BYŁO, MINĘŁO…

Trochę czasu mi zajęło zabranie się za ten wpis, ale to dlatego, że musiałam poukładać wydarzenia zeszłego miesiąca, bo sporo się działo. Dzisiaj zatem będzie, jak zwykle, trochę codzienności, ale też napiszę co nieco o pracy, Dniu Króla i swoim mieście. Więc zaczynam.

Na początku dodam, że wiosna w Holandii wybuchła nagle. Było jakoś tak nijako, aż nagle wszystko się zazieleniło a dookoła pojawiły się kwiaty na drzewach magnolii, które są tu na każdym kroku. Piszę to ze swojej perspektywy. Po prostu w pewnym momencie zobaczyłam, że nadeszła faktycznie ta pora roku.

W domu postanowiłam zrobić wiosenne spa moim roślinom. Wsadziłam je do wanny i polewałam wodą. Zmyłam kurz, porządnie je nawodniłam i na drugi dzień było widać, że po zimie odżyły.

W ogródku za to wyrosły i zakwitły niektóre tulipany. W zeszłym roku nie było nic. Róża się zadomowiła i cały czas pnie się ku górze. Mam nadzieję, że oplecie „drabinkę” i w przyszłym roku wypuści kwiaty.

W Wielkanoc pracowaliśmy. Sobota i poniedziałek oczywiście krócej, tylko niedziela była wolna i w ogóle nie odczułam, że są święta. Ugotowałam tylko żurek, bo dawno nie jedliśmy i jakieś jajka. Nie wyciągałam nawet ozdób wiosenno – wielkanocnych. W pracy były świąteczne słodycze i przypadł mi do gustu zając. Dawno tak dobrego ciacha nie jadłam.

Tak, jak nagle przyszła wiosna, tak nagle wyrosło mnóstwo pomidorów i zaczął się zbiór. Trzeba było zatrudnić nowych ludzi. Przyszło kilkoro Polaków, do tego sporo Rumunów i Bułgarów a także Słowaków, których bardzo lubię. Uważam, że to najsympatyczniejszy naród w Europie. Bułgarzy jakoś się zachowują (byle jak, ale jakoś), za to Rumuni oczywiście swój świat i swoje zasady. Nie dość, że głośny i krzykliwy naród, to mają w dupie to, co szef mówi. Przykład: koniec przerwy. Wszyscy się zbierają z kantyny, szef mówi do nich, że czas iść. A oni, że nie i dalej jedzą. Trzeba było im tłumaczyć, co tu wolno a czego nie. Nie ma samowolki, bo inaczej by był burdel na kółkach. Teraz już pojęli, że to prawdziwy zakład pracy a nie „róbta co chceta”. Mimo to, nadal są głośni. Na magazynie buczą maszyny, na przerwach ludzki hałas, więc, gdy wracam do domu, to muszę mieć ciszę. Za dużo bodźców.

Polacy też często coś odwalają. Jest np taka Kasia. Cicha, spokojna dziewczyna. Tak się przynajmniej wydaje. Jest bardzo szczupła, nawet wręcz chuda. Na przerwach nic nie je, tylko kopci fajki. Gdy podczas pracy szła do toalety, nie odbijała pauzy. Przy zwróceniu uwagi, odpowiadała, że ona nie musi. WTF? Mało tego, dziewczyny opowiadały, że potrafiła się nagle zatrzymać w rajce, przerwać wykonywaną czynność i stać, jak posąg patrząc się w jedno miejsce. Albo się przy tym uśmiechając, albo zupełnie bez wyrazu, z pustym wzrokiem. Przy próbie nawiązania rozmowy, zaczynała płakać. Współlokatorzy opowiadali, że w domu też nie posiadała żywności (jedynie herbatę) i potrafiła siedzieć na kanapie bez ruchu nawet i pół godziny. Albo chodzić w tę i z powrotem w nocy po schodach. A kilka razy nawet się w pracy nie pojawiła, nie podając powodu. Aktualizacja: już została zwolniona.

Hellevoetsluis – tutaj mieszkam już ponad 10 lat. Miasteczko ma port, zabytkowy wiatrak, bunkry, fort, tzw stare miasto i ogólnie jest często odwiedzane przez turystów. Wydaje się spokojnym miejscem. Ładnym miejscem. Dlatego właśnie ludźmi wstrząsnęła zbrodnia i tragedia, która się tutaj wydarzyła….

Całe miasto obiegła masakryczna wieść, że syn zabił własną matkę. A konkretniej, to po prostu  odciął jej głowę. Czy najpierw zabił a potem dokonał dekapitacji, tego nie wiem. Ciało bez głowy, znalazł partner 63-letniej kobiety. A wieczorem dnia poprzedniego, spacerowicz z psem natknął się na kałużę krwi, przed jednym z domów. Została powiadomiona policja. Po dochodzeniu, sprawcą okazał się 31- letni syn ofiary, który został zatrzymany w okolicy Delft. Poruszał się niewielkim autem. Przy zatrzymaniu, pojawił się korek, bo śledczy rozstawili na trasie parawan. Dlaczego? Bo synek wiózł odciętą głowę matki w aucie. Media podały, że sam miał coś z głową. Podobno chory psychicznie. Polacy komentujący tę sprawę w mediach społecznościowych (pisano o tym też w Polsce), przeinaczyli imię ofiary i wyszło im, że to muzułmanie. A to wiadomo, jak jest z takimi ludźmi… Straciłam się w komentarze, bo się czytać tego nie dało. Jeśli już, to prędzej jakiś ekstremista, który ma w poważaniu koran, zabije siostrę lub żonę, ale nie matkę. Po drugie, prawdziwy muzułmanin żyje wg prawdziwego Koranu. Po trzecie, sprostowałam, że ofiara i morderca, to Holendrzy z krwi i kości.

To na tej ulicy doszło do zbrodni. Po prawej stronie, trochę dalej znajduje się mieszkanie ofiary. Pod drzwi nie podchodziłam. 5 lat temu wynajmowaliśmy w tej okolicy mieszkanie. Dzielił nas od tej ulicy kanał z mostem.

Teraz coś z innej beczki. Coś wesołego, czyli Dzień Króla. Jak zwykle w Holandii obchodzony z pompą. Król obchodził urodziny w niedzielę, więc obchody były przełożone na sobotę. Idealnie dla Holendrów, bo można się było bawić do oporu. W sobotę niestety pracowaliśmy do południa, więc pchli targ ominął mnie szerokim łukiem. Parady też. Gówno widziałam i gówno kupiłam. I się wkurzyłam, bo moje plany wzięły w łeb. No nic, po pracy była drzemka, bo inaczej nie dało rady funkcjonować. Około 18:00 pojechaliśmy z pomidorami do znajomej pary starszych Holendrów, z którymi znamy się z poprzedniego mieszkania. Sąsiedzi z szeregówki obok. Zaprosili nas na kawę. Pogadaliśmy i Pan Mąż zapytał się o tę zbrodnię. Rodzina jest im dobrze znana i potwierdzili, że facet jest psychicznie chory. Więcej nie drążyliśmy tematu. A przy okazji dowiedzieliśmy się, że Holendrzy po śmierci często leżą w trumnach w domach, nawet i tydzień czasu! Minimum 3 dni a max- 7. Od spodu trumny są specjalnie chłodzone i bliscy po prostu przez ten czas funkcjonują z nieboszczykiem aż do pochówku. Po tym czasie, albo do piachu, albo do pieca. W Polsce kiedyś też tak było. Wytłumaczyłam, że już tego się nie praktykuje. Z prosektorium trumny zawozi karawan bezpośrednio do kaplicy przykościelnej. My się zdziwiliśmy i oni się zdziwili. Wychodząc, zamiast powiedzieć po holendersku „miłego wieczoru”, to powiedziałam „dobry wieczór” XD Miałam zaćmę mózgową chyba. Po tej wizycie, udaliśmy się do knajpy na świeżym powietrzu na piwo.

Mnóstwo ludzi, ale wolny stolik udało się znaleźć. Wszyscy w doskonałych humorach. Bardzo dużo osób ubranych było na pomarańczowo, albo miało jakieś akcenty w tym królewskim kolorze.

Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie we dwoje grilla, bo uznaliśmy, że pogoda dopisuje no i przecież to już czas, aby wreszcie zjeść pierwszą w tym sezonie pieczoną kiełbasę 🙂

Do następnego 🙂

2 myśli na temat “BYŁO, MINĘŁO…

  1. Nie słyszałam o tym morderstwie. Straszne! Byłam kiedyś na pogrzebie holenderskim. Jan także leżał w domu kilka dni. Wnuki go odwiedzały. Rysowały obrazki dla dziadka na jego trumnie. Gdy wynoszono trumnę do karawanu, stała na niej butelka whiskey i szklanka. Ja lubił różne alkohole więc dali mu drinka na drogę. Podobał mi się ten pogrzeb bardziej niż durne klepanie paciorków w Polsce. Było czytanie listów. Przemowy bliskich. Spotkanie przy winie. Miało to sens większy niż msze, różańce i inne spotkania gdzie nie ma nic osobistego i każdy siedzi bo musi. Bo wypada.

    Polubione przez 1 osoba

    1. To samo zauważyłam na holenderskim cmentarzu: rzeczy, które lubił zmarły, otaczają często grób, lub urnę. Też podoba mi się taka forma pogrzebu. W Polsce jest za dramatycznie. A chrześcijanie niby wierzą w życie po życiu. Więc na logikę – zmarły ma potem życie pozagrobowe. I jest zadowolony 😁

      Polubienie

Dodaj komentarz