali, ale uciekała. Szkoda, bo bym miała czwartą za free. Musiała wlecieć przez otwarte w dachu okno i nie wiadomo, co z nią się stało 😦

Szkoda ptaszka…

Za to moje papugi śpią w dziwnych miejscach. Najpierw spały na patykach, dopóki jeden samczyk nie przeniósł się w kąt klatki, więc drugi zrobił to samo, a samiczka śpi na huśtawce, ale na samej górze. Zresztą, co się dziwić – papugi to stan umysłu 🙂

Piękna pełnia i pająk w tle nad drzwiami 🙂

W chyba ostatni ciepły wieczór, wybraliśmy się z Panem Mężem do parku na spacer. Było już naprawdę ciemno, ale szkoda było siedzieć w domu. Park mamy minutę marszu od domu. Siedzieliśmy nad bajorem na ławce i nagle przytuptał sporej wielkości jeż.

Sąsiadka mi mówiła, że jedzą m.in rodzynki.

A tu schody, które mnie doprowadziły do szału. Dywaniki przyklejone na amen w pacierzu a do tego każdy przytwierdzony czterema śrubkami. Było roboty z usuwaniem kleju, ale malować trzeba dwa razy.

Oczywiście pojechać musiałam do centrum ogrodniczego po wrzosy. Wyszłam z dwoma rodzajami: mixem kolorów i pomarańczowym, fioletowym astrem i dwiema małymi dyniami, które stoją na regale z książkami w salonie. W weekend będę robiła dekorację przed domem.

Pan Mąż pożyczył od sąsiada wysoką drabinę, bo chciał naprawić rynnę. Była dziura, bo woda z niej kapała na parapet okna łazienki. Najpierw wziął się za jej czyszczenie i taki był efekt, że najpierw muszę porządnie kostkę wyczyścić, żeby ułożyć kompozycję z wrzosów:

Byłam też w kringloopie. W Actionie dekoracje na Boże Narodzenie pełną gębą i w kringloopie już też. Dla mnie za wcześnie. Zobaczyłam też piękne biurko.

Regał z książkami w salonie też uporządkowany. Nie ma kurzu a książki są znowu elegancko poukładane. Zniknęły zbędne szpargały a pojawiły się kupione wcześniej dynie.

Muszle i sowy zostały, bo to już ich stałe miejsce.
Wschód słońca.

Do następnego 🙂

„CHŁOPKI”, OPOWIEŚĆ O NASZYCH BABKACH

Wreszcie skończyłam czytać tę książkę. Jest to swego rodzaju ulga, bo jest psychicznie przytłaczająca. Czytanie zajęło mi to około dwóch miesięcy. Kilka razy to odkładałam  żeby… odpocząć. Krótkie przerwy były potrzebne, ale nie było mowy o tym, żeby już w ogóle do niej nie wracać.

Autorka „Służących do wszystkiego” wraca do tematu wiejskich kobiet, ale tym razem to opowieść zza drugiej strony drzwi chłopskiej chałupy. Podczas, gdy Maryśki i Kaśki wyruszają do miast, by usługiwać w pańskich domach, na wsiach zostają ich siostry i matki: harujące od świtu do nocy gospodynie, folwaczne wyrobnice, mamki, dziewki pracujące w bogatszych gospodarstwach. Marzące o własnym łóżku, butach, szkole i o zostaniu panią. Modlące się o posag, byle „nie wyjść za dziada” i nie zostać wydaną za morgi. Dzielące zapałki na czworo, by wyżywić rodzinę. Często analfabetki, bo „babom szkoła niepotrzebna”. Joanna Kuciel- Frydryszak daje głos wiejskim kobietom, by opowiedziały o codziennym znoju, lękach i marzeniach. Jest to mocna, głęboko dotykająca lektura, która pokazuje ich nierówną walkę o siebie w patriarchalnym społeczeństwie.

Ten tekst jest zamieszczony z tyłu książki. To już dużo mówi o czym jest ta książka. Jest naprawdę szczegółowo napisana. To nie jest jakiś tam zlepek ogólnych informacji. Autorka zamieściła w niej mnóstwo opowieści wnuków kobiet, które dźwigały swój ciężki los. Dzieci miały wówczas ciężkie dzieciństwo, ale to kobiety dźwigały na swoich barkach trudy życia, dramaty i tragedie. Mężów kiedyś mało co obchodziła rodzina. Ważne było „politykowanie”, alkohol, papierosy i ciężka ręka w domu. Ale w niedzielę w kościele byli przykładnymi chrześcijanami, mężami i ojcami…

W książce zawartych jest bardzo dużo fotografii, które obrazują dobitnie tamtejsze życie.

Dodatkowo podzielona jest na zatytułowane rozdziały, które opowiadają kolejno dzieciństwo synów i córek, potem ich edukację, a w zasadzie jej brak, wykonywanie pracy, traktowanie przez rodziców – córki były niepotrzebne, mało pożądane w rodzinie.

Potem możemy przeczytać m.in o tym jak wyglądało dorastanie takich córek, wydawanie ich za mąż (oczywiście nie miały nic do gadania), albo służba w bogatych domach. Ciekawymi rozdziałami są te, w których opisany jest ubiór chłopskich rodzin czy kuchnia albo wygląd chat. Szokiem są opisy podejścia chłopów do zdrowia, lekarzy, śmierci i kościoła. Ksiądz przecież wtedy był wyrocznią i guru we wsi. Nic nie liczyło się bardziej, niż słowo duchownego. Śmierć dzieci, to nie była tragedia. Bóg dał – bóg zabrał, trzeba żyć dalej. A w tym wszystkim najniżej znajdowały się kobiety. Do tego dochodziły śmieszne zabobony i leczenie wiejskich znachorek. Wspomnieć muszę tu też o rozdziale przemocy domowej. Bo kobiety były nie tylko bite. Były też zabijane z byle powodu przez mężów, którzy ponosili za to śmieszne kary. Przeczytać możemy np o „Pięknej Zośce”, bohaterce wielu podcastów kryminalnych.

Kto nie zna, warto znaleźć podcast o tej sprawie.

Jest też kilka pozytywnych historii i wspomnień. Ale to jest nic w porównaniu z dramatami reszty chłopek. Im dalej w książkę, tym więcej możemy przeczytać o zachodzących zmianach w chłopskim społeczeństwie i polskich wsiach. Wreszcie nastawały inne, trochę lepsze czasy. Pojawiała się pomoc ze strony mieszczańskiego, inteligenckiego społeczeństwa. Kobiety z biegiem czasu przestały się bać, bo i czasem wyjeżdżały do pracy do innych krajów i widziały, jak inni żyją. Coraz częściej bywały w szkołach a i w sprawach małżeństwa miały coś do powiedzenia. Była to bardzo długa i ciężka droga do tego, aby było tak, jak teraz.

Lubię oglądać „Kogel Mogel”, pierwszą i drugą część tej komedii. Mimo, że akcja dzieje się w PRLu, to główna bohaterka nadal musiała słuchać się w pewnych kwestiach rodziców, zwłaszcza ojca. A jeśli ktoś chce kina typowego dla bardzo dawnych czasów, to polecam rewelacyjną „Konopielkę”.

A jeśli nadal mało, to na YouTube pojawił się kanał pt „Swoi”. Są to opowieści starszych osób z kieleckich ziem. I tu też możemy się dowiedzieć wiele o tym, jak traktowane były kobiety kiedyś, jakie były zwyczaje na wsiach, itp. https://m.youtube.com/watch?v=mip4ZOT6omk&pp=ygUrc3dvaSBwb2RjYXN0IHdzcG9tbmllbmlhIHogemllbWkga2llbGVja2llag%3D%3D

Do następnego 🙂

NOWY KOLOR STOLIKA

Już dawno temu ubzdurało mi się, że chcę mieć stolik za oparciem kanapy, na nim sporych rozmiarów lampa, jakiś kwiatek… Coś na wzór tych amerykańskich salonów w filmach. No i mam taki stolik.

Kanapa nowa dopiero przyjedzie. Musi być nowa, bo ta teraźniejsza jest już mocno przetarta, zniszczona. Nie będzie mi pasowała do nowego koloru ścian. Stolik (nazywany tutaj  „side table”), jest używany, ale w dobrym stanie. Znalazłam go nigdzie indziej, jak na Marketplace za całe 12€. Do tego blisko, bo okolice Rotterdamu. Jest dokładnie taki, jaki mi odpowiada, czyli dwie szuflady i półka na dole. Jedynie kolor mi nie odpowiadał, bo nie lubię białych mebli. Ale od czego są farby. Kupiłam puszkę czarnej, matowej farby w Actionie i zabrałam się za zmianę koloru.

Pogoda jeszcze dopisuje, więc szybko wszystko schło. Aby zakryć całkowicie biel, musiałabym pomalować go jeszcze raz. Stwierdziłam, że zostawię tak, jak teraz, czyli z lekkimi przetarciami nawiązującymi do stylu shabby chic. Nie wygląda przez to tak piekielnie czarno. Szuflady też poszły tym stylem.

Środek zostanie brązowy.

W korytarzu wisiało lustro w jasnobrązowej ramie, co z kolei nie pasowało mi do tapety. Od razu wiedziałam, że ją przemaluję.

Następny etap, to schody na piętro i strych. Dzisiaj zdzierałam papierem ściernym klej po dywanikach. Ciężka robota, ale poszło całkiem dobrze.

Nawiążę jeszcze do miejscowości, w której kupiłam ten stolik. Wygląda ona na dzielnicę Rotterdamu, ale to oddzielne miasteczko, bardzo spokojne i zielone. Znajduje się tam np rondo na środku którego tryska fontanna. Niestety nie miałam możliwości zrobienia zdjęcia. Zauważyłam też, że miasteczko przypomina trochę przedmieścia miast w Stanach Zjednoczonych. Chodzi o sporych rozmiarów domy, trawniki przed nimi i nie takie małe auta. Oczywiście wszystko dużo mniejsze w porównaniu do amerykańskiej rzeczywistości, ale trochę podobne.

Zdjęcia nie oddają całego wyglądu tego miejsca, ale mnie od razu nasunęła się myśl, że podobnie wyglądają amerykańskie przedmieścia. Nawet ulica, jak na holenderskie standardy, była dosyć szeroka 🙂

Do następnego 🙂

HOLENDERSKIE BUTY, CZYLI DREWNIANY SYMBOL KRAJU

Holenderskie „klompen”, to rodzaj drewnianych butów wykonanych częściowo, lub w całości z drewna. Zawsze mi się podobały i kiedyś na pewno sobie takie sprawię. A na razie odwiedziliśmy muzeum drewniaków w Zaanse Schaans i teraz będzie mała relacja z tego, bo to wymaga osobnego opisu.

Mówi się na nie saboty, chodaki lub drewniaki. Z drewna robiono całe obuwie lub podeszwy, które za pomocą skórzanych pasków przymocowywano do stóp. Ochraniały one przed zimnem, wilgocią czy kamieniami na drodze. Do ich wyrobu używano drewna z olchy lub topoli. Niegroźne są im temperatury od -20° do -150°C. Do tego są nieprzemakalne, wytrzymują nacisk w przedziale 400-700 kg. W niektórych sytuacjach mogą być bezpieczniejsze niż nowoczesne stalowe obuwie, gdyż przy gwałtownym dużym nacisku nie zapadają się, lecz pękają.

W Holandii, podczas przeprowadzania prac wykopaliskowych, znaleziono drewniaki z XIII wieku. Dziś saboty mają ponad 700 lat tradycji. Podobno oryginalnie wywodzą się z Francji, ale uważa się je za nieodłączny element i symbol (obok rowerów, tulipanów i sera) Holandii. Produkowano je też m.in w Hiszpanii, Belgii czy Japonii. Różnią się między sobą nazwami, np francuskie to sabots a holenderskie- klompen.

W średniowieczu głównie nosili je chłopi i osoby niezamożne. Z czasem stały się uniwersalnym obuwiem. Holendrzy są znani ze swojej rozwagi dotyczącej pieniądza, więc jeśli mogli otrzymać buty, które nie niszczy się tak łatwo, jest nieprzemakalne i potrafi wytrzymać duże obciążenie, to każdy takie chciał mieć.

Klompen produkowane są w Holandii do dzisiaj. Szacuje się, że rocznie wytwarzanych jest około 3 mln par butów- jako pamiątki, ale też codzienne obuwie np rolników. W 1997 roku otrzymały oficjalny certyfikat Unii Europejskiej. „Klompenmaker” to osoba wytwarzająca drewniaki. Obecnie jest to zawód niemal wymarły, gdyż pracę ludzkich rąk zastąpiły maszyny. W Holandii istnieje ponad 100 zakładów wytwarzających te buty.

Jedną z holenderskich tradycji jest „klompendansen”, czyli tańce w chodakach:  https://m.youtube.com/watch?v=wXUjB3AXP7g&pp=ygULa2xvbXBlbmRhbnM%3D

W Eelde znajduje się Klompenmuseum, gdzie zobaczyć można sprzęt do produkcji obuwia a także wziąć udział w pokazie ich ozdabiania. Drewniaki są na tyle cenionym dobrem narodowym, że powstało Nederlandse Vereniging van Klompenmakers, czyli Niderlandzkie Stowarzyszenie Wytwórców Chodaków. Ma ono za zadanie chronić wymierający zawód i kultywować tradycyjne rzemiosło.

Pokaz wytwarzania klompen.

A tu taka perełka 🙂

Do następnego 🙂

ZAANSE SCHANS

To miejsce chciałam odwiedzić już w zeszłym roku, ale jak zwykle wypadało coś innego do zobaczenia. Wreszcie postanowiliśmy tam pojechać. Po drodze zobaczyliśmy Zandaam i słynny hotel Inntel. Teraz czas na wpis o słynnym skansenie i czy faktycznie jest tam tak ładnie, jak to opisują w internetach.

Do powstania tego skansenu przyczynił się architekt Jaap Schipper, który wymyślił jego plan w 1946 roku. Materiały na budowę były dowożone drogą wodną i lądową od 1961 roku. Rewolucja przemysłowa w regionie Zaan rozpoczęła się w XIX wieku. Dzisiaj można zobaczyć, jak wyglądała i żyła pracująca wówczas społeczność: farny, drewniane domy, młyny, ścieżki i pola. Jest to najstarszy obszar przemysłowy w Europie Zachodniej. Pracowało tu kiedyś jednocześnie około 600 turbin wiatrowych. Dzięki kreatywnym przedsiębiorcom, z fabryk wyjechało wiele produktów. Był to tzw holenderski „Złoty Wiek”.

Przyczyniło się głównie do tego wynalezienie wału korbowego przez Cornelisa Cornliszoona van Uitgeesta w 1594 roku. Umożliwiło to mlynom m.in produkowanie większej ilości drewna na skalę przemysłową. Region Zaan stał się też centrum przemysłu stoczniowego. Aż 26 stoczni zwodowało od 100 do 150 statków rocznie. Odgrywał też ważną rolę w połowie wielorybów. Wkrótce powstawały kolejne młyny, w których np mielono przyprawy, produkowano olej spożywczy, papier, farby, włókna czy mąkę.

Oprócz młynów, budowano też piękne domy zamożnych właścicieli. Mają one piękne elewacje i znajdują się na grobli wzdłuż rzeki Zaan. Obok domów, często znajdowały się ogrody warzywne.

W skansenie można wejść do muzeum sabotów, czyli słynnych holenderskich, drewnianych butów i to mnie właśnie najbardziej interesowało. O sabotach i ich produkcji będzie kolejny, oddzielny wpis. Zobaczyć można muzeum sera i skosztować różnych jego rodzajów. A także młyn, w którym zobaczymy produkcję drewna. Tam niestety się nie dostaliśmy ze względu na ogrom ludzi. Po prostu nie chciało nam się stać w kolejce. Warto pamiętać, że w skansenie nadal mieszkają ludzie w swoich prywatnych domach. A pracownicy pokazujący turystom życie dawnych Holendrów często ubrani są w stroje z tamtej epoki, np pani, która opowiada o produkcji sera. Na terenie Zaanse Schaans mieszczą się sklepiki z pamiątkami, toalety, lodziarnia czy małe bary np z gorącą czekoladą. Parking kosztuje aż 15€ ale to dlatego, że te pieniądze idą m.in na utrzymanie tego miejsca.

Czy ten skansen zrobił na mnie wrażenie? Jest ładnie, ale według mnie, nie ma tej bajkowej otoczki jak Kinderdijk. W Kinderdijku byliśmy dwa razy: w letni weekendowy dzień i o zachodzie słońca. Było pięknie! Jest to miejsce, w przeciwieństwie do Zaanse Schaans, położone na uboczu, w większej ilości zieleni, spokojniejsze i bez takich dzikich tłumów. Zdecydowanie Kinderdijk wygrywa.

Kaczki prawie w ogóle nie bały się turystów 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Coraz większymi krokami zbliża się najciemniejszy okres w roku. Jest to też mój ulubiony czas. Ulżyło mi, że sierpień wreszcie dobiegł końca, tym bardziej, że ostatnie dni były naprawdę ciepłe, co niestety mi przeszkadzało.

Czekam na deszcz. Ostatnio kropiło tylko troszkę a zapowiadało się na porządną burzę. Było duszno, powietrze stało w miejscu a pioruny z ulewą przeszły oczywiście bokiem. Cieszy mnie to, że gdy dzwoni budzik, za oknem jest jeszcze ciemno. Nadal jednak śpimy przy otwartym oknie, bo noce są ciepłe. Na początku sierpnia, gdy było gorąco, przemogłam się i wyszłam na dwór, ale tylko po to, żeby wyprać dywan. Kupiłam specjalny płyn z przymocowaną szczotką i wzorowałam plamy. Potem wypłukałam go szlauchem i w dwa dni dywan był suchy i odświeżony.

Przez nasze miasto, kierując się do Rotterdamu, odbywał się wyścig Tour de France kobiet. Był to poniedziałek i pracowaliśmy krócej ze względu na wysokie temperatury, ale i tak nie zdążyłam na wyścig. Załapaliśmy się dosłownie na końcówkę, do tego na wiadukcie, gdzie mało co było widać. Wyścig wygrała Polka – Katarzyna Niewiadoma 🙂

Nasza śliwka w tym roku wyjątkowo obrodziła w owoce. Pan Mąż musiał wleźć na drabinę i zerwać owoce. Część dałam koleżance na kompot, a część sobie zostawiłam też na kompot i ciasto. Znowu próbowałam bawić się w cukiernika. Śliwki miały iść wstępnie do słoików, ale nie zostało mi się ich tak dużo, więc zużyłam na bieżąco. Ciasto wyszło nawet dobre. Jest jakiś progres 🙂

Spacer i oglądanie łodzi.

Będąc u dobrych znajomych, próbowałam pierwszy raz kiełbasy z jelenia. Z reguły nie jadam dziczyzny. Mieszkają oni z ludźmi z Rumunii (wspominałam już o tym), którzy mają swoje gospodarstwo i wytwarzają sami dużo jedzenia. Rodzina przysyła regularnie paczki. Kiełbasa przypominała mi w smaku trochę salceson i była całkiem smaczna.

Poszliśmy też do fajnego baru na piwo. Po pracy było gorąco i zostaliśmy bez problemu namówieni na kufel zimnego Heinekena. Obsługiwał nas bardzo sympatyczny barman, który jak się okazało, zna kilka osób z naszego otoczenia. Z baru, na tyłach znajduje się coś na kształt ogrodu z palmami. Stoją stoliki, grill elektryczny, wiszą lampki a dookoła palmy. Przyjemne miejsce.

Takiej wielkości drzewo marzy mi się w moim ogródku. Na razie mam karzełki.

Koleżanka przywiozła mi z Polski kilka gazet. Chciałam, bo chciałam sobie poczytać jakieś bzdury. I faktycznie – nie ma w nich już nic ciekawego. Pamiętam jeszcze ogromny wybór prasy w kioskach. Czego tam nie było… „Poradnik domowy”, „Naj”, „Claudia” i wiele innych. Obecnie wszystko jest w internecie, to też gazety są chudziutkie i co druga strona, to reklama. Ostatnio (m.in na TikToku) widzę i słyszę ogrom zdrobnień typu: kawusia, psiapsi itp. Nie znoszę tego i nie używam. W gazetach jest już to samo:

Serio?! Drzemusia?

W takiej np „Oliwii” jedynym ciekawym materiałem do czytania, był wywiad z popularną autorką kryminałów, Katarzyną Bondą. Reszta nie warta uwagi.

I oczywiście przyjechało do mnie też kultowe czasopismo, czyli „Detektyw”. Jeszcze go nie przeczytałam. Zostawiam sobię tę przyjemność na jesienne wieczory 🙂

Odwiedziłam brata i jego żonę, którzy mieszkają w Delft. Fajnie było wrócić do jednego z ładniejszych holenderskich miast, które znajduje się tylko około 40 km od naszego miasta. Spotkałam się też ze Skalpelem, któremu musiałam trochę poprzeszkadzac w obserwowaniu terenu z balkonu 🙂

Budka dla ptaków:)

Dotarło do mnie kilka nowych książek. Miejsca na półkach coraz mniej, ale powstrzymać się nie mogę przed kupnem kolejnych pozycji. Na Facebooku jest mnóstwo dziewczyn, które sprzedają raz przeczytane książki za niewielkie pieniądze. Zawsze coś wynajdę.

Jeden z lepszych letnich obiadów.

W Lidlu pojawiły się ciekawe ciastka/ mini batoniki… Nie wiem, jak to nazwać. Dwa kruche kwadraciki oblane czekoladą a pomiędzy nimi biały krem. Trzymać należy w lodówce. Bardzo dobre. Jem już drugie opakowanie 😁

Czasem za oknem pojawia się taki zachód słońca 🙂

Wracając z pracy, natknęłam się na bardzo dziwną roślinę. Na początku myślałam, że ktoś wsadził w ziemię jakaś dekorację. Okazało się, że to wyrasta z ziemi i ma grube łodygi. Aplikacja pokazała, że to Arum Maculatum Wikipedia, że to roślina pochodząca z rodziny… obrazków plamistych. Wywodząca się m.in z Turcji. W Polsce rzadko spotykana. A jeśli już, to na Pomorzu. Te czerwone jagody, to jej owoce. Naprawdę ciekawy przypadek.

Do następnego 🙂