BYŁO, MINĘŁO…

Czekałam na urlop, doczekałam się, pojechałam do Polski aby zrealizować jeden z moich celów. Ogólnie prawie wszystko poszło zgodnie z planem. Wróciliśmy z Panem Mężem do pracy i teraz inni mogą korzystać z wakacji. Trochę to dziwne dla mnie, że nie będziemy na urlopie jako ostatni 🙂

Droga do Polski poszła nam nad wyraz szybko. Albo tak było, albo tylko mi się wydawało, że przez Niemcy (mimo kilku postojów) przejechaliśmy bardzo szybko. W sumie nie było to dla mnie aż tak męczące. Jednym z naszych przystanków, był ten niedaleko (chyba) Drezden. Zazwyczaj się tam też zatrzymujemy a poznaje to po różnych muralach, które znajdują się na budynku toalet. Za każdym razem widzimy inny. Tym razem były to m.in papugi czy małpy. Nawiązanie do dżungli.

Na granicy w Zgorzelcu, jak zwykle zatrzymaliśmy się na ciepły posiłek. Lubię ten moment wjazdu do Polski. Jemy zazwyczaj w barze Picaro. Mają bardzo duży wybór dań. Zawsze zupy, drugie dania i kompoty. Wzięliśmy po drugim daniu a Pan Mąż dodatkowo zupę gulaszową, która pojechała z nami na wynos, bo już nic nie mógł w żołądek zmieścić. Posiłek można sobie skomponować i na wagę. Zapłaciliśmy za te dania 130zlotych. Wg mnie, to nie jest dużo za takie porcje. Wrzuciłam to na TikToka i oczywiście ludzie mieli dużo do powiedzenia na temat wagi, bo twierdzili, że płaci się też za ciężki talerz. Serio? Nikomu nie przyszło do głowy, że odliczana jest tara? Nie chciało mi się już z debilami w dyskusje wchodzić. Odpowiadałam tylko tym, którzy np polecali też inne knajpy.

W pierwszy tydzień urlopu padało. Nie, to za mało powiedziane. Lało czasem przez całe dnie. Raz było chłodniej a raz duszno. Pochodzę ze wsi pod Radomskiem (łódzkie). Radomsko trochę się zmieniło od czasu naszego ostatniego pobytu. Wiele sklepów na głównej ulicy Reymonta zostało zlikwidowanych a za to banki i apteki mają się świetnie. Powstały lodziarnie a także doszedł jeden bar, który oferuje domowe obiady. Żałuję, że tam nie poszliśmy, tylko za namową Pana Męża udaliśmy się do KFC. On jest fanem, ja nawet McDonald’s omijam. Okropne jedzenie. Nawet Pepsi nie smakuje jak kiedyś. W Radomsku pojawiło się mnóstwo roślin np w donicach, czy zielone ściany. Chociaż nadal uważam, że drzew nic nie zastąpi. No i Władysław Reymont jak siedział na ławce, tak nadal siedzi.

Gdy wjechaliśmy już do Polski i województwa łódzkiego i byliśmy coraz bliżej rodzinnych miejscowości, to w oczy rzuciły mi się trawy, które pięknie kwitły na biało. Gdyby nie to, że lało, to bym zrobiła zdjęcie i sprawdziła w aplikacji co to. Ludzie mieli tego mnóstwo w ogródkach i przed domami. Trzeba przyznać, że Polacy mają piękne ogrody. Potem i tak dowiedziałam się co to za kwiat. Moja babcia ma takie same. I ja też. To po prostu juki. Z tym, że moje jeszcze nie kwitną.

Potem nadszedł weekend i trzeba było zbierać się do Jeleniej Góry na kurs. O kursie już pisałam a w następnym wpisie będzie o tym, co tam zwiedziliśmy. I właśnie to zwiedzanie nie całkiem poszło zgodnie z planem. Ale o tym następnym razem. Taka ciekawostka. Na przerwie między nauką, zaczęłam przeglądać pismo z branży funeralnej. W muzeum LEGO w Austrii znajdują się klocki , które można złożyć w cmentarz i pogrzeb 🙂

W powrocie z Jeleniej Góry zatrzymaliśmy się w karczmie/ gospodzie, by zjeść coś ciepłego (standard). Nazwy zapomniałam. W środku były dwie duże sale, bardzo ładne plus taras z widokiem na góry. Bardzo przyjemne miejsce. Zaraz obok, właściciel prowadził też smażalnię ryb. Ja zamówiłam zupę krem z borowików a Pan Mąż golonkę.

Po powrocie czekała nas impreza. Pan Mąż kończył 40 lat, więc rodzina zrobiła dla niego małą balangę pod altaną. Dostał na głowę kapelusz z numerem 40 a i mnie się dostało koronę z 40tka, choć urodziny miałam w marcu. Siedzieliśmy niemal do 3 w nocy, dopóki komary nas prawie nie zjadły żywcem. Tort też był i balony 🙂 Zjadłam wtedy pysznego domowej roboty hamburgera i hot- doga. I jeszcze muszę wspomnieć o rewelacyjnej sałatce z botwinki: liście siekamy, dodajemy pokrojonego pomidora, świeżego ogórka, czerwoną cebulę w kostce, kulki mozzarelli i sos sałatkowy ziołowo- koperkowy. Zrobiłam ją w domu po powrocie, bo i botwinkę dostałam. Ewa, wiem, że czytasz 🙂 Miałam sos musztardowy i też wyszła dobra. Dzięki jeszcze raz za botwinkę:) Pozdrawiam!

Spotkałam się też z koleżanką, z którą chodziłam do szkoły (ale nie do klasy). Nie widziałyśmy się chyba z 19 lat. Obserwujemy się w mediach społecznościowych i wreszcie trzeba było się ponownie spotkać. Usiedliśmy w restauracji we czwórkę i przegadaliśmy ze dwie godziny. Piłam pyszną cytrynową lemoniadę i zjadłam równie pyszną zupę kurkową. Uwielbiam zupy. Do tego grzybowe. W tym wpisie jest trochę jedzenia, ale lubię pokazywać, co dobrego jadłam i co polecam.

Wpadliśmy też z krótką wizytą do byłego szwagra Pana Męża. Pogadaliśmy z godzinkę. Lubię grać w planszówki, ale on to wybitnie uwielbia. Posiada specjalne maty, które rozkłada na stole i pełny regał różnych gier, np Robinson Crusoe.

Moi babcia i dziadek otworzyli restaurację dla sarenek. Za podwórkiem znajduje się kompostownik i te zwierzęta bardzo często pojawiają się żeby się posilić. Czasem przychodzi jedna a czasem matka z małymi koziołkami. Dziadek wystawił im nawet garnek z wodą. Nauczyły się już, że tam czekają na nie obierki, resztki warzyw czy owoców. Mój tata stwierdził, że trzeba będzie im zimą paśnik postawić 🙂

Ta brązowa plamka, to sarenka.

Ja wskoczyłam przy okazji jeszcze do Rossmanna. Tym razem darowałam sobie Hebe. W Jeleniej Górze moje włosy zrobiły się matowe, bardziej wychodziły i do tego pojawił się łupież. Nie mogłam dać sobie z nimi rady. Nie wiem, czy to nie z powodu wody. Musiałam kupić jakiś porządny peeling. Pani doradziła mi jakiś trychologiczny. Po powrocie do Holandii w ruch poszedł też Nizoral. Jest już lepiej, choć nadal trochę więcej włosów mi wychodzi niż zwykle.

I to by było na tyle. Do następnego 🙂

Dodaj komentarz