ŁUPY Z DROGERII

Wróciliśmy z Polski. A będąc w kraju, zawsze warto zajrzeć do drogerii. A wiadomo, że w Holandii sklepy kosmetyczne są słabo zaopatrzone. Piszę to z perspektywy Polki, która kiedyś miała Hebe czy Naturę pod nosem.

Muszę wspomnieć też o cenach. W typowej holenderskiej drogerii, jest drożej. Zazwyczaj kosmetyki kupuję więc przez internet, bo ogromny wybór i taniej. Tym razem ominęłam Hebe i wybrałam Rossmann. Nie poszłam w ciemno, bo miałam na liście kilka rzeczy, które chciałam kupić. W tym jeden hit. Moje odkrycie.

Maski w płachcie.

To mój must have. Kupiłam dwie, które robią „glass skin”, który jest teraz popularny. Nie podążam ślepo za influencerkami, ale tym razem pokazały na TikToku, że ten koreański „wynalazek” naprawdę działa. A że maski uwielbiam, to stwierdziłam, że zaryzykuję i mam nadzieję spodziewać się ekstra efektu. Jeśli to działa, to kupię i np serum. Jest też maska miodowa, bo miód na skórze kocham.

Ampułki i kapsułki

Niemiecka marka Isana jest tania i efektywna. Już nie raz się o tym przekonałam. Tym razem kupiłam ampułki z peptydami i wit C. Do tego kapsułki z Q10. Wcześniej używałam tylko tych z wit C. Jestem ciekawa ampułek z peptydami, które pomagają w pierwszych oznakach starzenia.

Odżywka do włosów i samoopalacz

Odżywka zawiera ceramidy i dodaje blasku włosom matowym. Dodatkowo ułatwia rozczesywanie. Gdy jestem w Polsce, tamtejsza woda niszczy mi włosy. Nie mówię, że w całym kraju woda jest zła, ale tam, skąd pochodzę, chlor jest wszechobecny a kranówa jest niedobra w smaku. Do wody w Holandii nie mogę się przyczepić. Mam nadzieję, że ta odżywka postawi moje kudły do pionu. Ten samoopalacz, to moje odkrycie. Ładnie pachnie, nie zostawia smug i tak jak obiecuje producent, opalenizna pojawia się baaaardzo szybko. To moje drugie opakowanie.

Pomadka i tusz

Kolejny produkt marki Isana. Pomadki do ust kocham. W domu zawsze mam pod ręką kilka sztuk. W pracy, w kieszeni też jedna jest. Nawet Pan Mąż nauczył się używać. Tym razem kupiłam miodową, a jakże. Kończy mi się tusz do rzęs. Do tej pory używałam tego od niemieckiej marki Catrice. Ten tusz kupiony w Niemczech jest rewelacyjny. W Holandii niekoniecznie. Skusiłam się tym razem na Maybelline. Chyba nigdy tuszu tej firmy nie używałam. I powiem szczerze, nie zawiodłam się. Jest bardzo dobry.

Marka Bielenda

To jest sztos! Moje odkrycie. Dostałam próbkę kremu tej serii w lipcu. Użyłam i przepadłam. Krem pięknie rozświetla skórę. Mimo, że moja jest mieszana, to nie zostawiał tłustego filmu. Do drogerii poszłam specjalnie po ten krem. Kremu nie było, ale za to wyszłam z serum, żelem do mycia twarzy i mgiełką tonizującą z tej serii. Czekam na maski. Do tej pory, z polskich marek uwielbiałam Ziaję, ale teraz Bielenda wybiła się na pierwsze miejsce. Jej produkty są często polecane.

Żel i tonik

Te dwa produkty nie są z Rossmanna. Tu już kłania się supermarket. Pierwszy produkt kupiłam w Netto. Jest to żel pod prysznic. Były dwa rodzaje: lody o smaku truskawkowym i Oreo. Wybrałam ten drugi, bo ładniej pachnie. Zobaczymy, jak z użyciem. Chodzi mi o pianę i efekt na skórze. Drugi kosmetyk, to tonik firmy  Labell. Produkcja francuska. Producent obiecuje nawilżenie skóry. Także czeka na test. Kupiony w Inter Marche.

I to tyle. A wpis „Było, minęło”, czyli podsumowanie miesiąca, pojawi się w weekend. Do następnego 🙂

4 myśli na temat “ŁUPY Z DROGERII

Dodaj odpowiedź do ilovewro Anuluj pisanie odpowiedzi