BYŁO, MINĘŁO…

Jesień rozpoczęła się na dobre. Ruszyła z kopyta i nawet okiem nie mrugnęłam a tu nagle październik. To wszystko zasłonił mi krótki urlop w Polsce. Pojechaliśmy na wesele i przy okazji na grzybobranie. Tego przecież odpuścić nie mogłam.

Przed urlopem pogoda dopisywała na tyle, że posprzątałam i przewietrzyłam cały dom, bo lubię wracać do czystego. Pan Mąż wyniósł na podwórko tarczę z rzutkami i trochę pograliśmy a sąsiad przyniósł ponownie truskawki.

Potem się pogoda trochę zepsuła, pojawiły się chmury i nawet padało. Mnie to oczywiście nie przeszkadzało. Widziałam już wtedy klucze ptaków lecących do ciepłych krajów. Życzę spokojnej podróży i niech w przyszłym roku szczęśliwie wrócą. Kaczki zostały i jak zwykle pływają po kanałach.

Droga do Polski przebiegła niemal bez problemów. Chodzi mi tutaj głównie o Niemcy. W lipcu jechało się bardzo dobrze. Z powrotem też. Tym razem trafiliśmy na nieco więcej robót drogowych. W tym kraju one się nigdy nie kończą. Na granicy, standardowo poszliśmy coś zjeść. Tym razem Picaro było już zamknięte, więc skorzystaliśmy z kuchni stacji benzynowej. Ja zamówiłam zupę gulaszową a Pan Mąż żeberko, które wizualnie dziwnie wyglądało. Zupa była ok.

Ogólnie w Polsce, w domu byliśmy dopiero około 3:00 w nocy. Trzeba było odespać podróż i szykować się na wesele. Kupiłam wcześniej w holenderskim sklepie czerwoną kieckę a w dniu wesela stwierdziłam, że jest jednak za krótka. Założyłam więc tę, w której dwa lata temu byłam na weselu brata. Teraz trochę żałuję, bo jednak porównując do innych, wcale nie była taka kusa. Na szczęście wzięłam ze sobą czarne wygodne tenisówki, bo w szpilkach długo nie wytrzymałam. Ślub był piękny a wesele udane. Jedzenie dobre, muzyka świetna. Didżej super wszystko prowadził. Tańczyliśmy na szczęście nie tylko do disco polo. A zamiast głupich, starych zabaw, była np Familiada. Standardowo, był wiejski stół, który ja osobiście bardzo lubię. Zawsze przy nim stoję 😀

Słodki stół także był, ale on akurat mnie nie interesował. Dopiero po weselu spróbowałam pysznego sernika w polewie pistacjowej. Była jeszcze jedna, bardzo fajna i potrzebna rzecz: tzw koszyczek ratunkowy z różnymi potrzebnymi rzeczami. Uważam, że to się zawsze na tego typu imprezach przyda.

Napiszę jeszcze kilka słów o samej sali. Nie lubię wszechobecnej bieli czy kryształowych żyrandoli. Ale tu muszę przyznać, że robiło to wrażenie. Naprawdę sala jest piękna a dodatkowo wszędzie było mnóstwo luster. Tło idealne do robienie zdjęć na Instagram. Oprócz bieli, panna młoda chciała, żeby pojawiły się słoneczniki i to wszystko komponowało się super. Zdarzyło się jednak coś bardzo smutnego. Jedna osoba z rodziny Pana Męża trafiła do szpitala (na poprawinach). Nie będę o tym dużo pisała. Po prostu wszyscy trzymamy kciuki, żeby wszystko się dobrze skończyło…

Muszę wspomnieć jeszcze o tym, że pogoda nie była za piękna, ale w weselny weekend nagle się poprawiła a temperatura wzrosła aż do 27°.  W poniedziałek natomiast raptownie spadła, poszliśmy na grzyby a ja się pochorowałam. Test na covid zrobiłam, ale wyszedł negatywny. A grypa/ przeziębienie trzyma mnie do tej pory.

Do lasu poszliśmy tam, gdzie jako dziecko często chodziłam z babcią. Na tyle znam te lasy, że o zgubieniu się nie było mowy. Zresztą daleko się nie zapuszczalismy. Na początku trafiliśmy na kanie, które okazały potem robaczywe. Szybko znalazłam „prawe” a Pan Mąż jedynie widział grzyby- muchomory. Nawet je liczył. Po jakimś czasie trafił na miejsce, gdzie rosło aż 27 podgrzybków! Lubię je zbierać, bo w jednym miejscu może być ich nawet kilkanaście. Koniec końców, z lasu wyszliśmy z pełnym koszem.

Pan Mąż znalazł też nietypowy rodzaj huby drzewnej. Jeszcze takiego koloru nie widzieliśmy:

Co ciekawe, moja Babcia i Dziadek prowadzą rywalizację. Obydwoje chodzą na grzyby i ścigają się w ilości. Babcia prowadzi listę. Dziadek nawet obgryzione przynosi, babcia się wścieka, on mówi, że grzyb, to grzyb, więc ona i tak wpisuje na listę. Gdy wyjeżdżaliśmy, dziadek prowadził w ilości. Jak się bójką nie skończy, to będzie cud XD

Zajrzeliśmy przed wyjazdem oczywiście do kilku sklepów. W InterMarche była mini wystawka z gadżetami na Halloween. Wtedy dotarło do mnie, że to już za miesiąc.

Darowałam sobie kupno kolejnego kubka, bo już mi się w szafce nie mieszczą. A teraz oczywiście żałuję. Droga do domu była ciężka. Na granicy z Niemcami korki. Szlag nas trafiał. Potem lało. W nocy, niedaleko Kassel, objazdy. Nawigacja wywaliła nas na zadupia, gdzie jechaliśmy aż przez 7 tuneli. Pierwszy raz tak ch… owo prowadziło mi się auto, do tego ta grypa. Do domu dotarliśmy na ostatnich oparach sił. Godzina 5:00 rano. Jak do tej pory, najgorsza podróż. Dopiero w zeszły weekend odespaliśmy.

I to by było na tyle. W przygotowaniu mam kolejne wpisy. Pojawią się na dniach. Do następnego 🙂

Dodaj komentarz