CO KUPIŁAM WE FRANCJI

W Holandii nie ma Carrefoura. Lubię czasem zajrzeć w Polsce do tego hipermarketu, bo często można spotkać np tanie książki. Będąc we Francji, znalazłam w mieście gdzie nocowaliśmy (Fecamp) trzy te markety. W małym wieczorem zrobiliśmy szybkie zakupy a do dużego udaliśmy się na drugi dzień.

Niektórzy (w tym też ja) tak mają, że muszą zajrzeć do sklepów w miejscach, które zwiedzają. Markety, to moje must have. Jestem ciekawa tamtejszego asortymentu. I ten duży Carrefour mnie nie zawiódł. Oczywiście nie obejrzałam wszystkiego, bo Pan Mąż już marudził. Też nie jestem fanką zakupów, ale nie mogłam sobie akurat tych darować. W dziale spożywczym widziałam mnóstwo gotowych dań w lodówkach, zupełnie jak w Holandii. Nie brakowało również francuskich naleśników. Kupiliśmy dwa udka pieczone, bo wiedzieliśmy, że wrócimy późno, więc na kolację jak znalazł. Okazały się bardzo dobre.

Sklep oferował bardzo dużo (chyba więcej niż w Polsce) produktów marki własnej, w większości chyba słodyczy. Kupiłam sobie francuskie brownie i jogurty.

Wino też włożyłam do koszyka. Mam nadzieję, że trafiłam ze smakiem. Szukałam też kawy, której nie ma w Holandii i znalazłam. Już piliśmy i jest dobra. Zapomniałam natomiast kupić sera!

No i poszłam też do działu kosmetycznego, zobaczyć co tam ciekawego mają. Znalazłam ogromny wybór szamponów i odżywek, których w Holandii nie widziałam. W Polsce chyba też nie ma.

Nie były drogie. Szampon kosztował chyba euro coś, odżywka niewiele więcej i mój wybór padł na zapach brzoskwiniowy, który jest naprawdę intensywny. Nie wiem, jak na włosach, bo jeszcze nie używałam. Muszę wykończyć aktualny kosmetyk.

Kolejna rzecz, to perfumy do włosów. Nigdy nie używałam, ale skusił mnie zapach wanilii. Byłam ciekawa, jak to radzi sobie na włosach. To z kolei raz już użyłam i to do pracy. Nie czuć typowej wanilii, jak w aromacie do ciasta. Raczej to delikatniejszy zapach i utrzymał się cały dzień, bo czułam go cały czas.

Zobaczyłam też szafę z kolorowymi kosmetykami NS. Nie znałam tej marki, ale wyczytałam w internecie, że to firma francuska. Kupiłam puder sypki.

W moje ręce wpadły też maseczki w płachcie holenderskiej firmy Sence. Bardzo je lubię i to we Francji jest ich duży wybór. Żałuję, że nie kupiłam ich więcej. Sięgnęłam za to po żel do mycia twarzy z aloesem, który okazał się żelem/ kremem bardzo nawilżającym. Dobre i to, bo aloes na szczęście bardzo lubię.

I chyba najlepsza rzecz na koniec, czyli słynne kosmetyki Le Petit Marseillais. Nie mogłam nie kupić dwóch żeli pod prysznic o cudownym migdałowym zapachu i balsamu do ciała. Aha, i wyhaczyłam też tonik do twarzy Florena i tej marki też nie znałam.

Gdy pojedziemy kolejny raz do Francji, na pewno zaopatrze się ponownie w niektóre kosmetyki i tym razem przejdę się po Carrefourze dokładniej. To były naprawdę udane zakupy.

Do następnego 🙂

2 myśli na temat “CO KUPIŁAM WE FRANCJI

  1. Mój tata mieszkał koło Marsylii. Marsylijskie mydło to jeden z towarów tak tradycyjnych jak pierniki w Toruniu. Uwielbiam te kosmetyki le petit merseilais. Można je dostać w etos, ale ceny są wysokie. Podczas tych wielu wizyt u taty zawsze kupowałam sobie cytrynowe jogurty. Kocham! Są kwaśne i naprawdę dobre. W holandii się zawiodłam bo cytrynowe jogurty są słodkie.

    Polubione przez 1 osoba

Dodaj odpowiedź do Traszka Anuluj pisanie odpowiedzi