BYŁO, MINĘŁO…

Marzec, to był urlop, na który czekałam. Około półtora roku temu byliśmy w Polsce i teraz kolejny raz trzeba było się tam pojawić i spotkać z rodziną. Nie był to przymus, czy załatwianie pilnych spraw. Chodziło o kościelną i rodzinną uroczystość.

Początek marca, to pojawienie się w supermarketach ogromnych ilości czekoladowych jaj i jajeczek. Te największe robiły wrażenie, ale dla mnie to za dużo czekolady i cukru. Tylko wygląd mi się podobał.

Poranne mgły też robiły wrażenie. Tutaj, w Holandii to normalne i lubię to zjawisko pogodowe. Od razu przypominają mi się horrory 🙂

Ulica nad kanałem.

Pojawiły się też pierwsze wiosenne żonkile. Byliśmy zajrzeć do domku letniskowego koleżanki, sprawdzić czy wszystko ok. Na drodze rozstawiły się białe gęsi. Oprócz nich spacerują też kury i koguty. Trzeba uważać, żeby towarzystwa nie rozjechać. Robiłam zdjęcia kwiatom i nagle usłyszałam donośne gęganie. Podniosłam wzrok wystraszona. Przede mną, za drewnianym ogrodzeniem stał ogromny gęsior. Strach wejść na tak strzeżoną posesję. Wiem, że zwykłe białe gąski potrafią szczypać a taki okaz to już na pewno by pogonił.

Był naprawdę duży.

Niemal na przeciwko naszego domu znajduje się supermarket, który ostatnio zmienił nazwę i co za tym idzie, wygląd w środku. Muszę przyznać, że niezbyt teraz podoba mi się asortyment. Byłam tam dopiero tylko raz. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to świeża czerwona papryka na sztuki, ale… każda opakowana w folię. Holandia dba o środowisko, przywiązuje się tu ogromną wagę do sortowania śmieci. Natomiast ja nie rozumiem producentów, którzy wpychają konsumentom towar razem z ogromną ilością śmieci. Dlatego warzywa kupuję u Turka, gdzie są lepszej jakości i bez tych wszystkich folii.

Do Polski pojechaliśmy, bo miałam zostać chrzestną. Był tylko problem z naszym ślubem. Mamy „tylko” cywilny a księża niechętnie dopuszczają takie osoby do chrztu. Już coś na ten temat wiemy, bo Pan Mąż już kiedyś miał zostać ojcem chrzestnym i dlatego zgłosił się do księdza z naszej parafii. Tego, który nas zna od dziecka, udzielał nam komunii i bierzmowania. Miał wystawić dwa papierki: ze spowiedzi i że było się u bierzmowania. Nie zrobił tego, bo według niego nasz ślub, to nie ślub. Więc niech się cmoknie. Kościelnego nigdy nie weźmiemy i do kościoła też nie chodzimy. Teraz był wyjątek. A że mamy internet i wszystko można kupić, więc zostały załatwione odpowiednie papierki i jest chrzestnym. Ja teraz zrobiłam to samo. A jeszcze zaznaczę, że nie ma nigdzie zapisu, że osoba tylko po ślubie cywilnym nie może być chrzestnym. Może. Może być też nim rozwodnik. Te głupie wymogi, to wymysły księży. Dla chrześnicy zamówiłam m.in pozytywkę z baletnicą i grawerem. Niestety przegapiłam dostawę i paczka wróciła. Napisałam do firmy maila o ponowne jej przesłanie. Odpisali i wysłali. Wyjechaliśmy do Polski dzień później. A tam przywitało nas domowe jedzenie i pierwsze ozdoby wielkanocne. Jak to dobrze nie musieć czasem gotować 🙂

Oczywiście z Polski przywieźliśmy dużo dobrego domowego jedzenia. Byliśmy też m.in w Częstochowie w restauracji po Kuchennych Rewolucjach o czym wcześniej pisałam. Wracając dorwały nas takie chmury, a że lubię robić zdjęcia i lubię cmentarze, to zrobiłam:

Buszowałam też po marketach Biedronka, Netto i Dino. W tym ostatnim znalazłam takie pyszne czekolady. Będę jeść na raty.

Pojechaliśmy też na lokalny czwartkowy rynek. Jest wtedy mniej ubrań, a więcej warzyw, owoców, pchli targ, rzeczy do domu, roślin, kwiatów, swojskich wyrobów i tego typu rzeczy. Natrafiłam na stragan z ogromną ilością przypraw, ziół suszonych, oliwy, itp. Holenderskie przyprawy nie są intensywne, a te w polskich sklepach należą do droższych. Na rynku kupiłam co potrzeba.

Nie mogliśmy pominąć stoisk ze słodyczami, bo Pan Mąż lubi np cukierki Michałki. Paczki przyjechały z nami.

Mój tata u dziadka (swojego ojca) wypalał suche gałęzie na łące za domem. Czyścił wszystko z krzaków, martwych drzew, patyków, itp. Nie dało się nie skorzystać i nie upiec kilka kiełbasek.

Lubię jeździć autem, gdy jest ciemno. Najlepiej przez zadupia, a jeszcze lepiej, gdy po obu stronach jest ciemny las. Powiedziałam Panu Mężowi, żeby wysiadł i zrobił zdjęcie. Nie chciał. Sama więc zrobiłam. Fajny jest dreszczyk strachu. Trzeba było uważać, bo sarenki biegały nawet po ulicy między domami. Szkoda potrącić zwierzaka i szkoda auta. Prędzej z lasu wyskoczy dzik niż seryjny morderca.

Na święta w Polsce nie zostaliśmy. Trzeba było wracać. Z jednej strony cieszyłam się, że wreszcie będziemy w swoich czterech ścianach. Droga była długa i wymagała od nas drzemki na parkingu. Mieliśmy w planach ostatni weekend urlopu spędzić w Ardenach. Nie udało się, bo po prostu nie mieliśmy weny i siły na kolejną jazdę. Woleliśmy odpocząć. Ardeny mimo to czekają a my czekamy na lepszą pogodę. Tutaj wieje i leje.

Wrocław i most nad Odrą.

Dodaj komentarz