Ciężko mi idzie pisanie na blogu, ale to przez TEN okres w roku, gdzie zaczyna się dużo więcej pracy przez nadchodzącą likwidację uprawy pomidora. Będę się starała coś tam naskrobać, ale nie będę ukrywała, że trochę ciężko będzie. Zaczynam pracę wcześniej niż zazwyczaj i wychodzę niemal ostatnia. Do tego dochodzą pracujące soboty.
Pisałam wcześniej, że właściciel pozbywa się swojej szklarni i przechodzi ona w posiadanie nowej firmy, która ma kilka szklarni. Mieliśmy już dwa spotkania z nowym szefem. Rozmawiał z każdym o tym, co tutaj robimy, czym się zajmujemy, co chcemy robić, itp. W miejscowości De Lier znajdują się inne szklarnie, gdzie można podnieść swoje kwalifikacje i więcej się nauczyć, a tym samym zmienić stanowisko pracy i więcej zarabiać. Podpisaliśmy już nowe kontrakty. Nowy szef pojawi się ponownie w marcu. Wtedy nastąpi kolejna rozmowa, m.in o płacach i mam zamiar zapytać się o pracę w De Lier. Nie wiem jeszcze, co mi mogą zaproponować, jestem ciekawa i chętna na zmiany.

Jestem fanką chyba najpopularniejszego ciastka w Holandii, czyli stroopwafel. Już mi się przejadł, ale to nie znaczy, że nigdy go nie tknę. Co tu dużo pisać… Jest pyszny. W Lidlu ujrzałam likier o smaku tego ciastka i kupiłam butelkę. Podejrzewam, że jest bardzo słodki i podejrzewam, że nawet tego nie wypiję. Więc raczej pojedzie ze mną do Polski.

My favorite season is when all the mosquitos are dead… Taaa, marzenie ściętej głowy… Jak ja się cieszyłam na tę jesień, że wreszcie te brzęczące gnoje nie będą przeszkadzać. Niestety co wieczór zabijamy chociaż jedną sztukę. Przed wyjściem z domu, zawsze uchylam okno w sypialni, bo lubię mieć przewietrzone. A że w Holandii jest w tym momencie nawet ciepło (około 15°, zakładam bluzę i bezrękawnik), więc zawsze jakiś komar wlezie do domu. To jest męka dla mnie. Nie chce mi się szukać po sklepach specjalnego płynu do kontaktu. Przeczekam. Ciepła pogoda pomaga też moim wrzosom przed domem, które nie lubią być przelane wodą i sobie fajnie rosną.

W tym roku Halloween wypadło we czwartek. Nie organizowałam żadnej imprezy. Stwierdziłam, że nie ma to sensu, bo i nie ma z kim się bawić a poza tym w sobotę pracowaliśmy. W samochodzie jednak akcent tego święta się znalazł. Podobnie w domu. Sąsiedzi na przeciwko zorganizowali małe party na zewnątrz i muzyka w sobotę grała niemal do 22:00. Ozdobili też dyniami i szkieletami przed domem. Dzieciaki w tym roku za to w ogóle nie chodziły za cukierkami. Trochę smutno, ale chyba nikomu się nie chciało specjalnie świętować i się bawić.




Pan Mąż wreszcie znalazł chwilę i zamontował nową szafkę w łazience. Poprzednia była metalowa i od wilgoci rdzewiała. Poza tym ciężko się ją myło. Miała zamontowane kable ze światłem, które wkładało się w pokoju obok do kontaktu. Wszystko zostało rozmontowane, przewody odcięte i zabezpieczone. Za szafką syf okropny. Żałuję, że wcześniej jej nie zmieniłam. Nowa kolorystycznie pasuje do płytek, ma półki za lustrem i kilka po bokach, ale nie posiada żadnej lampki. Kupiłam ledy na ładowanie ( trzy rodzaje oświetlenia) na Temu i Pan Mąż przyczepił je do lustra. Włącza się je na dotyk. Do tej pory sprawdzają się idealnie.

Bawiłam się też w robienie przetworów. Znalazłam jakiś przepis w internecie: ogórki, cebula, pomidory, koperek i zalewa octowa. Lubię robić weki. Tych jeszcze nie otwarłam i pierwszy raz się boję, co to mi tam wyszło… XD
Pomagaliśmy w przeprowadzce znajomym. Zmieniali mieszkanie firmowe. Ta sama miejscowość, ale inny dom. Pokój mieli z balkonem i zrobili sobie na nim dekoracje z muszelek. Było ich sporo, różnej wielkości i rodzaju. Do tego nad nimi zamontowali światło i stworzyli sobie letni klimat.



Mój salon ozdobiła kolejna roślina. Niestety nie mogę się powstrzymać i zawsze przytargam coś liściastego do domu. Tym razem upolowana w Lidlu z resztek. W weekend będzie przesadzana do nowej doniczki.


Do następnego 🙂
