Witaj w moim holenderskim pierdolniku, gdzie wiatr kręci wiatraki a ser pachnie lepiej, niż poranna kawa. Holandia pokazana moimi oczami: czasem bez lukru, czasem zabawna. Ale to nie wszystko, bo będzie też trochę o książkach, polecajkach i jedzeniu. Zacznij ze mną tę jazdę na dwóch kółkach po płaskiej ziemi! :)
Minęło sporo czasu od mojej ostatniej wizyty w kringloopie. Mam na myśli sklep w moim mieście, w którym chyba każdy znajdzie coś dla siebie. Wybór rzeczy jak zawsze ogromny i z dobrą ceną.
Rozmawiałam z mamą. Pytała się mnie, czy mam możliwość kupić jej małą, porządną lampkę nocną, bo ona tak jak ja, lubi przed snem czytać. Gdzie znaleźć fajną rzecz? Najlepiej w sklepie z używanymi rzeczami. I tak robiliśmy ostatnie zakupy przed wyjazdem, więc to nie był problem zajrzeć do kringloopa. Znalazłam kilka fajnych lampek i przez messengera pokazałam je mamie. Wybrałyśmy wspólnie tę na drewnianej nóżce, z kremowym abażurem. Ma on klika plamek, ale da się to wyczyścić. Do wyboru było też mnóstwo abażurów luzem, więc dobrałyśmy jeden- będzie na zmianę 🙂 Zdjęcie lampki jest na głównym foto. Leży i czeka w bagażniku.
Musiałam oczywiście zobaczyć, co tam jeszcze ciekawego było.
Nie zabrakło serwisów obiadowych, półmisków, filiżanek i innych takich ładnych domowych rzeczy. Ja rozglądałam się za kokilkami. Oglądamy Master Chefa i był tam fajny i prosty przepis na danie właśnie w tych naczyniach. Po co kupować nowe i drogie, skoro tutaj mam wybór w dużo tańszych i dobrej jakości.
Tym razem zaskoczyła mnie ilość garnków, rondelków i patelni. Do tej pory królował sprzęt AGD. Naczynia były jak nowe, różnej wielkości. Jeśli ktoś zaczyna swoją przygodę z Holandią, to naprawdę opłaca się kupować rzeczy w takim sklepie. Nie przepłaca się, a talerzy, garnków i sztućców ogrom. Wazonów też było sporo. Do wyboru, do koloru.
Zwróciłam uwagę na białą szafkę z trzema głębokimi szufladami. Kosztowała 15€ . W ogóle niezniszczona. Jedyne, co bym zmieniła, to kolor: na brąz 🙂 Zaraz obok stał bardzo wygodny szary fotel z metalowymi podłokietnikami.
Koszmarne lalki niczym z horroru też były. Pawie pióra w wazonie kiedyś bardzo mi się podobały. Teraz uważam, że najlepiej wyglądają na właścicielu, bo w domu zbierają kurz.
Morskie opowieści 🙂
Kominek- marzy mi się w salonie. Ten wg mnie jest bardzo ładny. Zamieniłabym oczywiście kolor. Koszt, to 150€. Już widziałam go oczyma wyobraźni przystrojonego na Boże Narodzenie. Może kiedyś…
Ten lampion… 🙂
Po powrocie z Polski zawitam do kringloopa ponownie. Będę chciała kupić kokilki.
Kupiłam kolejne dwie gry. Nie mogłam się powstrzymać, bo planszówki to ostatnio jedno z moich zajęć. Naszych zajęć. Pan Mąż w Actionie kupił trzecią grę.
Trzy gry jadą z nami do Polski. Zagramy sobie z familią, bo to jest fajna rozrywka. Na pewno bierzemy „5 sekund”- to chyba moja ulubiona. A ja ostatnio przy okazji kupna książek (swoją drogą miejsca na regale brak), zamówiłam dwie planszówki. Jeszcze w nie nie graliśmy, bo potrzeba nam więcej zawodników. Wypróbujemy w Polsce.
„20 sekund challenge”
Takie wyzwania to ja lubię. Ale nie w grupie. Lubię być samotnym zawodnikiem. W tej grze znajduje się klepsydra z piaskiem. Losuje się wyzwania, które trzeba wykonać w 20 sekund. Nie są one zbyt poważne, bo chodzi o dobrą i śmieszną zabawę. Jest ich aż 400.
„Spierdolada”
Ta nazwa jest po prostu piękna 😆 Gra jest przeznaczona dla pełnoletnich. Przejrzałam ją tylko pobieżnie i mniej więcej opiszę na czym polega. Producent pisze, że gra zawiera 40 kart Spierdoleń, 70 kart Wydarzeń, 55 kart Chaosu a także czarny humor, wulgaryzmy i nienawiść. Należy pociągnąć 1 kartę Wydarzeń, przeczytać na głos i dalej postępować zgodnie z odczytanymi instrukcjami. Powoduje to zdobycie żetonów. Jeśli nie posiada się cechy spierdolenia na żadnej karcie, żeton odkłada się. Na kartach znajdują się czasem zadania. Producent dosłownie napisał, że wielu z nas jest nieźle popierdolonych i w tej grze mamy możliwość poradzić sobie w tym porąbanym życiu. Brzmi ekstra!
„Statki”
Chyba wszyscy znają te słynne „Statki”, w które gra się na kartce w kratkę. Oj, grało się godzinami. W to i „W państwa, miasta”. Ta gra jest nieco inna. Posiada kulki imitujące bomby, dwa działa i plastikowe okręty różnego rodzaju. Naciska się przycisk i oczywiście trzeba odstrzelić jak najwięcej statków przeciwnika. To jest fajna zabawa nie tylko dla dzieciarni, bo i my starzy się dobrze przy tym bawimy. Stoi to w salonie i od czasu do czasu trzaskamy rundę. Kosztowało chyba 4€.
Wreszcie marzec i czuć czasem powiew wiosny. Piszę – czasem, bo w ostatnich dniach pogoda była raczej jesienna. Holandię nawiedził nawet sztorm Louis, z porywami około 110km/h na wybrzeżu.
W pracy usłyszeliśmy smutne wieści. Pisałam już o tym, że pracowałam z osobami, które nadużywały alkoholu, a konkretniej, to po prostu piły podczas wykonywania swoich obowiązków. Świadczyły o tym znalezione butelki w czasie sprzątania szklarni po sezonie. Szef z niektórymi się nie cackał i po likwidacji zakończył współpracę. Wśród nich był M. Ogólnie miły i sympatyczny chłopak, ale dzień w dzień waliło od niego gorzelnią. Nie wiem jakim cudem ten człowiek dawał radę wstawać rano i pracować. Chciał u nas zostać, ale szef go nie chciał. Firma pośrednicząca w znalezieniu pracy także go wyrzuciła. Koczował w domku ogrodowym na posesji firmowej, gdzie mieszkali inni Polacy. Było zimno, więc dogrzewał się alkoholem i znaleźli go w stanie agonalnym. Lekarze walczyli, ale niestety było za późno. Alkohol go wykończył…
Druga nieciekawa sprawa, to nielegalni imigranci. Moja dobra znajoma posiada mały domek w parku wypoczynkowym w miejscowości niedaleko nas. Pracujemy razem. Zimą zjeżdża ona do Polski, bo wtedy w domkach letniskowych mieszkać nie wolno. Zostawia mi klucze i co jakiś czas tam zaglądam. Ostatnio dowiedziałam się, że budują w pobliżu hotel dla Syryjczyków. Wybrali m.in tę miejscowość, bo jest ona jedną z bogatszych w Holandii. Niestety ci ludzie nie mieli się gdzie podziać podczas zimy i zaczęli się włamywać do tych domków. Są tam kamery, ale Policja nikogo nie złapała. A właściciele po przyjeździe na swoje działki zastali wyłamane drzwi. Holendrzy tutaj są ogólnie bardzo źli, bo brakuje mieszkań dla nich a buduje się hotel dla obcokrajowców. Nie mówiąc już o tym, że się po prostu ich boją.
Teraz trochę „polecajek”. Robiłam generalne porządki w domu i postanowiłam jeszcze raz porządnie wyszorować fugi w łazience. Internet zachwala różowe cudo „Pink Stuff” więc i ja postanowiłam to wypróbować. Kupiłam spray i pastę. Jestem pozytywnie zdziwiona, bo nawet nie musiałam się wysilać z szorowaniem i stary brud bez problemu zszedł.
Teraz czas na film, a w zasadzie dwa. Pierwszy to „Dżungla” z Danielem Radcliffe (to ten z Harry’ego Pottera). Film jest przygodowy i trzyma w napięciu. Opowiada o trzech przyjaciołach, którzy decydują się wybrać na szlak w kolumbijskiej dżungli. Z pomocą przychodzi im znawca trasy. A potem zaczynają się „schody”, bo panowie dogadać się nie potrafią. Dochodzi do rozdzielenia. Jest to naprawdę dobry i mocny film na faktach. Momentami obrzydliwy, bo trzeba sobie jakoś w dżungli radzić. Mnie się bardzo podobał. Drugi, to „Ukryta twarz”, czyli thriller hiszpańsko -kolumbijski. Okazał się bardzo ciekawy.
Opowiada o parze młodych ludzi. Dziewczyna poświęca się dla swojego chłopaka i wyjeżdża z nim do Kolumbii, gdzie on dostaje pracę jako dyrygent orkiestry. Wynajmują willę od kobiety, która na stałe mieszka w Niemczech. Dziewczyna odkrywa, że pan dyrygent flirtuje z inną. Postanawia go ukarać a z pomocą i pomysłem przychodzi właścicielka willi. Od tamtej pory zaczyna się koszmar głównej bohaterki. Ogląda się z zainteresowaniem a do tego można podziwiać piękne wnętrza domu, w którym dzieje się akcja.
Mimo brzydkiej pogody, postanowiliśmy z Panem Mężem wybrać się w pewną niedzielę na spacer do parku, bo już miałam dosyć siedzenia w czterech ścianach. Błota było mnóstwo i utaplałam się jak świnia. Ale chociaż mózg przewietrzyłam i lepiej się spało. Dookoła rosło mnóstwo żonkili i przebiśniegów.
W supermarkecie Jumbo, do którego coraz częściej zaglądam, pojawił się nowy automat do soku. Do tej pory był z pomarańczy a teraz obok stoi jeszcze do granatów. Małą buteleczkę kupiłam. O ile owoce same w sobie nawet lubię, tak wiem, że soku więcej się nie napiję. Za cierpki 😆 Oglądałam też dekoracje wiosenne z żonkili.
Za każdym razem dziwią mnie porzucone wózki sklepowe. Widziałam je już np w kanałach. Zauważyłam też, że ludziom nie chce się targać zakupów w torbach, a że mają blisko do marketu, to przywożą je w wózkach i one tak potem stoją na podwórkach. Często są zostawiane na parkingach. Tutaj nie ma dużych powierzchni pod marketem, jak np w Polsce. To jest chwila moment podstawić wózek pod wiatę. Ale komu się chce… Czasem nie można wjechać na miejsce parkingowe, bo stoi sobie tam samotnie wózek…
W Actionie znalazłam moją „świętą trójcę” do włosów. Wszystko w sprayu bez spłukiwania. To są już kolejne rzeczy do włosów z tego sklepu, które mi pasują 🙂
Domowe zapiekanki z TikToka w moim wykonaniu 😆 Czyli bagietka z Lidla podpieczona+ pieczarki starte na dużych oczkach i podsmażone z cebulą+ tarta mozarella+ wszystko podgrzane w mikrofali+ kleks z ketchupu= pyszny polski fast food, którego dawno nie jadłam. I od razu zaznaczę, że roboty przy tym nie jest dużo a te domowe zapiekanki smakują o wiele lepiej, niż mrożone gotowce z polskiego sklepu.
W lutym minęły 4 lata odkąd założyłam bloga. Nie jest to strona jakaś profesjonalna. Piszę tu sobie swoje wywody, przemyślenia, opisuję, co słychać w Holandii i jak się tu mieszka. Dokładam trochę filmów, książek, odwiedzanych miejsc, mojego ogródka i innych dupereli. Dzielę się też spostrzeżeniami z Anią z bloga https://kolekcjonermarzen.wordpress.com/ Lubię pisać. Sprawia mi to frajdę. Czasem robię dłuższe przerwy w swojej „twórczości”, bo człowiek nie ma czasu, siły albo weny. Ale nie planuję w najbliższym czasie przerywać swojej pisaniny 🙂
Częsta pogoda w lutym. Taka ładna jesień…
Przed nami dwa tygodnie urlopu. Tym razem jedziemy do Polski, bo ważna rodzinną uroczystość. Zostaniemy tam około tygodnia. Resztę wolnego chcę spędzić w swoich czterech ścianach i Ardenach. Z jednej strony nie chce nam się jechać, ale z drugiej cieszymy się na to, że znowu się rodzinę zobaczy na żywo. I pójdziemy z psem do lasu. Jakoś trzeba przeżyć tę długą drogę:) Przed wyjazdem na pewno coś jeszcze tu opublikuję.
Odkąd zamieszkałam w Holandii, mam je w każdym pomieszczeniu. Różne rodzaje i wymagania. Niektóre są już długo mają się dobrze, a z innymi się niestety pożegnałam.
W tym momencie swojego życia uważam, że rośliny warto mieć w domu. Ja stawiam na te bez kwiatów- lubię liściaste. Ale jak to często bywa, mam przypadkiem 4 rośliny za którymi nigdy nie przepadałam i o dziwo rosną i kwitną pięknie. O tym będzie za chwilę. W miniony weekend zrobiłam przegląd moich kwiatów. Pisząc „przegląd” mam na myśli podlanie (zimą nie robię tego często), przetarcie z kurzu liści, przestawienie ich w inne miejsce i sprawdzenie ogólnego stanu, np pozbycie się starych liści.
Holendrzy mają tutaj w większości małe ogródki i ja też taki posiadam. Zresztą nie raz o tym pisałam. Co ciekawe, kompletnie nie umiem nad nim zapanować. Jest dużo trawy, bambusa i wieczna walka z różnymi chwastami. W tej chwili mam tylko wiosenne kwiaty i hortensje, które już wschodzą. W weekend idę „z kosą” zrobić porządek przed urlopem i wiosną. Za to do domowych roślin jakimś cudem „zielone palce” mam. Nie, inaczej to napiszę: posiadam takie rośliny, do których mam rękę 🙂
Na początek aloesy. Nie przypuszczałam, że z dwóch małych roślinek wyrosną takie potwory. Pan Mąż mówi, że wyglądają jak węże. Już dawno zostały przesadzone do donic, w których wcześniej rosły palmy na zewnątrz. W tej chwili widziałam już 5 odnóżek, które na wiosnę wyjmę i przesadzę do małych doniczek. Jedną już jakiś czas temu powędrowała do sąsiadki (bardzo szybko się ukorzeniła) a kolejna pójdzie do koleżanki z pracy.
Sansewieria – roślina, która jest bardzo prosta w uprawie i bardzo efektowna. Może być rzadko podlewana i nie przeszkadza jej cień, czy ogólnie ciemność. Mam ich kilka rodzajów i rosną w szybkim tempie. Niektórym przyda się niedługo rozsadzenie.
Palmy i draceny. Te pierwsze już dawno sobie upodobałam i staram się robić wszystko, żeby nie padły. Problemy miałam z kokosową. Niestety za każdym razem szlag ją trafiał i nie wiem dlaczego. Google nie pomogło. W tym momencie posiadam arecę i (wg aplikacji) sagowca odwiniętego. Sagowiec rośnie na parapecie w salonie i chyba mu tam dobrze, skoro co jakiś czas wypuszcza nowe badylki. Areca sprawiła trochę kłopotu. Zaczęły jej brązowieć liście. Przeczytałam, że nie należy lać dużo wody do podłoża i lepiej za to zraszać liście. Tak zrobiłam i ją uratowałam. Nie jest tak pięknie rozłożysta jak w sklepie, ale nowe listowie wypuszcza.
A teraz kilka słów o dwóch roślinach, które wpadły w moje ręce, bo było mi ich szkoda. Pierwsza stała sobie samotnie (trochę już podniszczona) w markecie budowlanym. To aglaonema (aplikacja). Była przeceniona. Zabrałam do domu, przesadziłam, podlałam i przetarłam zakurzone liście. Wypuściła nowe. Zimą trochę przysnęła a teraz ponownie rozwinęła kolejne. Druga roślina, to podobno bananowiec karłowaty. Znaleziony gdzieś na półce w Lidlu między chipsami. Ktoś się rozmyślił i pieprznął byle gdzie. Więc go wzięłam. I też pięknie się rozwinął.
Posiadam też dwa fikusy beniaminki. Bardzo kapryśne rośliny. Ile razy liście gubiły, to nie zliczę. Muszą mieć wygodne dla siebie miejsce. Dlatego duże drzewko stoi w salonie niedaleko drzwi do ogrodu a malutkie na parapecie w oknie. I jeśli mają ochotę, to wypuszczą nowe listki a jeśli nie, to stoją czasem pół gołe badyle 🙂
Z tyłu stoi bazylia. Papugi nie mogą jej zobaczyć, bo zjedzą.
I wreszcie storczyki, których nigdy nie lubiłam. Wydawało mi się, że są za ciężkie w hodowli. Pierwszy już był w domu, gdy się wprowadziliśmy, dwa dostałam a kolejnego sama kupiłam w Lidlu. Trzymam je na parapecie w łazience. To był dobry pomysł, bo jako rośliny tropikalne lubią wilgotne i gorące powietrze. Pan Mąż się kąpie w gorącej wodzie, więc dla nich to raj. Non stop wypuszczają nowe pędy i cały czas kwitną. Nie przypuszczałam, że do tego dojdzie 🙂
Nie wrzuciłam tutaj wszystkich zdjęć kwiatów. Dodam, że mam jeszcze kaktusa, monsterę monkey, drzewko szczęścia, alokazję czy peperomię magnoliolistną. Pewnie niebawem dołączą jakieś kolejne, bo miejsce jeszcze jest.
Ciuchy w Lidlu pojawiają się bardzo często. Czasem spojrzę, co jest nowego i ciekawego a czasem w ogóle nie zwracam na nie uwagi. Tym razem nie spieszyłam się i wpadły mi w ręce trzy sztuki ubrań.
Ogólnie rzecz biorąc, ubrania z tego marketu są dobrej jakości, bo już nie raz je tam kupowałam i mam do dziś w dobrym stanie. Zadowolona jestem np z jeansów w kolorze czarnym. Nie jest to oczywiście oryginalny jeans, ale służą mi już pewien czas i kolor się jeszcze nie sprał. W zeszłym roku, pod koniec lata, trafiłam na sprzedaż kurtek jesiennych. Były damskie i męskie. Wygląd taki, jak lubię, czyli prosty krój, dwie kieszenie, kaptur, bez zbędnych dodatków i zdobień. Kolory różne. I tu miałam problem, bo damskie modele były typowo cukierkowe. Za to męskie np w kolorze czarnym, czerwonym czy butelkowej zieleni. Te kurtki bardzo mi się podobały i stwierdziłam, że kupię sobie męską – kroje i tak takie same. Chyba mało kto by się zorientował, że noszę męską kurtkę 🙂 A nawet jeśli, to dla mnie nie problem. Liczy się wygoda. Blogerki modowe biegają przecież w męskich koszulach czy swetrach i to chwalą. No i guzik mi wyszło z kupna tej kurtki bo rozmiary nie dla mnie. Za duże. Niestety…
Za to ostatnio wyszłam ze sklepu z trzema sztukami ubrań. Rozmiary i kolory mi odpowiadały. Pierwszy ciuch, to czarny, prosty t-shirt z rękawami niemal do łokci. Kosztował 4,99€. Mam już dwa takie podobne i nosi się dobrze. Pasują i do spodni dresowych, do jeansów i spódnicy.
Kolejna para spodni. Tym razem niebieskie. Są to tzw rurki, które podobno wracają do mody. Nawet nie wiedziałam, że z niej wyszły, bo ja w sumie cały czas w takich chodziłam i chodzę. Odcień niebieskiego bardzo mi pasuje. Koszt- 14,99€.
Overshirt – nie wiem, co to za materiał, ale jest przyjemny w dotyku i widać, czuć, że ta koszula świetnie się sprawdzi jako „narzutka” na chłodniejszy dzień. Posiada długi rękaw i dwie kieszenie z przodu. Kolor piaskowy. Uwielbiam takie koszule. Specjalnie wzięłam rozmiar większy, żeby pod spodem upchać na siebie bez problemu inną bluzkę. Najlepiej wygląda rozpięta.
Przed urlopem mam zamiar ponownie zrobić przegląd szafy i pozbyć się ubrań, których już nie założę. Od dłuższego czasu zmieniam powoli garderobę. Gust z biegiem lat się często zmienia. Nie noszę już ubrań pstrokatych i z cekinami. Stawiam na proste kroje i kolory. Bardzo polubiłam beże. Czarny oczywiście bez zmian. Czerwony także mile widziany. Ale żeby nie było monotonnie, to posiadam też sporo ubrań w innych kolorach, np niebieskim. Zanim nadejdzie lato, mam już upatrzone ciuchy w BonPrix. Korzystam z tego domu wysyłkowego już od dawna, bo ubrania są bardzo dobrej jakości. Tym razem potrzebuję czarnych szortów i bermudów w granatowym kolorze, które są klasykiem.
Hair Booster, który kupiłam chyba ze dwamiesiące temu w Actionie. Lubię tamtejsze kosmetyki do włosów- od farb po spraye. To serum skusiło mnie kolorowymi buteleczkami.
Nie mam jakiejś obsesji na punkcie swoich włosów, ale dowiedziałam się o kilku trikach i staram się je stosować. Przede wszystkim nie idę spać z mokrymi włosami. Kiedyś panowało często przekonanie, że suszarka niszczy włosy. Okazuje się, że to bzdura a mokre włosy to najbliższa droga do łupieżu, czy zniszczonych włosów. Kupiłam więc suszarkę i używam. Jest lepiej. Druga sprawa, to podwójne mycie. Czyli najpierw myjemy „pióra” z zanieczyszczeń a potem mycie właściwe. Odżywki ze spłukiwaniem nie używam często. Zazwyczaj raz na tydzień, bo inaczej za bardzo obciążają moje włosy. Myję włosy co drugi dzień i wtedy stosuję te w sprayu.
Od lat farbuję włosy, co je trochę wysusza. Dlatego od czasu do czasu kupuję jakieś „cudo” do wypróbowania na napuszone końcówki. Zazwyczaj jest to jakiś olejek i zazwyczaj działa. Tym razem moją uwagę zwróciło właśnie to kolorowe serum. Ostatnio znowu musiałam nałożyć czarną farbę postanowiłam sprawdzić co to ja kupiłam.
Buteleczki mają po 60 ml i są w trzech zapachach i kolorach: banan, granat i mango. Niestety nigdzie nie widziałam (albo nie zauważyłam) opisu jak używać. Tzn spłukiwać czy nie. Jak z zapachami? Banan pachnie najintensywniej. Czuć, że to ten owoc, nawet bez patrzenia. Granat lekko jakimś owocem. Zaś mango niemal zero zapachu.
Postanowiłam zacząć od banana. Serum jest gęste, więc stwierdziłam, że warto potrzymać na włosach i spłukać. Zmieszałam je z odżywką „po farbowaniu”. Pachniało na włosach mocno bananem. Trzymałam około pięć minut.
Gdy spłukiwałam odżywki, woda leciała żółta 😆 Włosy się ładnie dało rozczesać, nie plątały się. Nie sądzę, że to zasługa tylko Hair Boostera. Do tej pory po nałożeniu jakiejkolwiek odżywki ze spłukiwaniem efekt był też bardzo dobry a włosy miękkie. Nigdy nie nakładam tylko jednego produktu. Zazwyczaj jest to maska nawilżająca na końcówki i odżywka do włosów farbowanych. Może powinnam nałożyć tylko sam booster… Spróbuję następnym razem. Napiszę jeszcze, że po wysuszeniu głowy, zapach banana ulotnił się. Czy warto kupić? Moim zdaniem: nie. Cena nie jest wprawdzie wygórowana, ale za tę kwotę można nabyć np jedwab do włosów polskiej marki Joanna.
Tę książkę Remigiusza Mroza pożyczyła mi koleżanka z pracy. Zabierałam się do niej dosyć długo, ponieważ najpierw musiałam przeczytać to, co zaczęłam wcześniej. Potem wzięłam się za „Behawiorystę” i poszło szybko.
Jest to thriller kryminalny trzymający w napięciu. Głównym bohaterem jest Gerard Edling- były prokurator dyscyplinarnie wydalony ze służby. Jest też specjalistą od kinezyki, czyli działu nauki zajmującego się badaniem komunikacji niewerbalnej. Nie zagłębiałam się w definicję tej nazwy, ale z tego co zrozumiałam, kinezyka polega na czytaniu z ruchu ciała, mimiki twarzy, zachowania. Taki specjalista wie, kim może być np podejrzany, kim był, jaki ma charakter, jaki jest jego następny krok, itp. Jest to niesamowite. Czyta się osobnika jak z otwartej księgi: nawet mrugnięcie okiem może wiele zdradzić. Do tej pory znałam profilera, czyli specjalistę, który na podstawie zadanych ofierze ran, może przedstawić cechy charakterystyczne dla mordercy. Ale do rzeczy…
Książka rozpoczyna się od sceny, w której zamachowiec przejmuje przedszkole i grozi, że zabije dzieci i wychowawców. Nie przedstawia przy tym żadnych żądań a policja jest bezsilna. Nikt nie wie, dlaczego wziął zakładników ani co zamierza osiągnąć. Sytuację komplikuje fakt, że transmisja na żywo z przedszkola pojawia się w internecie. Służby w akcie desperacji proszą o pomoc właśnie Gerarda, który znany jest też z ekscentryzmu. Nosi zawsze nienaganny garnitur i przykłada dużą wagę do odpowiedniego wysławiania się. Dzięki kinezyce potrafi rozwiązać każdą zagadkę. Tylko, czy na pewno?
Dotychczas tak było a teraz rozpoczyna się gra między ścigającym a ściganym. I do końca nie wiadomo, kto jest kim… Dlaczego? Bo jest mnóstwo zagadek, psychologii i wartka akcja. Czyta się szybko. Książka jest brutalna- opisy zbrodni mocne. Mimo, że główny bohater jest dla policji i prokuratury kanalią, to ja go polubiłam.
Po przeczytaniu tej książki przypomniało mi się, że jest serial o tym tytule. Znalazłam go na platformie „player”. Opłaciłam i obejrzałam. Co ciekawe, Remigiusz Mróz nie chciał tej książki wydawać. Został jednak namówiony i to był dobry krok, bo serial na jej podstawie jest świetny. Główną rolę gra jeden z lepszych aktorów – Robert Więckiewicz. Ogólnie gra aktorska jest na wysokim poziomie. Do tego muzyka tworzy klimat. Czy w serialu jest dokładnie tak, jak w książce? Wiadomo: nie. Jest mnóstwo różnic i jeszcze więcej zdziwienia dla widza, jak i czytelnika. Cieszę się, że przeczytałam i obejrzałam „Behawiorystę”.
Trochę mnie tu nie było, ale musiałam zebrać się do kupy po styczniowym lenistwie. Chodzi o to, że jeśli mamy mało pracy w pracy, to nic mi się nie chce 🙂
Nie to żebym narzekała… Taka laba jest potrzebna. Nawet nie wiem kiedy ten styczeń przeleciał. Wydaje mi się, że dopiero co były święta. Sylwestra spędziliśmy w domu że znajomymi grając w gry planszowe, jedząc holenderskie pączki i tort kupiony w tureckim sklepie.
Holendrzy jak zwykle puścili w powietrze tysiące euro. Strzelali fajerwerkami grubo przed Sylwestrem i szczerze powiedziawszy, zaczęło mnie to irytować, bo niektóre fajerwerki były naprawdę głośne i przyprawiały o zawał.
Pewnego wieczora włączyłam sobie na YouTube bajkę „Muminki”. Chyba z nudów, bo nawet czytanie mi nie szło. Zadziwiające jest to, że teraz jako dorosły człowiek, widzi się tę bajkę z innej strony. To, że Ryjek jest totalnym tchórzem, to było wiadomo. Zainteresowała mnie postać Mamusi Muminka. Doszłam do wniosku, że to nie jest typowa „matka kwoka”. Gdy Muminek jej mówił, że idzie gdzieś z Włóczykijem, bo coś się wydarzyło, bo przygoda, to ona nie robiła absolutnie problemu. Przeciwnie, zachęcała go żeby wyszedł z domu. Najważniejszą rzeczą były dla niej wspólne posiłki. Nieważne kto, gdzie był. Ważne żeby pojawił się na obiedzie czy kolacji. W trakcie jakiejś nieprzyjemnej dla Muminków chwili, potrafiła się zapytać, czy ktoś nie jest głodny 😆
Hatifnatowie
Zaczęłam też oglądać ponownie serial rysunkowy dla dorosłych pt „Family Guy”. Kiedyś mnie to nawet śmieszyło. Teraz już nie. Zaprzestałam i włączyłam „Gotowe na wszystko”. Gdy emitowali go w telewizji, oglądałam piąte przez dziesiąte. Teraz trzaskam pierwszy sezon i podoba mi się. Dużo się dzieje, jest tajemnica i humor. Nie mam zamiaru oglądać innych seriali, bo to nie dla mnie, ale ten babski pociągnę. Tylko w weekendy. Na YouTube jest też ciekawy kanał o tematyce społecznej „7 metrów pod ziemią”.
Muszę przyznać, że ciekawe wywiady. Oglądałam ten z byłą striptizerką. Dziewczyna ujawnia kulisy tej pracy i mocno się zdziwiłam, bo nic nie jest takie, jak to sobie wyobrażamy. Polecam.
W styczniu chwycił też mróz. Nie było szaleństwa, bo u nas około -5 rano. Trzymało chyba z tydzień. Śniegu troszkę też napruszyło, ale nie na tyle żeby lepić bałwana.
Łabędzie spacerują w parach albo pływają z kaczkami po kanałach.
W Lidlu był „Tydzień grecki” i skusiłam się na ciastka. Kruche o lekko kokosowym smaku, ale nie za słodkie. Bardzo smaczne i wiem, że kupię je ponownie gdy tylko się pojawią.
W pracy spokój. Jest nas mało, każdy wie co ma robić. Nie ma dram i kłótni między ludźmi. Zaczną się zapewne, gdy nadejdzie sezon, ale to jeszcze trochę czasu. Lubię, jak jest tak spokojnie i czysto. Cięłam ostatnio małe listki nożem i pół opuszka palca wskazującego poszło w pizdu. Krwi dużo ale na szczęście obeszło się bez szycia. Na zdjęciu poniżej widać przyklejone do sznurków pomarańczowe nalepki cenowe. Są co drugi plant pomidora. To po to, żeby było wiadomo z której rośliny wypuścić dodatkowy odrost, który także będzie dawał owoce.
A na koniec głosowanie. Rozpoczął się konkurs na Europejskie Drzewo Roku. Głosy zbierane są do 22 lutego. Kandydatem np z Polski jest 200letni buk z miejscowości Wojsławice. Link:
Sieć sklepów Action wyrasta w Polsce, jak grzyby po deszczu. Ja ją poznałam tutaj i wtedy jeszcze nie było takiego szału, jak teraz. No właśnie… Mam wrażenie, że w Polsce te sklepy są lepiej wyposażone, niż w Holandii.
Oglądam sobie te TikToki i widzę, jakie dziewczyny pokazują fajne rzeczy, które kupiły. Podam przykład dwóch rzeczy, które by mnie się przydały: pędzelek do makijażu 4 w 1 albo słoik pełen gąbek do nakładania podkładu. Tych rzeczy tutaj nie widziałam. Nie mówiąc już o mnóstwie innych pierdół. Nie jest też tak, że w całej Holandii jest gorszy asortyment, bo widzę też filmiki dziewczyn, które znajdują ciekawe gadżety w Actionach w innych miastach. Tylko u mnie chyba taka bida. I naprawdę sądzę, że w Polsce jest większy wybór.
Byłam dzisiaj w sklepie w moim mieście. Trafiłam (jak to często bywa) na puste półki, bo akurat zmiana towaru. I nie tylko o to chodzi, bo wycofanych jest sporo rzeczy, które akurat lubiłam. Ale zostanę narazie przy wymianie asortymentu. W grudniu było Boże Narodzenie. Bombki z regałów już zniknęły a pojawiły się dekoracje wielkanocne! Szaleństwo! Dla mnie to przesada, tym bardziej, że obok stoją gadżety walentynkowe. Odechciewa się człowiekowi świąt i innych imprez…
Na dziale papierniczym nic specjalnego. Myślałam, że wyjdę z jakimś fajnym i kolorowym notesem, ale było cienko. Obok, na dziale chemicznym wiele towarów wybranych. Udało mi się dorwać spray do czyszczenia łazienki Pink Stuff. Mam pastę i jestem zadowolona. Było trochę nowości w alejce, gdzie są gadżety kuchenne:
Jestem już chyba naprawdę podstarzała, bo ucieszyłam się na widok ulubionego ręcznika papierowego 🙂 Jest popularny wśród klientów, bo czasem go brakuje.
Mam zrobione ściereczki ze starego prześcieradła i używam ich do sprzątania. Ale jedną rolkę tego ręcznika muszę mieć, choćby do tego, że dobrze wyciera się szyby.
Poszłam też na dział kosmetyczny. Znalazłam pojedyńcze gąbki do makijażu. Żadnych nowości. No może oprócz moich ulubionych masek w płachcie ❤️ Był spory wybór nowych i oczywiście kupiłam. No i peeling. Kiedyś używałam z Lidla (pojawił się tylko latem raz) aż wypróbowałam te z Actiona. Zapachy mają bardzo ładne i dobrze ścierają naskórek.
Na koniec wspomnę jeszcze o młynkach ręcznych z przyprawami. Już od dawna używam tych actionowych mieszanek. Co ciekawe (i nie tylko ja tak sądzę) w Holandii nie ma tak ogromnego wyboru przypraw, jak w Polsce. No jeszcze w tureckich sklepach jest ich ogrom. Nawet Holendrzy są zdziwieni, że mamy tyle rodzajów. https://sklepagnex.pl/ jest to polska hurtownia, gdzie można kupić przyprawy i zioła w większych opakowaniach, bo się po prostu opłaca. Ja teraz też się zaopatrzę. Ale wrócę do wspomnianych wyżej młynkach. Będąc w Action zawsze sprawdzam, czy się pojawiły nowe. I dzisiaj wreszcie tak. Kupiłam mix soli z pieprzem. Te przyprawy polecam.
A to, czego nie znajdę w Actionie kupię na Temu 🙂 Do następnego 🙂
Lubimy grać w gry planszowe. Posiadamy ich coraz więcej i chyba zaczynam je kolekcjonować. Planszówki mają swoje miejsce na regale obok książek.
Te, o których tu napiszę znalazły się pod choinką. Konkretniej pisząc, to kupiłam je na facebookowej stronie Polskieksiążki nl. Stronę i sklep prowadzi Polka mieszkająca w Rotterdamie. Przeglądałam zbiór książek, jakie ma do zaoferowania i potem natknęłam się na gry. Złożyłam zamówienie i pojechałam odebrać osobiście, bo mieszkam blisko Rotterdamu. Przy okazji obczaiłam tytuły książek i oczywiście coś kupiłam. W jedną z tych gier już graliśmy ze znajomymi w Sylwestra.
Domówka Ultimate
Ta gra jest rewelacyjna. Po pierwsze ma aż 1800 pytań, kategorie do wyboru, a po drugie lubię gry, gdzie trzeba mózg wysilić i odpowiadać na trudne pytania. A w tym przypadku bywało ciężko. W skrócie polega ona na tym, że czyta się pytanie przeciwnikowi, który wybiera kategorię. Rzuca się też kostką, bo trzeba zebrać kolorowe trójkąciki. Kto pierwszy, ten wygrywa. O ile odpowie poprawnie na ostatnie trudne pytanie .
Ostra riposta
Gra dla ludzi z poczuciem humoru. W zestawie znajduje się 150 kart z wiadomościami i 300 kart z odpowiedziami. Jedna osoba losuje kartę „wiadomość” a pozostali muszą dobrać do niej odpowiednią ripostę. Trzeba by być przy tym ostrym i bezlitosnym. Mamy do wyboru mnóstwo zabawnych kombinacji.
5 sekund bez cenzury
Posiadamy już „5 sekund Duo” z tysiącem pytań i teraz mamy jeszcze mniejszą wersję dla osób pełnoletnich. Reguły te same, czyli na odpowiedź jest 5 sekund, co odmierza klepsydra. Kupiłam ją w sumie tylko dlatego, że klepsydra z rozszerzonej wersji niestety się zepsuła, a bez niej nie gra się tak dobrze. Chodzi o to, że wydaje śmieszny dźwięk, przez co rozprasza graczy i jest zabawniej.