Będąc w Polsce obkupiłam w drogerii, ale trochę za mało, bo postanowiłam zajrzeć do internetu. Konkretnie do Notino. Mam tam już konto od dłuższego czasu i jestem zadowolona. Po dwóch dniach paczka była już u mnie.
Tak naprawdę, to interesowały mnie maski w płachcie, od których chyba już jestem uzależniona XD Jakiś czas temu, z TikToka dowiedziałam się, że one tak naprawdę… nie działają! Nie ma po nich efektów! Mówiła to jakaś pani kosmetolog. Se myślę: niemożliwe! Inna kosmetolog poleca, inna nie poleca. O co tu chodzi? One muszą dawać efekty, bo ja je widzę. Nie to, że miałam twarz pooraną zmarszczkami i nagle cud, miód i malina. Po prostu od dawna staram się dbać o skórę i na szczęście nie starzeje się szybko. Kiedy do sklepów weszły maski w płachcie, dla mnie (i nie tylko), stały się hitem i rutyną kosmetyczną. Swoją drogą „rutyna”, to ostatnio modne słowo.
A co mówi google na ten temat? Otóż maski dają efekty. Zwłaszcza w zakresie szybkiego i intensywnego nawilżenia skóry. Ich aplikacja tworzy na skórze barierę okluzyjną. Dzięki temu, głębiej wnikają składniki pielęgnujące. Intensywne nawilżenie, to najczęstszy i najszybszy efekt. Płachta zapobiega odparowywaniu wilgoci, co daje natychmiastowy efekt ujędrnienia, czyli „chok- chok” w koreańskiej pielęgnacji. Okluzja sprawia, że składniki aktywne mają więcej czasu na wchłonięcie i działają efektywniej. Dodać jeszcze do tego należy wygodę, bo nie trzeba tych masek zmywać. I chociaż się teraz czegoś sensownego dowiedziałam 🙂
I tak sobie oglądałam te maski i zrobiłam na przekór. Kupiłam 3 sztuki takich, które trzeba zmyć. One mnie zaintrygowały.

„Herbal care” polskiej firmy Farmona. Ma lekko żelową konsystencję i całkiem łatwo się zmywa. Producent obiecuje, że po użyciu jest odczuwalne i długotrwałe nawilżenie, miękka skóra i przyjemne uczucie komfortu. Zainteresowała mnie betaina, która jest w składzie. Jest to naturalny związek chemiczny, pochodna aminokwasu glicyny. Jej nazwa pochodzi od łacińskiego słowa „beta” oznaczającego buraka 🙂 Występuje naturalnie m.in w zbożach, owocach morza, szpinaku, czy burakach. Betaina pomaga w układzie krążenia, wspomaga trawienie, w kosmetyce jest ceniona za silne właściwości nawilżające. I ta maseczka jest faktycznie bombą nawilżającą. Skórę miałam odżywioną i miękką. Zatrzymam się przy betainie na dłużej i poszukam jej w maskach w płachcie. Ta fioletowa maska była gratisem.
Krem „Christian Laurent”

Nie znałam tej marki. To znaczy, widziałam produkty gdzieś w internecie, ale pierwszy raz coś kupiłam. Szukałam kremu rozświetlającego z drobinkami. Kiedyś firma Soraya produkowała krem nawilżający ze złotymi drobinkami. Uwielbiałam go. I już pyk! Nie ma. Szukam zamiennika. Postanowiłam nabyć ten. No cóż… Drobinek brak, ma (jak dla mnie) za ciężką konsystencję i będzie mi raczej służył na noc. Świeci się jedynie opakowanie. A producent nazywa ten krem luksusowo- diamentowy, który ma odmładzać. Podobno zawiera pył diamentowy, złoto, peptydy, platynę, która ma wyrównywać koloryt skóry i resveratrol – jeden z najbardziej skutecznych antyoksydantów. Dobrze, że nie był drogi, ale więcej nie kupię. Nie o taki krem mi chodziło
Mini set z propolisem „Someby Mi”

Tej firmy też nie znam. Uwielbiam miód w kosmetyce, więc skusiłam się i na propolis. A że wolę testować miniatury, zanim coś mi się spodoba i zobaczę efekt, więc nabyłam te miniatury. W skład wchodzi serum ochronne, krem rozświetlający, tonik i olejek do mycia twarzy. Do tej pory użyłam tylko serum. Czy jakiś efekt był? Nie wiem. Nie zauważyłam. Następnym razem skorzystam z całości. Kosmetyki są koreańskie i idealne w podróży.
Płatki żelowe pod oczy

Uwielbiam je nakładać. Używałam już różnych. Influencerki prześcigają się w reklamowaniu tych idealnych. Ja uważam, że chyba każde są warte uwagi i różnych można używać w zależności od potrzeb. Byle regularnie. Tańsze, droższe – jeden ciul tak naprawdę. Tym razem kupiłam takie z czarną perłą i złotem. Są niemal czarnego koloru i dosyć grube. Trzymają się dobrze i dobrze nawilżają. Potem warto nałożyć krem i robota zrobiona 🙂
Kremy „Flos – lek”

Co tu dużo pisać. Ta polska marka to dla mnie petarda: tania i skuteczna. Chyba każdy zna. Obecnie używam tego w tubeczce. Gdy się skończy, otwieram te opakowania. Żółty będzie na dzień a zielony na noc+ warstwa wazeliny. Ten sposób praktykuję od dawna i jest rezultat.
Odżywczy krem „Lirene”

Tę markę też bardzo lubię. Chyba nigdy się nie zawiodłam. Ich podkładu używam od bardzo dawna. Producent nazywa go regenerującą bombą witaminową. Krem ma odżywiać i nawilżać, bo posiada unikalny kompleks ultranowoczesnej formy witaminy Duo C, która w połączeniu z wit E wielowymiarowo chroni młodość skóry. No, epicki opis na opakowaniu. Mamy tu aktywną formę lipofilową, która działa odmladzajaco i rozświetla skórę. Niweluje negatywne skutki promieniowania UV. Stabilna wit C zamknięta w liposomach, dociera głęboko do warstw skóry. Ogólnie rzecz biorąc – krem jest koloru białego z pomarańczowymi kuleczkami. Ma lekko cytrusowy zapach i równie lekką konsystencję. Używałam na noc. Skóra była miękka i nawilżona. Można kupić, bo jak wiadomo, to co z wit C, jest zawsze dobre dla twarzy.
Ulubiona maska

Jeśli są inne maseczki, które lubię, to te bez spłukiwania, nakładane najlepiej na noc. Ta od Estee Lauder jest dla mnie fenomenalna. To już moje drugie opakowanie. Kupiłam ponownie w wersji mini, ale tylko dlatego, że tego typu masek mam kilka i chcę je zużyć a nie mogłam się powstrzymać żeby tej znowu nie kupić. Robi glow, zmniejsza pory i nawilża. Nakładam na noc.
Podkład

Marka Eveline ostatnio jest bardzo chwalona. Nie przypominam sobie żebym wcześniej miała od niej jakiś kosmetyk. Mam cerę mieszaną. Świeci się już po pół godzinie, jak psu jajca. Nie używam jednego podkładu. Miksuję dwa różne. Tym razem skusiłam się na Eveline i kupiłam podkład w jasnym odcieniu, który mieszam z ciemniejszym z firmy Lirene. Nadal się świecę, ale skóra dobrze wygląda.

Do następnego 🙂
