Z jednych upałów będziemy jechać do drugich. Ledwo się trochę w Holandii ochłodziło a będziemy siedzieć w Polsce w fali gorąca. Jakoś to przeżyję. Plus taki, że wiem, jakie ubrania zabrać. Ale nie wiem, kiedy dokładnie wyjedziemy. Chcemy w poniedziałek.
Muszę wszystko poprać, posprzątać dom, zmienić pościel, Pan Mąż ma sprzątanie auta na głowie i skoszenie trawy. Lubię wracać do czystego i uporządkowanego domu. Trzy dni pod rząd, pracowaliśmy krócej, bo było bardzo gorąco a to na szklarni niebezpieczne. Mimo to, nic po południu w domu nie zrobiłam, bo mi się totalnie nie chciało. Wolalam leżeć przy wentylatorze. Nawet nad morzem jeszcze nie byłam żeby się schłodzić, jak co roku. Poweru brak. Chęci brak. Zostaje mi ten weekend. O pakowaniu się jeszcze nie myślę, bo tego nie cierpię.

Moja dobra koleżanka mieszkała w zeszłym roku w domu z małżeństwem Rumunów. Oni bardzo dużo gotowali i nie raz miałam okazję coś spróbować. Koleżanka podpatrzyła u nich gołąbki, ale z kiszonej kapusty z dodatkiem słoniny. Tę kapustę można już kupić w polskim sklepie. Przyniosła mi do spróbowania. Trochę się różnią od polskich, tradycyjnych. Całkiem smaczne. Ja za to upiekłam znowu ciasto. Z budyniem i czereśniami. Wyszło pyszne.


Pan Mąż miał problem z aplikacją bankową i musieliśmy jechać do najbliższego punktu serwisowego (u nas na stałe zamknęli). Po drodze znaleźliśmy przypadkiem polską restaurację „Polka” a że był czas obiadu, to Pan Mąż chciał wejść. Zamówił rosół, który mu smakował, jak domowy, roladę w sosie a ja kawałek szynki w sosie z surówką. Było całkiem dobre. Brakowało mi tylko kompotu. Wystrój bardzo ładny, bo w łowicki wzór. Sporo emaliowanych garnków, jako ozdoba i słoneczniki na stołach. W sumie, to bardziej bar, ale przyjemny i czysty.




Obejrzałam wreszcie na Disney bajkę „Mufasa”. „Król Lew”, to moja ulubiona bajka, więc musiałam obejrzeć przygody ojca Simby. Jest tam o tym, jak poznał Rafiki i matkę Simby a także historia Skazy. Fabuła bardziej dramatyczna od pierwszej części „Króla Lwa” i oczywiście musiałam się poryczć…



Na urlop do Polski zamówiłam kilka kosmetyków, w tym zestaw nawilżający w mini wersji. Zabieram ze sobą tylko absolutnie najpotrzebniejsze rzeczy. W Lidlu natknęłam się na ubrania. Są one dobrej jakości, więc Pan Mąż ma t-shirty, spodenki i ja też.


Byliśmy jeszcze na krótkim spacerze obok gminy, bo chciałam zobaczyć mural. Albo powstał niedawno, albo ja go w ogóle wcześniej nie widziałam. W tej części miasta jest jeszcze bardziej zielono i ładniej. Wynajmowaliśmy tam mieszkanie przez trzy lata i mam sentyment do tego miejsca.




Szwagier Pana Męża ma słabość do pikantnego jedzenia i chciał spróbować tureckie przyprawy (lubi gotować) a ja je zachwalam. Więc kupiłam kilka sztuk plus sos z chilli.

Za tydzień w weekend będę w Jeleniej Górze na szkoleniu z tanatokosmetyki. Z jednej strony nie mogę się doczekać, a z drugiej wiem, że będę się stresowała. Oprócz tego chcemy tam co nieco zwiedzić, bo zaraz obok znajduje się m.in Szklarska Poręba. Teraz przez jakiś czas mnie na blogu nie będzie z wiadomych przyczyn. Potem nadrobię.

Do następnego 🙂

Obejrzałam wreszcie na Disney bajkę „Mufasa”. „Król Lew”, to moja ulubiona bajka, więc musiałam obejrzeć przygody ojca Simby. Jest tam o tym, jak poznał Rafiki i matkę Simby a także historia Skazy.
Uwielbiam wracać do tej historii. :). U nas też gorąco potwornie. Klima trochę pomaga. Pakować też się nie lubię.
PolubieniePolubione przez 2 ludzi
Czekam na wpis aż napiszesz jak kurs poszedł 😎
PolubieniePolubione przez 1 osoba
Będzie na dniach. Zrobię go osobno 🙂
PolubieniePolubienie