OD SIOSTRY

Do Europy na święta przyleciała moja siostra z mężem z Kanady. Nie widziałyśmy się parę lat. Lądowali w Amsterdamie i kilka dni spędzili u nas, m.in zwiedzając.

Boże Narodzenie spędzi w Polsce z rodzicami i resztą rodziny. My zostajemy u siebie. Przywiozła mi kilka rzeczy z Kanady i nie tylko. Parę tygodni temu odbyła z mężem rejs z Florydy na Karaiby. Chcieli zwiedzić Kostarykę, bo interesowały ją leniwce. Zapytałam się, czy przywiezie mi cygaro. No i przywiozła 🙂 I nie tylko to.

Ciastka kanadyjskie z syropem klonowym. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie próbowałam syropu klonowego. Wiem, że polewa się nimi pankejki a wydaje mi się, że jest bardzo słodki i być może się mylę. Ciastek z syropem spróbowałam z chęcią i muszę przyznać, że są bardzo smaczne – kruche, przełożone białą masą. I wcale nie takie słodkie. W smaku przypominają trochę polskie markizy i krem z orzecha laskowego.

Z kremem pistacjowym, lodami, itp miałam już do czynienia. O dziwo, samych orzechów nigdy nie jadłam. Naprawdę! Wiem, że teraz są bardzo modne wśród influencerów. U mnie natomiast zawsze modne były, są i będą orzeszki ziemne. Pistacji w czekoladzie też nigdy nie jadłam i jestem ciekawa tego połączenia.

Borówki, brzoskwinia i malina w czekoladzie. Siostra mówi, że ta brzoskwinia jest najlepsza. Na razie spróbowałam borówki. Jest smaczna, ale gdyby nie napis i obrazek, to nie wiedziałabym, że to borówka:)

0,7 l czystej wódki z wody lodowcowej. Nie wiem ile w tym prawdy, ale ciekawie to brzmi. Alkohol zostanie na jakąś okazję.

Koncentrat z czystej wanilii z Karaibów. Wystarczy kilka kropel, żeby było czuć ten zapach. Mam nadzieję , że go dobrze wykorzystam. Spróbuję nawet upiec znowu jakieś ciasto i dodać te kilka kropel koncentratu.

A teraz czas na coś typowo karaibskie, co zna chyba każdy. Chodzi o butelkę rumu i cygaro. Piłam już rum. Jeden nawet z Mauritiusa, który też dostałam od siostry. Jeżeli rum może być pyszny, to tamten był. Zobaczymy, jak smakuje ten.

No i oczywiście kubańskie cygaro, które na wyspie jest tanie. Do tej pory miałam do czynienia z cygarem z Filipin, Dominikany i Kuby. Według mnie najlepsze jest dominikańskie. Teraz będę próbować drugi raz kubańskie. Papierosów nie znoszę i nie palę, ale dobrym cygarem nie pogardzę 🙂

Na koniec trzy zdjęcia z telefonu siostry. Wypatrzyła leniwce, mimo że siedziały a w zasadzie wisiały, wysoko na drzewach. Chroniły się w ten sposób przed drapieżnikami i było im tam ciepło.

Siostra z mężem spędziła też kilka dni na Florydzie. Poniżej Key West z okna samolotu.

Była też w dżungli karaibskiej. Przesłała mi filmik, gdzie widać ogrom zieleni i słychać szum rzeki i odgłosy życia lasu, m.in wrzaski i świergot ptactwa. Była też świadkiem startu rakiety, która wyrzuciła na orbitę satelity. A na zdjęciu poniżej zachód słońca nad Zatoką Meksykańską.

Do następnego 🙂

W POSZUKIWANIU LAMPEK CHOINKOWYCH

Nie mam jeszcze nastroju tak świątecznego, żeby ubierać choinkę, czy wieszać lampki przed domem. Czekam z tym około tygodnia przed świętami. W domu jednak mam powieszone dwa rodzaje światełek: w oknie kuchennym i salonie. A w koszyku znajdują się mandarynki, bo one mi smakują najbardziej w tym okresie.

Chciałam jeszcze ustroić pokój, którego okno wychodzi na ulicę. W pudłach na strychu mam kilka kompletów lampek, ale za nic nie chciało mi się wszystkiego rozpakować, żeby je poszukać. Za każdym razem, gdy stroimy dom na święta i otwieramy kolejne pudła z ozdobami, to zawsze się dziwię, że mam takie czy takie zabawki i dekoracje. Nigdy nie pamiętam, co i jak pakuję po świętach. Więc nie ma opcji, żebym teraz szukała tych lampek. Jeszcze nie nadszedł ten moment.

No i cóż było robić? Wybrać się, a jakże, do kringloopa. Tam jest od groma świątecznych ozdób. Znalazłam lampki migające na baterie. Pasują mi do tego okna jak ulał.

Standardowo, przeszłam się po regałach i oglądałam inne świąteczne rzeczy. Nie było opcji, żebym czegoś nie kupiła. I tak do mojego koszyka wpadły dwa kubki z bałwankami czy świąteczny obrus i 4 podkładki na stół w kolorze oczywiście czerwonym z wytłoczonymi dzwonkami.

Do tego doniczka, która wygląda jak wielka filiżanka a Pan Mąż stwierdził, że raczej przypomina starodawny nocnik. Wszystko jedno, bo kwiatek się w niej prezentuje ładnie 🙂

Obejrzałam również kubki i kubeczki a także lampki. Dwie z nich (komplet) prezentowały się elegancko.

Moją uwagę zwróciła także szafa. Ogromna i pojemna, ale jej wygląd mnie odstraszał. Przypominała mi zestawy mebli, które można spotkać w pałacach, dworach, gdzie urzęduje szlachta, a nie przeciętny Kowalski. Zresztą to był komplet, bo łoże też było ogromne, też z takim zagłówkiem+ ten sam wzór na szafkach nocnych. Nie mój gust.

Z nowości, to pojawiło się sporo zestawów AGD: garnki, patelnie, czy nawet popularny ostatnio airfryer.

Z pewnością jeszcze przed samymi świętami zawitam do kringloopa, żeby uzupełnić świąteczne braki w dekoracjach.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Najwyższa pora napisać co nieco o poprzednim miesiącu. Trochę się wydarzyło, następują zmiany a ja się cieszę, że przede mną już tylko grudzień i wreszcie zacznie się nowy rok i jeszcze więcej zmian. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Przed nami, w pracy druga część przygotowania szklarni na nowe sadzonki pomidorów. Najpierw było duże sprzątanie, czyli usuwanie wszystkiego po wycince ostatnich pomidorów. To był w sumie najgorszy czas, bo praca była dosyć brudna. To znaczy, jeśli ktoś ma wprawę, wie co z czym się je, to bardzo się nie namęczy. W każdym razie, poszło szybko, bo i ekipa była (o dziwo) dosyć zgrana. Przed nami kolejna część, czyli szykowanie szklarni. Jest to już czysta praca, bo będzie np rozkładana nowa folia.

Ostatnie smętnie wiszące pomidory.

Przed likwidacją, jedna para się wykruszyła. Przez własną głupotę. Jak to zwykle wśród Polaków bywa, zawsze coś się odwali. Dziewczyna, która pracowała ze mną na magazynie w ostatnim miesiącu cięcia warzyw, wyleciała, bo nie pojawiła się ze swoim chłopakiem w pracy. Okazało się, że pokłócili się przy ciężkiej popijawie (mieszkali w hotelu pracowniczym) i doszło do bijatyki. Nie znam szczegółów, ale było podobno niebezpiecznie, bo partner chciał ją wyrzucić przez okno. Musieli opuścić hotel. Cały czas mieli kontakt z chłopakiem, który nadal z nami pracuje. Dowiedziałam się, że wygrali w kasynie (chyba internetowym) trzy tysiące euro (!). Głupi ma szczęście… Co zrobili? Zamiast szukać nowej pracy i miejsca zamieszkania, pojechali do Hagi, do hotelu na plaży. Przychodzi mi do głowy tylko drogi Grand Hotel. I tam sobie mieszkali i balowali. Forsa oczywiście szybko się skończyła a oni zostali z ręką w nocniku. Wtedy zaczęły się telefony do ludzi z pracy (naszej) z prośbą o pożyczki. Wrócili z powrotem do naszego miasta, wbili się nielegalnie do hotelu pracowniczego i tam ukrywali przez parę dni. Ostatnio usłyszałam, że znaleźli nową pracę i wynieśli się gdzieś indziej. Takie tu są mocne Polaków przygody.

Lubię fotografować łabędzie.

Rozdałam sąsiadom skrzynki z ostatnimi w tym roku pomidorami. Dostałam od jednych za to, pojemnik z domowymi ciastkami. Na bileciku było podziękowanie i opis, że ciastka są owsiane, z rodzynkami i orzechami włoskimi. Były bardzo dobre.

Druga sąsiadka ma za to fioła na punkcie Bożego Narodzenia. Byłam u niej po odbiór paczki, którą zostawił kurier i najpierw zastałam świąteczny wieniec na drzwiach, a parę dni później mnóstwo światełek przed domem. Zapytałam się, czy inne święta też lubi. Odpowiedziała, że nie. Halloween jest amerykańskie a Wielkanoc nudna. Dla niej istnieje tylko Boże Narodzenie.

Nie powiem, udzieliła mi się trochę świąteczna atmosfera. W tym momencie wiele domów jest już ustrojonych, ale dla mnie to za wcześnie na takie rozkręcenie się przed świętami. Powiesiłam na razie tylko światełka w oknie w salonie. Zrobiło się przytulnie.

Ptaszki w ogrodzie też mają święta. Pewnej niedzieli obudziło mnie stukanie w szybę. Zobaczyłam sikorki. Nie było innego wyjścia, jak powiesić im pojemniki z ziarnem. Dwa zawisły na drzewie a trzeci został przyklejony na szybę. Znalazłam takie coś w Actionie.

Na TikToku popularne stały się filmiki, w których Amerykanki ubzdurały sobie, że słowiańskie kobiety są takie ładne i szczupłe, bo jedzą kaszę gryczaną z dodatkami. Owszem, jedzą. Bo jest pyszna i zdrowa. Owszem, z dodatkami. Ale nie z awokado i jajkiem sadzonym. U nas gości sos i ogórek kiszony. Dodajmy do tego miody, grzyby leśne, przetwory domowej roboty, zupy, potrawy treściwe, ale bez tego ogromu chemii popularnej w Stanach, to będziemy mieć dietę słowiańską 🙂 Ja też mam dietę, którą prowadzi Pan Mąż, czyli pyzy z mięsem 🙂

Moje storczyki, które zadomowiły się w łazience, miały okres spania. Zrzuciły ostatnie kwiaty i wypuszczały tylko te swoje wężowe pędy. Wreszcie zauważyłam, że zaczęły wypuszczać łodygi, na których pojawią się niebawem kwiaty.

Teraz będzie trochę o zakupach i o tym, co pojawiło się w holenderskich sklepach. Zacznę od Lidla. Dorwałam „bombonierkę”, czyli 16 czekoladek z alkoholem w kształcie butelek. Pamiętam za dzieciaka, jak się takie jadło. Jestem ciekawa, jak to smakuje. Na razie stoi i czeka.

Byłam też w Kruidvacie po syrop na kaszel. Jest to najpopularniejsza holenderska drogeria, w której chyba dziada z babą brakuje. Dlatego obejrzałam sobie trochę asortyment. Znalazłam fajne małe paletki do makijażu (idealne na podróż) i szafę z perfumetkami. Wąchałam testery. Tylko węch, a zapach czułam na sobie jeszcze długo potem. Kupiłam jedną i jestem zadowolona.

Ozdoby świąteczne też przejrzałam. Na topie są bombki w kształcie jedzenia: owoce, warzywa, hamburgery, przez ketchup po piwo.

W Xenosie (jest to sklep z dekoracjami do domu, ozdobami itp) są chyba najładniejsze ozdoby świąteczne i nie tylko.

Na uwagę zasługuje też truskawkowy komplet do łazienki, czy mini breloki z malutkim pojemnikiem z przyprawami, m.in solą i pieprzem.

Moje papugi mają swoje dziwactwa. Jedna z nich zaczęła zasypiać w kącie klatki, zamiast „po ludzku” na patyku a pozostałe dwie poszły w jej ślady:

Dorwały się też do bazylii. Najpierw okupowały szczypiorek. Kupiłam więc bazylię w Lidlu w doniczce i postawiłam na blacie kuchennym. Trochę skropiłam wodą i ptaki miały zabawę. Chętnie ją też skubały.

Zwierzątka świąteczne w centrum handlowym. Tutaj piesek.

Lidl oferuje sporo rodzajów bułek słodkich. Miałam nawet zrobić osobny wpis na ten temat, ale pomysł gdzieś uleciał. Napiszę parę słów na temat babeczek, które często kupujemy, bo są naprawdę dobre. Zastanawiałam się nie raz, czy to typowo holenderski wyrób. I ostatnio natknęłam się na opis tego typu ciastek. Pasteis de nata, czyli wywodzące się z Portugalii ciastka w kształcie babeczek. Zrobione z ciasta francuskiego, wypełnione kremem budyniowym. Ich historia wywodzi się z lizbońskiego klasztoru hieronimitów w Belem. Produkcja tych ciastek stała się wówczas głównym źródłem dochodu dla klasztoru. Po jego likwidacji, przepis sprzedano zaufanej rodzinie, która prowadziła produkcję i sprzedaż babeczek obok klasztoru.

Będąc w Portugalii, szukajcie tego przysmaku!

Pisałam wcześniej, że właściciel szklarni postanowił sprzedać swoją firmę. Od 1 grudnia mamy nowego właściciela. Dlatego w ostatni piątek listopada, Ard postanowił zaprosić nas do restauracji w ramach podziękowania za wspólne lata pracy. Było wesoło, miło, ale też trochę smutno, bo dla Arda ta firma, była jak dziecko. Wspominając ten czas, miał czasem łzy w oczach. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za pracę. Zostaje z nami do emerytury, ale nie będzie już oficjalnie szefem. Mimo to, zawsze będziemy go tak traktować. Jest naprawdę fajnym człowiekiem. Dostaliśmy też po prezencie. Chłopaki piwa belgijskie a dziewczyny po amarylisie. Plus każdy – bon na zakupy na bol.com.

W restauracji było już mnóstwo ludzi. Gdyby nie zarezerwowany stolik, to nie byłoby miejsca. Muzyka fajna, bo lata 90. Jedzenie dobre. Mogliśmy zamówić co chcemy. Podobno jest niepisana zasada, że jeśli ktoś zaprasza do restauracji, to nie wypada zamawiać najdroższych dań z karty. Zresztą, nie chciałam się też objadać na noc. Zamówiłam zupę cebulową, na deser brownie z lodami a do picia dużo wody mineralnej. Ciasto pyszne, a obok dodatkowo znajdowały się mega słodkie winogrona w likierze amaretto.

Mój amarylis znajduje się na parapecie w salonie. Muszę znaleźć jakąś fajną podstawkę dla niego w kringloopie.

Kolory holenderskiej jesieni  🙂

Do następnego 🙂

PACZKA Z NOTINO

Ostatnio w internecie widziałam sporo filmików dotyczących perfum arabskich, ale też takich kultowych, popularnych kiedyś w Polsce. Arabskie mnie niezbyt interesowały, za to przypomniałam sobie o „wykrzykniku”. Wpisałam w wyszukiwarkę nazwę.

I wyskoczyło mi kilka propozycji, w tym promocja w drogerii internetowej Notino. Lubię ten sklep. Już od dawna mam tam założone konto. Wrzuciłam perfumy do koszyka. Była to większa wersja. Pamiętam, że pierwszy raz dostałam je w prezencie na 18 urodziny od teraz już Pana Męża. Pachną według mnie bardzo ładnie i utrzymują się długo.

Ktoś źle przykleił naklejkę 🙂

Zobaczyłam też inne perfumy, które dobrze znam. To znaczy dobrze znam zapach, bo kiedyś dostałam dezodorant tej gamy zapachowej.

Do koszyka wrzuciłam też dwie maski w płachcie, które już raz używałam. Do tego mniejszą wersję maski na noc, bez zmywania marki Estee Lauder. Nie chciałam normalnej pojemności, bo nie chcę się w razie czego rozczarować za tę wyższą cenę. Czeka w najbliższym czasie na wypróbowanie.

Polska marka Apis zaintrygowała mnie serum rozświetlającym. Lubię takie kosmetyki na twarz, bo podbijają makijaż. Nakładam zazwyczaj ma poliki. Już testowałam. Jest ok, ale dla mnie ma za mało rozświetlenia.

Balsam do ciała marki Eveline, który był nieziemsko chwalony przez dziewczyny za zapach. Byłam ciekawa, czy faktycznie tak cudownie pachnie perfumami. Sprawdziłam i okazuje się, że tak. Ma bardzo przyjemny zapach faktycznie, jakby jakichś perfum.

Na koniec czeski kosmetyk z miodem i propolisem. Miód uwielbiam nakładać na twarz, odżywienie gwarantowane. Ten krem używam na noc. Pachnie lekko miodem i dobrze działa na skórę – jest odżywiona i miękka. Dobry zakup. Widziałam też wazelinę tej marki z propolisem. Chyba się skuszę, bo uważam że dobrze będzie jej używać pod oczy na noc.

Do następnego 🙂

SPOTKANIE

Mało mnie na blogu, nie mam głowy do wpisów, bo w pracy natłok obowiązków. Nie lubię pracować w soboty, ale niestety o tej porze roku tak często bywa. Mieliśmy wreszcie wolny weekend. I postanowiliśmy go wykorzystać na maksa.

Nadrobiłam porządki domowe a Pan Mąż wreszcie ogarnął swoje klamoty do sklejania modeli. Jego stolik wyglądał, jak wysypisko śmieci. On oczywiście tak nie uważa. Posprzątał ten swój bajzel, bo zaprosiliśmy do ciebie dobrych znajomych, którzy za tydzień zjeżdżają do Polski i na tę chwilę nie wiedzą jeszcze, czy wracają do Holandii w przyszłym roku. Dobrze, że też mieszkają w województwie łódzkim, więc jest szansa spotkania, gdy będziemy w Polsce na urlopie. Oczywiście takie spotkanie nie mogło się obyć bez dobrego jedzenia.

Ja zrobiłam bigos, bo od jakiegoś czasu za mną chodził. Mieszałam w garze od czwartku. Do tego doszły trzy rodzaje serów z pomidorkami koktajlowymi i czosnkiem.

Witek przygotował mule w sosie. Umie je dobrze przyrządzać, bo nauczył go szwagier – Włoch. Jedliśmy je rękoma prosto z gara. Były pyszne. Pan Mąż niech żałuję, że nie lubi owoców morza.

Sylwia zrobiła rollsy z ciasta francuskiego. Nie posiadam wałka (w sumie nie wiem dlaczego) więc pomogła butelka z winem.

Zrobiła dwa rodzaje nadzienia: jedno z szynki+ dodatki a drugie łosoś wędzony+ dodatki, ale niestety pamiętam tylko, że dokładała suszonych pomidorów. Zapiekła to w piekarniku i jedliśmy na ciepło. Były bardzo dobre.

Zapijaliśmy to winem i piwem. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, na różne ciekawe tematy. Wieczór minął nam wesoło. Takie wspólne gotowanie a potem jedzenie, jest naprawdę dobrą zabawą i mam nadzieję, że powtórzy się jeszcze nie raz. Na drugi dzień czekał na nas rosół, który ugotowałam już w sobotę.

Do następnego 🙂

SZUKAM KLOSZA

Sprzątałam ostatnio porządnie kuchnię. Omiatałam kąty z pajęczyn szczotką z piórkami na kiju. Zahaczyłam oczywiście też o lampę u sufitu. Nie podoba mi się ona ogólnie. Dlaczego? Już wyjaśniam…

Jest ona w nowoczesnym stylu- ma małe trzy lampki połączone czymś w rodzaju drutu. Nie potrafię tego dobrze opisać. W każdym razie wiszą tam często pajęczyny i osiada dużo kurzu, co jest trudne do usunięcia. Dodatkowo owe lampki posiadają małe, granatowe klosze, co niestety daje słabe światło. Przy odkurzaniu coś uszkodziłam i przy włączaniu światła nic nie działało. Pan Mąż, elektryk sprawdził i powiedział, że po prostu uszkodziłam coś w tym kloszu, bo styki działają. To był dobry moment, żeby jechać do kringloopa i poszukać jakiegoś prostego i jasnego klosza. I niestety nie było nic, co mi się by podobało. Ale oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami.

Najpierw zapakowałam do koszyka stojącą lampę z trzema małymi kloszami imitującymi kwiaty. Ma ona regulowaną moc oświetlenia. Żarówki są dla mnie za jasne jednak. Dają ostre, białe światło. Wolę żółte, ciepłe. Zresztą w jednej lampce żarówki brakuje. Wymienię je w najbliższym czasie. Lampa stanęła na stoliku za kanapą w salonie.

Sklepy powoli (a w zasadzie szybko) zapełniają się ozdobami na Boże Narodzenie. W kringloopie oczywiście też już są bombki i inne takie. Nic z tych rzeczy nie kupiłam, bo mam tego całe mnóstwo w pudłach na strychu. Zresztą nawet jeszcze nie myślę o ozdabianiu domu na święta. Za wcześnie.

Stałam dłuższą chwilę przy filiżankach. Lubię pić kawę i herbatę z kubków. Ale czasem sięgam po filiżankę. Mam ich kilka+ serwis do kawy. Wpadła mi w oko jedna sztuka za 0,50 centów.

Pan Mąż natomiast wypatrzył gąsiora i kupił, bo stwierdził, że będzie robił wino. Ja w tym czasie oglądałam karafki.

Na półkach stały też komplety kuchenne na np cukier, mąkę i inne przyprawy, sosjerki i doniczki. Podobała mi się tylko jedna- zwykła, biała i kupiłam. Dlatego, że kupiłam też nową roślinę  🙂

Pan Mąż wygrzebał pudełko z domkami i budynkami, z których tworzy się makietę kolejową. Kosztowało to chyba 15€ i oczywiście kupił, bo się pewnie przyda.

Łupy okazały się udane, mimo że wyszłam bez klosza do kuchni. Co ciekawe, coś się załączyło i światło zaczęło działać. Ale to nie znaczy, że go nie zmienię. Planuję jechać do kringloopa do Rotterdamu. Widziałam na TikToku, że jest naprawdę ogromny. Kolejnym, jest całkiem spory w Delft.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ciężko mi idzie pisanie na blogu, ale to przez TEN okres w roku, gdzie zaczyna się dużo więcej pracy przez nadchodzącą likwidację uprawy pomidora. Będę się starała coś tam naskrobać, ale nie będę ukrywała, że trochę ciężko będzie. Zaczynam pracę wcześniej niż zazwyczaj i wychodzę niemal ostatnia. Do tego dochodzą pracujące soboty.

Pisałam wcześniej, że właściciel pozbywa się swojej szklarni i przechodzi ona w posiadanie nowej firmy, która ma kilka szklarni. Mieliśmy już dwa spotkania z nowym szefem. Rozmawiał z każdym o tym, co tutaj robimy, czym się zajmujemy, co chcemy robić, itp. W miejscowości De Lier znajdują się inne szklarnie, gdzie można podnieść swoje kwalifikacje i więcej się nauczyć, a tym samym zmienić stanowisko pracy i więcej zarabiać. Podpisaliśmy już nowe kontrakty. Nowy szef pojawi się ponownie w marcu. Wtedy nastąpi kolejna rozmowa, m.in o płacach i mam zamiar zapytać się o pracę w De Lier. Nie wiem jeszcze, co mi mogą zaproponować, jestem ciekawa i chętna na zmiany.

Rzodkiewka z samego rana pokazała swoją twarz 🙂

Jestem fanką chyba najpopularniejszego ciastka w Holandii, czyli stroopwafel. Już mi się przejadł, ale to nie znaczy, że nigdy go nie tknę. Co tu dużo pisać… Jest pyszny. W Lidlu ujrzałam likier o smaku tego ciastka i kupiłam butelkę. Podejrzewam, że jest bardzo słodki i podejrzewam, że nawet tego nie wypiję. Więc raczej pojedzie ze mną do Polski.

My favorite season is when all the mosquitos are dead… Taaa, marzenie ściętej głowy… Jak ja się cieszyłam na tę jesień, że wreszcie te brzęczące gnoje nie będą przeszkadzać. Niestety co wieczór zabijamy chociaż jedną sztukę. Przed wyjściem z domu, zawsze uchylam okno w sypialni, bo lubię mieć przewietrzone. A że w Holandii jest w tym momencie nawet ciepło (około 15°, zakładam bluzę i bezrękawnik), więc zawsze jakiś komar wlezie do domu. To jest męka dla mnie. Nie chce mi się szukać po sklepach specjalnego płynu do kontaktu. Przeczekam. Ciepła pogoda pomaga też moim wrzosom przed domem, które nie lubią być przelane wodą i sobie fajnie rosną.

W tym roku Halloween wypadło we czwartek. Nie organizowałam żadnej imprezy. Stwierdziłam, że nie ma to sensu, bo i nie ma z kim się bawić a poza tym w sobotę pracowaliśmy. W samochodzie jednak akcent tego święta się znalazł. Podobnie w domu. Sąsiedzi na przeciwko zorganizowali małe party na zewnątrz i muzyka w sobotę grała niemal do 22:00. Ozdobili też dyniami i szkieletami przed domem. Dzieciaki w tym roku za to w ogóle nie chodziły za cukierkami. Trochę smutno, ale chyba nikomu się nie chciało specjalnie świętować i się bawić.

Pan Mąż wreszcie znalazł chwilę i zamontował nową szafkę w łazience. Poprzednia była metalowa i od wilgoci rdzewiała. Poza tym ciężko się ją myło. Miała zamontowane kable ze światłem, które wkładało się w pokoju obok do kontaktu. Wszystko zostało rozmontowane, przewody odcięte i zabezpieczone. Za szafką syf okropny. Żałuję, że wcześniej jej nie zmieniłam. Nowa kolorystycznie pasuje do płytek, ma półki za lustrem i kilka po bokach, ale nie posiada żadnej lampki. Kupiłam ledy na ładowanie ( trzy rodzaje oświetlenia) na Temu i Pan Mąż przyczepił je do lustra. Włącza się je na dotyk. Do tej pory sprawdzają się idealnie.

Bawiłam się też w robienie przetworów. Znalazłam jakiś przepis w internecie: ogórki, cebula, pomidory, koperek i zalewa octowa. Lubię robić weki. Tych jeszcze nie otwarłam i pierwszy raz się boję, co to mi tam wyszło… XD

Pomagaliśmy w przeprowadzce znajomym. Zmieniali mieszkanie firmowe. Ta sama miejscowość, ale inny dom. Pokój mieli z balkonem i  zrobili sobie na nim dekoracje z muszelek. Było ich sporo, różnej wielkości i rodzaju. Do tego nad nimi zamontowali światło i stworzyli sobie letni klimat.

Mój salon ozdobiła kolejna roślina. Niestety nie mogę się powstrzymać i zawsze przytargam coś liściastego do domu. Tym razem upolowana w Lidlu z resztek. W weekend będzie przesadzana do nowej doniczki.

Czarny humor najlepszy 🙂

Do następnego 🙂

MOJE JESIENNE UMILACZE

Podobno, gdy się pisze bloga, to warto od czasu do czasu taki wpis zrobić. Lubię czytać takie teksty u innych blogerek, bo zawsze coś tam ciekawego można wypatrzeć. No więc, ja też coś napiszę małego na ten temat, bo kilka rzeczy jesienią lubię.

Przede wszystkim przed domem muszą stać jesienne rośliny. W tym roku mam kilka kolorów wrzosów. Mam nadzieję, że dotrwają do wiosny i dalej będą sobie rosły. Jeden wrzos uchował mi się od zeszłej jesieni. Zrezygnowałam za to z ustawiania na zewnątrz dyń. Zgniją szybko, bo często pada, a mam dwa fajne okazy na półce z książkami.

Będąc w Lidlu, zawsze oglądam dodatki do domu. Teraz wypatrzyłam (i dorwałam ostatnią sztukę) ceramiczną dynię w białym kolorze ze światłem ledowym. Wygląda fajnie i postawiłam ją na komodzie w sypialni. Włączam przed spaniem, bo daje delikatne, przyjemne światło.

A jeśli o światełkach mowa, to świece też muszą być, bo jesień jest wtedy jeszcze bardziej jesienna 🙂 Mam ich sporą kolekcję w salonie, ale ostatnio znalazłam jesienną Yankee Candle w dużym słoju o korzennym zapachu (zresztą bardzo ładnym), który naprawdę kojarzy mi się z tą porą roku.

Jak jesień, to pora na zbieranie grzybów. W Holandii niestety lasów jak na lekarstwo, zresztą w moich okolicach ich chyba w ogóle nie ma, a poza tym tutaj można zbierać tylko na własny użytek 250gram. To dla mnie nic, bo ja uwielbiam zbierać grzyby i je jeść. Dlatego na Temu zamówiłam kubek z grafiką grzybków – będzie jak znalazł do picia kakao.

Do jedzenia wlatuje szarlotka. Jako, że sama piec potrafię tak, jak odprawiać mszę (mimo to, czasem próbuję i często gówno wychodzi), więc kupuję gotowe placki w sklepie. Lidl tutaj ma w ofercie porządne ciasto jabłkowe: duże kawałki owoców i sporo cynamonu 🙂

Jesienią zazwyczaj zaczynam używać oleju kokosowego. Ten kupiłam w tureckim sklepie. Po całym dniu czyszczę twarz mleczkiem, a potem nakładam olej i czyszczę poraz drugi, żeby rozpuścić zanieczyszczenia. Potem wlatuje żel do mycia twarzy. Często też używam go zamiast balsamu. Jeśli o mnie chodzi, to nie ma nic lepszego, niż taki olej do wysuszonej i podrażnionej skóry. Zresztą czytałam, że jest on w stanie nawet wyleczyć trądzik.

Zaczęłam też pić ocet jabłkowy na czczo. Kupiony też w tureckim sklepie. Czytałam o jego zdrowotnych właściwościach i stwierdziłam, że też spróbuję. Więcej o tym można przeczytać tu: https://zwierciadlo.pl/lifestyle/533876,1,ocet-jablkowy-przed-posilkiem–tak-czy-nie-podpowiada-glucose-goddess-czyli-jessie-inchauspe.read sklepie.

Nie ma opcji, żebym nie wspomniała o kryminałach, których nazbierało się trochę i aż się proszą o czytanie ich w jesienne wieczory 🙂

Do tego dochodzą oczywiście podcasty kryminalne. W pracy nie mam w tej chwili możliwości, żeby wszystkich zaległych odsłuchać. W domu zaś wolę jednak czytać. Czasem włączam przy sprzątaniu, ale i tak jestem do tyłu. Ostatnio odkryłam „Maskę Arlekina” i „Paragraf zbrodni” Szymona Wochala.

Pisałam już kiedyś, że zajęłam się (dzięki TikTokowi) wyklejaniem -„journaling”. Mam jeden album ledwo zaczęty. Ale za to znalazłam czas, żeby do drugiego zeszytu wklejać, np bilety wstępu, zaproszenia, ulotki, itp, czyli pamiątki z odwiedzonych miejsc albo kartki urodzinowe. Można wpisywać tam ulubione cytaty, wklejać paragony- ogólnie co tam nam pasuje, co się podoba, do czego mamy sentyment, itp. Nazywa się to „junk journal”. Nazbierało się nam sporo takich „papierków” i postanowiłam je wklejać. Do tego kupiłam w Actionie kolorowe, tematyczne stickery i ozdabiam te kartki. Stwierdziłam, że połączę to z journalingiem. Zobaczymy, co wyjdzie. Na Temu jest mnóstwo naklejek, dlatego dokupię więcej. Sporo na ten temat można się dowiedzieć z Tik Toka.

Miłych jesiennych wieczorów i do następnego 🙂

„POLANA”- MARCEL MOSS

Po ciężkiej (dla psychiki) lekturze pt „Chłopki”, nadszedł czas na coś lżejszego. Mam na myśli kryminał i historię, która jest zmyślona. Przyzwyczaiłam się już do tego typu książek a teraz odkryłam nowego autora.

Już od dłuższego czasu czytam kryminały i thrillery polskich pisarzy. Przymierzam się do książek Katarzyny Bondy. Mam jedną pozycję, ale jest naprawdę gruba i jakoś nie mogę się przemóc do czytania. Ale i na nią przyjdzie czas. Dobra, przejdźmy do dzisiejszej książki. Na początku napiszę, że gdzieś tam obiło mi się o oczy i uszy nazwisko Moss. Czytałam pozytywne opinie na temat tego autora i jego kryminałów. Wreszcie dorwałam trzy.

Marcel Moss jest jednym z najpopularniejszych autorów powieści kryminalnych w Polsce. Czytelnicy i internauci zostali sprowokowani do dyskusji na ważne tematy społeczne, np przemoc fizyczna i psychiczna, hejt, depresja, czy samobójstwa, bo takie tematy w swoich powieściach porusza autor. Marcel jest także autorem doskonale przyjętej serii kryminalnej „ECHO” a nakład jego książek przekroczył po trzech latach od debiutu, pół miliona egzemplarzy.

„Polana” jest pierwszą pozycją Mossa, którą przeczytałam. A zajęło mi to około dwóch tygodni. Zaznaczę, że czytam wieczorami. Akcja powieści dzieje się we wsi Runowo, która jest położona w sąsiedztwie Puszczy Gorzowskiej. Jej mieszkańcy doznają szoku, gdy okazuje się, że zaginął Artur Krynicki. Mężczyzna wyszedł pewnego razu z domu i już nie wrócił. Jednym z głównych podejrzanych staje się lokalny biznesmen, u którego Krynicki miał niespłacony dług. Ten jednak nie przyznaje się do winy. Miesiąc później z pobliskiej rzeki zostają wyłowione zwłoki kobiety. Śledczy przypuszczają, że należą do skonfliktowanej z mieszkańcami wsi Lilii Malczewskiej. Uznawana za nawiedzoną, kobieta od dawna żyje na uboczu i nie utrzymuje z nikim kontaktu. Wkrótce do Runowa przybywa Sambor Malczewski- brat bliźniak Lilii, który od blisko trzydziestu lat nie miał z nią kontaktu. Były policjant niechętnie podejmuje się rozwiązania zagadki śmierci siostry. Im bardziej Zagłębia się w jej przeszłość, tym więcej szokujących faktów odkrywa. Czegoś mieszkańcy Runowa nie mówią a rodzinna tragedia sprzed lat, ma jakiś związek ze śmiercią Lilii. Natomiast w mrocznym lesie, znajduje się pewna polana a ludzie boją się tam chodzić, bo skrywa ona tajemnicę…

Główny bohater – Sambor, wydaje się nie być zbyt sympatycznym człowiekiem. Złożyło się na to jego dzieciństwo, praca w policji a potem tragedia, do której poniekąd sam doprowadził. Wszystko, strona po stronie, wychodzi na wierzch… Jak to się mówi: ręka rękę myje a niektórzy nie są tymi, za których się ich uważa. Porządny okazuje się być gnojem a osoba brana za złą lub dziwaka jest dobrym człowiekiem. W tej powieści od początku wszystko jest dziwne, bo na przykład mamy powiązanie z bóstwem słowiańskim. A co za tym idzie, zastanawiamy się, co ma wspólnego Borowy z tragedią rodziny głównego bohatera. A Sambora nawet polubiłam. Okazuje się, że nie jest facetem bez uczuć, cynikiem i dupkiem, którego interesuje tylko zaglądanie do kieliszka.

Czytając tę książkę, dwa razy się wręcz skrzywiłam (z obrzydzenia), bo nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Lubię takie „wstrząsy”. Druga rzecz, to nazwa rzeki: Duszyna i jeziora: Chaszcze. Sprawdziłam w internecie i nie znalazłam takich nazw, więc autor najpewniej je wymyślił i to całkiem dobrze mu wyszło. Pomysłową nazwą jest także nazwa baru w Runowie: Duszny Bar 🙂

Podsumowując: pierwszą powieść Marcela Mossa, którą przeczytałam oceniam na plus i polecam.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ale szybko mi ten wrzesień minął. Nie mogłam się go zresztą doczekać, bo wtedy miałam dwa tygodnie urlopu, który właśnie zakończyłam. Udało mi się wysępić u szefa dodatkowe dwa dni wolnego- piątek przed i poniedziałek po. Pan Mąż niestety do pracy musiał chodzić.

Ja zostałam w domu, bo chciałam pomalować schody, położyć nowe dywaniki i całkowicie wysprzątać dom przed późną jesienią i zimą. Trzeba było zrobić trochę porządków, żeby m.in pozbyć się niepotrzebnych rupieci. Lubię takie czystki. Pierwszy tydzień wolnego był ciepły, więc umyłam okna na zewnątrz. Gdy zaczęło padać – w środku. A padało dość konkretnie, bo i burze były. Okna myję gąbką i wodą z płynem do mycia naczyń+ płyn do mycia szyb. I robię takie „mazaje” na szybie. Zresztą lubię myć okna, relaksuje mnie to  🙂

Pan Mąż w weekend ostatni raz porządnie skosił podwórko. Ja usuwałam chwasty z mojego ogródka i wsadziłam cebulki żonkili. Może na wiosnę coś wyrośnie. Umyłam grille, zrobiłam porządek z chodnikiem i doniczkami.

Miałam też nawet czas na stanie przy garach. Na TikToku jest sporo fajnych profili z gotowaniem. Znalazłam przepis na pyszne smoothie. Nigdy za tego typu koktajlami nie przepadałam, ale ten jest rewelacyjny: pół banana, pół świeżego ogórka, pół awokado, kiwi ze skórką, trochę natki pietruszki, wody i soku z cytryny. Zmiksować i od razu pić. Pycha! Dodatkowo udało mi się zrobić bardzo dobre placki ziemniaczane z cukinią (wszystko tarte na grubych oczkach) z sosem kopertowym 🙂

Zrobiłam porządki na regale z książkami. Jeden mam w salonie a drugi w najmniejszym pokoju. Kurzu od groma. Wszystko od nowa układałam, co zresztą lubię robić. Książki zawsze układam tematycznie.

Na parkingu pod marketem takiego kocura spotkaliśmy: bardzo ciekawski 🙂

W czasie, gdy ja siedziałam w domu, na szklarni pojawiła się papużka falista! Szef dał jej wody, ale to za mało dla tego ptaszka, bo padł by prędzej z głodu, niż z pragnienia. Nie była bardzo płochliwa, ale niestety złapać się nie dała. Próbowali, ale uciekała. Szkoda, bo bym miała czwartą za free. Musiała wlecieć przez otwarte w dachu okno i nie wiadomo, co z nią się stało 😦

Szkoda ptaszka…

Za to moje papugi śpią w dziwnych miejscach. Najpierw spały na patykach, dopóki jeden samczyk nie przeniósł się w kąt klatki, więc drugi zrobił to samo, a samiczka śpi na huśtawce, ale na samej górze. Zresztą, co się dziwić – papugi to stan umysłu 🙂

Piękna pełnia i pająk w tle nad drzwiami 🙂

W chyba ostatni ciepły wieczór, wybraliśmy się z Panem Mężem do parku na spacer. Było już naprawdę ciemno, ale szkoda było siedzieć w domu. Park mamy minutę marszu od domu. Siedzieliśmy nad bajorem na ławce i nagle przytuptał sporej wielkości jeż.

Sąsiadka mi mówiła, że jedzą m.in rodzynki.

A tu schody, które mnie doprowadziły do szału. Dywaniki przyklejone na amen w pacierzu a do tego każdy przytwierdzony czterema śrubkami. Było roboty z usuwaniem kleju, ale malować trzeba dwa razy.

Oczywiście pojechać musiałam do centrum ogrodniczego po wrzosy. Wyszłam z dwoma rodzajami: mixem kolorów i pomarańczowym, fioletowym astrem i dwiema małymi dyniami, które stoją na regale z książkami w salonie. W weekend będę robiła dekorację przed domem.

Pan Mąż pożyczył od sąsiada wysoką drabinę, bo chciał naprawić rynnę. Była dziura, bo woda z niej kapała na parapet okna łazienki. Najpierw wziął się za jej czyszczenie i taki był efekt, że najpierw muszę porządnie kostkę wyczyścić, żeby ułożyć kompozycję z wrzosów:

Byłam też w kringloopie. W Actionie dekoracje na Boże Narodzenie pełną gębą i w kringloopie już też. Dla mnie za wcześnie. Zobaczyłam też piękne biurko.

Regał z książkami w salonie też uporządkowany. Nie ma kurzu a książki są znowu elegancko poukładane. Zniknęły zbędne szpargały a pojawiły się kupione wcześniej dynie.

Muszle i sowy zostały, bo to już ich stałe miejsce.
Wschód słońca.

Do następnego 🙂