HISTORIA PANI K.

To będzie inny wpis. To będzie wpis o zachowaniu pewnej dziewczyny, która z nami pracowała. Doszłam do wniosku, że co jakiś czas będę pisała o ludziach, z którymi miałam styczność, bo niektóre historie nadają się na książkę.

Wspominałam już kilka razy, że pracuję w większości z Polakami. Niestety. Niestety, bo to co potrafią odwalać, to czasami przechodzi ludzkie pojęcie. Też jestem Polką i też nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Ale powiedzenie „jeśli Polak za granicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł” nie wzięło się znikąd. A wiem co piszę, bo wiele widziałam… Niektóre historie związane z rodakami warte są tutaj opisania, bo chcę, żeby inni wiedzieli jak się nie zachowywać i na co uważać.

W zeszłym roku pojawiła się u nas nowa osoba- K. Niewiele starsza ode mnie blondynka, wydawała się całkiem ogarnięta i sympatyczna. Szybko się uczyła, zbiór pomidora szedł jej dobrze. Na tyle, że wylądowała ze mną na sortowni. Nauczyłam ją wszystkiego. Pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy coś zrobiła źle i zapytana o to, wyjaśniła że ja jej czegoś nie wytłumaczyłam, nie powiedziałam. Jestem dobra w swojej robocie i wiem, co mam przekazać i wiem, że szef jej nie uwierzył. Zresztą rozmawiałam z nim o tym i stwierdził żeby to olać i się nie odzywać. Ok, tak zrobiłam. Kolejny zgrzyt, to jej gadulstwo. Robota się w rękach paliła a ona wtedy miała najwięcej do powiedzenia. Najczęściej o swoich rzekomych chorobach. Dobrym słuchaczem i doradcą nie jestem, poza tym nie mam czasu na takie rozmowy. Po jakimś czasie K. chyba za bardzo myślała o niebieskich migdałach, bo na sortowni ledwo ogarniała temat. Im więcej pracy, tym większy bajzel wokół niej. Nie wspomnę o tym, jaki miała system sprzątania: wszystko odwrotnie a przecież pracuje się tak, żeby nie dodawać sobie i innym roboty. K. wróciła z powrotem na zbiór, bo nie było czasu tłumaczyć jej poraz drugi jak się pracuje na magazynie.

Po jakimś czasie K. przyprowadziła do nas swoją siostrę- D. Charaktery podobne i dodatkowo obydwie lubiły siedzieć na dworze na fajce i komentować wszystko. D. zawsze starała się być dla wszystkich tak bardzo uprzejma, że na kilometr zalatywało lizusem. Z daleka od takich, bo zawsze mają w tym jakiś interes. Obie siostry pracowały, kłóciły się ze sobą i notorycznie były chore. Przynajmniej raz w tygodniu. Kończył się sezon i nagle K. zniknęła. Po prostu nie przyszła do pracy. Dlaczego? Bo nagle zapragnęła wrócić do poprzedniej firmy, o której miała jak najgorsze zdanie i dlatego wolała naszą szklarnię. Jej siostra poinformowała nas, że K. już nie wróci i czeka na sygnał ze starej firmy, od kiedy ma zacząć. D. z nami została. Nie minęły dwa tygodnie, gdy dowiedzieliśmy się, że K. została na lodzie. Dlaczego? Bo jednak miejsc pracy nie ma. Postanowiła więc zająć się sprzątaniem holenderskich domów. Miała nawet dostać skuter, żeby łatwiej jej było dojeżdżać do pracy. Taaaa… I laptopa i komórkę też. Była na sprzątaniu może dwóch domów i zaległa na kanapie. Dlaczego? Ofert brak. Jej siostra pojechała na urlop do Polski a my czekaliśmy na nowy sezon.

I wtedy się zaczęło. K. ocknęła się z marazmu i chciała do nas wrócić. Bo nie ma pracy, bo nie ma pieniędzy, bo już ma zaległości w opłaceniu pokoju, chodziła po znajomych pożyczać papierosy i kawę. Pisała do wielu osób smsy i na messengerze, żeby zapytały się naszego szefa, czy może zacząć pracę. Szef na to, że nie. Odeszła bez słowa, po prostu wypięła się na nas i teraz chce kolejną szansę? Jak to tak? Doszło do tego, że K. przyjeżdżała rowerem (mieszkała blisko) pod szklarnię i płakała i błagała o powrót. Obiecywała zmianę. Okazało się, że jej siostra D. już nie wraca, więc szef dał jednak K. szansę. Ostatnią. Warunek: dobrze pracuje i nie choruje. Zarzekała się, że tak będzie. W kwietniu tego roku wróciła. Chyba zapomniała jak się pracuje, bo szło jej opornie. Dostała kilka upomnień i wróciła na odpowiednie tory. Minęły może dwa tygodnie i K. zachorowała na tydzień. Coś z nogą. U lekarza była. Ok, niech się wykuruje i wraca. Wróciła i następne dwa poniedziałki olała. Nie odbierała telefonów Kolejnej szansy już nie było. Dostała wiadomość, że może już nie wracać. Pracy dla niej u nas nie ma. Nagle się obudziła i znowu atak smsowy i telefoniczny. Nawet jej facet dzwonił. Wniosek? Obydwoje bezczelni i niewychowani. Okazało się, że K. w niedzielę grillowała ze znajomymi i nie była w stanie się podnieść z łóżka, żeby w poniedziałek stawić się w pracy. Dziewczyna do końca nie wytrzeźwiała najwidoczniej, bo na jej profilu facebookowym pojawił się taki oto „dramatyczny” wpis:

Pozwoliłam sobie wkleić ten apel, bo dziewczynę najwyraźniej poniosło. Ciężko trochę zrozumieć, co tam napisała. Wyjaśnię, że chodzi o to, że traktuje pracę u nas jak Auschwitz. Nie zgodzę się z tym, bo szef obchodzi się często z ludźmi jak z jajkami. A wierzcie mi, że niektórym przydała by się musztra. Myślą, jak za PRL-u: czy się stoi, czy się leży – 1500 się należy. Nie, to tak nie działa. Jest przecież praca do wykonania, czas leci i trzeba ją zrobić. Po drugie, jeśli ktoś porównuje pracę w Holandii do obozu koncentracyjnego, to polecam posłuchać podcasty na ten temat. Jak można porównywać w ogóle cierpienie tysięcy osób do swojego lenistwa i humorów?! K. w swoim wpisie opowiada też, że tylko norma i norma. Z tą normą u nas jest tak, że taki pełen wózek pomidorów można spokojnie naciąć „z palcem w dupie”. On sobie sam jedzie a ty tylko idziesz. Nie ma wymogu biegania, ścigania się, bo czas itp. To jest prosta praca. K. bez problemu dawała radę. Nagle już miała z tym problem. Napisała też, że była lojalna i uczciwa. Nie, nie była. Wystawiała nas nie raz do wiatru, gdy potrzeba było rąk do pracy. Pierwsza wypłata i już choroba.

To jest tylko skrót tego, co się działo. Ja rozumiem, że nie każdy się nadaje do pracy w szklarni. U nas szef przeprowadza wywiad z nowymi ludźmi. Mówi o wszystkim. Chcesz pracować? Ok. Nie dajesz rady? Ok, szukaj innej posady. Ale jak już u nas zostajesz, to nie kręć, nie wydurniaj się. Pracuj. Uważam, że na szklarni można łatwo zarobić pieniądze. Nie potrzeba tu wysokich kwalifikacji, ukończonych studiów. Wystarczy, że się nauczysz tej pracy i już jakoś leci. Podwyżki też są. Często przychodzą do nas ludzie, którzy są poszukiwani przez policję, bez dowodów osobistych, bez możliwości powrotu do Polski. I też młodzi, którzy stawiają pierwsze kroki w Holandii. I te dwie grupy najczęściej myślą, że im się należy na start porządna pensja, mają swoje wymagania i kombinują jak zarobić a się nie narobić. Nieeee, to tak nie działa.

Zastanawia mnie jedno: czy w Polsce też tak zaczynają pracę… Czy też uważają, że im się wszystko należy za nic. I jeszcze jedno. K. chyba stwierdziła, że trochę za daleko się posunęła, bo usunęła wpis. Ale w internecie przecież nic nie ginie.

Do następnego 🙂

2 myśli na temat “HISTORIA PANI K.

  1. Ja miałam w pracy taka Anetę. 7 rano a ona już śpiewa chórki „aleee mi się nie chce…”. Zapytałam ją czemu nie pójdzie do takiej pracy, która chce wykonywać. „ale ja nie lubię żadnej pracy”. I tyle w temacie. Co zaś to narzekania Polaków jaka Holandia i Holendrzy źli… Kilkanaście lat temu byłam na praktykach studenckich w szklarni w nl. Razem z koleżanką że studiów. Izą. Dowiedziałam się z Polski, że nasza koleżanka z grupy zginęła podczas praktyk w Anglii. Wjechali samochodem pod tira. Nie wiadomo kiedy pogrzeb. Do końca praktyk jeszcze półtora miesiąca. Mówię Izie, że Karolina nie żyje. „jaka Karolina?”. Kolejnego dnia w pracy robiła sceny, że jej najlepsza przyjaciółka nie żyje. Płakała. Robiła teatrzyk. Iza nienawidziła Karoliny. Robiła jej przy każdej okazji problemy. Ale dla widowni holenderskiej, Iza straciła najbliższą na świecie osobę. Przyszedł do mnie więc szef. „słyszałem co się stało, jeśli potrzebujesz jechać do Polski to ja to rozumiem.” powiedziałam, że nie wiem ile trwa sprowadzanie ciała i że raczej nie pojadę na pogrzeb bo mogę na cmentarz iść później, a do kościoła i tak nie chodzę. Gdy wróciliśmy do Polski, koleżanki że studiów mówiły mi jakiego to chuja za szefa miałyśmy bo nie puścił nas na pogrzeb Karoliny. Bo tak Iza wszystkim powiedziała. Więc ja nie wierzę, jak polak mówi, że holenderski szef to menda. Bo takiego jeszcze nie spotkałam.

    Polubienie

Dodaj odpowiedź do polskiwiatrak Anuluj pisanie odpowiedzi