JARMARK W MAASTRICHT

Od jakiegoś czasu staramy się co roku odwiedzać jakiś jarmark bożonarodzeniowy. W tym roku padło na stolicę Limburgii, czyli Maastricht. W mediach społecznościowych był bardzo chwalony, więc postanowiłam sprawdzić, czy to prawda.

O samym mieście nie będę nic pisać, bo jeszcze go nie zwiedziłam. Jest to dopiero w planach, tak jak i cała Limburgia. Skupię się na jarmarku świątecznym. Opiszę pokrótce, jak wyglądał, co było do jedzenia i ostatecznie, czy warto jechać. Wiem, że ludzie chwalą jarmarki niemieckie, ale to ten w Gdańsku wygrał rywalizację europejską. Mimo to, wiele osób narzeka na wysokie ceny potraw na polskich jarmarkach, które nijak się mają do jakości. Ja rozumiem, że jest to zarobek dla sprzedających i trzeba się liczyć z cenami z kosmosu, ale smażenie placków na starym oleju, czy podróba grzańca, to już przesada. Czytałam też o podawaniu go w papierowych lub plastikowych kubkach, gdzie np we Wiedniu są ceramiczne kubki np w kształcie buta z motywem świątecznym, za które pobierana jest kaucja i można go po prostu potem ze sobą na pamiątkę zabrać. Wiem to od koleżanki, która w stolicy Austrii była w tym roku. Dodam tylko jeszcze, że Wiedeń jej się podobał, ale już sam jarmark nie spełnił oczekiwań.

Wróćmy do Maastricht. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy to ogromny, kolorowy diabelski młyn.

Robi wrażenie, ale ja się nie zdecydowałam tam wejść po prostu ze strachu. A nawet gdybym chciała, to chyba bym zrezygnowała ze względu na długą kolejkę. Stać by mi się nie chciało i czekać, bo było naprawdę zimno.

Na jednym z drzew, zawieszone były czerwone, świecące serca, stało kilka choinek i świątecznych figurek, w tym Święty Mikołaj, z którym można było zrobić zdjęcie, a także miejsce, gdzie można było powiesić kłódki w kształcie serc z inicjałami. Specjalnie dekoracje, np w kształcie bombki czy prezentu, też były i służyły do pamiątkowej fotografii. Fotobudki też nie zabrakło.

Oblegane było także lodowisko całkiem sporych rozmiarów. A wiadomo, że to wielka atrakcja dla Holendrów, bo oni uwielbiają jazdę na łyżwach.

Przejdę teraz do budek z jedzeniem. Było ich bardzo dużo. I długie też były kolejki. Standardowo można było kupić słynne holenderskie pączki „oliebollen”, krokiety, czy frytki np z majonezem. Kupiłam porcję gorących frytek właśnie z majonezem, bo bardzo mi one smakują, gdy jem je gdzieś w plenerze. W domu zaś lubię z ketchupem. Można było jeszcze zjeść np ziemniaki w spiralkach, gofry, hamburgery i hod- dogi. Było na pewno grzane wino, ale ludzi było mnóstwo przy a la barze, a jak wcześniej wspominałam, stanie w kolejkach to nie mój sport. Zadowoliłam się wodą mineralną. Szukałam jednej potrawy, którą wybitnie lubię jeść na jarmarkach i znalazłam. Chodzi o placki ziemniaczane z pieczarkami. O ile dobrze pamiętam, to trzy sztuki kosztowały 3€ a pieczarki z cebulką i sosem (dwa rodzaje do wyboru) 7€. Do placków był gratis mus jabłkowy, z czym spotkałam się pierwszy raz i musiałam tego połączenia spróbować. Okazało się bardzo dobre. Pan Mąż sobie ten dodatek darował. Ogólnie, danie było bardzo smaczne i sycące.

Poza jarmarkiem, miasto tętniło życiem. Obok znajdują się liczne knajpki, bary i restauracje. Wszystkie przystrojone ozdobami i światełkami. Mnóstwo ludzi w środku i na zewnątrz, mimo zimna. Atmosfera fajna.

Dodam małą dygresję. Oglądając zdjęcia znajomych i nieznajomych, słuchając relacji w mediach społecznościowych, uważam, że jednak polskie jarmarki są bardziej kolorowe. Jedzenie, to osobna kwestia.

Czy warto wybrać się do Maastricht? Jeśli się mieszka blisko, to jak najbardziej. Ja drugi raz bym się nie wybrała ze względu na długą, bo ponad dwugodzinną jazdą autem. Chyba, że połączy się to ze zwiedzaniem miasta i okolic plus nocleg.

Do następnego 🙂

Dodaj komentarz