Zapewne pisałam już wcześniej o sklepie tureckim, który znajduje się w Hellevoetsluis. Zapewne pisałam też, że często robię tam zakupy i że są tam zawsze świeże owoce i warzywa. Jarzyny, które kupuję w większej ilości, mrożę i mam do zupy. Teraz ten sklep się zmienił.
Kiedyś, gdy dopiero zamieszkałam w Hellevoetsluis, Turek- właściciel sklepu (dobrze mówiący po polsku) prowadził zwykły turecki sklepik. Mimo to, miał tam sporo polskich produktów. Plus oczywiście kebab. Potem, na przeciwko, inny Turek otworzył typowy polski market. Obydwa interesy dobrze prosperują a mój ulubiony turecki sklepik rozrósł się do poważnych rozmiarów. Nadal znajdują się przed wejściem kosze z owocami i warzywami, które ukryte są pod parasolami.

Gdy się tu wejdzie, oczy cieszą się ogromną ilością kolorów i rodzajów chociażby papryk. Ceny są niższe, niż w marketach holenderskich, no i świeżość tutaj ma ogromne znaczenie, bo na przykład zioła w doniczkach, czy pęczki koperku albo natki pietruszki, są regularnie pryskane wodą, żeby nie zeschły się. Na przeciwko warzyw, są kosze z owocami. Wiadomo: kilka rodzajów jabłek, gruszki, truskawki, ogromne kulki winogron, ale też melony, arbuzy czy kokosy.

W sklepie zmieniło się dużo. Przede wszystkim wielkość. Jest kilka alejek i dwie kasy z taśmą. Kebab, wiadomo, został. Doszły do tego półki z chemią, czyli np proszki kilku kilogramowe, szampony, farby i henny tureckie. Kiedyś dotrwałam w polskim sklepie szampon z Joanny miodowy. Włosy po nim miałam mega miękkie i delikatne. Niestety ponownie go nie sprowadzili i ostatnio kupiłam turecki. Nie ma tak intensywnego zapachu miodu, jak ten polski, ale może być. Musi.

Dzisiaj byłam w tym markecie oo kalafiory, bo znalazłam przepis na marynowanego w słoiku kalafiora w curry. A przetwory, to ja lubię robić i słoików też mam sporo. Skierowałam się do działu z przyprawami i suszonymi ziołami. Jest tego od groma. Curry znalazłam bez problemu, tak jak i spory słoiczek czarnego pieprzu mielonego, bo Pan Mąż lubi.

Często zaglądam do działu z produktami sypkimi. Znajdziemy tam różne kasze, ryże, kilkanaście rodzajów makaronu, grochy itp. Dodać jeszcze muszę, że to właśnie tutaj zaopatruję się w moją ulubioną zieloną herbatę. Mają duże opakowania, ale ostatnio niestety nie pojawia się ta liściasta, tylko w torebkach. Mimo to, nie kupuję nigdzie indziej. Według mnie, tutaj jest najlepsza.

W żadnym markecie nie znalazłam półek tak zapełnionych octami winnymi, sosami, oliwami z oliwek, kwasków cytrynowych czy limonkowych, jak tu.

Są też różnego rodzaju sery, mrożonki, pikle, których jeszcze nie znam, ale wyglądają ciekawie, budynie, czy zupki chińskie 🙂 Przy kasach znajduje się lodówka z deserami, ciastami i tortami. Obok pieczywo i różne pasty, krewetki, oliwki czy nadziewane papryczki.


Kupiłam też dżem. Będzie do naleśników. Do tej pory kupowałam w polskim sklepie Łowicza, bo jest naprawdę dobry. Dzisiaj spróbowałam tureckiego, malinowego. Konsystencja rzadsza i drobinki owoców. Mój werdykt? Pyszny 🙂 A obok dżemów stoi np puder pistacjowy.

Jeszcze powinnam napisać o słodyczach. Przede wszystkim nie lubię baklavy. Za słodka. Ale np batony, czy ciastka mają jakiś limit cukru. Słodyczy jest tu cała alejka. Ja zawsze wybieram wafelki w czekoladzie, czasem batony a dzisiaj paczkę malutkich, kruchych herbatników przełożonych kremem orzechowym. Niebo w gębie.



Do następnego 🙂
