Najwyższa pora napisać co nieco o poprzednim miesiącu. Trochę się wydarzyło, następują zmiany a ja się cieszę, że przede mną już tylko grudzień i wreszcie zacznie się nowy rok i jeszcze więcej zmian. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Przed nami, w pracy druga część przygotowania szklarni na nowe sadzonki pomidorów. Najpierw było duże sprzątanie, czyli usuwanie wszystkiego po wycince ostatnich pomidorów. To był w sumie najgorszy czas, bo praca była dosyć brudna. To znaczy, jeśli ktoś ma wprawę, wie co z czym się je, to bardzo się nie namęczy. W każdym razie, poszło szybko, bo i ekipa była (o dziwo) dosyć zgrana. Przed nami kolejna część, czyli szykowanie szklarni. Jest to już czysta praca, bo będzie np rozkładana nowa folia.

Przed likwidacją, jedna para się wykruszyła. Przez własną głupotę. Jak to zwykle wśród Polaków bywa, zawsze coś się odwali. Dziewczyna, która pracowała ze mną na magazynie w ostatnim miesiącu cięcia warzyw, wyleciała, bo nie pojawiła się ze swoim chłopakiem w pracy. Okazało się, że pokłócili się przy ciężkiej popijawie (mieszkali w hotelu pracowniczym) i doszło do bijatyki. Nie znam szczegółów, ale było podobno niebezpiecznie, bo partner chciał ją wyrzucić przez okno. Musieli opuścić hotel. Cały czas mieli kontakt z chłopakiem, który nadal z nami pracuje. Dowiedziałam się, że wygrali w kasynie (chyba internetowym) trzy tysiące euro (!). Głupi ma szczęście… Co zrobili? Zamiast szukać nowej pracy i miejsca zamieszkania, pojechali do Hagi, do hotelu na plaży. Przychodzi mi do głowy tylko drogi Grand Hotel. I tam sobie mieszkali i balowali. Forsa oczywiście szybko się skończyła a oni zostali z ręką w nocniku. Wtedy zaczęły się telefony do ludzi z pracy (naszej) z prośbą o pożyczki. Wrócili z powrotem do naszego miasta, wbili się nielegalnie do hotelu pracowniczego i tam ukrywali przez parę dni. Ostatnio usłyszałam, że znaleźli nową pracę i wynieśli się gdzieś indziej. Takie tu są mocne Polaków przygody.

Rozdałam sąsiadom skrzynki z ostatnimi w tym roku pomidorami. Dostałam od jednych za to, pojemnik z domowymi ciastkami. Na bileciku było podziękowanie i opis, że ciastka są owsiane, z rodzynkami i orzechami włoskimi. Były bardzo dobre.

Druga sąsiadka ma za to fioła na punkcie Bożego Narodzenia. Byłam u niej po odbiór paczki, którą zostawił kurier i najpierw zastałam świąteczny wieniec na drzwiach, a parę dni później mnóstwo światełek przed domem. Zapytałam się, czy inne święta też lubi. Odpowiedziała, że nie. Halloween jest amerykańskie a Wielkanoc nudna. Dla niej istnieje tylko Boże Narodzenie.

Nie powiem, udzieliła mi się trochę świąteczna atmosfera. W tym momencie wiele domów jest już ustrojonych, ale dla mnie to za wcześnie na takie rozkręcenie się przed świętami. Powiesiłam na razie tylko światełka w oknie w salonie. Zrobiło się przytulnie.

Ptaszki w ogrodzie też mają święta. Pewnej niedzieli obudziło mnie stukanie w szybę. Zobaczyłam sikorki. Nie było innego wyjścia, jak powiesić im pojemniki z ziarnem. Dwa zawisły na drzewie a trzeci został przyklejony na szybę. Znalazłam takie coś w Actionie.


Na TikToku popularne stały się filmiki, w których Amerykanki ubzdurały sobie, że słowiańskie kobiety są takie ładne i szczupłe, bo jedzą kaszę gryczaną z dodatkami. Owszem, jedzą. Bo jest pyszna i zdrowa. Owszem, z dodatkami. Ale nie z awokado i jajkiem sadzonym. U nas gości sos i ogórek kiszony. Dodajmy do tego miody, grzyby leśne, przetwory domowej roboty, zupy, potrawy treściwe, ale bez tego ogromu chemii popularnej w Stanach, to będziemy mieć dietę słowiańską 🙂 Ja też mam dietę, którą prowadzi Pan Mąż, czyli pyzy z mięsem 🙂

Moje storczyki, które zadomowiły się w łazience, miały okres spania. Zrzuciły ostatnie kwiaty i wypuszczały tylko te swoje wężowe pędy. Wreszcie zauważyłam, że zaczęły wypuszczać łodygi, na których pojawią się niebawem kwiaty.

Teraz będzie trochę o zakupach i o tym, co pojawiło się w holenderskich sklepach. Zacznę od Lidla. Dorwałam „bombonierkę”, czyli 16 czekoladek z alkoholem w kształcie butelek. Pamiętam za dzieciaka, jak się takie jadło. Jestem ciekawa, jak to smakuje. Na razie stoi i czeka.

Byłam też w Kruidvacie po syrop na kaszel. Jest to najpopularniejsza holenderska drogeria, w której chyba dziada z babą brakuje. Dlatego obejrzałam sobie trochę asortyment. Znalazłam fajne małe paletki do makijażu (idealne na podróż) i szafę z perfumetkami. Wąchałam testery. Tylko węch, a zapach czułam na sobie jeszcze długo potem. Kupiłam jedną i jestem zadowolona.


Ozdoby świąteczne też przejrzałam. Na topie są bombki w kształcie jedzenia: owoce, warzywa, hamburgery, przez ketchup po piwo.



W Xenosie (jest to sklep z dekoracjami do domu, ozdobami itp) są chyba najładniejsze ozdoby świąteczne i nie tylko.

Na uwagę zasługuje też truskawkowy komplet do łazienki, czy mini breloki z malutkim pojemnikiem z przyprawami, m.in solą i pieprzem.


Moje papugi mają swoje dziwactwa. Jedna z nich zaczęła zasypiać w kącie klatki, zamiast „po ludzku” na patyku a pozostałe dwie poszły w jej ślady:

Dorwały się też do bazylii. Najpierw okupowały szczypiorek. Kupiłam więc bazylię w Lidlu w doniczce i postawiłam na blacie kuchennym. Trochę skropiłam wodą i ptaki miały zabawę. Chętnie ją też skubały.


Lidl oferuje sporo rodzajów bułek słodkich. Miałam nawet zrobić osobny wpis na ten temat, ale pomysł gdzieś uleciał. Napiszę parę słów na temat babeczek, które często kupujemy, bo są naprawdę dobre. Zastanawiałam się nie raz, czy to typowo holenderski wyrób. I ostatnio natknęłam się na opis tego typu ciastek. Pasteis de nata, czyli wywodzące się z Portugalii ciastka w kształcie babeczek. Zrobione z ciasta francuskiego, wypełnione kremem budyniowym. Ich historia wywodzi się z lizbońskiego klasztoru hieronimitów w Belem. Produkcja tych ciastek stała się wówczas głównym źródłem dochodu dla klasztoru. Po jego likwidacji, przepis sprzedano zaufanej rodzinie, która prowadziła produkcję i sprzedaż babeczek obok klasztoru.

Pisałam wcześniej, że właściciel szklarni postanowił sprzedać swoją firmę. Od 1 grudnia mamy nowego właściciela. Dlatego w ostatni piątek listopada, Ard postanowił zaprosić nas do restauracji w ramach podziękowania za wspólne lata pracy. Było wesoło, miło, ale też trochę smutno, bo dla Arda ta firma, była jak dziecko. Wspominając ten czas, miał czasem łzy w oczach. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za pracę. Zostaje z nami do emerytury, ale nie będzie już oficjalnie szefem. Mimo to, zawsze będziemy go tak traktować. Jest naprawdę fajnym człowiekiem. Dostaliśmy też po prezencie. Chłopaki piwa belgijskie a dziewczyny po amarylisie. Plus każdy – bon na zakupy na bol.com.
W restauracji było już mnóstwo ludzi. Gdyby nie zarezerwowany stolik, to nie byłoby miejsca. Muzyka fajna, bo lata 90. Jedzenie dobre. Mogliśmy zamówić co chcemy. Podobno jest niepisana zasada, że jeśli ktoś zaprasza do restauracji, to nie wypada zamawiać najdroższych dań z karty. Zresztą, nie chciałam się też objadać na noc. Zamówiłam zupę cebulową, na deser brownie z lodami a do picia dużo wody mineralnej. Ciasto pyszne, a obok dodatkowo znajdowały się mega słodkie winogrona w likierze amaretto.

Mój amarylis znajduje się na parapecie w salonie. Muszę znaleźć jakąś fajną podstawkę dla niego w kringloopie.


Do następnego 🙂
