POSIŁKI W HOTELOWEJ RESTAURACJI

Zanim napiszę konkretniej, co jedliśmy, przypomnę, że cały czas chodzi o Tunezję. Wpis o naszym urlopie podzieliłam na kilka części, bo uważam, że jest o czym pisać mimo, że nie było to typowe zwiedzanie włóczykija. Tym razem będzie o jedzeniu.

Jest to ciekawy temat a i ja sama byłam ciekawa, co będę mogła spróbować. Trochę czytałam w internecie czego się spodziewać. Nie boję się nowych smaków. To znaczy, nie zjem dosłownie wszystkiego, ale jak mi np posiłek z talerza nie ucieka, to z chęcią spróbuję:) Kuchnia tunezyjska kojarzyła mi się z ostrymi potrawami i bardzo słodkimi deserami. I tu było moje zdziwienie, bo wcale nie było bardzo ostro i słodko. Lepiej dla mnie, za pikantnym nie przepadam. Czytałam za to komentarze innych hotelowych gości i jeśli narzekali na dania, to dlatego, że nie były dość gorące, a w zasadzie były chłodne. Europejczycy (np Polacy) są raczej przyzwyczajeni do ciepłego jedzenia. Wiadomo, klimat, czasem ostre zimy. Mnie za to w ogóle nie zdziwiło, że np ryż z warzywami był niemal zimny. Nie wiem, czy chciałabym w takim klimacie (mimo, że była na sali klimatyzacja) spożywać codziennie gorące posiłki… Chyba bym padła. I nie, nie było to niesmaczne. Wręcz przeciwnie: dobrze doprawione tamtejszymi przyprawami i ziołami, miało ciekawy smak. Zresztą na każdym stoliku stały dodatkowo sól i pieprz. I nie dziwię się Tunezyjczykom, że podawali jedzenie na chłodno. Ja to rozumiem. I rozumiem też, że jeśli jestem w innym kraju, to po części do pewnych rzeczy trzeba się dostosować. Zjadłam tylko jedno gorące danie. Była to zupa minestrone, do tego piekielnie pikantna. To był błąd, bo myślałam że mi przełyk wypali.

Zacznę od śniadań. Podawane były od 6:00 do 10:00. Najlepsza pora, to około 7:00, ponieważ wtedy była jeszcze garstka gości i można było w spokoju wybierać to, na co ma się ochotę. Co można było zjeść? Np wędliny, sery, jajka na twardo, omlety z samym serem, lub dodatkami (zdjęcie główne), smaczne jogurty, dodatki typu: kapary, oliwki, papryczki, pomidory smażone, cebula czy sosy jogurtowe. Kawa bardzo smaczna. Woda rano była z dystrybutora, ale zimna i świeża. Na wieczór niestety po prostu kisła, dlatego kelnerzy podawali wodę butelkową.

Za te białe sery dałabym się pokroić 😋

Pieczywo było bardzo dobre i ogromny wybór. Mnie przypadły do gustu ciemne rogale. Innym pysznym zaskoczeniem były sporych rozmiarów rogale na słodko. Ich nadzienie przypominało w konsystencji marcepan, ale to nie był on. Do tego chyba powidła (wydawało mi się że śliwkowe) i posypka z orzechów. To było niebo w gębie!

Zapomniałam! Jeszcze polewa czekoladowa 🙂

Od 12:30 do 14:00 był lunch. To był taki przedsmak kolacji. Muszę wspomnieć, że śniadanie nie było aż tak „na bogato” jak kolacja, co zazwyczaj powinno być odwrotnie: kolacja powinna być lekkostrawna. Przynajmniej dietetycy tak mówią 🙂 Kolacja zaś, to uczta. Kurczaki na kilka sposobów, duszone mięso lub smażone na bieżąco ryby. Mnóstwo owoców i desery. Do tego wino, piwo lub woda.

Bardzo smakowały mi warzywa duszone. Te na zdjęciu poniżej, to chyba mój ulubieniec. Smakowały, jak duszona żółta cukinia. Do tego idealnie doprawiona 🙂

Desery, to małe dzieła sztuki. Nie jadam dużo słodyczy, ale tam codziennie próbowałam innego ciacha i nie żałuję. Nie były one przesadnie słodkie i mdłe. Wręcz przeciwnie. Zresztą można się było najeść oczami.

Na koniec coś, czego nie spróbowałam a bardzo żałuję. Po posiłku, gdy wychodziliśmy już z restauracji, zobaczyłam dziwną breję. Nazwa kompletnie nic mi nie mówiła. Potem dowiedziałam się, że to zupa z juty- glonu morskiego. Nie chciałam się już wracać, bo skończyliśmy jeść. Szkoda, że jej od razu nie zobaczyłam, bo na pewno bym trochę z ciekawości na talerz nałożyła.

Wygląda „zachęcająco” 🙂

Ogólnie było smacznie i ciekawie. Następny wpis zrobię o roślinach, które tam widziałam. Do następnego 🙂

Dodaj komentarz