Witaj w moim holenderskim pierdolniku, gdzie wiatr kręci wiatraki a ser pachnie lepiej, niż poranna kawa. Holandia pokazana moimi oczami: czasem bez lukru, czasem zabawna. Ale to nie wszystko, bo będzie też trochę o książkach, polecajkach i jedzeniu. Zacznij ze mną tę jazdę na dwóch kółkach po płaskiej ziemi! :)
Wreszcie wrzesień, na który czekałam, bo urlop. Lato się jednak jeszcze nie kończy, bo pierwsze dni nowego miesiąca przyniosły wysoką temperaturę. Wychodzi więc na to, że ostatni tydzień pracy zakończy się gorącem i urlop zacznie się gorącem, bo będziemy w ciepłym kraju.
Zdjęć trochę mi się w telefonie nazbierało. Zacznę od tego, że, gdy okna w dachu szklarni są otwarte, bardzo często wlatują do środka ptaki. Najwięcej jest dzikich gołębi i pliszek. Niestety ciężko ptactwo złapać i wypuścić, dlatego nierzadko trafia się na martwe zwierzęta. Ostatnio mieliśmy ptaka drapieżnego. Tydzień wytrzymał w szklarni. Gdy już opadał z sił i ledwo latał, udało się go złapać i wypuścić. Gdy znalazł się na zewnątrz, kilka sekund siedział zdezorientowany w pudełku, po czym poderwał się biedak do lotu. Mam nadzieję, że doszedł do siebie. Wydaje mi się, że to był młody jastrząb.
Pewnego dnia, gdy wracaliśmy z pracy naszym oczom ukazał się niecodzienny widok. Otóż na motocyklach, przez miasto minęło kilku Świętych Mikołajów 🙂 Jeden z nich miał nawet plastikowe sanie przyczepione do motocykla
Po pomidory przyjeżdżają tiry z różnych krajów, np Włoch, Grecji czy Hiszpanii. Najbardziej lubimy kierowców z Włoch, bo czasem dają prezenty w postaci win, ciast a ostatnio były melony 🙂
Teraz będzie trochę o jedzeniu. W Lidlu znalazłam lody o smaku solonego orzeszków. Nie przypuszczałam, że mogą być takie dobre. Dlatego pół kubełka poszło od razu.
Sądzę, że większość osób zna polskie pampuchy. Chodzi mi o te drożdżowe bułeczki, które przyrządza się na parze. Ja je uwielbiam. W Lidlu dorwałam miniaturowe wersje na imprezę, nadziane kurczakiem. Panu Mężowi nie smakowały a mnie jak najbardziej. Najlepsze z podsmażonym boczkiem.
Wystarczy je włożyć do mikrofalówki na 2-3 minuty i gotowe.
Czekolada nie jest u mnie na pierwszym miejscu, ale tych nigdy nie odmówię 🙂
Pracuję z dziewczyną, która pochodzi z Łotwy. Kiedyś poczęstowała mnie cukierkami z jej kraju. Jej córka była ostatnio w Łotwie i przywiozła paczkę cukierków dla nas- Barbele, czyli berberys. Znam tę roślinę, wiem jakie ma owoce ale nie wiem, czy można z nich zrobić cukierki. Wiem natomiast, że w składzie jest troszkę wanilii i cytryny. Nie potrafię opisać smaku, ale są pyszne.
Byliśmy ze znajomymi wreszcie nad morzem. Była piękna niedziela i szkoda było w domu siedzieć. Mamy przecież badmintona a znajomi byli chętni na grę, więc zebraliśmy się w kupę i pojechaliśmy na Maasvlakte, czyli mniej zaludnioną plażę z pięknymi wydmami. Był odpływ, szeroka plaża, mnóstwo muszelek i wysepki. Wiatru nie było i można by stwierdzić, że gra szła dobrze. A guzik. Strasznie, bo dawno nie graliśmy a przecież to nie jest trudna gra. Kilka razy leżałam w piachu.
Nie mogłam sobie odpuścić wejścia do morza, bo fale były super i woda także. W rezultacie skończyłam ze spalonymi ramionami. Potem nadchodził przypływ i co jakiś czas musieliśmy się z całym majdanem przenosić. Działo się to szybko, bo wody cały czas przybywało.
Po jakimś czasie te wiatraki znajdowały się już w morzu.
A tego lata, na plażach Holandii rozstawione zostały specjalne automaty z kremem do opalania SPF 30. Krem jest darmowy. Słońce jest tu naprawdę ostre i nietrudno o poparzenie skóry. A nie wszyscy noszą ze sobą tubki kremu. Powinno tak być wszędzie.
Jedna z kilku burz, które nawiedziły nasz rejon. Pani, która strojem dopasowała się do auta: spodnie czerwone, sweter musztardowy, włosy rudo- czerwone, rower kolor miedzi 🙂
Farms Around, czyli gdzie szukać lokalnych produktów. Na Instagramie jest taki profil. W każdym rejonie Holandii znajdują się rolnicy, farmerzy, którzy prowadzą swoje małe sklepiki. Można kupić świeże mleko, jaja, warzywa, owoce. Wszystko dobrej jakości i po znacznie niższej cenie jak w sklepie.
Jest takie powiedzenie: „Gdy się Holender rodził, to Żyd płakał”. Żydzi od dziejów umieją podwajać majątki, nie boją się lichwy, wymyślili obligacje korporacyjne. Mają pieniądze i tu nagle urosła im konkurencja w postaci Holendrów. Napiszę, jak ja to widzę i przytoczę dwie anegdoty.
Zanim na dobre zadomowiłam się w Holandii, wiele słyszałam i czytałam na temat rzekomego skąpstwa Holendrów. Jest nawet słynne stwierdzenie na ten temat, czyli „Kijken, kijken, niet kopen”. Oznacza to: patrzeć, patrzeć, nie kupić. Dotyczy m.in Holendrów na wakacjach, którzy tylko oglądają, żadnej pamiątki nie kupią, bo szkoda pieniędzy. I to jest akurat dobre, bo po jaką cholerę kupować chińskie pierdoły, o których się potem i tak zapomni. Najważniejsze są chyba zdjęcia i wspomnienia. Ja sama już zrezygnowałam z różnej maści pamiątek, które nie są tak naprawdę potrzebne. Lubię jedynie magnesy. Jeśli mam okazję kupić też coś dobrego do jedzenia, to też się skuszę.
Wierzba, jedno z ładniejszych drzew.
Kolejnym słynnym wśród Polaków zachowaniem Holendrów, jest robienie przyjęć. A w zasadzie ich brak. Bo to nie jest typową impreza, jak w Polsce, czyli z głośną muzyką i toną jedzenia. Fakt, Polacy są gościnni i znani z tego. I nie ma w tym nic złego. Do historii przeszły już imprezy i spotkania towarzyskie z czasów PRL-U. Jakiś czas temu, oprócz urodzin, wyprawiane były też fety z okazji imienin. Do tej pory huczne są wesela. Holendrzy tak nie balują. Na holenderskim weselu jeszcze nie byłam, ale co nieco słyszałam o tym. Jest dużo skromniej, ludzie nie są wystrojeni jak na bal a do kopert wkłada się malutkie sumy, np 20€. Imienin się nie obchodzi. Urodziny, to małe spotkanie towarzyskie przy kawie, kracie Heinekena, ciastkach i małych przekąskach. Do legendy należą opowieści jak to każdy z gości dostaje po ciastku i to wszystko. O kolejne nie jest w dobrym tonie prosić, a jeśli się na przyjęcie spóźnimy, to już nic nie zjemy. Pamiętam jedno z firmowych barbecue. Odbywało się w piątek po pracy. Pracowaliśmy do końca a jeszcze trzeba było pojechać do domu, wykąpać się i przebrać. Kto pojawił się szybko, to zjadł a dla reszty mało co zostało. Dowózki jedzenia nie było. Z drugiej strony, gdy zaprosili nas do siebie sąsiedzi, to poczęstowali piwem, kawą i dobrym ciastem. Żona szefa naszej szklarni ma przydomową szklarenkę, w której hoduje ogórki. Co jakiś czas przynosi dla wszystkich pudełko z warzywami na kantynę i można brać. Dlatego uważam, że Holendrzy lubią i chcą się dzielić tym, co mają. Może nie jest to robione z rozmachem, ale na pewno nie są nie gościnni i nie towarzyscy i skąpi. Co do imprez z wielkim rozmachem… Tu podoba mi się podejście Holendrów. Bo po jaką cholerę urabiać ręce po łokcie i wyprawiać balangi dla połowy rodziny i znajomych? Ok, rozumiem, że niektórzy to lubią. Ale po co to robić, bo np rodzina oczekuje, bo tak trzeba, itp. Pamiętam i znam osoby (kobiety) gdzie jeszcze niedawno przed imprezą sprzątały dom, stały przy garach a po wyjściu gości znowu sprzątały. I czy jest sens tyle gotować, gdy jedzenia się nie przeje tylko wyrzuci? Dla mnie to już po prostu marnowanie czasu, pieniędzy i produktów. Nie wyprawiam imprez nawet urodzinowych. Wolę z tej okazji gdzieś pojechać.
Pisklaki łyski.
Korting, korting – czyli przecena. Holendrzy uwielbiają promocje, upusty cenowe itp. Skoro można coś kupić taniej, to dlaczego nie skorzystać. Jeśli w markecie produkty mają kończącą się datę przydatności i obniżoną cenę, to i ja się skuszę. Jeśli jest promocja typu kup 2 + 2 gratis, to czemu nie. Nie kupuję drogich produktów spożywczych z górnych półek. Znam osobę z Polski, która nie kupi nic tańszego. Wszystko markowe, od jedzenia po ciuchy. Zostały dwa śledzie w słoiku? Nie będzie trzymać, wyrzuci. Ja jedzenia nie marnuję, to dla mnie zło. Kupujemy tyle, ile zjemy. Wolę iść na zakupy do Lidla i zapłacić mniej, niż kupować tylko w polskim sklepie. I właśnie zakupy z przeceny, to według mnie nie jest skąpstwo, tylko dobre gospodarowanie pieniędzmi.
Holendrzy nie zmieniają aut co roku. Owszem, jeżdżą dobrymi sprzętami, ale długie lata. Znam Polaków, którzy muszą mieć albo najlepiej dwa auta albo nowe co jakiś czas, żeby inni widzieli, że go stać. Rozumiem, że czasem jest mus mieć te dwa samochody, albo kupić nowe auto, bo stare na złom. Ale żeby się ludziom przypodobać, żeby zazdrościli, tego już nie rozumiem. Albo to „świecenie” ubraniami z logo drogich marek. Holendrzy mają pieniądze, ale nie obnoszą się z tym. Jak wcześniej napisałam – na tutejszych weselach nie zobaczy się odpicowanych ludzi. Nie noszą tony biżuterii i torebek Channel. Im to niepotrzebne do życia. I nie jest tak, że im szkoda wydać pieniędzy na luksusowy towar. Nie wierzę, że nie mają w szafach żadnych markowych rzeczy. Po prostu nie paradują w nich na co dzień. Lubią natomiast wydać kupę forsy na dobrej jakości łóżko albo pierdoły do domu w Actionie 🙂
Pracuję z taką Anią. Opowiadała mi kiedyś, że była z dziećmi na spacerze nad morzem. W pewnym momencie podeszła do nich Holenderka i zaczęły rozmawiać. Ania powiedziała, że pochodzi z Polski. Pani się ucieszyła i zaczęła opowiadać o swoim synu, który ma dobrego kolegę Polaka i był z nim w Polsce. Ania się zapytała, czy mu się podobało. Pani na to, że tak, bardzo. I w tym momencie, pewnie każdy Polak pomyśli, że Holender był zachwycony krajobrazem, jedzeniem, dużo zwiedził, itp. Owszem był zachwycony (jego mama też), bo miał spanie i jedzenie absolutnie za darmo 🙂 Nie musiał płacić za hotel, bo kumpel go ugościł w domu rodzinnym. I to mu się najbardziej podobało.
Pracuję z takim jednym Holendrem który bardzo lubi piwo. Twierdzi, że jeśli się w weekend nie nawali, to to nie jest weekend. Tak, Holendrzy też potrafią na bani być. Pewnej soboty poszedł z kumplami do pubu. Tam poznał innych facetów. Narąbali się w trzy dupy. Nastepny dzień, patrzy w telefon a tam zdjęcia z jakimiś nowo poznanymi. Na koncie nic nie ubyło. Dowiedział się, że jemu stawiali piwo a on nawet nie pomyślał, żeby sobie samemu kupić. Nawet mu do głowy nie przyszło żeby postawić w rewanżu. Absolutnie się tym nie przejął i ucieszył, że nie musiał forsy wydawać, melanż miał za darmo 🙂
Czy można się czegoś od Holendrów nauczyć? Tak. Jest to na przykład gospodarność, odpowiednie zarządzanie czasem i pieniędzmi, że nie trzeba obnosić się z bogactwem, żeby inni zazdrościli, że wydawanie pieniędzy na głupoty nie jest opłacalne. I ja nie uważam, że typowy Holender to sknera i skąpiec. Jest oszczędny, ale bez przesady. To jest po prostu zdrowe podejście do pieniądza.
Znajoma z pracy pokazała mi kilka tytułów kryminałów. Były to m.in książki Maxa Czornyja, którego twórczość znam i lubię. Wybrałam dwie części jego mrocznego kryminału. I oczywiście nie zawiodłam się.
Max Czornyj jest z rocznika 1989. Gość młodszy ode mnie. Adwokat, który praktykował prawo w Polsce i we Włoszech. Kilka zdań o jego postaci na okładce książki, mówi, że niczym w dowcipie lubi stare wino, spleśniałe sery i samochody bez dachu. W prozie- seryjny morderca. „Grzech” to jego pierwsza zbrodnia. Dodam, że pisze naprawdę fenomenalnie. Cieszę się, że poznałam tę serię.
Zrobiłam jednak głupią rzecz. Nie zapoznałam się dokładnie z książkami i zaczęłam czytać od drugiej części 😳 I dziwiłam się, że nie rozumiałam o co dokładnie chodzi, kim są te postaci i dlaczego książka się tak skończyła… Dopiero przed przeczytaniem pierwszej części zajrzałam do internetu. I się zdziwiłam. Pozytywnie. Potem już wszystko ułożyło mi się w jedną całość.
Akcja dzieje się w Polsce, w Lublinie. W mieście dochodzi do serii zaginięć. Ktoś porywa kobiety, a ich rodziny otrzymują tajemnicze listy. Do sprawy zostaje przydzielony wybuchowy komisarz Eryk Deryło. Gdy znalezione zostają pierwsze zwłoki, na Lublin pada strach a presja wywierana na policję rośnie. Tropy mnożą się i plączą. Krąg podejrzanych się poszerza a strach przeradza w panikę. Ciało kobiety zostało okrutnie zbezczeszczone, z rozmysłem upozorowane i porzucone na jednym z lubelskich cmentarzy. Morderca cały czas znajduje się o krok przed ścigającą go policją. Do sprawy włącza się Miłosz Tracz, profiler mający za zadanie przygotować portret psychologiczny sprawcy.
Policja bada, czy okoliczności w jakich porzucone są ciała mają znaczenie. Biorą pod uwagę też to, że bluźniercze nawiązania do symboliki religijnej stanowią próbę zmylenia pościgu…
O drugiej części nie będę pisać za wiele. Zdradzę jedynie to, że morderca wciąga w swoją makabryczną grę komisarza Deryłę, który musi chronić rodzinę. Funkcjonariusze policji podejrzewają również, że psychopata jest naśladowcą kogoś innego…
Nigdy nie przepadałam za seriami, ale ostatnio się to zmieniło za sprawą kryminałów i thrillerów. Mam swoje ulubione i zbieram części sukcesywnie. To chyba najlepsza ozdoba domowej biblioteczki. A jak się czyta tę serię? Świetnie! Rozdziały są krótkie, co lubię. W każdym coś się dzieje i niemal każdy kończy się zagadką, sensacją albo niespodzianką. Z ciekawości chce się czytać dalej. Do tego dołożę dialogi głównych bohaterów. Niektóre momenty czytałam ze śmiechem, bo czasem czarny humor dopisywał policjantom.
Poszperałam w internecie i dowiedziałam się, że seria ma aż 10 części napisanych w ciągu pięciu lat! Niesamowite. Są to kolejno: „Grzech”, „Ofiara”, „Pokuta”, „Trauma”, „Klątwa”, „Zjawa”, „Bestia”, „Krew”, „Pacjent”, „Piekło”. I ja je wszystkie muszę mieć i przeczytać. Książki chronologicznie czyta się najlepiej. Każda z nich opowiada inną historię, inną sprawę, ale poznajemy też cały czas głównego bohatera- komisarza Eryka, którego zresztą polubiłam mimo narwanego charakteru.
Kolejny raz napiszę: TikTok wciąga. Zrobił ogromną furorę wśród ludzi i jest już popularniejszy niż Instagram. Wcześniej byłam sceptycznie nastawiona, ale teraz znalazłam w tej aplikacji sporo pozytywów.
Oglądam filmiki na TikToku codziennie. Każdego dnia dowiaduję się też nowych rzeczy, bo ta aplikacja służy nie tylko do pokazywania głupot. Konta tu mają ludzie, którzy zajmują się ciekawymi rzeczami: od tych, co uczą języków, przez masażystów pokazujących techniki masażu, po kosmetologów i make- up. Żeby nie było, że tylko żyję TikTokiem. Przeglądam go jedząc śniadanie lub na przerwach w pracy. Czasem wieczorem. Mam inne hobby 🙂
Pamiętam szał na Facebooka. Gdy niemal wszyscy mieli tam założone konta i mówili: „Nie masz Facebooka, to nie istniejesz”, ja miałam to gdzieś. Założyłam profil z dużym opóźnieniem. Potem nadszedł czas na Instagram, który miał być w założeniu kopalnią pięknych zdjęć i inspiracji. Teraz jest to kopalnia różnorakich fotek z długimi opisami. Czasy świetności ma teraz TikTok. Okazuje się, że pokazywanie światu kadrów ze swojego życia to za mało. Teraz się kręci filmiki, bo innych to kręci i chcą zobaczyć/ podejrzeć jak żyją inni. I mnie też to wkręciło. W życiu bym nie przypuszczała, że wiele osób będzie się utrzymywało z mediów społecznościowych. Ostatnio oglądałam dziewczynę, która wykonuje makijaże i zarabia też w internecie. Na pytanie jednego z obserwujących, który sugerował, że przecież TikTok pewnie kiedyś też przeminie i jak wtedy ona będzie pracować i zarabiać odpowiedziała, że się nie boi, bo na 100% powstaną inne aplikacje i media społecznościowe. Coś w tym jest, bo twórcy i użytkownicy raczej nie powiedzą: stop, przecież to są ogromne pieniądze. Internet rządzi.
Ja sama obserwuję blisko 300 różnych kont. Są to m.in profile z książkami, make- up, nauka języków, kryminalistyka, kilka znanych osób, ludzie, którzy mieszkają w Holandii i nie tylko, życie par mieszanych, np Polka i Turek, czy Polka i Hindus. Dowiedziałam się też kilku ciekawostek dotyczących np włosów. Chodzi o podwójne mycie. Najpierw odrobina szamponu do zmycia zanieczyszczeń a potem mycie właściwe. Stosuję od dłuższego czasu i kondycja włosa się poprawiła. Peeling pod pachami. Tak, brzmi dziwnie, ale jest skuteczny. Używam cukru z żelem pod prysznic, żeby nie podrażnić skóry. Masuję kolistymi ruchami i zmywam. Dlaczego warto stosować? Tam znajdują się także pory. Peeling pomaga w czyszczeniu. Dzięki temu mniej się człowiek poci a skóra jest odświeżona. Wystarczy raz w tygodniu i zero dezodorantu z alkoholem!
A to kilka kont, które obserwuję:
Filmiki, zdjęcia z Wielkiej Brytanii. Podoba mi się ich akcent, lubię Monty Phytona, śledzę losy rodziny królewskiej, chciałabym odwiedzić m.in Londyn i Edynburg, znajdują się tam też urocze wioski i ogólnie uważam, że Wielka Brytania ma swój niepowtarzalny klimat.
A to już porcja wiedzy na temat pielęgnacji czy makijażu. Człowiek się starzeje i szuka pomocy dla skóry. Mnie to interesuje, bo lubię coś zawsze na gębę nałożyć. Tutaj pani podaje na tacy porady, jak się szybko nie zmarszczyć.
Lubię polski stand-up. Mam ulubionych artystów a moim ostatnim odkryciem jest ten pan. Czarny humor i ironia leją się z ekranu. Boki można zrywać dodając do tego kamienną twarz Tomasza.
Tu raczej komentarz zbędny, bo lubię grzybki zbierać, jeść, fotografować i oglądać okazy na zdjęciach.
Jedno z moich marzeń: odwiedzić Salem. To kawał historii, piękna architektura i wszystko to kojarzy się strasznie. Moje klimaty 🙂
A jak Salem, to Halloween. Profil z inspiracjami, czyli jak udekorować chałupę żeby było strasznie i klimatycznie.
Idę za ciosem, czyli wszystko to, co związane z moją ulubioną porą roku, czyli jesienią 🙂
Lubię różne ciekawostki, informacje ze świata. Nie ma na tym profilu tajemnicy. Chcesz się dowiedzieć czegoś ciekawego? Piekielnie ciekawi się polecają. Poniżej kolejny „ciekawski” profil:
Nie podróżuję na wielką skalę, raczej dopiero stawiam pierwsze kroki w tym kierunku. Lubię zwiedzać. Ten profil może się przydać np do szukania tanich noclegów. Rzetelne informacje.
Gotowanie to nie moja pasja, ale lubię oglądać kulinarne kanały, bo coś tam zawsze potem w kuchni się wyczaruje. Nie. Wróć. W moim przypadku raczej odwali. Czasem dobrze, częściej źle. Ale podsuwam pod nos Panu Mężowi pomysły. Jednym z moich ulubionych ekspertów od żarcia jest półfinalista Master Chefa- Tomasz Strzelczyk. Facet ma dużo fajnych pomysłów i w miarę proste przepisy. Jest z czego wybrać.
Przydatne strony internetowe:
Książki to moja pasja. Ostatnio kryminały a co za tym idzie, to profile o tej tematyce.
Na koniec wjeżdża czekolada. Jadam bardzo rzadko, ale fajnie się ogląda gościa, który jest prawdziwym mistrzem w robieniu rzeźb i ozdób czekoladowych. Dzieła sztuki i aż żal to zjeść!
…czyli uporządkowaliśmy ogród. W zeszły weekend Pan Mąż skosił największą trawę, a wczoraj dokonaliśmy reszty poprawek.
Nie obyło się bez strat. Kolejny raz przekonałam się, że przy chłopie trzeba stać i pilnować, żeby niczego nie spieprzył. Samo powiedzenie: „uważaj”, nie wystarczy. O co chodzi? O to, że na końcu podwórka mam wsadzone dwa małe iglaczki. Tam też trzeba było porządnie wykosić trawę. Mówię: patrz, bo tu rosną dwa malutkie drzewka. Tak, tak, oczywiście, nie ma problemu. Taaaa… Po skończonej pracy poszłam ocenić efekt. I co zastałam? Pół krzaczka nie ma!
Wkurzyłam się i mam nadzieję, że drzewko jednak będzie dalej rosło. Poziomki bez smaku i zapachu rozprzestrzeniają się cały czas. Sądzę, że tak do końca się ich nie pozbędziemy. Tak, jak skrzypu i bambusa
Palmy z donic poszły do ziemi. Zastanawiałam się, gdzie je wsadzić a że dużego wyboru nie było, więc rosną obok siebie w miejscu, gdzie kiedyś było oczko wodne. Trzymam kciuki, żeby dobrze się zakorzeniły i wyrosły, bo marzą mi się wysokie okazy.
Dwie hortensje z donic także poszły w piach. Wkopałam je obok trzeciej, która już tam dobrze rośnie od dłuższego czasu. Wiem, że w tym miejscu będzie im wygodnie.
Goździki ogrodowe mają się oczywiście świetnie. Nie usychają, wypuszczają cały czas nowe listki. Te małe kwiatki są po prostu nie do zdarcia.
Wrzosy tego lata o dziwo mi nie padły. Cały czas są zielone. To dobry znak, bo wytrzymają do jesieni i nie będę musiała kupować kolejnych roślin. Te w metalowej misce przestawiłam na rabatę i obłożyłam kamyczkami, które wcześniej były w donicach z palmami. Dorzuciłam też muszle.
Juka też dostała nowe miejsce. Teraz stoi obok malwy, którą dostałam od babci.
Cebulki żonkili i hiacyntów czekają na wkopanie do ziemi we wrześniu.
W koszyku mam też dalię. Kupiłam ją chyba w czerwcu w markecie. Najpierw stała na ziemi, ale kilka ślimaków się do niej dobrało. Przestawiłam ją na stolik i odrasta. Będę musiała pomyśleć, czy ją wkopać, czy wziąć na zimę do domu. Nie znam się na tej roślinie, ale od czego jest internet. Co do ślimaków, to w tym roku było ich naprawdę niewiele.
We wrześniu mamy urlop, więc będzie czas żeby zrobić ostatnie porządki w ogrodzie. Przytnę jaśmin i myślimy nad tym, żeby całkowicie wyciąć śliwę. Nie było na niej w ogóle owoców. Sądzę, że jest po prostu dzika i nic z niej nie będzie. W jej miejsce można posadzić coś innego. Mam nawet pomysł, co 🙂
Ciasta różnego rodzaju kupić można w każdym supermarkecie w Holandii. Ja próbowałam z każdego sklepu. I tu napiszę swoją opinię: dlaczego te z Jumbo są najlepsze.
Jumbo, to jeden z popularnych holenderskich sklepów samoobsługowych. I chyba należy do największych. Mamy w mieście jeden, ale nie jest mi po drodze, gdy jadę np z pracy do domu. Dlatego rzadko tam zaglądam. Ale ostatnio pojechaliśmy tam z Panem Mężem. Dlaczego? Chodziło o ciasto 🙂
Jedną z tradycji holenderskich, jest częstowanie współpracowników ciastkami, tortami, babeczkami, itp z okazji na przykład urodzin czy narodzin. Około 3 miesiące temu jednemu z nich urodziło się dziecko. Z tej okazji przyniósł cztery pudełka kremowych ciastek. Były to ciastka pokrojone w trójkąty, przełożone kremami śmietanowymi i oblane różnymi polewami. Słodkie, kaloryczne, ale ten smak był nieziemski. Po prostu pyszne! Zastanawiałam się z jakiego są sklepu… Do tej pory kupowałam torty w Albert Hijnie. Wyglądają one, jak tarty, przełożone kremem, na wierzchu bita śmietana i owoce. Smaczne i zupełnie inne od typowych polskich tortów nasączonych alkoholem i przełożonych ciężkimi kremami. W Albercie takich trójkątnych ciastek nie widziałam. Wreszcie zapytałam się skąd te ciacha. Z Jumbo… Jakiś czas temu, odchodziła od nas jedna dziewczyna, bo znalazła inną pracę. Na odchodne przyniosła podobne ciastka, tyle że pokrojone w prostokąty. Równie pyszne, co poprzednie. Skąd? Oczywiście z Jumbo!
W lipcu Pan Mąż miał urodziny. Powiedziałam, żeby z tej okazji kupił jakieś dobre ciasto. Pojechaliśmy zatem do Jumbo a tam do wyboru, do koloru. Zdecydowaliśmy się na trójkątne kawałki – po 4 w pudełku i każdy o innym smaku. To ciasto na zdjęciu pod tytułem wpisu, można nazwać typowym tortem przełożonym masą marcepanową i polanym białą czekoladą. Jadłam. Słodkie okrutnie, ale uzależnić się można. Poniżej, podobny wypiek, tyle że z ciemną czekoladą:
Popularny jest tutaj vlaai. Jest to rodzaj tarty owocowej. Dostaniemy w każdym markecie. Wypełnieniem jest zazwyczaj masa owocowa, na którą nałożona jest „kratka” z reszty ciasta. Powstało podobno w Limburgii, kiedyś bardzo biednym regionie Holandii. Ludzie gotowali i przyrządzali posiłki z tego, co akurat mieli pod ręką. Owoce zawsze znajdowały się na drzewach w przydomowych ogródkach. Od 2017r mieszkańcy dumni ze swojego wynalazku, oddają hołd ciastu i 25 października obchodzony jest Narodowy Dzień Vlaai. Odbywa się też konkurs dla piekarzy, którzy muszą upiec dwa ciasta. Zwycięzca otrzymuje tytuł Lekkerste Vlaaienbakker i dzierży go przez cały rok. Co ciekawe, receptury oryginalnego vlaai są przekazywane z pokolenia na pokolenie. Poniżej przykład placka sklepowego:
Oprócz kawałków ciast, można kupić i połówki. Duży wybór, bo z warstwą owocowej galaretki, z bitą śmietaną albo masą kajmakową.
Jeśli dla kogoś takie kawałki, to za dużo, ma inną opcję. Równie pyszną. Chodzi o mniejsze ciastka z ciasta francuskiego, przekładane kremem (przypomina ten z polskiej karpatki), babeczki z owocami lub a’la kremówki z nadzieniem budyniowym:
Te wszystkie ciacha wyglądają jak małe dzieła sztuki i w smaku nie mają sobie równych. W ilości cukru chyba też nie 😉 Słyszałam opinie, że w Albercie są lepsze. Mam swoje porównanie i te z Jumbo dla mnie są naj naj. Polecam spróbować.
Coraz bliżej wrzesień, a co za tym idzie? Jesień i mój urlop. Wreszcie odpoczynek i to trzytygodniowy! Jak ja się cieszę, bo potrzebuję tego. Obydwoje z Panem Mężem potrzebujemy. Ale zacznijmy od początku…
Jak już wcześniej pisałam, w maju odbyły się egzaminy w naszej językowej szkole. Rozdanie dyplomów było dopiero w lipcu. Wszyscy (nie, nie wszyscy, bo kilka osób miało urlop) stawiliśmy się w miejscu, gdzie chodziliśmy na lekcje. Była kawa, soki, owoce, nauczyciele i fotograf, który robił każdemu zdjęcie dla strony internetowej szkoły. Podpisaliśmy dyplomy a oprócz tego mały prezent w postaci świecy o delikatnym, kremowym zapachu.
Myślałam, że uzależniłam się od pewnego dania… Chodzi o ser, pomidorki i czosnek. Pyszne to, ale ostatnio już chyba przesadziłam, bo narazie mam dosyć 🙂
Znalazłam idealne dla mnie w smaku wino. Hiszpański Czarny Kot. Skalpel idealnie zapozował. Zresztą już z nami nie mieszka, bo brat z żoną wyprowadzili się do Rotterdamu. Znaleźli mieszkanie, wynajęli, poradzili sobie 🙂
A niżej jedna z pracujących sobót. Tak, tak, bo ten miesiąc był intensywny jeśli chodzi o pracę, której było dużo.
Zdjęcie przedstawia jedno z wielu pudełek z towarem na wadze. Byłam wtedy sama na magazynie i myślałam, że mnie szlag trafi. Dlaczego? Bo niektórzy mają w dupie to, jak powinien wyglądać pomidor do sprzedaży. Nikt nie kupi małych, zielonych orzeszków. Odcinać się pracownikowi nie chce, nawet pod spodem takie są. I taki jeden z drugim ma gdzieś, że ja muszę się z tym męczyć, żeby zrobić wszystkie palety, podczas gdy oni już wesoło jadą do domu! Dlatego czasem mam dość, dlatego czekam na urlop jak na zbawienie. Chcę odpocząć. I gdy niemal wszyscy latem biorą wakacje i jadą do Polski, ja czekam. Czekam aż wrócą i będą w pracy. Wtedy powiem „nara, wy się teraz męczcie” XD
A swoje wakacje spędzimy tym razem nie w Polsce. Chcemy pełnego relaksu. Mieliśmy ustalony kierunek już wcześniej, ale plany swoje a życie swoje. Dlatego już nie będę planować na dłuższą metę wycieczek, bo wychodzi z tego coś innego. W naszym przypadku najlepiej spontanicznie. Mieliśmy robić trip po Francji w kierunku Lazurowego Wybrzeża, po drodze zwiedzając Awinion. Zobaczyłam to miasto w internetach i bardzo mi się spodobało. Gdy miejsce ze zdjęcia wpadnie mi w oko, to wiem, że jest pięknie. Paryż odpadał od razu- dla mnie przereklamowany. Niestety we Francji wybuchły liczne protesty i zniechęciło mnie to. Wiem, że teraz jest już spokojnie ale wszystko się zmieniło i będziemy zupełnie w innym miejscu. Nie, nie jest to Turcja czy Egipt, bo to bardzo teraz popularne kierunki. Tak samo, jak Wyspy Kanaryjskie. A ja mam tak, że chcę jechać tam, gdzie jeszcze nikt ze znajomych czy rodziny nie był. A że czasem zdarza mi się różne rzeczy robić odwrotnie, to najpierw wypisałam urlop, a potem myślałam nad destynacją. Francja odpadła, ale znalazł się jeden kierunek, który od razu mi się spodobał, nie taki popularny i był w odpowiednim terminie. Ogólnie lubię spędzać czas na zwiedzaniu, leżenie plackiem pod słońcem mnie męczy. Pan Mąż stwierdził, że może chociaż teraz takie wczasy zrobimy: leżeć i nic nie robić. Ważne, że wypasiony basen, obok plaża, więc w sumie nie trzeba było mnie namawiać. Dobra, zarezerwowane i opłacone. Czekamy na paszporty. Oczywiście relacja z wycieczki będzie potem na blogu.
A jak wygląda załatwienie paszportu w Holandii? Wbrew pozorom bardzo łatwo. Najpierw trzeba wejść na stronę internetową konsulatu. Tam jest zakładka: sprawy paszportowe. Zaznaczamy ilość osób i sprawdzamy dostępne daty. Czasem wszystkie terminy zajęte, dlatego warto dużo wcześniej codziennie polować i zaklepac pierwszą datę, która się pojawi w okienku. Z tym nie ma co zwlekać. Godzin wizyty jest kilka- można sobie dopasować i wybrać. Następne wypełniamy wniosek on-line: dane osobowe i o jaki paszport się ubiegamy. Podajemy adres e-mail na który przychodzi do pobrania termin spotkania w konsulacie i kolejny wniosek do wypełnienia. Trzeba też pamiętać o zrobieniu zdjęcia. W tym celu udaliśmy się do urzędu gminy. Stoi tam specjalny automat do zdjęć. Nie trzeba iść do fotografa.
Siadamy za kotarą, wrzucamy kilka monet (chyba to było 7€) i wybieramy opcję zdjęcia: paszportowe, do dowodu lub prawa jazdy. Głos mówi, jak ustawić głowę, itp. Języki do wyboru: holenderski, niemiecki, turecki, polski. Panu Mężowi poszło szybko, bo już tutaj zdjęcie robił do zmiany prawa jazdy. Mnie ustawienie twarzy średnio szło. Ale udało się. Maszyna wypluła 4 sztuki a do paszportu potrzeba tylko jednego. Wyszłam, jakbym w pierdlu była. Tylko numerka brakowało.
W odpowiednim dniu stawiliśmy się na umówioną godzinę w konsulacie, który mieści się obok ambasady polskiej w Hadze. Przy drzwiach stał pan z listą petentów. Sprawdził, czy tam widniejemy i nas wpuścił. Nie przypuszczałam, że będzie aż tyle ludzi. Poczekaliśmy około 15 minut i podeszliśmy do okienka. Dałam pani urzędniczce potwierdzenie wizyty i dowód. Przysłany mailem wypełniony wniosek nie był jednak potrzebny. Wystarczy na miejscu podać dane a pani wbija w komputer. Zdjęcie skanuje i oddaje. Pobrane są dwa odciski palców i należy się podpisać rysikiem na tablecie. Pani prosiła też o nr telefonu, na który powinien przyjść kod weryfikacyjny. Potem uiszczamy opłatę w wysokości 110€ (sztuka)i dostajemy papier z potwierdzeniem i informacją kiedy można odebrać paszport (około 5 tygodni czekania). Smsem przyjdzie wiadomość, że już gotowy. Poinformowani też zostaliśmy, że owszem, jest możliwość przysłania dokumentu pocztą, ale jeśli mieszka się daleko od ambasady i trwa to nawet 8 tygodni. My mamy około 40 km, więc tylko odbiór osobisty. Przy okienku każde z nas stało około 10 minut.
To coś na mrówki nie zdaje w pełni egzaminu. Owady wchodzą do środka, ale czasem jakieś pojedyncze sztuki szwendają się po blacie Co innego ten pierdolnik do kontaktu przeciw komarom. To działa, nie ma ani jednego, ale niestety szybko się kończy.
Jadłam już różne bagietki, w tym np czosnkowe. Ale te ziołowe z marketu Jumbo przebijają w smaku wszystkie. Kilka minut w piekarniku i niebo w gębie 🙂 Można napchać sera.
A niżej najlepsze leczo, jakie jadłam, które zrobiła moja bratowa 🙂
Do Jyska rzadko zaglądam. Byliśmy akurat w Actionie i obok jest Jysk. Na zewnątrz wystawiony był komplet ogrodowy, który według mnie jest naprawdę fajny. Niżej stół (niestety bez krzeseł) w kringloopie za 130€
W Holandii jeździ wiele ciekawych i nietuzinkowych aut. Ten na zdjęciu, to chyba Mustang.
Kolejny szczeniaczek, który uczy się grzecznie chodzić „przy nodze”
Pan Mąż wskoczył na chwilę do sklepu, a ja rzucałam okiem na kwiaciarnię obok 🙂
Kiedy wreszcie wyżebrałaś u szefa wolną sobotę żeby odpocząć i z radości wzięłaś się za kończenie sprzątania strychu i tyle klamotów pojechało do kringloopa.
Jak to jest? Wcześniej tam kupowałam a teraz oddałam 🙂 Szaleństwo już mi chyba minęło, ale i tak zerkałam na nowy towar. Poszłabym między regały, ale tym razem nie było czasu. Musiałam skończyć robotę.
W drodze do pracy:
Elegancko się zachmurzyło i potem była elegancka burza z piorunami i oberwaniem chmury. Ciemno, jak późnym wieczorem. Aż żal dupę człowiekowi ściskał, że w tamtym momencie nie mógł pod kołdrą jeszcze poleżeć… Lubię burzę. Od tamtej pory czasem porządnie wieje, ochłodziło się i często pada. To chyba koniec lata w Holandii…
Polubiłam się z aplikacją TikTok, bo oprócz totalnych głupot zawsze znajdę coś pożytecznego. Ostatnio oglądałam przepisy na różne dania i okazuje się, że są ciekawe i smaczne.
Do stania przy garach pierwsza nie jestem, ale czasem jakiś przepis mi wpadnie w oko. Co się okazuje? Jeśli wypróbuję go, to w 99% zawsze wychodzi i jest pysznie. Czyli może aż tak złą kucharką nie jestem 🙂
Byłam ostatnio w polskim sklepie po chleb i natknęłam się na żółtą fasolkę szparagową. Co ciekawe, w holenderskich sklepach widziałam do tej pory tylko zieloną. Kupiłam trochę tej fasolki i pomyślałam, że zjemy z masłem i bułką tartą. Ale potem zobaczyłam filmik na przyrządzenie jej w inny sposób, którego nie znałam. I musiałam wypróbować. Nie zrobiłam wszystkiego dokładnie, jak w przepisie, bo zawsze lubię coś zmodyfikować. Oryginalnie potrzebne składniki to fasolka, 3- 4 jajka, ulubione przyprawy i ser mozzarella. Ja dodałam pomidorki koktajlowe, a że nie miałam mozzarelli, to dodałam cheddar.
Fasolkę gotujemy w osolonej wodzie do takiej miękkości jaką lubimy. Naczynie polewamy lekko oliwą z oliwek i układamy połówki pomidorków. Przyprawiany – ja użyłam tylko mix młynkowy kupiony w Actionie i suszone zioła.
Na pomidory wyłożyłam odsączoną fasolkę, wybiłam 4 jajka i ponownie przyprawiłam.
Na to poszedł starty cheddar kupiony w Lidlu.
Zapiekałam to kilka minut (do stopienia sera) w 150°. Najlepiej smakuje na gorąco.
Action robi ostatnio furorę za sprawą np TikToka. Ludzie pokazują, co kupili tam i co polecają. Ja sama lubię robić tam zakupy, bo zawsze znajdę coś, co przypada mi do gustu i wracam.
W sobotę po pracy wybraliśmy się z Panem Mężem, bo potrzebowałam ręcznika papierowego i oczywiście wyszłam z kilkoma innymi rzeczami. Nowymi, których jeszcze nie próbowałam. A ręcznik papierowy najlepszy jest właśnie w Actionie.
Pierwszy po drodze był dział z chemią, który jest naprawdę dobrze wyposażony. Skusiłam się na spray do czyszczenia łazienki The Pink Stuff. Już dawno był polecany na Facebooku. Seria jest spora, bo są też pasty czyszczące i inne płyny. Wypróbuję najpierw ten:
Szczoteczka do zębów bambusowa. Ciekawe, czy się sprawdzi, ale sądzę, że jest lepsza, niż ta zwykła plastikowa.
Chciałam uzupełnić zapasy mojego ulubionego Sanex. Żele były, ale dezodorantu tej marki niestety brakło. Kupiłam pierwszy raz ten marki Vaseline. Jestem ciekawa, czy zda egzamin. Zapachu jeszcze nie znam.
Szampony do włosów z Actiona już jakiś czas przypadły mi do gustu. Duże wydajne butle i duży wybór. Tym razem kupiłam kokosowy, który ma nawilżać włosy. Mam nadzieję, że będą miękkie, bo nie lubię sztywnej szczoty na głowie.
Polecane kropelki samoopalające. Używam samoopalaczy, bo lubię być brązowa. Na ten płyn czaiłam się od dawna, ale dopiero teraz się pojawiły. Tzn ja je dopiero w sobotę zobaczyłam. Widziałam efekt w internecie i wygląda to ok. Teraz sama przetestuję.
Kolejny kosmetyk do włosów – krem z olejkiem arganowym. Chyba nowość. Pasuje mi w nim to, że zmiękczy włosy i nie trzeba spłukiwać. Sprawdzimy i zobaczymy efekt 🙂
Gumki do włosów, ale będą mi raczej służyć do zapanowania nad wsuwkami, które leżą luzem. Włosy wiążę innymi gumkami, bo te by zniszczyły włosy.
I oczywiście dział z maseczkami, które uwielbiam. Do wyboru, do koloru. Mam już swoje ulubione, których regularne stosowanie przynosi efekty. Zawsze jednak wypatruję nowości i teraz też się pojawiły.
Co jeszcze kupujemy w Actionie? Np ziarno dla ptaków w postaci „batonów”. Nie muszę odwiedzać sklepu zoologicznego, bo przy okazji zakupów actionowych zaopatruję się w identyczne batony, które moje papugi uwielbiają.
Wkładki do butów, to ulubieniec Pana Męża. W pracy dużo chodzi, a te wkładki sprawiają, że w stopy jest wygodnie, poza tym zapobiegają poceniu. Są dużych rozmiarów, ale to nie problem, bo na wkładkach są narysowane linie z rozmiarami i można wyciąć odpowiednią wielkość.
Plannery i notesy. Lubię pisać w kajetach, a w Actionie jest ich ogromny wybór. Są tanie a do tego mają piękny wygląd u kolorowe okładki.
A na półkach pojawiły się już dekoracje dla mojej ulubionej pory roku 🙂
Testuję, bo mnie szlag trafia. Dlaczego? Bo jest lato i oprócz upałów pojawia się robactwo. Mam na myśli komary, mrówki i muchy. Jeszcze bym dodała kleszcze, ale ich na szczęście tu nie widzę.
W markecie kupiłam dwa preparaty: na mrówki i komary. Na muchy mam w domu trzy packi. Lepu nie powieszę, bo wygląda ohydnie. Moskitier w drzwiach do ogrodu i w oknach nie chcę, bo po prostu mi się nie podobają. Szukam więc innych rozwiązań. Much ogólnie się brzydzę. Wiadomo, że siadają w różnych miejscach a potem w domu na jedzeniu. Bleeee. Zabijam. Do szału doprowadzają mnie komary, a w zasadzie komarzyce, bo to one piją krew. Gdyby jeszcze były cicho. Ale nie, musi być to cholerne brzęczenie, które potrafi mnie obudzić. Dlatego mam już w kontakcie preparat przeciwko tym gnojom. Preparat jest firmy Vapona. Jest to belgijski produkt i czasem ciężko było przetłumaczyć instrukcję (do mrówek), bo to mieszanka języka holenderskiego i francuskiego. Reklama na opakowaniu mówi, że to 3 w 1, czyli zabija komary i moskity, działa nawet w dzień i ma nowoczesny wygląd. Zobaczymy, co przyniesie noc.
Drugi produkt ma za zadanie zlikwidować przeklęte mrówki. Pojawiają się zawsze w kuchni, co jest koszmarne. Sypałam podłogę i blaty proszkiem do pieczenia, Pan Mąż nawalił silikonu tam, gdzie wchodziły. Przez moment był spokój. Teraz pojawiły się znowu. Najgorsze jest to, że nie mam pojęcia którędy wchodzą. Nie jest ich mnóstwo, raczej kilka sztuk co jakiś czas, ale jeśli je widzę, to szlag mnie trafia. Zobaczymy czy to coś da radę:
Instrukcja obsługi opisana jest bardzo małą czcionką. Po drugie, jest to mieszanina dwóch języków. Spróbowałam sugerować się obrazkami, zresztą także bardzo małymi. Wreszcie dojrzałam jak to zrobić, żeby rzekomo działało. Usunęłam ochronkę plastikową. Wcisnęłam plastik z pomarańczowym płynem, pojawiły się otwory przez które mrówki podobno mają wchodzić i potem schodzić z tego świata. Zobaczymy, bo nie chce mi się wierzyć, że to działa.
W opakowaniu były dwie sztuki i postawiłam je przy oknie na blacie. Jak narazie jeszcze efektu nie widzę. Owady spacerują w najlepsze.
Nie mam pojęcia, co to za płyn się tam znajduje i jak to działa. Nie tłumaczyłam dokładnie ulotki i nie szukałam informacji w internecie. Mam tylko nadzieję, że jakiś efekt będzie, bo chyba oszaleję. Przy okazji wpisu na koniec miesiąca dam znać, czy te wynalazki pomogły.