SCRAPBOOKING

Na TikToku zaczęło pojawiać się mnóstwo filmików dotyczących ozdabiania albumów. Zainteresowałam się tym, bo oglądanie tego relaksuje mnie. Okazało się to bardzo ciekawym hobby.

Scrapbooking wywodzi się z angielskiego słowa „scrapbook” co oznacza album na zdjęcia. Jest to sztuka ozdabiania wspomnień, czyli zdjęć wklejonych do albumu. W tym momencie jest to coś więcej, bo tworzy się np z kolorowych naklejek, tasiemek, obrazków vintage całe albumy bez fotografii. Pomysły na ozdabianie wzięły się że Stanów Zjednoczonych. Do dzisiaj istnieje tam pierwszy scrapbookingowy sklep „Keeping Memories Alive” otwarty w 1981 roku.

Kiedyś prowadziło się pamiętniki czy zeszyty wyklejane wycinkami z gazet. Ja mam album, w który wklejam ulotki, bilety wstępu, czy ulotki z miejsc, które odwiedziliśmy. Taki album też można kreatywnie wykleić. Ja zaczęłam także wyklejać. Teraz dostęp do kolorowej papeterii i innych tym podobnych rzeczy jest nieograniczony. To są naprawdę piękne rzeczy. Ja na początek kupiłam album w Actionie. Do tego kilka kolorowych obrazków i naklejek, bo był mały wybór.

Zrobiłam pierwszą prostą wyklejankę: rośliny i książki. Nic specjalnego, ale na początek może być.

Rośliny, książka i kawa 🙂

Potem odkryłam stronę internetową temu.nl a tam jest prawdziwa kopalnia gadżetów do scrapbookingu w niskich cenach. Znajdziemy tam całe zestawy z kolorowymi woskami do pieczęci, wstążkami, taśmami z naklejkami. Wszystko bajecznie kolorowe. Pomysły w głowie same się tworzą. Każda strona w albumie może być nową historią. Od razu zaznaczę, że wyklejanie wcale nie jest takie proste na jakie wygląda. Na początku powinien powstać pomysł, motyw przewodni, np jesienny las. Wtedy wybieramy odpowiednie kolory papieru, naklejki, taśmy itp. Wszystko powinno być spójne i tworzyć całość, tak żeby było widać o co chodzi. Jako że ja jestem początkująca, to na temu.nl kupiłam tylko kilka kompletów naklejek i papieru. Mam papier vintage halloween, jesienny, kwiatowy, karteczki z grzybami i roślinami.

Wykleiłam kolejne dwie strony. Pierwsza z halloween, ale niestety nie jest perfekcyjnie. Brakło mi pomysłu. Druga strona, to motyw jesienny. Bardziej mi się podoba, ale to jeszcze za mało. Zresztą za mało mam materiału.

Mam zamiar dokupić jeszcze więcej kolorowych kartek i naklejek. Na ten moment interesuje mnie motyw jesienny, roślinny/ leśny, książkowy, zimowy/ świąteczny, morski/plażowy. Czyli ogólnie coś, co lubię. Będę powoli wszystko dobierała, żeby nie spartolić roboty. Może przy drugim albumie pójdzie mi już naprawdę dobrze 🙂

Do następnego 🙂

MINĄŁ PAŹDZIERNIK

Wpis podsumowujący trochę z opóźnieniem, bo już 5 listopada. Ale to nic, trochę zdjęć się nazbierało 🙂 Czekałam na te krótsze dni i długie ciemne noce. Nadeszły!

Chyba tylko ja się na ich widok cieszę. W Holandii pada i wieje. Wszyscy marudzą, bo po  złotej jesieni nie ma śladu. Wszyscy marudzą, bo deszcz. Bo nie ma słońca… Odnoszę wrażenie, że niektórzy są nawet zaskoczeni tą jesienią i taką pogodą. I nie piszę tutaj o ludziach, którzy są pierwszy raz w Holandii. Taka jest przecież kolej rzeczy: 4 pory roku i ta trzecia pora tutaj właśnie tak wygląda. Nic nowego.

W Lidlu można było kupić mini dynie i tykwy w pudełkach, ale ja z tego w tym roku zrezygnowałam. Cebulki tulipanów, narcyzów, żonkili też były, żeby na jesień wsadzić do ogrodu. Nie kupiłam, bo nawet nie mam już na nie miejsca a nie bardzo pamiętam, gdzie posadziłam wcześniejsze tulipany.

Nasi dobrzy znajomi przed końcem sezonu zjechali już do Polski. Tam mają dom, nastoletniego syna i swoje sprawy. Trochę szkoda, bo się naprawdę zakumplowalismy. Jest to małżeństwo po 40tce. Rozmowy ze starszymi ode mnie ludźmi bardziej mi odpowiadają. Przed wyjazdem byli u nas na pożegnalnym winie. Przynieśli ze sobą owoce morza z Jumbo i wyczarowali pyszny makaron. To było niebo w gębie. Gdy wrócą, poproszę o powtórkę 🙂

Sąsiedzi, jak to o tej porze roku, buszowali po polu, bo były wykopki ziemniaków. Czasem zbierają też cebulę. Rolnicy pozwalają brać za darmo, to czego nie zebrała maszyna. Dostaliśmy pełną torbę kartofli 🙂

Kanał pokryty rzęsą wodną

Na stronie, którą lubię przeglądać – demotywatory pl pojawiają się ostatnio ankiety. Biorę w nich udział, bo czasem pytania są bardzo ciekawe. Np to:

Ja zaznaczyłam sos grzybowy. Jak jesień, to grzyby. Mam jeszcze zamrożone świeże i sporo suszonych. Tym razem zrobiłam z nich zupę. Uwielbiam.

Koleżanka z pracy- Słowaczka Łucja, obchodziła urodziny. Ona lubi i umie piec ciasta. Ma do tego rękę. Mówi, że chce się nauczyć robić nasz polski sernik. Do pracy przyniosła dwa ciasta własnej roboty. Jedno z bananami, drugie z borówkami. Wszystko już pokrojone i owinięte w papierek. Było pyszne!

Robiłam obchód ogródka. Trzeba było zrobić porządki przed zimą, usunąć stare rośliny i niepotrzebne doniczki. Zobaczyłam, że kwitnie mi begonia. Zupełnie zapomniałam, że ją tam wsadziłam. Przeniosę ją na zimę na strych.

Do następnego 🙂

JESIENNY NASTRÓJ

Aż trudno uwierzyć, że już listopad. Jeszcze niedawno, wydawałoby się, że był wrzesień. Ale ja się cieszę. Cieszę się, że mogę godzinę dłużej spać, chociaż wiem, że wielu osobom zmiana czasu przeszkadza. Cieszę się na długie i ciemne wieczory i na deszcz.

Ustroić musiałam oczywiście dom na tę porę roku. Oprócz ozdób zeszłorocznych, pojawiło się też kilka nowych. W tym na Halloween, którego w tym roku nie obchodziliśmy. Dlaczego? Bo nie było za bardzo z kim (fajni ludzie wrócili do Polski) i też za bardzo nam się nie chciało organizować imprezy. Był pomysł, żeby jechać do wesołego miasteczka, które organizuje imprezę, ale z drugiej strony zapłacili byśmy za bilety i atrakcje a z wielu i tak bym nie skorzystała, bo bym na zawał zeszła. Skorzystałam za to ze strony internetowej (w zasadzie, to mam aplikację) temu.nl. Coś jak odpowiednik np alliexpress. Wydaje mi się jednak, że na temu są tańsze rzeczy. Co kupiłam? Poszewkę że straszną dynią, bieżnik na stół w jesienny wzór, dywanik do kuchni z dynią i malutką lampkę.

W Actionie też spory wybór dekoracji jesiennych, od świeczek po figurki zwierząt. W salonie na parapecie mam spore lampiony. Zmieniłam w nich wygląd świec: z pastelowych na brązy i pomarańcze. Dokupiłam też dwa zwierzątka: sowę i wiewiórkę i zrobiłam dekorację.

Przed domem tym razem nie mam ani jednej dyni. Zaczęło naprawdę mocno już padać, więc zaraz by zgniły. W Lidlu były do kupna wrzosy. Wzięłam kilka sztuk i posadziłam w doniczkach.

Po pracy podjechałam też do szklarni z roślinami, tam gdzie mieliśmy lekcje holenderskiego. Były olbrzymie chryzantemy w przecenie z 12€ na 7,50. Kupiłam trójkolorowe i postawiłam przed domem. Były tam też oczywiście dynie i sporo stroików jesienno- halloweenowych.

Na koniec świece, które pojawiły się w Lidlu. Mowa o marce Yankee Candle.

Typowo jesienno- zimowe zapachy. Ja wybrałam wanilię, która pachnie pięknie. Nie jest to typowo słodki i mocny zapach. Raczej delikatny, kremowy. Jeden z ładniejszych aromatów świecowych, jakie czułam. I chyba najważniejszą zaletą jest to, że czuć go w całym salonie 🙂

Do następnego 🙂

ULUBIEŃCY Z LIDLA

Nie raz pisałam, że najbardziej lubię robić zakupy w Lidlu, bo tam mam to, co potrzebuję. Nie chodzi tylko o produkty spożywcze, ale też chemię i rzeczy do domu. Dzisiaj będzie głównie o ulubionej marce niemieckiej – Cien.

Trochę czasu minęło zanim przekonałam się do tej marki. Mieszkając w Polsce, bardzo rzadko coś z niej kupowałam. Teraz, może trochę z oszczędności i trochę z lenistwa, bardzo często sięgam po Cien. Nie od dziś wiadomo, że produkty niemieckie są dobrej jakości i nie tak bardzo drogie w marketach. Do tego dochodzi fakt, że nie biegam po drogeriach, bo po prostu nie lubię, nie chce mi się i nie mam czasu. Od tego mam internet i supermarket. No i wreszcie przyszedł kiedyś moment, że musiałam w Lidlu kupić np szampon do włosów, zmywacz do paznokci, czy płyn do płukania ust. Teraz już mam swoje ulubione produkty, których na pewno długo albo i wcale nie zamienię na żadne inne. Odpowiadają mi na 100%.

Pierwszym kosmetykiem jest żel do mycia twarzy. Dawno temu upodobałam sobie żel z Nivea (niebieska tubka) z kwiatem lotosu. Ładny zapach, dobrze mył gębę. Jeśli się skończył, to sięgałam po bardzo podobny z Cien. Inny zapach, ale mycie, pielęgnacja jak dla mnie, taka sama. Ostatnio dowiedziałam się przypadkiem, że Nivea testuje kosmetyki na zwierzętach! 21 wiek i takie coś? No słabo… Kończę więc resztkę produktów tej firmy i więcej do niej nie wrócę, a szkoda, bo dobre rzeczy ma. I teraz cały czas używam żelu z Lidla. Ostatnio wyszły nowe rodzaje: do każdego typu cery i z delikatnym peelingiem. Wybrałam ten pierwszy i jestem zadowolona.

Drugim kosmetykiem jest mleczko do demakijażu w butelce z pompką. Rewelacja! Delikatny zapach, wydajny, delikatny dla skóry i zmywa nawet wodoodporny makijaż. Płyny micelarne i dwufazowe mogą się schować. Lidl ma w swojej ofercie również micele, ale ja ich nie lubię ogólnie. To mleczko dobrze widać na głównym zdjęciu. Do tej pory najlepsze jakie miałam.

I teraz mój ulubiony balsam do ciała, o którym tu już pisałam. Nie wiem nawet którą butelkę już kończę. Ma gęstą konsystencję, ale rozprowadza się szybko i nie pozostawia tłustej warstwy. Bardzo dobrze nawilża i zawsze stosuję go po kąpieli. Ma przyjemny, delikatny zapach- taki kremowy. Lidl w ofercie ma dwa rodzaje tych balsamów. Ja pierwszy raz zastosowałam ten niebieski i tak już zostało. Producent opisuje, że jest z olejkiem z migdałów. Białego jeszcze nie używałam. Ten zaś zawiera olej z awokado. Ja akurat bardziej lubię migdały:)

Żel do golenia. Najszybszy sposób na pozbycie się futra. Pamiętam żele z Gilette dla kobiet, gdy były naprawdę drogie. Teraz identyczne ma w swojej ofercie Action i Lidl. Ja zawsze wybieram ten z wyciągiem z aloesu.

Mydła w płynie i uzupełniacze. Wcześniej kupowałam w Actionie. Potem, przy okazji zakupów w Lidlu, wzięłam mydło migdałowe. Kolor różowy, ładny, delikatny zapach i dobrze się pieni. Teraz kupuję litrowy worek i dolewam do butelki. Tutaj są trzy rodzaje: mleko i miód, oliwą z oliwek i olej migdałowy. Ja pozostaję narazie przy tym trzecim.

I na koniec nowość, która dla mnie jest super. Chodzi o pianki samoopalające. Używałam już różnych a te są chyba najlepsze. Wcześniej używałam odcieniu „dark” a teraz „medium”. Rozprowadzam rękawicą jedną warstwę tylko na nogach. Z racji tego, że po urlopie jestem opalona, to wystarczy mi podkoloryzować tylko nogi. Nie ma smug, kolor nie jest bardzo ciemny i zresztą po myciu pierwsza warstwa schodzi. Zostaje delikatny brąz.

Oby szybko nie wycofali tego produktu!

Do następnego 🙂

KATALOG

Sąsiadka przyniosła mi ostatnio katalog marki kosmetycznej Oriflame. Firma znana każdemu. Myślałam, że to ona jest konsultantką, ale nie. Jest nią sąsiadka z przeciwka. Wzięłam katalog i z ciekawością przejrzałam, bo dawno z Oriflame nie miałam do czynienia.

Do tej pory korzystałam z Avonu, gdzie katalogi polskie były zazwyczaj dostępne w polskim sklepie. Z holenderskich jeszcze nie korzystałam a szkoda, bo nie ukrywajmy – Avon jest bardziej popularny i ma przystępne ceny. W Oriflame znalazłam kilka ciekawych kosmetyków, ale postanowiłam też przyjrzeć się cenom. Ja wiem, że nie ma tu co porównywać i przeliczać na złotówki, ale postanowiłam to zrobić. Dlatego też wzięłam na tapetę te popularne produkty i kilka nowości. Weszłam na polską stronę firmy, zrobiłam screeny i również zdjęcia holenderskiego katalogu.

Najpierw zerknijmy na szminki. Chodzi o serię „THE ONE”. W Holandii sztuka jest po 10,99€.

Cena w polskim katalogu.

Kolejna seria, to „Milk & Honey Gold”. Mamy 250 ml krem do ciała, scrub, krem do rąk, żel pod prysznic i mydło w płynie. Ceny: po lewej holenderskie, po prawej polskie:

Trzecia pozycja, to bardzo znane i lubiane mini słoiczki balsamu do ust „Tender Care”. Ja używałam kiedyś tego klasycznego. Teraz doszły malina i marakuja.

Kolejne porównanie, to seria przeciwzmarszczkowa „Royal Velvet”. Maseczka w płachcie i krem na noc to razem 25,99€ a w Polsce 39,99zl.

„Giordani Gold” to również znana od zawsze w Oriflame seria. Znajdują się w niej podkłady, pudry, tusze do rzęs, itp. Ja przyjrzałam się pudrowym kuleczkom.

Teraz coś nowego. Seria znana, bo to „Love Nature”, w której skład wchodzą np szampony, żele pod prysznic i balsamy do ciała, ale tutaj mamy set: maseczka w płachcie, woda toaletowa i nawilżający krem koloryzujący. Zwróciłam na to uwagę, bo można powąchać 🙂 Pachnie waniliowo. Napisane jest, że to orientalno- owocowo- waniliowy zapach. Mnie się podoba, no i wszystko w brzoskwiniowym kolorze.

Na koniec również coś, czego wcześniej nie było, czyli masło kakaowe z miętą. Mamy krem, żel pod prysznic i mydełko, które najbardziej mi się podoba. Zapach przyjemny.

Darowałam sobie ceny perfum, resztę kosmetyków kolorowych, serię dla nastolatków, biżuterię czy suplementy diety. Za dużo tego. Chciałam tylko poznać różnicę w cenach tych popularnych produktów. Wniosek? W Holandii tanio nie jest. Ciekawa jestem Avonu.

Do następnego 🙂

MINĄŁ WRZESIEŃ…

Czekałam na ten miesiąc i się doczekałam. Fajny był, bo miałam 3 tygodnie urlopu, ciekawe wakacje i wreszcie nastała jesień. Napiszę tu kilka zdań, co ciekawego się wydarzyło.

Na początku miesiąca w naszym mieście odbył się Food Truck Festival. Pojechaliśmy z Panem Mężem zobaczyć, co tam ciekawego można było zjeść. Nie było jedzenia z różnych stron świata. To był raczej typowy fast food: hamburgery, pizza, frytki… Oczywiście nie mogło zabraknąć piwa i kawy. Zamówiliśmy chickenburgera, który okazał się naprawdę dobry. A że było gorąco, to bez dwóch zimnych piw się nie obyło. Atmosfera fajna, dużo ludzi siedzących albo stojących przy stolikach, dwa stoły do ping- ponga, kącik dla dzieciarni i muzyka z głośników.

Zdjęcie przy wypasionym jachcie musiało być 😁

Dzień przed urlopem, znajomy Holender zaprosił nas na swoją łódź. Płynęliśmy kanałami na szersze wody i wtedy pierwszy raz siedziałam za sterem. Fajna sprawa. Prowadzi się łatwo, ale obowiązują jednak na wodzie zasady, z których nie do końca zdawałam sobie sprawę. Trzeba np pilnować prędkości. Są widoczne duże znaki, które informują ile km/h można płynąć. Usłyszeliśmy historyjkę o facecie (płynął akurat swoją łodzią obok nas), który jest bogaty- ma kilka mieszkań a latem w żadnym nie przebywa, bo mieszka na tej swojej łódce.

Domki letniskowe z tarasami nad kanałami.

We wrześniu pojechaliśmy też do Hagi odebrać paszporty. Wszystko trwało chwilę i wreszcie mogliśmy przygotować się do wakacji.

Pomnik narodowy o wysokości 22 metrów stworzony przez belgijskich rzeźbiarzy.

Już wcześniej zrobiłam kilka wpisów dotyczących naszych wczasów w Tunezji, ale i tym razem chciałam wspomnieć o kilku rzeczach. Zacznę od tego, że trochę o tym kraju poczytałam w internecie. I czy to, czego się dowiedziałam okazało się prawdą? Tak. W hotelu był bankomat. Mogliśmy spokojnie wyciągnąć pieniądze w dinarach tunezyjskich. I byłoby ok, gdyby nie to, że maszyna się zepsuła. Awaria i tyle. Nikt nie spieszył się z naprawą. W recepcji poradzili nam, żebyśmy poszli do hotelu obok. I tak zrobiliśmy. Tam, przy wejściu ochroniarz i bramki, jak na lotnisku. Musieliśmy zostać sprawdzeni. Pan Mąż poszedł do bankomatu- udało się wyciągnąć pieniądze a ja rozmawiałam z ochroniarzem. Pytał się, czy jesteśmy z Rosji. Fakt, Rosjan było sporo. Powiedział też, że gdybyśmy chcieli skorzystać znowu z maszyny, to nas wpuści bez problemu. Fajnie. Na drugi dzień rozmawialiśmy z innymi Polakami, którzy wyjaśnili nam że w 2015 roku na plaży hotelowej był zamach. Zastrzelono 36 osób! Zresztą to nie jedyny przypadek, bo zamachów w tamtym czasie było kilka. Sprawdziłam w internecie. Prawda. Dlatego te bramki i sprawdzanie bagażów. Gdy kolejnym razem chcieliśmy skorzystać z tamtejszego bankomatu, to okazało się że brakło pieniędzy – będą dopiero w poniedziałek. A była sobota. Pod hotelem taxi. A co tam, jedziemy. Pan taksówkarz zawiózł nas do bankomatu i zaproponował, że za 30€ (w tej walucie też można zapłacić np taxi lub napiwki) może nas obwieźć po Susie. Gdyby nie upał, to pewnie byśmy się zgodzili. Podczas tej 15-minutowej jazdy po pieniądze, zobaczyliśmy Tunezję z innej strony. Policja na każdym kroku. Widziałam, jak zatrzymali auto, facet otworzył bagażnik i sprawdzali co wiezie. I to nie na poboczu. Po prostu przy wjeździe na rondo. Kolejna rzecz- mnóstwo śmieci! Dosłownie wszędzie.

Czytałam też, że młode kobiety chętnie wyjeżdżają do większych miast uczyć się, pracować. Co robią faceci? Prowadzą sklepiki lokalne i przesiadują w knajpach i restauracjach. Sami mężczyźni.

Sprzedaż arbuzów.

Na lotnisku, podczas wylotu sprawdzanie portfeli. Dlaczego, bo nie można absolutnie wywozić z kraju dinarów. To akurat już wcześniej wiedziałam, ale niektórzy i tak byli zdziwieni i musieliśmy iść do kantoru wymieniać pieniądze. Cieszę się, że zobaczyłam tę drugą stronę Tunezji. Różnice są czasem ogromne. Warto opuścić hotel i gdzieś wyjść.

Jedna z tunezyjskich mozaik na płytkach.
Założyli nam wreszcie panele słoneczne.

Obejrzałam film „Barbie”. Nie, nie w kinie. I dobrze, że do kina nie poszłam, bo po prostu nie rozumiem fenomenu tej produkcji i szału na kolor różowy. Owszem, grają tam znani aktorzy, których nawet lubię, ale sądzę, że gdyby nie ta gigantyczna promocja, to film szybko przeszedłby bez echa. Jest tam głównie o przesłaniu do kobiet, że nie powinny być pod presją społeczeństwa i zachowywać się i wyglądać tak, jak się tego od nas oczekuje. Od dawna się o tym zresztą mówi, ale nie wszyscy rozumieją. I nie wiem, czy po tym filmie będzie lepiej…

Ja jednak wolę czerń 🙂

Chipsy jem rzadko, ale ostatnio skusiłam się na do tej pory nie znany mi rodzaj o smaku pizzy. Do tego pasta serowo- ziołowa w tubce i niebo w gębie 🙂

A na koniec ciekawostka. Strona internetowa, gdzie wpisuje się swoją datę urodzenia i wyskakuje utwór, który był w tamtym czasie hitem najczęściej granym w radio:

Do następnego 🙂

PAMIĄTKI Z WAKACJI

Gdy odwiedzam jakieś miejsce, zawsze przywożę ze sobą magnes na pamiątkę. Więcej nie potrzebuję. Ale tym razem zrobiłam wyjątek. W końcu Tunezja, to nie kolejne odwiedzone miasto w Holandii.

Od razu zaznaczę, że Susy nie zwiedzaliśmy (chociaż byliśmy poza hotelem, ale o tym następnym razem) i nie buszowaliśmy po sklepach. I już myślałam, że wrócę bez magnesu, ale zorientowałam się, że w jednym skrzydle hotelu mieści się mały sklepik z pamiątkami dla turystów. Na pewno jest tam drożej niż w sklepach w mieście, ale musiałam tam zajrzeć. I faktycznie, były tam magnesy 🙂 Oprócz nich mnóstwo innych rzeczy, np ubrania, torebki damskie typu „oryginały” Dolce & Gabbana, perfumy, jakieś tunezyjskie kosmetyki (mały wybór), czy lecznicze maści. Ale to nie wszystko. Na przeciw wejścia zobaczyłam kolory:

Mydełka! Zapachy cytrusowe, różane, jaśminowe i wiele innych. Naprawdę pachną pięknie. No nie miałam wyjścia i kupiłam kilka sztuk.

Na przeciwko tych specyfików, na półkach leżały przyprawy i oliwy z oliwek. Można się zaopatrzyć np w paczuszki czterech różnych przypraw, lub ośmiu+ oliwa.

Ci, którzy lubią kolory zachwycą się tunezyjską ceramiką i wzorami. Coś wspaniałego. Nie mogłam się napatrzeć. Oprócz drewnianych miseczek, można kupić pełne kolorów półmiski, talerze czy popielniczki. Ja zrezygnowałam z takiego naczynia i teraz żałuję :/

Do jedzenia też się coś znalazło. Były chipsy, ciastka czy jakieś cukierki. Zauważyłam jedną półkę pełną czegoś, czego wybitnie nie znoszę. Chodzi o galaretki w cukrze. Kilkanaście rodzajów i kształtów. Np takie:

A ja przywiozłam ze sobą paczkę przypraw (dla sąsiadki, bo zaglądała do papug), mydełka, wachlarz, żel z aloesem, który musiałam kupić, i który okazał się rewelacyjny. Uratował moją spaloną słońcem skórę. No i oczywiście magnesy. Dwa sami wybraliśmy. Nakręciłam filmik z tym, co można kupić w sklepiku, oczywiście targowaliśmy się (fajna sprawa) i dostaliśmy od pana sprzedawcy dwa magnesy gratis 🙂

Wachlarz się przydał 🙂

Do następnego 🙂

ROŚLINY, KTÓRE WIDZIAŁAM W TUNEZJI

Jeśli myśli się o Afryce, to pierwsze co przychodzi do głowy, to palmy. Jedne z roślin, które uwielbiam. W Holandii jest ich dużo, bo są mrozoodporne. Sama ma dwie, ale jeszcze malutkie. Dlatego rozglądałam się dookoła podziwiając tunezyjskie okazy.

Wokoło hotelu, na plaży i mieście było ich ogrom. To nie były te kokosowe, ale równie ładne. Nie wszystkie wyglądały identycznie. Różniły się wielkością i wyglądem liści.

Daktylowiec kanaryjski

Przy wejściu na plażę natknęłam się na dosyć wysoki krzew z pięknymi różowymi kwiatami. Pachniał pięknie, tak słodko. Aplikacja powiedziała mi, że to oleander. Słyszałam o tej roślinie na pewno, ale zupełnie o niej zapomniałam.

Kolejnym pięknym okazem był hibiskus. Też znam i na pewno gdzieś w internetach widziałam. Zdziwiłam się natomiast tym, jak on rośnie. To jest po prostu żywopłot z czerwonymi i białymi kwiatami. Przy basenie roślina była przycinana. Przed hotelem, gdzie był spory ogród z fontanną, hibiskus piął się wysoko w górę. W krzewie grasowały zawsze od rana wróbelki. Dawno takiego wrzasku nie słyszałam 🙂

W ogrodzie było też drzewko z limonkami.

W donicach i między palmami rosła jedna z roślin, którą też bardzo lubię. Mam kilka sztuk w domu, bo jest niekłopotliwa i wygląda efektownie. Mowa o sansewierii 🙂

Na sam koniec zdjęcie przedziwnej rośliny, a dokładniej drzewa, które widziałam pierwszy raz życiu. Drzewo posiada owoce brązowe, zasuszone i podobne do zielonego grochu. W internecie znalazłam informację, że występuje właśnie w tropikach. Nazwa z aplikacji to leucaena leucocephala.

Do następnego 🙂

POSIŁKI W HOTELOWEJ RESTAURACJI

Zanim napiszę konkretniej, co jedliśmy, przypomnę, że cały czas chodzi o Tunezję. Wpis o naszym urlopie podzieliłam na kilka części, bo uważam, że jest o czym pisać mimo, że nie było to typowe zwiedzanie włóczykija. Tym razem będzie o jedzeniu.

Jest to ciekawy temat a i ja sama byłam ciekawa, co będę mogła spróbować. Trochę czytałam w internecie czego się spodziewać. Nie boję się nowych smaków. To znaczy, nie zjem dosłownie wszystkiego, ale jak mi np posiłek z talerza nie ucieka, to z chęcią spróbuję:) Kuchnia tunezyjska kojarzyła mi się z ostrymi potrawami i bardzo słodkimi deserami. I tu było moje zdziwienie, bo wcale nie było bardzo ostro i słodko. Lepiej dla mnie, za pikantnym nie przepadam. Czytałam za to komentarze innych hotelowych gości i jeśli narzekali na dania, to dlatego, że nie były dość gorące, a w zasadzie były chłodne. Europejczycy (np Polacy) są raczej przyzwyczajeni do ciepłego jedzenia. Wiadomo, klimat, czasem ostre zimy. Mnie za to w ogóle nie zdziwiło, że np ryż z warzywami był niemal zimny. Nie wiem, czy chciałabym w takim klimacie (mimo, że była na sali klimatyzacja) spożywać codziennie gorące posiłki… Chyba bym padła. I nie, nie było to niesmaczne. Wręcz przeciwnie: dobrze doprawione tamtejszymi przyprawami i ziołami, miało ciekawy smak. Zresztą na każdym stoliku stały dodatkowo sól i pieprz. I nie dziwię się Tunezyjczykom, że podawali jedzenie na chłodno. Ja to rozumiem. I rozumiem też, że jeśli jestem w innym kraju, to po części do pewnych rzeczy trzeba się dostosować. Zjadłam tylko jedno gorące danie. Była to zupa minestrone, do tego piekielnie pikantna. To był błąd, bo myślałam że mi przełyk wypali.

Zacznę od śniadań. Podawane były od 6:00 do 10:00. Najlepsza pora, to około 7:00, ponieważ wtedy była jeszcze garstka gości i można było w spokoju wybierać to, na co ma się ochotę. Co można było zjeść? Np wędliny, sery, jajka na twardo, omlety z samym serem, lub dodatkami (zdjęcie główne), smaczne jogurty, dodatki typu: kapary, oliwki, papryczki, pomidory smażone, cebula czy sosy jogurtowe. Kawa bardzo smaczna. Woda rano była z dystrybutora, ale zimna i świeża. Na wieczór niestety po prostu kisła, dlatego kelnerzy podawali wodę butelkową.

Za te białe sery dałabym się pokroić 😋

Pieczywo było bardzo dobre i ogromny wybór. Mnie przypadły do gustu ciemne rogale. Innym pysznym zaskoczeniem były sporych rozmiarów rogale na słodko. Ich nadzienie przypominało w konsystencji marcepan, ale to nie był on. Do tego chyba powidła (wydawało mi się że śliwkowe) i posypka z orzechów. To było niebo w gębie!

Zapomniałam! Jeszcze polewa czekoladowa 🙂

Od 12:30 do 14:00 był lunch. To był taki przedsmak kolacji. Muszę wspomnieć, że śniadanie nie było aż tak „na bogato” jak kolacja, co zazwyczaj powinno być odwrotnie: kolacja powinna być lekkostrawna. Przynajmniej dietetycy tak mówią 🙂 Kolacja zaś, to uczta. Kurczaki na kilka sposobów, duszone mięso lub smażone na bieżąco ryby. Mnóstwo owoców i desery. Do tego wino, piwo lub woda.

Bardzo smakowały mi warzywa duszone. Te na zdjęciu poniżej, to chyba mój ulubieniec. Smakowały, jak duszona żółta cukinia. Do tego idealnie doprawiona 🙂

Desery, to małe dzieła sztuki. Nie jadam dużo słodyczy, ale tam codziennie próbowałam innego ciacha i nie żałuję. Nie były one przesadnie słodkie i mdłe. Wręcz przeciwnie. Zresztą można się było najeść oczami.

Na koniec coś, czego nie spróbowałam a bardzo żałuję. Po posiłku, gdy wychodziliśmy już z restauracji, zobaczyłam dziwną breję. Nazwa kompletnie nic mi nie mówiła. Potem dowiedziałam się, że to zupa z juty- glonu morskiego. Nie chciałam się już wracać, bo skończyliśmy jeść. Szkoda, że jej od razu nie zobaczyłam, bo na pewno bym trochę z ciekawości na talerz nałożyła.

Wygląda „zachęcająco” 🙂

Ogólnie było smacznie i ciekawie. Następny wpis zrobię o roślinach, które tam widziałam. Do następnego 🙂

TUNEZJA Z BIUREM PODRÓŻY

Tym razem nasz urlop jest inny. Robiąc ten wpis jestem jeszcze w Tunezji. Ten kraj nie był w planach. Najpierw wypisaliśmy urlop, a potem myśleliśmy co by tu robić przez 3 tygodnie. Z ciekawości weszłam na stronę tui.nl i zaczęłam przeglądać oferty wycieczek…

To biuro podróży ma dobre rekomendacje. Pomyśleliśmy, że może by tak skorzystać z jego usług. Propozycje były różne. Holendrzy chwalili Majorkę i Wyspy Kanaryjskie. Oni ogólnie upodobali sobie Hiszpanię. Kanary odpadały od razu. Widziałam je na zdjęciach i jakoś niezbyt mi się podobają. Oferty na Majorkę były zaś dopiero na październik. Popularny w ostatnim czasie Egipt i Turcja też mi nie pasowały. Za to idealnie w nasz termin wbiła się Tunezja. Pan Mąż nie miał nic przeciwko, więc zabukowałam wycieczkę. Pozostało nam jeszcze tylko odebrać paszporty i czekać na rozpoczęcie urlopu.

Urlop rozpoczynaliśmy w poniedziałek a wylot był we wtorek po południu. Spakowaliśmy się w walizkę, która nie przekraczała 20kg z naszymi rzeczami. Nie brałam mnóstwa rzeczy, jak jakaś celebrytka. Pierwszy raz znalazłam się na największym lotnisku Holandii, czyli Schiphol. Na początku była dezorientacja: co, gdzie, jak? Niby wszystko dokładnie opisane, ale trochę ciężko trafić. Pan Mąż jest dobry w orientacji, więc po chwili byliśmy po odprawie i czekaliśmy na lot.

Masażery
Ściana z roślin

Lot trwał około 2,5 godziny. Krótko, ale i tak było nam ciężko wysiedzieć. Czytanie książki zupełnie mi nie szło. Podziwianie widoków z góry było potem ograniczone przez chmury.

Jeszcze Holandia
Nad Morzem Śródziemnym

Gdy lądowaliśmy, było już ciemno, mimo że czas w Tunezji jest przesunięty o godzinę do tyłu. Lądowanie odbyło się w Enfidha Hammamet Airport. Jest to największe i najnowocześniejsze lotnisko w Tunezji. Znajduje się około 80 km od stolicy – Tunisu i 48 km od Sousse, miasta turystycznego, gdzie znajdował się nasz hotel. Odprawa na lotnisku poszła szybko. Różnica między Schipholem a Enfidha jest taka, że tutaj wszystko odbywało się bardzo służbowo. Kontrolę przeprowadzali sami mężczyźni, zero kobiet. Uważnie przypatrywali się zdjęciu w paszporcie i wypytali o hotel. Po odprawie i odebraniu bagażu, udaliśmy się do punktu, gdzie czekali pracownicy tui. Podaliśmy nazwę hotelu i otrzymaliśmy kartkę z nr autokaru, który czekał już przed lotniskiem. Od razu podszedł do nas jeden z tutejszych oferujących taxi do hotelu. Podziękowaliśmy i ruszyliśmy do klimatyzowanego autokaru.

Tunezyjskie lotnisko

Po niecałej godzinie dotarliśmy do hotelu. Zameldowanie trwało szybko. Mimo późnej godziny restauracja była dla nas otwarta. Pan z obsługi zabrał naszą walizkę i nas do naszego pokoju z widokiem na basen i morze. I tak zaczął się nasz urlop, który nadal trwa.

W hotelu El Mouradi Palm Marina

Aby dokładniej opisać ten wyjazd, potrzebuję go podzielić na kilka części, bo jest o czym opowiadać. Po powrocie zajmę się tym. Do następnego 🙂

Poranek