CENY W NIEMIECKIM KAUFLANDZIE

Podczas wizyty w Akwizgranie, nie dało się nie zajrzeć do supermarketu. Cel był jeden: kupić niemiecką chemię, bo nie od dziś wiadomo, że jest bardzo dobrej jakości. Pan Mąż za to rzucił się na słodycze.

Był wtedy okres przedświąteczny, więc ludzi w sklepie był ogrom. Każdy z wielkim wózkiem niemal stykał się z innymi. Pomyślałam sobie wtedy, że plusem pandemii było zachowanie odstępu od innych. Nie lubię ścisku, tłoku i tego że każdy się na ciebie pcha. W tym czasie niestety nie dało się niestety uniknąć tłumu, bo inni też chcieli przecież zrobić zakupy przed świętami. A w Niemczech sklepy w Boże Narodzenie są zamknięte. Druga sprawa, to nieznajomość rozkładu towaru. Pierwszy raz robiłam zakupy w niemieckim supermarkecie i w ogóle nie miałam pojęcia gdzie iść, żeby znaleźć to, czego szukałam. Przy wejściu ominęliśmy dział z warzywami i owocami. Po chwili pojawiły się produkty typu makarony, ryże i inne słoiki.

Ludzie wkładali do koszyków towar całymi partiami, np kartony z pastą pomidorową czy jogurtami.

Kupiłam 3 kartoniki pasty i żałuję, że nie wzięłam więcej.

Słodyczy jest tam oczywiście ogromny wybór z czego ucieszył się Pan Mąż.

Mnie interesowała kawa. Kupiłam jedno duże opakowanie. Aktualnie pijemy tę z Lidla. Gdy skończymy, to otworzymy niemiecką. Z wędlin kupiłam opakowanie kiełbasek.

Zatrzymałam się przy dziale z mrożonkami. Wzięłam na próbę jedno opakowanie „warzyw na patelnię”. W jego skład wchodziły ziemniaki, brokuł, papryka marchewka i mięso. Już to zjedliśmy i było bardzo dobre. Następnym razem wezmę kilka opakowań. Znalazłam też dział z polskimi produktami typu słoiki z fasolką po bretońsku, flakami itp firmy Pudliszki.

Zanim dotarłam na dział chemiczny, trzy razy się z Panem Mężem oddzieliliśmy i oczywiście zgubiliśmy. Facet, jak to facet, dostawał powoli kurwicy, bo za długo, bo nie może nic znaleźć, bo dużo ludzi. Ja też nie lubię zakupów, ale powiedziałam, że bez proszku do prania nie wyjdę 🙂 I gdy ja buszowałam na dziale z serami, Pan Mąż że 3 razy był przy proszkach których nie mogłam znaleźć. Wreszcie mnie tam zaprowadził.

I na końcu alkohol. Likier brzoskwiniowy przyjechał z nami. I na pewno jeszcze skorzystam, bo okazał się pyszny.

Czy opłaca się robić zakupy w niemieckich sklepach? Tak, pod warunkiem, że mieszkamy blisko tego kraju i nie jedziemy po jedną rzecz. My pojechaliśmy z zamiarem kupna tv. Warto było wstąpić jeszcze do drogerii i marketu. W Holandii za takie zakupy zapłacilibyśmy dużo więcej. Dlatego jeśli ktoś ma okazję, to moim zdaniem dobrze jest się obkupić. Wybór wszystkiego ogromny. Teraz, gdy będziemy jechać do Pl, to mamy zamiar podjechać do Kauflandu i drogerii.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Wpisy kończące i podsumowujące miesiące od tej pory będę tak tytułować. W chwili, gdy to piszę jest już wieczór a za oknem typowo późnojesienna pogoda. Na niebie co chwila pojawiają się ciemne chmury i napierdziela deszcz.

Ten rok zakończył się w Holandii orkanem o imieniu Henk, który oczywiście nabroił na tyle, że odwołano niektóre loty, transport publiczny zamarł a drzewa wyrwało z korzeniami. Nie lubię wiatru, wichury. Deszcz mi nie przeszkadza. Zmienię temat i napiszę teraz coś o pracy. Jesteśmy po najgorszym, czyli likwidacji starych roślin i wysprzątania szklarni. Parę słów na temat sprzątania. Już tyle lat pracuję w tej branży, ale chyba nigdy nie widziałam tyle śmieci.

Wśród liści, znaleźć można było papierki po papierosach (palić na szklarni absolutnie nie wolno), zużyte chusteczki, gumowe rękawiczki, butelki po różnych napojach w tym po…alkoholu. Tak, bo niektórzy byli już chyba tak skończonymi alkoholikami, że musieli się napoić procentami żeby przeżyć.

Butelki ukryte w szatni w placówkach były potem cichaczem transportowane na szklarnię i wypijane w rajkach w czasie pracy. Wiadomo, że w trakcie pracy alkohol jest zabroniony. Taki jeden z drugim mogli przecież spaść z wózka, pociąć palce i by był problem. Szef tłumaczy, ale ludzie swoje… Na betonie stoi kilka koszy na śmieci. Po co wrzucać tam odpady typu rękawiczki, skoro można szybciej i w krzaki pomidorów. Dorośli ludzie a mają zasady w dupie. A potem zdziwieni, że po wszystkim szef podziękował za współpracę. Jest nas tylko garstka a ci, co wylecieli prosili jeszcze o kolejną szansę. Mówili, że nie będzie olewania pracy, palenia i picia… Taaaa…

Na długie zimowe wieczory dorwałam wykreślankę holenderską. Różna tematyka i zawsze jakieś nowe słówka do głowy wpadną.

Podobają mi się te holenderskie okna. Może nie ich wielkość, ale to jak są ozdabiane. Najbardziej te z lampkami na parapetach. Daje to przytulny efekt.

Wracając któregoś wieczora z pracy, natknęliśmy się na naszym osiedlu na rower z takim napisem na tekturze:

Ktoś znalazł ten rower w rowie i napisał kartkę z pytaniem, czyja to zguba. Najciekawsze jest to, że on tam stał i stał… Nikt się po niego nie zgłosił i nikt go nie zabrał, bo miał ochotę. Potem widziałam, że rower leżał. Teraz już nawet nie zwróciłam uwagi, czy jeszcze jest.

Po posadzeniu nowych plantów pomidorów nadszedł czas na kontrolę. Czyli chodzimy z wózkami i sprawdzamy, czy w każdym miejscu jest posadzona roślina, czy nie jest złamana, itp. Lubię to zajęcie, bo jest spokojne i mogę słuchać swoich podcastów. Pracę zaczynajmy, gdy jeszcze jest ciemno i w takich warunkach jest najlepiej, bo guzik widać a tu leci historia o jakimś kryminaliście:)

Pierwszy raz jadłam makaron ryżowy. I chyba ostatni. Dlaczego? Bo nie lubię takiego cienkiego makaronu. Tego z rosołu też nie. Koleżanka z pracy dała mi przepis: makaron ryżowy, świeży ogórek, paluszki krabowe, koperek, sos koperkowo – ziołowy (z polskiego sklepu) a ja dodałam jeszcze krewetki. Dobre to było, ale makaron bym jednak zmieniła.

Sąsiadka ma dwa koty: rudy Mattie i ten czarno- biały. Moje papugi codziennie siedzą w kuchni. Mają na półce swoją miejscówkę na przeciwko okna. Kot je wyczaił i przychodzi, siada na koszu na śmieci i obserwuje ptaki 🙂

Sklep turecki, gdzie zawsze zaopatruję się w warzywa, owoce i zieloną herbatę, rozrósł się do supermarketu. Dodali więcej towaru, w tym takie torty 🙂

Będąc w niemieckim Kauflandzie złapałam przy kasie paczkę pierników. I żałuję, że tylko jedną. Ostatnio czytałam, że Holandia, Polska i Niemcy to liderzy w Europie jeśli chodzi o produkcję tych ciastek. Gdybym miała oceniać, to 1.Polska, 2.Niemcy, 3.Holandia. Niemieckie okazały się naprawdę pyszne z nadzieniem brzoskwiniowym. Przełożyłam je do świątecznej puszki i wszystkie sama zjadłam, bo Pan Mąż nie przepada. Lepiej dla mnie 🙂

Znalazło się też jedzenie dla ptactwa, czyli kulki z ziarnem, ale bez tej siatki, bo mogą im się łapki zaplątać. Kupiłam dwie „miski”. Jedna jest na ziarno, druga na wodę. Woda teraz niepotrzebna. Ułożyłam na obu kulki.

Do następnego 🙂

CENY I ZAKUPY W DROGERII DM

Ostatnio pisałam o tym, że wybraliśmy się do Niemiec żeby kupić nowy telewizor. To był priorytet. I chyba by było trochę słabo, gdybym nie skorzystała z okazji i nie zajrzała do znanej niemieckiej drogerii.

W Aachen jest ich kilka. Był też Rossmann. Czytałam, że nie jest tak wyposażony w asortyment, jak w Polsce. Trzeba przyznać, że polskie drogerie są świetnie zaopatrzone i jest ogromny wybór produktów z różnych półek cenowych i marek, w tym także polskich. W Niemczech darowałam sobie wizytę w Rossmannie i pognałam do DM. Chodziło mi głównie o markę Balea. Mają duży wybór żeli pod prysznic czy balsamów do ciała. Ja cały czas jestem wierna marce Sanex, ale nie mogłam sobie odmówić Balei, bo w Holandii za tę cenę chyba żelu się nie kupi.

Żele były za 0,55 centów. Zapachy różne: od waniliowych przez kwiatowe po morskie. Wzięłam kilka sztuk. Do tego balsam migdałowy.

Zainteresowały mnie też oczywiście różnego rodzaju maski na twarz, w tym te w płachcie, które uwielbiam. Wzięłam też kilka rodzajów ampułek, np z kolagenem i płatki pod oczy.

Kosmetyki samoopalające też były. Nie kupiłam jednak nic, bo mam jeszcze zapas innych i muszę je zużyć. Kupuję tylko wtedy, gdy się coś kończy. W przyszłości na pewno skorzystam i wypróbuję. Oprócz tego, można kupić serie np z wit c czy kolagenem.

Dopadłam się też do kolorówki. Interesuje mnie już od jakiegoś czasu marka Catrice. Uwielbiam ich tusze do rzęs i zaopatrzyłam się w dwa. Nie są drogie a robią efekt wow. Kupiłam też dwa lakiery do paznokci marki DM i uważam że są dobrej jakości.

Powiedziałam już Panu Mężowi, że następnym razem, gdy będziemy jechać do Polski, na pewno zajedziemy do jakiegoś miasta w Niemczech i zajrzę do DM 🙂

Do następnego 🙂

ŚWIĄTECZNE AACHEN

Przed Bożym Narodzeniem postanowiliśmy wybrać się do Niemiec. Jak najbliżej holenderskiej granicy. Padło na Aachen, czyli Akwizgran (polska nazwa). Nie, nie chodziło o zwiedzanie. Pojechaliśmy tam z zupełnie innego powodu.

Zacznę od tego, że już jakiś czas temu zepsuł nam się tv. Zaczęły wychodzić na ekranie poziome linie. Coraz więcej linii. Pewnego dnia sprzęt się wyłączył i już po ptokach. Jednak te stare telewizory to było coś. W sumie przyzwyczaiłam się, że korzystam tylko z telefonu, ale Pan Mąż stwierdził, że w święta przydał by się nowy tv, żeby normalnie filmy oglądać. W Holandii nowego „pudła” kupić nie chciałam, bo sklep RTV/AGD w naszym mieście był na granicy splajtowania, po drugie właśnie tam kupiliśmy wcześniej tv. A do Rotterdamu nie było nam po drodze (mamy około 30 km) ze względu na ogrom pracy o tej porze. Sprawdziłam ceny tv w Niemczech i zapadła decyzja, że tam pojedziemy na zakupy, bo przy okazji chciałam zajrzeć do Kauflanda i drogerii DM.

No i nie można było pominąć dużego sklepu modelarskiego, gdzie Pan Mąż chciał sobie znaleźć kolejną lokomotywę do kolekcji. Padło na Aachen z racji tego sklepu. Poza tym znajduje się tam kilka drogerii, dwa albo trzy Kauflandy i MediaMarkt. Wyjechaliśmy w sobotę rano, kierując się na piękną Limburgię i po chwili byliśmy już po stronie niemieckiej. Jazda po mieście była tragiczna. Wiadomo, okres przedświąteczny, mnóstwo ludzi, w tym turystów. Uliczki momentami wąskie i w remontach. Byliśmy świadkami, gdy jeden facet urwał lusterko w innym aucie. Wyjrzał przez okno, sprawdził swoje i pojechał dalej…

Zakupów ogólnie nie lubię, ale mus to mus. Po załatwieniu sprawunków, poszliśmy na spacer po okolicy. Od razu zaznaczę, że w sklepie modelarskim Pan Mąż nie znalazł o dziwo nic interesującego dla siebie. Było mnóstwo modeli samolotów do sklejania, kolekcjonerskich aut i lokomotyw. Jego interesowały zestawy a tych nie było niestety.

O produktach i cenach w supermarkecie i drogerii zrobię wpis, bo to ciekawy temat. W Akwizgranie odbywał się akurat jarmark świąteczny. Nie był to rozmach na miarę np Wrocławia czy Monachium. Stała sobie „wioska” drewnianych domków oferujących różne świąteczne rzeczy: od jedzenia po rękodzieło. Ja chciałam zobaczyć ogrom katedry, co niestety nie było mi dane, bo dookoła jarmark i mnóstwo ludzi.

Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy to ogromny ratusz. Znajduje się na rynku głównym i pochodzi z XIV wieku. Został zbudowany na ruinach pałacu Karola Wielkiego.

Mimo, że nie interesują mnie miejsca jako takiego kultu religijnego, to lubię podziwiać je ze względu na wygląd. Robią wrażenie. Katedrę w Aachen znałam ze zdjęć w internetach. Chciałam skorzystać z okazji i zobaczyć ją na własne oczy. Katedra w 1978roku została wpisana na światową listę Dziedzictwa UNESCO. Przez 600 lat była miejscem koronacji 30 władców. Mieści się z trzech części i jest miejscem spoczynku Karola Wielkiego, który był cesarzem rzymskim i zmarł właśnie w Akwizgranie.

Przed ratuszem stoi sporych rozmiarów fontanna, która przedstawia właśnie Karola Wielkiego. W 1792 roku Francuzi potraktowali ją jako łup wojenny i wywieźli do Paryża. Po negocjacjach w 1804 r wróciła na swoje miejsce.

A to można było kupić na jarmarku:

Do następnego 🙂

HOLENDERSKI CMENTARZ

W sobotę byliśmy z Panem Mężem wyrzucić stare graty, które już do niczego się nie przydadzą, np zniszczone krzesła ogrodowe. Jest takie miejsce u nas w mieście, gdzie do odpowiednich kontenerów wyrzuca się rzeczy. Zrobię o tym wpis w przyszłości. A dzisiaj nie o tym będzie.

Po drodze mijaliśmy cmentarz. Do tej pory byłam w Będzie na cmentarzu, gdzie pochowany jest generał Maczek wraz ze swoimi żołnierzami. A ja lubię nekropolie, więc chciałam zajrzeć na tę miejscową. W Hellevoetsluis są chyba dwa cmentarze. Nazywane są miejskimi. Z tego, co wyczytałam, to w Holandii dzielimy je na miejskie i kościelne. W Polsce są komunalne i katolickie. Tutaj pochówek na cmentarzu miejskim jest droższy niż ten na kościelnym i wynosi średnio 3202€.

Czy cmentarz holenderski różni się od tego w Polsce? Tak. Zacznę od tego, że na cmentarzu miejskim nie widziałam żadnych krzyży. Typowe znicze można spotkać. Są też aniołki. W oczy rzuca się sporych rozmiarów mur z półkami, na których stoją różne urny. Kremacja w Holandii jest bardzo popularna.

Ja jestem za takim pochówkiem a nie tradycyjnym, gdzie zwłoki gniją a trumny butwieją. Nie wyobrażam sobie że np w trakcie powodzi, te wszystkie tkanki i kości wypłyną. Z tego, co wywnioskowałam, oglądając nagrobki, na takim cmentarzu można pochować osobę wierząca jak również niewierzącą. Przy jednej urnie stał aniołek, przy innej Budda a kolejnej figurka Maryi.

Polskie cmentarze są piękne, szczególnie w Święto Zmarłych. Tutaj raczej nie zobaczymy wielkich ilości zniczy. Są za to lampiony i mnóstwo ozdób, które były związane ze zmarłym, np zapalony wędkarz ma figurki ryb, fan futbolu- urnę w kształcie piłki nożnej, miłośniczka koni- figurki koni. Kwiaty są najczęściej żywe, w donicach.

Najbardziej podobały mi się mogiły, gdzie na kamieniach wypisane były sentencje do osoby zmarłej typu: zawsze będziemy pamiętać, czy tęsknimy za tobą.

Są też oczywiście tradycyjne groby. Widziałam takie z potężnymi płytami, ale bez dużej ilości ozdób, jak i obmurowane po bokach z ziemią po środku i ozdobami.

Na koniec trzy ciekawostki. Po pierwsze na cmentarzu nie ma wielkich kontenerów i miejsca – śmietnika na stare znicze, wiązanki itp. Stoi tylko kilka małych kontenerów, takich typowych, którzy ludzie trzymają przy ogródkach na odpady zielone. Po drugie, wolne miejsce pochówku wysypane jest muszelkami. Po trzecie- kran z kilkoma konewkami i lejkami. Każdy może skorzystać i nikt tego nie wyniesie.

Do następnego 🙂

SŁODYCZE I KILKA RZECZY NA ŚWIĘTA Z LIDLA

W Holandii święta niemal pełną gębą. I nie mam na myśli sklepów. W moim mieście w co drugim domu stoi już choinka a przed domami ogrom dekoracji. U mnie odwrotnie, bo nadal na drzwiach wejściowych wisi wieniec jesienny a obok stoi chryzantema z wrzosami.

W ten weekend wrzosy pójdą do ogródka a chryzantema do przycięcia, bo czytałam, że wystarczy ją ściąć kilka centymetrów, wstawić na zimę np na strych a w przyszłym roku ponownie zakwitnie. Zrobię tak i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ale wracając do tematu: w Lidlu pojawił się ogrom holenderskich słodyczy typowych dla Bożego Narodzenia. Na półkach jest więc kolorowo. Zrobiłam kilka zdjęć żeby pokazać, co Holendrzy jedzą w święta i kupiłam dwie paczki ciastek, które przypominały mi nasze polskie pierniki. Dawno nie jadłam pierników (mogę je przecież kupić w polskim sklepie, ale nigdy jakoś nie miałam ochoty i w ogóle zapomniałam o tych ciastkach) aż do dzisiaj.

Polski typowy piernik (który ja znam), jest najczęściej w kształcie serca, polany jest lukrem i ma w środku dżem. Te holenderskie są raczej okrągłe, większe lub mniejsze, polane różnokolorowym lukrem, często z posypką, bez nadzienia i mają smak bardzo korzenny. Wyczuć można te przyprawy, które dodaje się np do zimowego grzańca. Wiem, że nie wszystkim Polakom one smakują.

Bezy. Ciastka bezowe. Za dzieciaka uwielbiałam bezy. Do tej pory dziwię się, jak ja mogłam to jeść. Nie twierdzę, że są niesmaczne. Twierdzę, że to sam cukier i od nadmiaru może się cofnąć. Teraz bym nie tknęła. Holenderskie bezy są nie tylko białe i nie tylko małe. Te na zdjęciu mają posypkę i są połączone po dwie jakąś masą kremową.

Mniejsza wersja.

Puchata babka. Bardzo podobna do włoskiej wersji. Z tym, że włoska posiada rodzynki a ta dużo więcej bakalii. Jadłam włoską i nie przepadam za tym ciastem. Owszem, nie jest sucha. Raczej miękka, ale mnie smakiem nie powala. Dla mnie taka nijaka. Ta prawdopodobnie jest niemal identyczna. Na zdjęciu wersja klasyczna. Nie kupuję, tak jak świątecznego wieńca napchanego bakaliami i marcepanem.

Gdy byłam dzieckiem, popularne były czekoladowe lizaki świąteczne, np w kształcie Mikołaja, pingwina, czy renifera. Tym razem spotkałam je w Lidlu. Oprócz tego bałwanki z białej czekolady, czekoladki w kształcie choinki i Mikołaja, ciasteczka z posypką w świątecznych kolorach i moje ulubione kruche ciastka polane ciemną i białą czekoladą.

W Lidlu można kupić fajne świąteczne gadżety. Standardem są piżamy w bożonarodzeniowe wzory i swetry w pierniki a nawet z muchą :

Nie można zapomnieć o skarpetach! W moim przypadku sprawdza się to, że bez fajnych, ciepłych skarpetek w święta, to ani rusz 🙂 W domu chodzę w krótkich spodenkach, ale skarpetki na stopach muszę mieć. Uważam nawet, że im ciekawszy ich wzór, tym fajniej. I dlatego nie sądzę, że taki prezent, to do bani prezent.

Bombki w ciekawych kształtach. Najbardziej podobają mi się imitacje jedzenia: hamburger, pizza, frytki, udko kurczaka… Tutaj są np lizak, bakłażan czy jabłko.

Na koniec, wiadomo: świeczki i wkłady o typowo świątecznym zapachu jak np pomarańcza czy wanilia. Lubię te jesienno – zimowe zapachy i zawsze je w domu mam. Pojawiły się też bardzo ładne stroiki. Kolory złote, srebrne i czerwone. Dookoła małe bombki, szyszki, kawałki drewna i laski cynamonu.

Do następnego 🙂

MINĄŁ LISTOPAD…

Jesień w Holandii była ładna. To znaczy, ładna dla mnie. Czyli trochę słońca, mnóstwo kolorowych liści, tysiące litrów deszczu, o czym świadczyło bajoro w moim ogródku, wiatry a nawet huragan. To normalne o tej porze roku. I normalne jest też to, że Polacy tutaj marudzą, że zimno. No zimno, bo jesienno- zimowy czas nastaje.

Na Facebooku należę do grupy: „Grzyby w Holandii”. Tutaj można nazbierać legalnie tylko ilość odpowiadającą opakowaniu pieczarek w sklepie. To jest chyba z 500 gram. Większa ilość grozi mandatem. A że grzybobranie to narodowy sport Polaków, to radzą sobie i tutaj. Chodzą po lasach, parkach i zbierają te grzyby. Wrzucają potem zdjęcia na tę grupę, aby pochwalić się zbiorami i polecają sobie miejscówki. Z jednej strony ja ich rozumiem, bo uwielbiam zbierać grzyby i żal mi dupę ściska, że nie mam tej możliwości a z drugiej strony, bym się chyba bała, że ktoś mnie przydybie i mandat będzie. Niektórzy są odważni. U mnie na osiedlu znalazłam tylko kilka takich okazów:

Zapomniałam nazwy tych grzybów, ale to na pewno nie jest jadalna kania czubajka. Te grzyby można spożywać, ale tylko młode osobniki, jeszcze nierozwinięte. Dziękuję, nie ryzykuję 🙂

W listopadzie roznosiłam sąsiadom ostatnie skrzynki pomidorów. Nie obyło się z ich strony małych prezentów w podziękowaniu. Od Margot dostaliśmy puszkę domowej roboty ciasteczek a od Margo (one naprawdę niemal identycznie mają na imię 🙂) specjalny garnek do gotowania spaghetti. Nowy, nieużywany, ale jej niepotrzebny.

W pracy była już końcówka przed likwidacją starej uprawy i czyszczeniem szklarni. Trzeba było wyciąć wszystkie pomidory, więc na magazynie robota szła pełną parą. Należało przesortować i zważyć dobre warzywa a uszkodzone i stare wyrzucić. Planty były od góry obcięte i powoli więdły.

W Lidlu, jak zwykle sezonowe ozdoby. Zauważyłam, że bardzo modne są tego rodzaju świece:

A mnie podoba się ta świąteczna dekoracja w wazonie:

Odwiedziliśmy też z Panem Mężem centrum ogrodnicze (ostatnio o tym pisałam) i obejrzałam sobie ozdoby świąteczne. Nie kupiłam nic z tego typu rzeczy, bo już sporo rzeczy nagromadziłam a na choince się już nic nie zmieści. Wyszliśmy tylko z wycieraczką na zewnątrz, bo stara była zupełnie zdezelowana.

A tu kilka przykładów dekoracji świątecznych:

Wysłałam kilka zdjęć sąsiadce – Margo. Odpisała, że Aralia jest droga, więc poleca jechać do Niemiec. Tam są też fajne centra ogrodnicze, a przy okazji można zrobić dobre i tańsze zakupy, np w Kauflandzie albo drogerii DM. Odpisałam jej, że mam w planach, bo myślimy nad jarmarkiem świątecznym w Maastricht i ogólnie o zwiedzeniu tego miasta, albo Aachen. I chciałabym obkupić się w chemię niemiecką i kosmetyki firmy Balea. Nie minęło pół godziny, gdy sąsiadka przyszła i przyniosła mi dwa żele pod prysznic i szampon tej marki 🙂

Listopad, pogoda typowo jesienna, czyli dużo deszczu i wiatru. Ale że na plusie, to wcale nie trzeba jeszcze otulać się grubą kurtką. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie czuje zimna 🙂

Jeśli nie ma się specjalnych uchwytów do przewożenia rzeczy na dachu samochodu, można wpaść na inny pomysł. Jaki? Przyczepić paletę:)

Ostatni w tym sezonie prezent w postaci wina od kierowcy tira, który przyjechał po palety z pomidorami. Dokładniej opisując, to dwie butelki hiszpańskiego wina (białe i czerwone) w drewnianej skrzynce. Koleżanka wzięła czerwone a ja białe. Skrzynka została dla mnie. Przydała się do przechowywania rzeczy do scrapbookingu.

Ostatni dzień pracy, a w zasadzie wieczór po przesortowaniu i zważeniu wszystkich pomidorów. Było ciężko, bo skończyliśmy ostatni.

Liści na drzewach brak, ale zielona trawa jest zawsze 🙂

Do następnego 🙂

NOWOŚCI Z TEMU.NL

Lubię tę stronę. Coś jak Alliexpress albo SHEIN, ale wydaje mi się, że dużo taniej można kupić fajne rzeczy. Na ubrania nie patrzę, za to różne gadżety bardzo mnie interesują.

To moje drugie podejście do zakupów na „Temu”. Jak do tej pory nic nie budzi moich zastrzeżeń. Poza tym, tutaj jest naprawdę szybka przesyłka – czekam zazwyczaj około tygodnia. Tym razem przejrzałam rzeczy świąteczne i zamówiłam m.in dywanik do kuchni (wymyśliłam sobie, że będę mieć taki na każdą porę roku i brakuje mi tylko z motywem wiosennym), dwie „bombki” na choinkę: stos książek i Gizmo z filmu „Gremliny”, bo lubię nietypowe ozdoby choinkowe 🙂

Do tego dorzuciłam poszewkę na małą poduszkę do salonu i coś, co ma w pewnym sensie związek z Bożym Narodzeniem, ale jest bardzo śmieszne. Komuś oczywiście może nie przypaść do gustu, ale mnie taki humor nie przeszkadza. Chodzi o naklejki na butelki np wina. Znajdują się na nich napisy po angielsku: merry fuckin christmas, czy Santa piss. Mnie się podobają 😆

Nie mogło zabraknąć też moich ulubionych masek w płachcie. Znaleźć tam można ogromny wybór za niewielkie pieniądze, np w opakowaniu po 5 sztuk. Wybrałam nawilżające truskawkowe, kokos i róża.

Na koniec zestaw do scrapbookingu 🙂 Pudełko z papierem vintage, tasiemkami, notesem i pęsetą. Oprócz tego kilka sztuk kolorowych papierów m.in ze zwierzętami, motylami czy grzybami.

Szybko usiadłam do wyklejania. Wymyśliłam temat z jedzeniem. Znalazłam kilka sztuk grafik i zrobiłam jedną stronę. Wyszło dużo lepiej niż poprzednio. Widać malutki progress. Widać też tematykę. Jest to jednak za mało w porównaniu ze scraapbookingiem dziewczyn z TikToka. Często oglądam to, co one tam robią, jak łączą wszystko ze sobą i jak powstaje spójna całość. Poza tym jest to bardzo relaksujące, tym bardziej gdy patrzy się na to z włączonym dźwiękiem, bo np darcie papieru, odklejanie naklejek, itp to dla mnie fajny odgłos 🙂

Moje „dzieło”

Do następnego 🙂

JESIENNE POLECAJKI

Jest już późna jesień i coraz bliżej do zimy. W Holandii śniegu jednak nie ma. Nawet przymrozków brak. Cały czas na plusie i dopiero od niedawna przestało lać. Co jakiś czas pojawia się słońce. Część mieszkańców mojego miasta już ozdobiła domy na święta.

Ja jeszcze z tym czekam na ostatnią chwilę, bo nie podoba mi się ten szał bożonarodzeniowy w listopadzie. Ja rozumiem, że sklepy już napychają ludziom prezenty i „promocje” świąteczne, bo trzeba zarabiać, ale ja się na to nie nabieram. Zrobiłam wyjątek ostatnio i pojechaliśmy z Panem Mężem obejrzeć makietę świąteczną. Co roku centrum ogrodnicze Aralia (zresztą nie tylko ona) prezentuje piękny pejzaż zimowo- świąteczny na makiecie. A że my lubimy oglądać takie rzeczy, więc jak zwykle tam zawitaliśmy. Poza tym, jest to ogromny sklep ogrodniczy (mój ulubiony), więc odpuścić nie mogłam. W tym roku jednak makieta była dużo mniejsza, bo obok zbudowano mini kawiarnię z zimowymi dekoracjami: można wypić kawę, gorącą czekoladę, czy zjeść ciacho.

Wszystko jak zwykle zbudowane z ogromną dokładnością. Podziwiać takie makiety polecam nie tylko dzieciom. A widziałam, że dorosłym też świecą się oczy na taki widok. 🙂

A teraz coś dla miłośników kolorowych naklejek, plannerów, notesów i pisaków. Jest na TikToku i Instagramie pani, która ma sklep internetowy z takimi właśnie artykułami. „Luna World” to nie byle co! Wszystko jest tworzone w Polsce przez właścicielkę. Do tego piękne i kolorowe. Kupimy tam np „Dziennik mola książkowego”, boxy jesieniary, kociary czy książkary. Duży wybór pięknych plannerów i naklejek o różnej tematyce, np jesiennej, czy ogrodniczej. Ania z bloga https://kolekcjonermarzen.wordpress.com/author/traszkatraszkatraszka/ musisz to zobaczyć!! Nie ma bata, żeby Ci się nie spodobało 😁 Jest możliwa wysyłka za granicę.

A skoro mowa o tego typu rzeczach, to w Hadze, 29 listopada (środa), odbędą się polskie targi książki. Wstęp wolny, a literatura za 5€. Otwarte od 19:00 do 21:30. Kto mieszka blisko, może po pracy jechać. Na dzień dzisiejszy jestem chętna, ale zobaczymy co będzie później, bo możliwe że zmęczenie zwycięży. Adres: Buurtkamer Spoorwijk 8, 2523EB Den Haag.

Teraz przejdę do filmu. Chyba każdy zna kultowego „Draculę” w reżyserii Forda Copolli na podstawie powieści Brama Stokera. Film z 92 roku z gwiazdorską obsadą. Oglądałam mnóstwo razy. Potem przyszedł czas na nieco innego wampira. Chodzi o „Dracula, historia nieznana” z 2014 roku. Świetna fabuła i efekty. Wygląd wampira- ekstra. Też oglądałam kilka razy ( w sumie jeden z moich ulubionych filmów).

W tym roku powstała kolejna produkcja z Draculą: „Demeter, przebudzenie zła”. Obejrzałam. Muszę przyznać, że tutaj także fabuła ciekawa, do tego akcja dzieje się na statku- Demeter. To właśnie nim płynął też Dracula w horrorze z 1992 roku. Wampir przedstawiony jest naprawdę upiornie, chociaż ciut zbyt komputerowo. Bardzo podobają mi się plakaty promujące film.

Zaznaczę, że nie wszystkie filmy o wampirach mi się podobają. „Van Helsing” też jest całkiem ciekawy, ale te 3 są takimi moimi top. Jeśli nadchodzi ciemny listopadowy wieczór, to polecam opowieści o wampirkach 🙂

Jesień kojarzy się z jabłkami. A jak jabłka, to szarlotka. Nie umiem pięć, ale od czego są sklepy. Znalazłam idealną za 1,90€ w Lidlu. Spore kawałki jabłek z cynamonem. Pyszna. Napchałam się całą. Z Panem Mężem się nie dzieliłam, bo on nie przepada. Woli sernik.

Ostatnio, przeglądając Instagram natknęłam się na przepis na sałatkę, której nie znałam. Jest prosta i bardzo smaczna. Sałatki lubię i często robię. Za każdym razem staram się wynaleźć coś innego. Potrzebujemy kilka ogórków kiszonych, puszki tuńczyka, jajek ugotowanych na twardo, puszki kukurydzy, czerwonej cebuli, trochę soli, pieprzu i majonezu. Ja dodałam jeszcze koperek. Wszystkie składniki kroimy w kostkę, doprawiamy i do lodówki.

Zapach wiosny i kwiatów już dawno za nami, ale pranie zawsze może pięknie pachnieć. Do tej pory byłam zwolenniczką niebieskich płynów do płukania. Dopóki nie odkryłam w Actionie zielonego opakowania granulków do prania i płynu Lenor z obrazkiem trawy. Te dwa połączenia dają u mnie piękny zapach. Pranie wieszam na strychu, a zapach czuć niżej, w pokojach. 🙂

Na koniec propozycja jarmarków świątecznych w Holandii:

Byliśmy w Valkenburg, a teraz mam ochotę na Maastricht 🙂

Do następnego 🙂

„ŚLADY ZBRODNI”

Tę książkę kupiłam tu, w Holandii z ogłoszenia od prywatnej osoby na Facebooku. Zaczęłam ją czytać na lotnisku, gdy czekałam na samolot do Tunezji. Nie przypuszczałam, że może być aż tak bardzo ciekawa…

Jest to kolejna pozycja dla fanów kryminalistyki. Nie wiedziałam, że istnieje zawód taki, który wykonuje autorka książki. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, ile o zbrodni, ofierze i oprawcy mogą powiedzieć rośliny. Ba! Nawet tylko ich pyłki do tego wystarczą. Do tej pory czytałam o śladach daktyloskopijnych, czy badaniach z owadami. Tu mamy do czynienia z inną formą nauki o zbrodniach.

Profesor Patricia Wiltshire jest ekolożką sądową. Specjalizuje się w palinologii, czyli nauce o pyłkach roślin i zarodnikach grzybów, ale ma także doświadczenie w archeologii środowiskowej. Podczas badań archeologicznych uświadomiła sobie, że techniki rekonstrukcji mogą być przydatne w kryminalistyce. Dziś rozległą wiedzę mikrobiologiczną, botaniczną i mykologiczną wykorzystuje do tropienia śladów zbrodni. Przyczyniła się do rozwiązania kilkuset spraw kryminalnych, w tym wielu bardzo głośnych. Swoimi doświadczeniami dzieli się na konferencjach naukowych, na zajęciach ze studentami Uniwersytetu Londyńskiego oraz w licznych artykułach. Jest ekspertem zarejestrowanym w National Crime Agency.

Czy ktoś się zastanawia czasem, ile informacji kryje się pod butem? Ta książka, to fascynująca mieszanka reportażu i opowieści naukowych o związku między zbrodnią a naturą. Patricia Wiltshire, pionierka ekologii sądowej, opisuje w niej najbardziej nietypowe, bo roślinne śledztwa w sprawach najbardziej zagadkowych morderstw. Dla autorki istotny jest każdy detal- od mikroskopijnych pyłków roślin na bieżnikach opon, przez kolonie maleńkich grzybów na dywanie po drobnoustroje na ludzkim ciele. Właśnie w takich niby niepozornych szczegółach tkwią wskazówki pozostawione przez morderców. Uzbrojona w mikroskop Patricia wyszukuje dowody i eliminuje hipotezy, ostatecznie opracowując przekonującą tezę o tym, kto, jak i kiedy popełnił zbrodnię. Jej niezwykła wiedza i pasja sprawiły, że stała się jednym z najbardziej pożądanych konsultantów policji na świecie. „Ślady zbrodni” to rozwiązywanie zagadek morderstw, znajdowanie zwłok, doprowadzanie winnych przed oblicze sprawiedliwości i oczyszczanie z zarzutów niesłusznie oskarżonych.

Pierwszy rozdział opisuje początki nauki i kariery autorki książki. Opowiada ona także o swoim dzieciństwie. Już wtedy odkryła to, jaka fascynująca jest natura. Potem jest coraz ciekawiej, np żywopłot w Hertfordshire i zaskoczenie śledczych, gdy Patricia co do joty wskazała poszukiwane ciało, rów i kilkugodzinne badanie toczonego przez robaki ciała, wizyta na „Trupiej Farmie, mieszkanie, w którym szare pleśnie porastają zakrwawiony dywan a nawet miejsce, gdzie odprawiano szamanistyczne obrzędy z wykorzystaniem halucynogennych trujących roślin.

Polecam!