Brawo ja! Do listy przeczytanych w tym roku książek, dołączyła „Winna” autora, którego bardzo lubię. Ściślej pisząc, lubię jego thrillery i kryminały. Więc to jest moja piąta pozycja na planowanych piętnaście. Czyli jak na razie – lipa.
Książki Maxa Czornyja kupuję i czytam w ciemno, bo jeszcze żadna nie okazała się nieciekawa. Aż do tej pory… Najpierw może nakreślę o czym opowiada. Komisarz Liza Langer oraz profiler Orest Rembert dochodzą do siebie po ostatnim, tragicznym śledztwie. Niestety spokój nie jest im dany na długo. Makabryczna śmierć ponownie sprowadza ich na miejsce zbrodni. Relacje kolejnych osób niosą nieprawdopodobną wieść, że w Gdańsku pojawiło się Monstrum rodem z horroru. Czy to coś więcej niż plotka? Wiele wskazuje, że tak… Niebawem dochodzi do następnych mordów, a ofiary łączy pewien przerażający szczegół. Najgorszy koszmar właśnie stał się rzeczywistością. Langer i Rembert będą musieli zmierzyć się z czystym złem.
Zainteresowało mnie to, że akcja książki rozgrywa się w moim ulubionym polskim mieście: Gdańsku. Wiele dzieje się w opuszczonej i zniszczonej kamienicy. Tylko z pozoru pustej, bo zamieszkuje ją spora liczba ludzkiego marginesu, która gustuje m.in w narkotykach. Wszystko zaczyna się od pewnego albumu ze zdjęciami, który skrywa przerażające zdjęcia. Potem należy oczywiście ścigać zabójcę a po drodze rozwiązać kilka zagadek, które są z nim związane. I to nie morderstwa okazują się najgorsze, bo na jaw wychodzi, jak okrutne życie miał jeden z bohaterów.
Zaczynając tę książkę, wiedziałam, że jest to jedna z kilku części serii o komisarz Langer i profilerze Rembercie: „Ślepiec”, „Grób” i „Mord”.

Kiedyś nie lubiłam serii. Wolałam nowych bohaterów i kończące się historie. Zmieniłam zdanie, gdy zaczęłam czytać kryminały. Mam w tym momencie 3 ulubione serie i na tym na razie koniec. Do tej wyżej raczej nie wrócę. Chyba, że naprawdę nie będę miała co czytać, ale raczej się na to nie zanosi. Dlaczego nie sięgnę po inne części? Z dwóch powodów. Po pierwsze: nie polubiłam głównej bohaterki, czyli pani komisarz. A ja naprawdę muszę czuć sympatię do bohaterów. Zauważyłam, że w większości kryminałów, panie policjantki z wydziałów zabójstw są złośliwe, pozbawione poczucia humoru, sztywne i cyniczne. To one najczęściej wbijają szpilę swoim współpracownikom, czy partnerom. Ci natomiast nadrabiają czarnym humorem, uśmiechem czy cierpliwością. Po prostu ich da się lubić. Podobny charakter ma komisarz Katy z serii Mastertona, więc też za nią nie przepadam, ale tam za to fabuła nadrabia. Nie wiem, czy w prawdziwym życiu te kobiety pracujące w takim zawodzie też się tak zachowują…
Po drugie: właśnie fabuła, cała akcja mnie zawiodła. Zaczęło się ciekawie a skończyło… Właściwie sama nie wiem, jak to określić. W pewnym momencie było to dla mnie za bardzo poplątane, jakby wszystkie tropy, zagadki, akcję i rozmowy wrzucić do jednego gara i wylać na papier. Momentami nie wiedziałam o czym czytam. Może dlatego tak opornie szło mi pochłanianie tej pozycji, mimo że nie jest gruba?
Do następnego 🙂
