Kwiecień był raczej intensywnym miesiącem. Zaczęłam z dobrymi znajomymi jeździć rowerem i odkrywać zakamarki miasteczka, w pracy zaczął się zbiór pomidorów a w naszym domu doszło do morderstwa. Ale po kolei…
Mamy już ścinkę pomidorów a co za tym idzie, wreszcie nie muszę kupować tych warzyw, przynoszę sobie z pracy i tylko one mi smakują. Sąsiedzi dostali już po dwa pudełka. Niestety okazało się, że mamy jednak wirusa, który niszczy rośliny. Szefostwo zastanawiało się na likwidacją uprawy i sadzeniem plantów od nowa. Na razie jednak wycięte będą tylko zakażone rośliny i posadzone w tych miejscach nowe. Czekamy co będzie dalej.

Sezon na tulipany był w pełni. U mnie w ogródku za to wyrósł i zakwitł tylko jeden tulipan. Jeden! Co za żenada! Za to w wazonie miałam bukiet żółtych kwiatów poprzetykanych gałązkami jaśminu, na którym (o dziwo) mszycy jeszcze nie widziałam. I mam nadzieję, że nie zobaczę.


Miałam kiedyś nasiona niezapominajki. Posadziłam je w doniczkach w ogrodzie. Musiały się gdzieś potem wynieść, bo kilka roślinek wyrosło mi przed domem. Nie usunęłam, niech sobie rosną.

Pogoda kwietniowa w większości była do bani. Tzn lubię deszcz, ale czasem już miałam dość. Nie dość, że lało, wiało, to nawet ze dwa razy przymroziło i było po prostu zimno. Jednak pewnej soboty wyszło słońce i zrobiło się naprawdę wiosenno – letnio. Pojechałam więc na przejażdżkę rowerową do znajomych. Są od nas trochę starsi, więc można z nimi fajnie czas spędzić i pogadać na różne tematy. Panu Mężowi się nie chciało jechać. Zrobiliśmy sporo kilometrów.


Spotkaliśmy też młodych chłopaków, którzy spędzali czas łowiąc ryby. Zachowywali się kulturalnie i zapozowali mi do zdjęcia. Byłam ciekawa, jak im połów idzie, ale nie chciałam im gitary zawracać pytaniami.

Po przejażdżce wstąpiłam do znajomych do domu. Mieszkają w agencyjnym domu razem z parą z Rumunii. Dogadują się dobrze, bo Rumuni są w porządku, spokojni, kulturalni i mili. Rozmawiają po angielsku. Miałam okazję ich poznać i przekonać się, że nie wszyscy są porąbani. Opowiadali, że mieszkają blisko zamku Draculi i nawet nas do siebie zaprosili. Mają swoje gospodarstwo i hodują m.in krowy, owce. Do tego ogród. Z Rumunii przychodzą do nich paczki z wyrobami domowej roboty, np z serem. I tym serem mnie poczęstowali. Był pyszny!

A ja w domu zrobiłam tzw steki z kalafiora, które są modne na Instagramie. Zapiekłam je z pomidorami i serem. Wyszło dobre. Zaczął się sezon na szparagi, które są w Holandii jednym z flagowych warzyw. W Jumbo była na nie promocja, więc kupiłam dwie paczki i ugotowałam zupę krem. Rewelacja!


Mój brat z żoną pojechali na urlop do Polski. Zgodziłam się zaopiekować Skalpelem, czyli ich kotem. Mały terrorysta nauczył się otwierać drzwi do salonu, gdzie latały moje dwie papużki. Byłam w pracy. Po powrocie znalazłam tylko jedną w klatce. Bezpieczną. Samiczka została niestety pożarta przez małego potwora. Na strychu leżał sam łepek. Koszmar. Myślałam, że zawału dostanę. Wiem, że koty polują. Miałam kiedyś dachowca i przynosił mi do domu „prezenty”. Ale niestety Skalpelowi nie wybaczę, bo jednak bardziej lubię ptaki. Jutro jadę po dwie faliste, żeby ocalały samczyk miał towarzystwo. Będę pilnować, jak oka w głowie, póki kot jest jeszcze u nas.

A w Actionie pojawiły się żele pod prysznic Chupa Chups. Jestem wierna marce Sanex, ale jeden zapach lizaka kupiłam.

Do następnego 🙂
