BYŁO, MINĘŁO…

W lipcu się działo. Chodzi głównie o pracę. Czekają nas zmiany, ale po kolei. Ten wpis będzie trochę długi, bo chcę w nim zawrzeć wszystko to, co się wydarzyło. Zdjęć także będzie sporo.

Zacznę od tego, że poprzednio zapomniałam opisać dwóch rzeczy. Przypomnę, że byliśmy na najstarszym belgijskim cmentarzu w Brugii. Przejeżdżaliśmy przez dwie duże holenderskie inwestycje. Był to tunel (myślałam, że do tej pory tylko w Niemczech tak długie widziałam) i wiadukt.

Westerscheldetunnel – biegnący pod Skaldą, od Ellewoutsdijk do Terneuzen. Wiedzie nim droga N62, posiadająca dwa pasy ruchu w każdą stronę. Długość to 6,6 km, co czyni go najdłuższym w Holandii tunelem. Otwarto go po ponad 7 latach projektowania i budowania, 14 marca 2003r. Za przejazd pobierane są opłaty. Maksymalna prędkość, to 100km/h.

Widoki są bajkowe, niestety zdjęcie tego nie oddaje.

Zeelandbrug – most nad rzeką Skaldą Wschodnią, pomiędzy Zierikzee i Colijngsplaat, w prowincji Zelandia. Jego budowa rozpoczęła się w 1963r a otwarcie nastąpiło 15 grudnia 1965r. Długość wynosi 5,022m co czyni go najdłuższym mostem w kraju a w chwili otwarcia, także w Europie. Biegnie nim droga N256 i ścieżka rowerowa. O ile dobrze się orientuję, to na chwilę obecną, najdłuższy wiadukt europejski znajduje się we Francji.

Matti, czyli kot sąsiadów, chciał ze mną do pracy jechać 🙂

Parę lat temu oglądaliśmy film pt. „Sausage Party”. Jest to animowana komedia, ale tylko dla widzów dorosłych. Polecam najpierw zobaczyć trailer. A teraz Pan Mąż odkrył, że powstał serial, w którym akcja dzieje się po tym, co stało się w filmie. Tytuł to „Żarciotopia” i my to oglądamy. Nie powiem, ryje łeb, ale ubaw mamy.

Jedna z burz, które nawiedziły Zuid Holland.

A teraz taka ciekawostka. W Holandii do kupienia chyba w każdym markecie są pewne kokosowe ciastka. Okrągłe, z dziurką a smakują, jak polskie kokosanki. W paczce jest kilka sztuk, poprzekładanych białymi papierkami. I jakież było moje zdziwienie, gdy koleżanka powiedziała mi, że to nie jest papierek a masa chlebowa, która powstaje na potrzebę np opłatka kościelnego czy kolędy! Tyle, że trochę cieńsza. A ja przez tyle lat to wyrzucałam… Spróbowałam i faktycznie- czuć opłatek.

Jestem zdecydowanie team zachód słońca, ale takie wschody też cieszą oko, mimo że człowiek trochę poirytowany porannym wstawaniem. Jestem też team sowa- lubię wieczory i noce. Wstawanie rano, to dla mnie trochę mordęga.

Ale pojawienie się w sklepie w miarę wcześnie, pozwala na większy wybór przecenionych towarów. Chodzi oczywiście o market Jumbo 🙂

Galeria w Schiedam i obrazy do kupienia.

Przejdę teraz do spraw poważniejszych, czyli pracę. Pewnego dnia właściciel szklarni chciał z nami rozmawiać po pracy. Tzn z tymi osobami, które mają umowę o pracę bezpośrednio przez firmę. Ard ma już swoje lata i myślałam, że chodzi o emeryturę. Jednak nie. Powiedział, że sprzedaje firmę innej, która też posiada w okolicy pomidory, bo ma już po prostu dość. Zapewne chodzi też o wirusa i straty z nim związane. On sam jednak w firmie zostanie do emerytury. Po trzech dniach mieliśmy spotkanie z nowymi właścicielami, którzy przejmą szklarnię od grudnia. Przedstawili swoje zdanie i powiedzieli/ poprosili, żebyśmy nie odchodzili, bo wszystko zostanie po staremu, nie będzie dużych zmian a my jesteśmy potrzebni. Zgodziliśmy się, bo też jesteśmy ciekawi jak to będzie. Zawsze coś nowego 🙂 Dowiedzieliśmy się też, że sporo osób, którzy z nami pracowali i odeszli, albo zostali zwolnieni, pracują właśnie u tych nowych właścicieli. I nagle zaczęły się do nas telefony, wiadomości, że oni wiedzą o wszystkim i gdzie my teraz będziemy pracować. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to nie jest martwienie się o nas, a zwykła ciekawość i może nawet satysfakcja, że zostaliśmy na lodzie. Otóż, znamy na tyle język i mamy duże doświadczenie, że pracę łatwo byśmy znaleźli. Po drugie, niektórzy bardzo się zdziwili, że jednak nikt nas nie zwolni. A w ogóle, niech pilnują swoich nosów.

U nas zaczęły się urlopy. Koleżanka, z którą pracuję na magazynie, pierwsza ma wakacje a potem ja. Ale najpierw wolne ma Jaco, czyli Holender, szef magazynu. Gdy go nie ma, maszyny obsługuje właściciel – Ard. I tu są czasami różne problemy, bo chłop się nie zna dobrze na tym wszystkim i jeśli czasem coś poważnie walnie, to stoimy w miejscu. Wychodzimy ostatnie z pracy. Do tego potrzeba nam trzeciej dziewczyny do pomocy. Pierwsza rzuciła pracę (a znała się na ważeniu i była szybka) i poszła za chłopakiem, który wyleciał za palenie zioła w pracy. Szkoda dziewczyny, ale jej wybór. Oby nie żałowała. Druga była fryzjerką i przyjechała tu trochę zarobić. Szło jej nawet dobrze, ale zostać nie chciała. Trzecia, starsza od nas, podobno miała doświadczenie ale pracowała tylko dwa dni. Nauczyłam ją wszystkiego i nagle się nie pojawiła. Powód? Problemy ze współlokatorami w domu firmowym. Raz nawet się popłakała i wyszła na kantynę. Powód? Bo ktoś jej ukradł ciastka a okazało się, że je zgubiła. Do tego nie wchodziła niemal do kuchni, jadła w pokoju a zmywała w umywalce w łazience! Zawsze coś. Dostałyśmy do przyuczenia kolejną dziewczynę. Jest tak powolna, zero życia w niej, że nie wiem jak sobie poradzimy we dwie, gdy koleżanka pojedzie na urlop. A potem, gdy ja wezmę wolne, jak one sobie poradzą? Stwierdziłam, że zombie się szybciej rusza niż ona. Na sortowni, na wadze trzeba mieć ruchy, puste wózki są potrzebne i pełne palety. Potrzeba osoby, która myśli, nie jest roztrzepana i powolna. Niestety nowa posiada te cechy. Pożyjemy, zobaczymy. Najwyżej będę kończyła pracę o godzinie 67:120.

Kwiaty od sąsiadki za pomidory 🙂

Pojechaliśmy wreszcie nad morze ze znajomymi. Trochę dalej, bo około 20 km od naszego miasta. Byliśmy już tam kilka razy. Tym razem zaprowadzili nas w inne miejsce. Szliśmy plażą aż doszliśmy do skał.

Najpierw był odpływ i można było znaleźć mnóstwo ładnych muszelek a także pancerzyków krabów.

Po skałach (raczej kwadratowe głazy) można było chodzić. Należało jednak uważać, żeby nie spaść. Oddzielały morze od powstałego „jeziorka” po przypływie. Im bliżej morskiej wody, tym były wyższe. Wpadnięcie groziło nawet połamaniem i zaklinowaniem. A zbliżał się przypływ.

Było wtedy około 30° i pluskanie się w zimnych falach przyniosło ulgę ale też spalone ramiona. To był fajny dzień, ale wróciłam z plażowania umordowana i jak zwykle w kilogramie piasku.

Widok z wydm

Do następnego 🙂

Dodaj komentarz