Po wizycie w Schiedam, udaliśmy się załatwiać sprawy do Rotterdamu. Auto zaparkowaliśmy w jednym miejscu i udaliśmy się pieszo tu i tam. Kilometrów nawaliliśmy, więc poczuliśmy się głodni…
Widziałam już wcześniej tę restaurację i nawet obserwuję jej profil na Facebooku. Mieliśmy ochotę na typowy polski obiad a tam zawsze jest zupa i kilka pozycji na drugie danie. Weszliśmy więc do środka, klienci byli. Skierowaliśmy się prosto do bemarów.

Do wyboru były: ziemniaki, schabowy pod serową pierzynką, kurczak w sosie kurkowym, placek po węgiersku, jakiś gulasz, mięso w sosie, fasolka szparagowa w bułce tartej, dwa rodzaje surówek i zupa- kwaśnica. Wszystko było gorące i widać, że świeże. Obsługa miła. W małej lodówce obok znajdowały się buteleczki z kompotem truskawkowym i desery, m.in mini serniczki i naleśniki z nadzieniem.


Z zupy zrezygnowaliśmy. Ja zamówiłam ziemniaki z sosem kurkowym, bo uwielbiam grzyby a do tego fasolkę. Pan Mąż wybrał ziemniaki, mięso w sosie własnym, trochę fasolki i surówkę z białej kapusty. Czy nam smakowało? Średnio. Przede wszystkim, dla nas- mało doprawione. Ja rozumiem, że zawsze można użyć dodatkowo soli i pieprzu, ale tak czy siak, danie musi mieć jakiś smak. Najlepsze były chyba ziemniaki. Sos kurkowy niestety nie zdał egzaminu. O ile kurczak i sam sos był „zjadliwy”, tak grzyby niestety gorzkie i czasem czułam piasek między zębami (!).

Pan Mąż z mięsa w sosie był raczej zadowolony, ale bardzo smaczna była surówka z białej kapusty. Na tyle dobra, że pojechała z nami do domu w towarzystwie placka po węgiersku (na wynos można tam zamawiać). Pan Mąż pochwalił gulasz, ale sam placek średnio mu smakował. Kompot najbardziej smakuje mi ze szklanki. Ten był całkiem dobry, bo niezbyt słodki i co ważne: chłodny, bo było naprawdę ciepło na zewnątrz.

Nie odmówiłam sobie deseru. Wybrałam mini sernik z dodatkiem gorzkiej czekolady i deser był najlepszy według mnie.

Co do wystroju, to mogłoby by nastąpić kilka zmian. Przydałby się obrus na stole. Nawiązując do stołów, to niestety nie na wszystkich stały przyprawy, czy serwetki. Według mnie, to ważny szczegół, bo potrawy wymagały doprawienia. Fajnym elementem są duże okna z widokiem na ulicę, przy których można zjeść. Zauważyłam, że na szerokich parapetach nadal wiosennie, czyli sporo sztucznych kwiatów a nawet były zajączki wielkanocne! To nie ten czas…

Wrzuciłam te zdjęcia na TikToka. Odezwało się mnóstwo osób z poleceniami innych restauracji polskich w Holandii z dużo lepszym jedzeniem. Było też kilka pozytywnych opinii, ale sporo ludzi jednak krytykowało bemary. Pisali, że z tymi naczyniami, to nie restauracja a bardziej bar. Jadłam w wielu miejscach z bemarów. Nigdy chyba nie było niesmacznie. Ale faktycznie- Polonia, to bardziej bar, mimo że siebie nazywają restauracją.
Do następnego 🙂
