BYŁO, MINĘŁO…

Moja ulubiona pora roku mija mi, jak z bicza strzelił. Mrugnęłam okiem i już po październiku. Niby pozorny spokój, bo wszystko w przyrodzie zwolniło, ale nie w pracy. Tutaj się dopiero zaczyna.

Październik przywitał nas w prowincji Zuid Holland ciepłą pogodą. Trochę deszczu było i bardzo dobrze, bo ziemia była mokra na tyle, że zrobiłam ostatnie porządki w ogródku. Wyrwałam chwasty, przycięłam hortensje i zauważyłam, że jedna (ta najmniejsza) totalnie mi padła. No trudno. Wyrzuciłam też stare doniczki. Papugi siedziały ze mną na dworze, korzystając z ostatnich ciepłych promieni słońca.

Wywieźliśmy też z Panem Mężem na „wysypisko śmieci” kilka klamotów. Miały jechać bezpośrednio do kringloopa, ale był tam otwarty kontener, do którego właśnie takie rzeczy się skladuje a firma je potem wywozi. Więc nie musieliśmy jechać w dwa miejsca. Ogólnie na tym wysypisku znajdują się kontenery z opisem, co do którego wyrzucić. I tak np do jednego drewno, do innego metal a jeszcze innego plastik, itd. Odpady miażdżone są specjalnymi walcami z kolcami. Jest też kontener do składowania sprzętu RTV AGD. Żeby mieć wstęp do tego miejsca, należy złożyć online wniosek w gminie i uiścić opłatę jednorazową. Pocztą przychodzi specjalna karta wstępu, którą przykłada się do czytnika, bramka się otwiera i można pozbywać się niechcianych rzeczy i odpadów.

Przy wjeździe znajduje się tabliczka informacyjna, że dzieci do lat 13 muszą zostać w aucie. Nie wolno im podchodzić do kontenerów i kręcić się po placu między autami. Na miejscu znajduje się też budka z pracownikami, którzy wszystkiego pilnują. Na zdjęciu niżej znajduje się kontener z rzeczami do kringloopa.

W październiku byliśmy też w centrum ogrodniczym, gdzie udało mi się kupić w ostatniej chwili wrzosy i dynie do ozdoby domu i przed domem. Natknęłam się na dwa auta. Jedno z naklejkami- trzmielami. Były na nim też jakieś kwiaty. Zauważyłam, że Holendrzy lubią obklejać swoje samochody. Zresztą naklejki to pikuś. Widziałam całe auto w ozdobach z Elvisem Presleyem. Drugi samochód, który tego dnia zobaczyłam, to Pontiac.

W lipcu wróciliśmy z torbą pełną brzoskwiń. Cześć zjadłam a część Pan Mąż wykorzystał na wino. Przelał je przez sito, pozbywając się miąższu. Pracuje ono sobie dalej, ale ja postanowiłam spróbować jakie w smaku, bo brzoskwiniowego domowej roboty jeszcze nigdy nie piłam. Okazało się już bardzo smaczne.

W Lidlu (i nie tylko) pojawiły się jak zwykle na jesień, cebulki kwiatów. Było w czym wybierać, ale ja sobie darowałam. W tym roku żadnych cebulkowych nie sadziłam. Wystarczy mi to, co jest. Najbardziej moje oczy cieszą malutkie goździki, które mam już chyba ze trzy lata i cały czas kwitną.

Oprócz płynów do płukania, lubię testować zapachy do domu. W Lidlu mam swojego faworyta: Spa Moments w kolorze zielonym. Udało mi się dorwać jednocześnie patyczki zapachowe i spray. Te zapachy naprawdę mają moc. Mój nos je czuje 🙂

Ze strychu zaniosłam pudło z jesiennymi ozdobami i część ustawiłam na regale z książkami, dodając malutkie dynie z tuincentrum. Bawiłam się z tym trochę, bo trzy razy układ mi się nie podobał. Koniec końców zostawiłam, jak jest i będzie tak do końca listopada. Na ozdoby świąteczne jeszcze nie patrzę.

Z Halloween w tym roku nic nie wyszło. Imprezy u nas już zresztą nie chcę robić a o wyjściu nie było nowy. W miasteczku obok, w piątek, był coroczny pochód strachów. Każdy mógł się przebrać a jury wybierało najlepsze przebranie. Ludzie chodzili uliczkami i „straszyli”. Dziewczyny od nas z pracy poszły, bo mieszkają tam. Gdyby nie to, że w sobotę musieliśmy iść do pracy, to też bym wzięła udział. Ale nie miałam ochoty i siły. Może w przyszłym roku uda się coś zorganizować albo gdzieś pojechać. U nas, na przeciwko sąsiedzi zorganizowali sobie mini party z grillem i ozdobami, ale w sobotę. A ja nawet nie wiem, czy gdzieś tu dzieciaki chodziły po domach. Zrobiłam tylko zdjęcie, jak wyglądało to przed ich domem.

To było w niedzielę, po imprezie. Sprzątać im się tego szybko nie chciało 🙂

Darowałam sobie nawet maraton filmowy. Przypadkiem tylko natknęłam się na starą część „Cmętarza dla zwierząt” wg powieści Stephena Kinga i z chęcią obejrzałam. Osobiście uważam, że nowsza cześć jest lepsza, ale jej niestety na platformie nie znalazłam.

Jesień, to w Holandii czas sztormów. No i pojawił się Benjamin. Siła wiatru, to 100- 120 km/h. Tym razem nie czułam, że bardzo chciało mi łeb urwać, chociaż mnóstwo gałęzi wokół leżało a gdzie nie gdzie wyrwało drzewa z korzeniami. Nie wiem… Może się wreszcie do tych wichur tutaj przyzwyczaiłam? W każdym razie przed domem liście zgrabiłam a Benjaminek przywlókł je z powrotem. Pan Mąż stwierdził, że teraz ma prawdziwą i piękną dekorację jesienną…

Z takich śmieszniejszych rzeczy: paracetamol. Bolała mnie głowa i brzuch. Pan Mąż był w markecie, więc kupił mi najpopularniejszy w Holandii lek przeciwbólowy. Z tym, że nie zwrócił dokładnie uwagi i wrócił z paracetamolem w czopkach.

Powiedziałam żeby sobie je w tyłek wsadził. Poszliśmy razem do marketu obok naszego domu i kupiłam normalne tabletki. Przy okazji też Ibuprom i syrop na kaszel. Tym razem Pan Mąż jest przeziębiony. Pastylki na gardło też wpadły. W drogerii, tak jak w Polsce, również można kupić wiele leków bez recepty. Ale już w polskich marketach jest ich mniej. Za to w holenderskich można dostać różnego rodzaju tabletki czy syropy na kaszel, czy choćby wspomniane czopki.

Jesienny nastrój i wystrój wprowadzam w całym domu. Nawet w sypialni odpalam świeczki. Do tego wystarczy lampka nocna i wtedy najlepiej się czyta jakiś thriller lub kryminał. Czasem brakuje tylko deszczu za oknem.

Do następnego 🙂

Dodaj komentarz