„PRZYJACIÓŁKA”- B.A. PARIS

Bardzo lubię książki tej autorki. Mam za sobą kilka przeczytanych i kilka na moim regale. Szczerze napiszę, że do tej pory tylko jedna książka B.A. Paris mi nie podeszła i do tej pory nie rozumiem o co w niej chodzi.

B.A. Paris to autorka bestsellerowych thrillerów psychologicznych, które posiadają też wątki kryminalne. Kiedyś bym nie przypuszczała, że sięgnę po taki gatunek powieści. Ale te książki naprawdę wciągają. Jedną z top pozycji jest „Za zamkniętymi drzwiami”, którą mam i przeczytałam. Tym razem również mamy akcję, która rozgrywa się w pewnym domu.

Głównymi bohaterami książki jest małżeństwo: Gabriel i Iris a także ich serdeczna przyjaciółka Laure. Znają się na tyle długo i na tyle dobrze, że wymieniają się kluczami do swoich domów. Gabriel i Iris mieszkają w Wielkiej Brytanii a Laure z mężem we Francji. Pewnego dnia Laure pojawia się w domu przyjaciół, bo dowiaduje się o zdradzie męża. Wie, że może na nich zawsze liczyć a oni przyjmują ją z otwartymi ramionami i nalegają, by Laure czuła się u nich swobodnie i została tak długo, jak potrzebuje.

Mijają dni i tygodnie. Laure nosi ubrania Iris, śledzi każdy jej ruch, zadręcza opowieściami o niewiernym mężu i… wypytuje o niedawną śmierć chłopaka z sąsiedztwa. Atmosfera nieufności i wzajemnych podejrzeń niebezpiecznie się zagęszcza, piętrzą się sekrety, pojawiają oskarżenia. Nic tak naprawdę nie jest takie, jak się na początku wydaje. Przyjaźń między tymi ludźmi, to za dużo powiedziane. Jest tylko jedna osoba, która wie dokładnie, co tu się wydarzyło i co się dzieje. Jest to mroczny sekret i ciekawe, czy wyjdzie na jaw…

Czytając tę książkę, dziwiłam się głównej bohaterce, że mimo irytacji przyjaciółką, jest dla niej aż tak uprzejma, nie umie powiedzieć „nie” i toleruje jej zachowanie. Potem jednak wyszło, co nią kierowało i jak ta przyjaźń tak naprawdę wyglądała… Ciekawe i zaskakujące zakończenie. Polecam 🙂

Do następnego 🙂

CO NIECO Z TEMU

Jak to czasem bywa, znowu wyhaczyłam kilka gadżetów z „Temu”. Zaglądanie do tej platformy zakupowej wciąga. Zawsze coś mam w koszyku a potem robię selekcję. Dzisiaj dotarła paczka i pokażę co kupiłam.

Wiadomo, jak się sprawy mają z rzeczami pochodzącymi z Chin. Natkniemy się na naprawdę ciekawe, fajne, przydatne i w miarę dobrej jakości klamoty a także na totalne buble. No i ja tym razem na takie trafiłam. Mówi się trudno, ale już przynajmniej wiem, co warto kupić a czego nie.

Na pierwszy ogień idą spinki do włosów. Lubię je nosić i do tej pory stawiałam na klasyczne klamry. Teraz dokupiłam 4 sztuki, ale w neutralnych kolorach. Żeby nie było nudno, to wrzuciłam do koszyka też taką kolorową z kwiatkami. Prezentują się całkiem dobrze, jak na zdjęciach.

Nie mogło zabraknąć kolczyków, które uwielbiam. Na co dzień noszę małe przebitki/ sztyfty (czy jak się to nazywa), a gdy wychodzę gdzieś poza pracą, to w uszy wpinam inne, różne, fajne kolczyki. Lubię koła. Tym razem dokupiłam czarne. Jest lato (holenderskie, czyli bardziej deszczowe), mieszkam nad morzem, więc motyw muszelek też już mam. Są urocze 🙂

Testowałam z Temu maseczki do twarzy w płachcie, jak i te zwykłe, zmywalne. Do tego płatki żelowe pod oczy i jestem zadowolona. Przyszła kolej na sztyft z kofeiną, który ma niby zlikwidować cienie pod oczami. Ja w sumie takowych nie posiadam (na szczęście, ale czasem zdarzają się wory), w cuda nie wierzę i nie przypuszczam, że ten sztyft to jakaś magia. W zasadzie, to uważam, że nie będzie efektów. No bo czego się spodziewać po takim tanim kosmetyku… Już go użyłam. Zapachu kawy nie posiada, natłuszcza skórę jak wazelina. A ja wazelinę lubię kłaść pod oczy. Skóra nie jest sucha a rano mam „glow”. Także ten sztyft przyda mi się jako zamiennik wazeliny, który nakładać będę na noc. I co ważne: nie mam po nim uczulenia czy pieczenia. Jest ok.

Piżamy. Nie śpię w długich, grubych piżamach. Nie lubię, jest mi za ciepło. Krótkie spodenki i koszulka na ramiączkach wystarcza. Nie muszę mieć jakiegoś drogiego i wyszukanego kompletu do spania. Zwykłe gacie i podkoszulek jest dla mnie najwygodniejszy. Dlatego zamówiłam dwie pary takich piżam. Wyglądają całkiem, całkiem. Oczywiście poszły najpierw do prania.

W sierpniu planuję mały remont i znalazłam przypadkiem wielofunkcyjne urządzenie do czyszczenia różnych powierzchni. Ma to szczoteczkę, druciak, czy gąbkę. Podpinane do ładowarki. Widać, że nie jest to ekstra sprzęt, ale wypróbuję przy sprzątaniu. Potem napiszę, jak się „szczota” spisała 🙂

Kupiłam też dywanik do łazienki, żeby położyć go przy wannie. Do tej pory, na macie bambusowej leży ręcznik. Dywanik będzie się lepiej prezentować. Poza tym widać, że dobrze będzie wodę wchłaniać a i w pralce wytrzyma.

Czas na dwa buble. Lubię motywy morskie, więc chcę w sypialni powiesić wcramkach niewielkie plakaty np z widokiem plaży, fal, muszli, itp. Na Temu znalazłam mnóstwo tego typu foto. Wybrałam te w odcieniu beżu. I guzik. Obrazy są tak kiepskiej jakości, że nadają się tylko jako podkładki pod talerze z kiełbasą z grilla. Może dwa jako tako jeszcze wyglądają. No cóż, będę musiała zamówić plakaty w profesjonalnym sklepie z dobrą jakością. Drugi bubel, to „kocie” okulary. Chciałam czerwone oprawki. Przyszły dużo mniejsze, niż na zdjęciach i nie ze szkłem a z plastikiem. Dobra, wiem że to chińskie coś, ale szczerze powiedziawszy, spodziewałam się szkła – zerówek chociaż. Te nadają się bardziej dla dzieci. Może wykorzystam je do zdjęć…

Na koniec moje małe odkrycie z TikToka. Chodzi o „magiczny” wiatrak do ogrodu. Widziałam filmik, jak to wygląda po złożeniu i jak działa. Po pierwsze- skończymy z Panem Mężem porządkować ogródek, po drugie- czekam na wiatr (chyba pierwszy raz w życiu jest mi potrzebny) i wtedy zrobię specjalnie wpis z tym cudakiem 🙂

Do następnego 🙂

CEMETERY OF THE SKULL, CZYLI NAJSTARSZY BELGIJSKI CMENTARZ

Lubię nekropolię. W Polsce zawsze tam zaglądam. Czasem wtedy, gdy jest ciemno. Nie boję się. To znaczy, jest mały dreszczyk strachu, ale zawsze powtarzam, że trzeba bać się żywych, nie umarłych. Dlatego, gdy dowiedziałam się o tym cmentarzu, wiedziałam, że muszę go zobaczyć.

Centrale Begraafplaats Assebroek, zwany także Cmentarzem Czaszki, jest najstarszym w Belgii. Znajduje się blisko holenderskiej granicy, bo w Brugii. To była nasza druga wizyta w tym mieście. Jest to miejsce ciszy w miejscowości pełnej turystów. Położone jest w odległości krótkiego spaceru do centrum miasta. Cmentarz istnieje od 1787 roku i to wtedy odbył się pierwszy pochówek.

Pod koniec XVIII wieku, cesarz Józef II nakazał położyć kres wiekowej tradycji chowania ludzi wokół kościołów. Mogiły trzeba było usunąć i umieścić daleko poza murami miasta, bo priorytetem była higiena i zdrowie publiczne. Rada miasta niezwłocznie kupiła działkę w Assebroek (teraz to dzielnica). Na cmentarzu zostały pochowane wybitne postacie ze świata sztuki, literatury, polityki, szlachta, księża i żołnierze. Są tam groby m.in architekta Louisa Delacenserie, poety Guido Gezelle czy Brytyjczyka Jamesa Weale’a.

Cmentarz jest obecnie znacznie większy. Dodano działki dla duchownych. Przydzielono miejsca także Brytyjczykom, których w mieście, w tamtym okresie było sporo. Od czasów I wojny światowej znaczną część cmentarza zajmują groby belgijskich, brytyjskich i niemieckich żołnierzy i cywilów.

Najnowsza rozbudowa obejmuje miejsce dla urn. W małym budynku niedaleko wejscia, znajduje się niewielka wystawa poświęcona dziedzictwu, folklorowi, sztuce i architekturze. Można zobaczyć, jak kiedyś wyglądały pochówki.

Wiele nagrobków jest dziełem twórczych umysłów znanych rzeźbiarzy. W XIX wieku imponujący pomnik nagrobny był symbolem statusu ludzi zamożnych.

Brugia jest pionierem w zakresie zmiany przeznaczenia grobów, tzn ponownego wykorzystania starych pomników od lat 80tych. Groby są porządkowane, konserwowane a to oznacza, że zachowane zostały starożytne grobowce.

Na uwagę zasluguje grób rzymsko – katolickiego księdza Antoine’a Michela Wemaera. Na jego mogile leży omszona czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami. Grabarze mówili na nią Pirat Piet.

Moją uwagę zwróciło to, że na bardzo wielu grobach są zdjęcia. Często w bardzo dobrym stanie. Czasem i wszystkich członków rodziny. Zmarłe dzieci także są uwiecznione na fotografiach. Jedna mnie bardzo zaskoczyła. Kiedyś np w Polsce popularnym było fotografowanie zmarłego w trumnie a nawet zdjęcie z nim. Ale tu, na jednym nagrobku znalazłam fotografię martwego dziecka w trumnie…

Informacje:

Cmentarz traktowany jest trochę jako park. Można wejść z psami. Znajdują się tam krany z bieżącą wodą i bezpłatna toaleta damska i męska a także ławki. Cmentarz otwarty jest od 8:00 do 18:00. Parking- na przeciwko, bezpłatny.

Adres: Kleine Kerkhofstraat 62, 8000 Brugia.

Wejście przez bramę.

Czy cmentarz może być ładny? Tak! Ten ma wygląd, jak z horroru i według mnie ma niepowtarzalny urok. Warto zobaczyć.

Do następnego 🙂

BIEDA

Już jakiś czas temu pisałam, że zaczęłam częściej zaglądać do dużego holenderskiego supermarketu- Jumbo. Towar jest tam dużo bardziej zróżnicowany, niż np w Lidlu czy Albert Hijn. Jest też bardzo dużo promocji i przecen i o tym dzisiaj kilka słów.

Nasz dobry znajomy i jego żona chwalą sobie Jumbo. I to właśnie od nich dowiedziałam się o „biedzie”. Zupełnie nie wiedziałam wtedy o co im chodzi a oni byli zdziwieni, że nic nie wiem, że nic nie widziałam. Zanim wyjaśnię co to ta „bieda”, to mała dygresja. Polacy w Holandii bardzo często wymyślają swoje nazwy na różne rzeczy (np kringloop to „dziad”) i właśnie „bieda” to też wymysł. Ja nazywam rzeczy po imieniu, nie mam nawet weny, żeby coś nazwać po swojemu. Swoją drogą, wyobraźnia Polaków nie zna chyba granic 🙂

Bukiety kwiatów też są przecenione, bo nie są pierwszej świeżości.

W Jumbo jest pewna specjalna półka – szafka, gdzie ląduje towar, któremu kończy się termin przydatności. Najczęściej jest to żywność, choć czasem są i kosmetyki albo kwiaty. Wszystko to jest przecenione, ale nadające się oczywiście do spożycia. I właśnie to moi znajomi nazywają „biedą”. W sumie nawet się nie zapytałam dlaczego nazwa taka a nie inna. Pokazali mi to i teraz często zaglądam tam.

Co np kupiłam: paczkę pieczarek, masło, pudełko warzyw z przepisem na „kaszotto”, które zresztą zrobiłam.

Znajdziemy tam również mięso, ciasta, sałatki, chleb czy nawet gotowe dania obiadowe.

Moim absolutnym top znaleziskiem była kremowa pasta ze szczypiorkiem. W Lidlu kupuję podobną i jest smaczna, ale ta z Jumbo to dla mnie 10/10. Gdybym nie zajrzała na „biedę” to nie wiedziałabym, że w tym markecie jest ona dużo smaczniejsza.

Według mnie warto zajrzeć czasem na takie przecenione półki, bo można znaleźć naprawdę smaczne rzeczy i z nich zrobić szybki obiad. Sama już nie raz korzystałam i na pewno będę nadal. Ostatnio znajomi dorwali owoce morza: duże muszle, na nich były słynne przegrzebki pod serem. Wszystko należało zapiec. Wiadomo, to jest towar, który trzeba szybko skonsumować. Powiedzieli, że było pyszne.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ledwo się zorientowałam, że maj już zniknął i pojawił się nagle czerwiec. Czas leci bardzo szybko. Kończy się weekend i nastaje znowu piątek i sobota. Tego lata mam dopracowane plany.

Przede wszystkim urlop chcę wziąć w połowie sierpnia a nie jak to zazwyczaj bywało, we wrześniu. Potrzebuję dwóch tygodni wolnego, ale nie będzie to żadna wycieczka, czy inny odpoczynek. W tym roku postanowiłam przemalować ściany w salonie, zmienić drzwi do ogrodu i odnowić schody. Nowe dywaniki już kupione. Do tego muszę wyprać dywan i zamówić nową kanapę. Chcę sobie umościć gniazdo na jesień 🙂 Narazie lata w Holandii nie widać. Czasem wychodzi słońce, ale najczęściej są chmury i deszcz. Nasz ogród był elegancko odchwaszczony, ale po częstych ulewach cała roślinność wybiła ze zdwojoną siłą. Brakuje tylko małp i jakiegoś Tarzana.Ale to inny temat. Mam nadzieję, że chociaż w sierpniu trochę pogoda dopisze, żeby farby schły.

Częsty widok nieba.

W telefonie mam mnóstwo screenów dotyczących koloru ścian i modeli kanap. Mam całe dwa miesiące, żeby wszystko kupić i przygotować się do roboty. W pracy wirus nadal się utrzymuje, ale tylko po jednej stronie szklarni. Planty są cały czas kontrolowane a chore wycinane. Szef nie chce uprawy likwidować, bo to czas i pieniądze. Wiadomo. Stare rośliny wypuściły odrosty i z nich będą rosły w górę nowe pomidory. W niektórych rajkach są cały czas jeszcze wycinane stare i chore owoce a potem znowu wypuszczone zostaną nowe i zdrowe. Co, co je wycinają (wybrane są trzy osoby) chodzą w specjalnych białych kitlach, żeby wirus nie rozprzestrzenił się dalej.

Pojawiły się też małe zielone liszki, które są żarłoczne jak dinozaury. Wyżerają dziury i trzeba bardzo uważać przy ważeniu skrzynek. Na sortowni muszę niemal każde pudełko sprawdzić. Zdarzają się też śmieszne okazy pomidorów:

Musiałam zrobić pomidorkowi oczy 🙂

W Lidlu pojawiły się gadżety do domu z motywami morskimi. Kiedyś pewnie bym się na nie rzuciła i kupiła, bo lubię ten motyw. Już dawno mi przeszło z pierdołami do domu, ale zdjęcie musiałam zrobić.

Spodobały mi się perfumy do prania. Aktualnie używam niebieskich, ale są też o zapachu wiosny czy lawendy. Według mnie dobra rzecz, bo pranie faktycznie pachnie. Lubię testować np nowe płyny do płukania.

Jakiś czas temu robiłam wpis o tym, co znalazłam w torbie za 3 euro w Lidlu. Wśród warzyw była zielona roślina podobna do jakiejś odmiany kapusty, sałaty. Nie wiedziałam co to, ale ludzie pomogli i już wiem, że nazywa się bok choy, czyli kapusta chińska. W moim ulubionym sklepie ogrodniczym jest też dział z warzywami i owocami. Znalazłam tam bok choy za 0,79 centów. Kupiłam dwie sztuki i poddusiłam z cebulą, czosnkiem, sosem sojowym i ostrygowym, czerwoną świeżą papryką. Kroi się tę kapustkę jak złoto i tak też smakuje. Polecam!

Po holendersku, to paksoi.

Oglądałam też tam piękne hortensje. Nie kupiłam żadnej, bo w ogródku mam posadzone już trzy. Poza tym za bardzo miejsca w tym buszu nie ma. Co nie znaczy, że nie miałam ochoty wziąć chociaż jednej…

Niedaleko naszego domu ktoś chyba obchodził jakąś imprezę. Nie wiem, czy to były jakieś urodziny (balonów z cyframi nie widziałam) czy jakaś rocznica, ale stała sobie napompowana różowa pani. Tutaj to normalne, że przed domem Holendrzy stawiają takie postaci.

Maki pod supermarketem Jumbo.

Do następnego 🙂

„LANGER”- REMIGIUSZ MRÓZ

Remigiusza Mroza chyba nie muszę przedstawiać, bo o ile dobrze pamiętam, pisałam o nim parę słów przy okazji opisu innej jego książki. Kolejny raz sięgnęłam po pozycję tego autora i nie zawiodłam się. A tę książkę pożyczyła mi znajoma.

Zacznę od tego, że nie wiedziałam o czym ona jest. Nie sprawdziłam w internecie opisu. Zazwyczaj zerkam na ostatnią stronę okładki i czytam, mimo że nie ocenia się książki po okładce. I tutaj był zonk. Dlaczego? Dlatego:

Tylko tyle. Stwierdziłam, że czytam w ciemno. Co tam. Przecież już wiedziałam że Mróz pisze dobrze. Na początek dowiedziałam się, że Langer to nazwisko głównego bohatera. Ma na imię Piotr i jest degeneratem i psychopatą jakich mało.

Ciekawa dedykacja.

Akcja książki toczy się w Warszawie. Piotr jest bogatym biznesmenem i filantropem – pomaga uchodźcom z Ukrainy (tak, czasy współczesne). Posiada apartament na Mokotowie i willę w Aninie. Pewnego wieczoru, na przyjęciu charytatywnym, poznaje kobietę. Piękną, inteligentną i dobrze ubraną. Ma wobec niej makabryczne plany. Ale plany swoje a życie swoje. Kobieta zaintrygowała go. Langer jest również inteligentny, uważany za dobrego człowieka ze znajomościami. I jest też druga jego twarz: potwór w ludzkiej skórze.

Książka wciąga. Cały czas coś się dzieje. Uprzedzam, że jest napisana dosadnie. Dużo wulgaryzmów i opisów koszmaru. Langer jest jednym z tych bohaterów, których polubiłam, mimo że to totalny zwyrodnialec. Więcej nic nie napiszę. Fan kryminału i mrocznego thrillera powinien przeczytać 🙂

A tak na marginesie, to zajrzałam do mojego notesu, w którym zapisuję przeczytane książki. W tym roku szału nie ma, chociaż robię co mogę.

Do następnego 🙂

TORBA ZA 3 EURO

Podczas zakupów (standardowo) w Lidlu, natknęłam się na metalowy sklepowy regał z papierowymi torbami z różną zawartością. Napis głosił, że jedna sztuka kosztuje 3 € i przypada na jednego klienta.

Zajrzałam do środka, ale byłam pewna, że będzie się tam znajdowała żywność, która jest blisko końca terminu ważności, ale jeszcze w dobrym stanie. Nie pomyliłam się. Lubię takie akcje i nie lubię wyrzucać jedzenia. Jestem bardziej zwolenniczką warzyw niż owoców, więc wybrałam tę torbę, w której przeważały jarzyny. Zrezygnowałam natomiast z torby, gdzie były pomidory. Mam je za darmo a po drugie, nie mogę kupować innych i spożywać w pracy ze względu na wirusa.

Toreb było już tylko chyba z pięć, więc długo nad wyborem się nie zastanawiałam. Kilka porządnych warzyw za trzy eurasy, to nie byle co 🙂 W domu dokładniej przejrzałam zawartość. Chciałam mieć małą niespodziankę. Pierwsze co wyjęłam, to trzy ogromne jabłka. Ostatnio to mój ulubiony owoc. Potem znalazłam dwie czerwone papryki w niemal idealnym stanie.

Następnie był fenkuł, czyli koper włoski. Muszę pomyśleć co z niego zrobić, bo przyznam, że pierwszy raz będę go używała w kuchni. Słyszałam tylko, że jest smaczny. Był jeszcze szczypior, który często kupuję i trzymam w kubku z wodą. Rośnie sobie, a ja mam na kanapki.

Kolejne warzywa, które lubię, to kapusta- będzie zrobiona na pewno z pieczarkami, boczkiem i koperkiem. Taką wersję czasem gotuję. Do tego „aż” trzy rzodkiewki 🙂

Jeszcze mamy selera naciowego- lubię i na koniec zagwostka, bo za Chiny ludowe nie mam pojęcia co to za warzywo… Aplikacja podpowiada, że to rodzaj jakiejś sałaty albo szpinaku. Widziałam to warzywo nie raz, ale nigdy nie kupiłam. Muszę się dowiedzieć co to, bo przecież nie wyrzucę. Trzeba coś z tego przyrządzić i zjeść.

Proszę więcej takich akcji z ratowaniem jedzenia. Chętnie skorzystam!

Do następnego 🙂

SÓL I PIEPRZ

Mieliśmy komplet solniczki i pieprzniczki. Małe, szklane buteleczki z napisami po angielsku. Przy przeprowadzce do nowego domu pieprzniczka się gdzieś zapodziała. Sól została, ale papugi sobie ją upodobały i się bawiły aż stłukły.

Pieprz od tamtej pory był w gotowych buteleczkach z Lidla a sól… No cóż, korzystaliśmy z większego pojemnika, do którego była przesypywana. Nie było to poręczne. W Actionie były toporne i niezbyt ładne rzeczy do przypraw. Więc standardowo w sobotę zrobiliśmy wypad do kringloopa. Tego, co zawsze. Naszego ulubionego. I standardowo wyszliśmy z torbą innych klamotów.

Pan Mąż wypatrzył komplet łyżek: sporych, głębokich, takich żeby się wygodnie zupę jadło. Ja dołożyłam komplet widelców, bo zawsze jakiegoś brakuje. To chyba kolejna rzecz po skarpetkach, która ginie. Wypatrzyłam też mały kosz piknikowy, ale bez zawartości. To nie jest problem, bo mamy już jeden duży z naczyniami. A ten jest fajny, poręczny. I znalazła się też mini solniczka szklana (przyda się) a ja zdecydowałam się na drewniany komplet na sól i pieprz. Stoi sobie teraz na chlebaku obok młynka z korbką do mielenia.

Miałam też komplet z kringloopa: cukiernicę i naczynie na mleczko do kawy. Wieczko cukiernicy niestety stłukłam ja i nie wyglądało to dobrze. Tym razem wyłożyli sporo nowego towaru i znalazłam nowy komplet.

Pan Mąż zainteresował się grami. Znalazł tarczę do rzucania lotkami. Kupił, bo chce grać. Jest używana, ale porządna bo metalowa. Brakuje lotek, ale można je kupić oddzielnie w internecie. Do tego dołożył grę w kółko i krzyżyk. Co ciekawe, dowiedziałam się, że w Holandii nazywa się to podobno: botter, kaas, eieren – czyli masło, ser, jajka. Oni to tu mają nazwy 🙂

Zajrzałam też na ciuchy. Grzebałam w spodenkach na lato i znalazłam kilka sztuk za kilka euro.

Nowych mebli też było sporo. Podobała mi się np ta kanapa. Będziemy niebawem wymieniać starą, z tym że szukamy z funkcją spania. Ta w kringloopie jest jednak za duża, no i bez tej funkcji. Ten stolik też wpadł mi w oko:

Dla wielbicieli zegarków, ramek na zdjęcia, biżuterii i pojemników kuchennych też się coś znajdzie:

Znalazłam też fajną dekorację w postaci drewnianych owoców na półmisku. Wyglądają o wiele lepiej, niż te plastikowe:

Na koniec coś, co mnie zaskoczyło. Chyba każdy dorosły zna kultową maszynkę do mięsa. Taką przykręcaną do stołu. Ręczną. Używała jej np moja babcia i ma do tej pory. My też taką posiadamy. Dostaliśmy od Pana Męża ojca i służy do dziś. Dobry sprzęt. Mały a mieli wszystko. W kringloopie też się znalazł. Wyglądał na mocno zużyty i wydawał się już raczej nie do użycia. Tylko ta cena… Nie przypuszczałam, że ta stara maszynka może kosztować aż 25€!

Do następnego 🙂

W POSZUKIWANIU PAPUŻKI

Jak już pisałam poprzednio, kot Skalpel zabił mi ptaka. Miałam parkę: samczyka Mundka i samiczkę Eluśkę. Niestety życie straciła Elusia. Samczyk nie mógł być sam, więc szukałam dla niego nowej partnerki.

Z tym, że oni naprawdę tworzyli parę. I nie byłam pewna, jak Mundek i czy w ogóle zaakceptuje nową samiczkę. Chciałam kupić taką koloru żółto – zielonego, bo tak wyglądała jego partnerka. Mundek jest niebieski. Rozmawiałam z szefem w pracy na temat hodowli falistych. Odradził mi zwykły sklep zoologiczny. Powiedział, że około 20 km stąd jest spore centrum ogrodnicze Tuincentrum Graka. Oprócz roślin i gadżetów ogrodniczych mają też hodowlę papug i innych ptaszków. Dostałam adres. Sprawdziłam w internecie i faktycznie: sprzedają „piorkowate” a do tego psie, kocie i ptasie gadżety i karmę. Pojechaliśmy tam w zeszły piątek po pracy, bo było otwarte do 21:00.

Piękne hosty, które u mnie wykończyła inwazja ślimaków.

No więc ptaszków było do wyboru, do koloru. Mnie interesowały jedynie falki. W sklepie znajdowały się dwie klatki falistych. W jednej były mniejsze i smuklejsze a w drugiej bardziej puszyste, wyrośnięte, z mini czubami na łepkach. I do tej pory myślałam, że to ten sam rodzaj, z tym że jedne są bardziej wykarmione i starsze. Sprzedawca mnie poprawił i powiedział, że te większe to po prostu inna odmiana. Człowiek uczy się całe życie 🙂

Doszłam do wniosku, że kupię parkę. Z tych zwykłych, mniejszych. I tym razem samczyk jest żółto – zielony a samiczka biała. Do tego dokupiłam karmę i proso. Wybór karmy dla zwierząt jest tam ogromny.

Czy Mundek je zaakceptował? Na początku był w małym szoku. Patrzył, ale ćwierkał a nowe odpowiadały. Szybko je do lotów wypuściłem. Kot oczywiście wymaszerował na dwór. Parka od początku trzymała się razem, bo się znają z jednej klatki. Samiczka bez problemu dała się dotknąć. Mundek trzymał lekki dystans, ale raz dwa pokazał, gdzie wolno im siedzieć i jak wchodzić do klatki. Uczą się bez problemów. Dżentelmenem w stosunku do nowej damy, to on nie jest. Gdy biała jadła, ten ją dziobał, mimo że druga micha z karmą wisi. Bała się z nim jeść i uciekała do swojego kumpla. A gdy parka jadła razem, to Mundek oczywiście musiał się wtrącić. Pan Mąż mówi, że pokazuje nowym, kto tu rządzi. W tej chwili jest już spokój, nie kłócą się. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnią.

A kot jest z nami już tylko do końca tygodnia. Wraca do swoich właścicieli. Wakacje Skalpela dobiegają końca. A moje papużki będą mogły latać ile wlezie. Żeby nie było tak ładnie, to zrobiłam czarnemu diabłowi reklamę w internetach 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Kwiecień był raczej intensywnym miesiącem. Zaczęłam z dobrymi znajomymi jeździć rowerem i odkrywać zakamarki miasteczka, w pracy zaczął się zbiór pomidorów a w naszym domu doszło do morderstwa. Ale po kolei…

Mamy już ścinkę pomidorów a co za tym idzie, wreszcie nie muszę kupować tych warzyw, przynoszę sobie z pracy i tylko one mi smakują. Sąsiedzi dostali już po dwa pudełka. Niestety okazało się, że mamy jednak wirusa, który niszczy rośliny. Szefostwo zastanawiało się na likwidacją uprawy i sadzeniem plantów od nowa. Na razie jednak wycięte będą tylko zakażone rośliny i posadzone w tych miejscach nowe. Czekamy co będzie dalej.

Sezon na tulipany był w pełni. U mnie w ogródku za to wyrósł i zakwitł tylko jeden tulipan. Jeden! Co za żenada! Za to w wazonie miałam bukiet żółtych kwiatów poprzetykanych gałązkami jaśminu, na którym (o dziwo) mszycy jeszcze nie widziałam. I mam nadzieję, że nie zobaczę.

Miałam kiedyś nasiona niezapominajki. Posadziłam je w doniczkach w ogrodzie. Musiały się gdzieś potem wynieść, bo kilka roślinek wyrosło mi przed domem. Nie usunęłam, niech sobie rosną.

Pogoda kwietniowa w większości była do bani. Tzn lubię deszcz, ale czasem już miałam dość. Nie dość, że lało, wiało, to nawet ze dwa razy przymroziło i było po prostu zimno. Jednak pewnej soboty wyszło słońce i zrobiło się naprawdę wiosenno – letnio. Pojechałam więc na przejażdżkę rowerową do znajomych. Są od nas trochę starsi, więc można z nimi fajnie czas spędzić i pogadać na różne tematy. Panu Mężowi się nie chciało jechać. Zrobiliśmy sporo kilometrów.

Spotkaliśmy też młodych chłopaków, którzy spędzali czas łowiąc ryby. Zachowywali się kulturalnie i zapozowali mi do zdjęcia. Byłam ciekawa, jak im połów idzie, ale nie chciałam im gitary zawracać pytaniami.

Po przejażdżce wstąpiłam do znajomych do domu. Mieszkają w agencyjnym domu razem z parą z Rumunii. Dogadują się dobrze, bo Rumuni są w porządku, spokojni, kulturalni i mili. Rozmawiają po angielsku. Miałam okazję ich poznać i przekonać się, że nie wszyscy są porąbani. Opowiadali, że mieszkają blisko zamku Draculi i nawet nas do siebie zaprosili. Mają swoje gospodarstwo i hodują m.in krowy, owce. Do tego ogród. Z Rumunii przychodzą do nich paczki z wyrobami domowej roboty, np z serem. I tym serem mnie poczęstowali. Był pyszny!

Wędlina też domowej roboty.

A ja w domu zrobiłam tzw steki z kalafiora, które są modne na Instagramie. Zapiekłam je z pomidorami i serem. Wyszło dobre. Zaczął się sezon na szparagi, które są w Holandii jednym z flagowych warzyw. W Jumbo była na nie promocja, więc kupiłam dwie paczki i ugotowałam zupę krem. Rewelacja!

Mój brat z żoną pojechali na urlop do Polski. Zgodziłam się zaopiekować Skalpelem, czyli ich kotem. Mały terrorysta nauczył się otwierać drzwi do salonu, gdzie latały moje dwie papużki. Byłam w pracy. Po powrocie znalazłam tylko jedną w klatce. Bezpieczną. Samiczka została niestety pożarta przez małego potwora. Na strychu leżał sam łepek. Koszmar. Myślałam, że zawału dostanę. Wiem, że koty polują. Miałam kiedyś dachowca i przynosił mi do domu „prezenty”. Ale niestety Skalpelowi nie wybaczę, bo jednak bardziej lubię ptaki. Jutro jadę po dwie faliste, żeby ocalały samczyk miał towarzystwo. Będę pilnować, jak oka w głowie, póki kot jest jeszcze u nas.

A w Actionie pojawiły się żele pod prysznic Chupa Chups. Jestem wierna marce Sanex, ale jeden zapach lizaka kupiłam.

Do następnego 🙂