W POSZUKIWANIU TORTOWNICY, CZYLI JAK SPIEPRZYĆ CIASTO…

Zachciało mi się upiec ciasto. Wpadłam na ten genialny pomysł, mimo tego, że mam zdolności spaprania nawet najprostszego przepisu. Ale za każdym razem łudzę się, że tym razem wyjdzie wszystko w stu procentach dobrze…

Zacznę od początku. Lubię czytać bloga Kasi Tusk. I tam zobaczyłam przepis na letnie ciasto z truskawkami. Wydawał się banalnie prosty. Do tego kruchy spód, który uwielbiam. Ja i mój piekarnik za sobą nie przepadamy. Dodatkowo nie posiadam brytfanek (oprócz jakiejś mini keksówki) do ciast, nie mówiąc o czymś tak „luksusowym”, jak tortownica. Ale uparłam się: w weekend upiekę ten sernik z truskawkami, mimo, że te owoce jem bardzo rzadko. Sklepowe, to nie to samo, co wyhodowane we własnym ogrodzie.

Najpierw trzeba było kupić tortownicę. Stwierdziłam, że nie będę przepłacać, pojadę do kringloopa i wydam może max ze dwa euro. I jak pomyślałam, tak zrobiłam. Oczywiście tortownica była- koszt 3€. Do tego musiało wpaść kilka innych rzeczy, bo inaczej zakupy nie były by kompletne 🙂

Cztery sporej wielkości filiżanki stoją już w mojej szafce 🙂

Przy zegarach zatrzymałam się na dłużej, bo mam na ich punkcie małego bzika. W domu posiadam kilka sztuk, które muszą „tykać”- ten dźwięk mnie uspokaja i przy nim zasypiam. Do kolekcji brakowało mi „stationsklok” , czyli zegara, jak z dworca kolejowego. I był! Za 7€! Nie mogłam go po prostu olać. Zapakowałam do koszyka i już wisi przy drzwiach do salonu.

Wrócę znowu do ciasta. Kupiłam w polskim sklepie twaróg we wiaderku i przystąpiłam do dzieła. Zajęło mi to około pół godziny. Piekłam za to dwa dni. Dlaczego? Bo oczywiście spieprzyłam. Nie dopiekło się ciasto kruche. Więc w poniedziałek po pracy dokończyłam i wreszcie miało to ręce i nogi. Jedyne, co bym zmieniła, to owoce. Kupne truskawki są nieco kwaśne. Słodkie czereśnie albo maliny bardziej by mi pasowały. Krem serowy wyszedł za to pyszny. Już wiem o co w tym chodzi, więc sądzę, że dam radę upiec ten sernik ponownie. Tutaj link do przepisu: https://makelifeeasier.pl/inne/kremowy-sernik-z-truskawkami/

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Mam strasznie mało czasu na wszystko. Dlaczego? Bo jesteśmy w szczycie sezonu pomidorowego i pracy od groma. Znowu jest ten czas, gdy wychodzę z magazynu ostatnia a w domu jestem o 18:00. I tak wkoło Macieju…

Wpis z czerwcowymi zdjęciami sam się nie zrobi, a trochę się tego układało. Po pierwsze: pogoda. Lato w tym roku w Holandii jest takie jesienne, że aż się cieszę. To znaczy, były ze trzy dni gorąca i miałam dość. Kiedy wszyscy narzekają na deszcz i wiatr, ja jedyna narzekam na słońce. Czekam na jesienne wieczory. Jak zawsze 🙂 Po drugie: krótkie noce. No spać się nie da. Jako dziecko, się z tego powodu cieszyłam. Jako „stara d…a”, już mi do śmiechu nie jest. Uwielbiam ciemne wieczory i noce. A tu nawet po 22:00 jasno.

Plus taki, że ręczniki szybko wyschły 🙂

Na początku czerwca wpadli do nas dobrzy znajomi. To zawsze to samo małżeństwo, z którym się przyjaźnimy. Jako, że mają rodzinę we Włoszech, więc W. stwierdził, że zrobi nam risotto, jak rodowity Włoch. Stał przy garach, zawzięcie mieszał, konsultował się z włoskim szwagrem w sprawie przepisu a na koniec stwierdził, że wszystko zjebał i danie poszło do kosza na śmieci… Ale i tak było wesoło 🙂

Ja za to znalazłam przepis na pyszną zupę z młodymi ziemniakami. Trochę oczywiście zmodyfikowałam. W garnku należy rozgrzać oliwę z oliwek, zeszklić czosnek i cebulę drobniutko posiekane. Po tym czasie wlać bulion. W oryginale był warzywny, ale ja ugotowałam na drobiowych skrzydełkach, bo Pan Mąż lubi takie gotowane mięso. Bulion przelałam przez sito, żeby był czysty.

Następnie wyszorowałam młode ziemniaki i pokroiłam na mniejsze kawałki. Wrzuciłam do bulionu i ugotowałam do miękkości. Można je następnie zblendować, ale ja użyłam tłuczka do ziemniaków, bo nie chciałam papki. Następnie dodałam groszek (u mnie mrożony) i świeży siekany koperek.

W razie potrzeby należy doprawić. Zabieliłam śmietaną i voila! Niebo w gębie!

Jedna z wąskich uliczek w miejscowości Brielle.

No i czas na Euro 2024. Byłam za Polską. Nawet z tej okazji kupiłam sobie Tyskie i chipsy i guzik wyszło. Chcieli dobrze, wyszło jak zawsze. Na drugim miejscu stawiam na Holandię. Cieszę się, że dobrze idzie. U nas, jak zawsze kantyna ustrojona na pomarańczowo. Mecze oglądają wokoło chyba wszyscy i słuchać, jak się drą:)

Na palecie zobaczyłam zdziwionego UFOludka z czółkami 😆

Odbył się też ketmia, czyli lunapark. Poszliśmy w sześć osób, czyli trzy pary. Było fajnie. Obskoczylam trzy karuzele, na dwóch prawie na zawał zeszłam, ale było warto. Chłopakom udało się nawet co nieco wygrać w strzelaniu.

Potem zrobiliśmy u nas małego grilla, bo pogoda dopisywała. To znaczy, nie było za zimno i nie było gorąco. Na ruszt poszły kiełbaski, szaszłyki, bakłażan i kaszanka.

I mam kolejny przepis. Tym razem na sałatkę idealnie pasującą do grilla. Dzisiaj dużo jedzenia 🙂

Ziemniaki obieramy, kroimy w większą kostkę i gotujemy do miękkości (ale nie na papkę). Do tego: rzodkiewka w plastry, czerwona cebula i ogórek kiszony w kostkę, posiekany szczypior i koperek. Sól, pieprz wg uznania. Sos: trochę majonezu, jogurtu greckiego i musztardy francuskiej. Wymieszać i gotowe. Zdecydowanie ten sos robi tu robotę:)

Znowu w Lidlu wystawili torby po 3 euro z zawartością owoców i warzyw. Wybrałam mix. Koleżance oddałam pomarańcze i awokado. Reszta bardzo mi się przydała:

Znajomy powiedział mi kiedyś, że trafił w Jumbo na owoce morza w przecenie. Lubi je, podobnie jak ja. Chodziło o przegrzebki na dużych muszlach pod serową pierzynką. Pewnego dnia zajrzałam tam i były! Kupiłam i zapiekłam według przepisu. Było pyszne. Muszle umyłam i robią za dekorację na półce z książkami.

Czereśnie – cena za 500 gram.
My do pracy a kaczki na randce 🙂

Do następnego 🙂

„PRZYJACIÓŁKA”- B.A. PARIS

Bardzo lubię książki tej autorki. Mam za sobą kilka przeczytanych i kilka na moim regale. Szczerze napiszę, że do tej pory tylko jedna książka B.A. Paris mi nie podeszła i do tej pory nie rozumiem o co w niej chodzi.

B.A. Paris to autorka bestsellerowych thrillerów psychologicznych, które posiadają też wątki kryminalne. Kiedyś bym nie przypuszczała, że sięgnę po taki gatunek powieści. Ale te książki naprawdę wciągają. Jedną z top pozycji jest „Za zamkniętymi drzwiami”, którą mam i przeczytałam. Tym razem również mamy akcję, która rozgrywa się w pewnym domu.

Głównymi bohaterami książki jest małżeństwo: Gabriel i Iris a także ich serdeczna przyjaciółka Laure. Znają się na tyle długo i na tyle dobrze, że wymieniają się kluczami do swoich domów. Gabriel i Iris mieszkają w Wielkiej Brytanii a Laure z mężem we Francji. Pewnego dnia Laure pojawia się w domu przyjaciół, bo dowiaduje się o zdradzie męża. Wie, że może na nich zawsze liczyć a oni przyjmują ją z otwartymi ramionami i nalegają, by Laure czuła się u nich swobodnie i została tak długo, jak potrzebuje.

Mijają dni i tygodnie. Laure nosi ubrania Iris, śledzi każdy jej ruch, zadręcza opowieściami o niewiernym mężu i… wypytuje o niedawną śmierć chłopaka z sąsiedztwa. Atmosfera nieufności i wzajemnych podejrzeń niebezpiecznie się zagęszcza, piętrzą się sekrety, pojawiają oskarżenia. Nic tak naprawdę nie jest takie, jak się na początku wydaje. Przyjaźń między tymi ludźmi, to za dużo powiedziane. Jest tylko jedna osoba, która wie dokładnie, co tu się wydarzyło i co się dzieje. Jest to mroczny sekret i ciekawe, czy wyjdzie na jaw…

Czytając tę książkę, dziwiłam się głównej bohaterce, że mimo irytacji przyjaciółką, jest dla niej aż tak uprzejma, nie umie powiedzieć „nie” i toleruje jej zachowanie. Potem jednak wyszło, co nią kierowało i jak ta przyjaźń tak naprawdę wyglądała… Ciekawe i zaskakujące zakończenie. Polecam 🙂

Do następnego 🙂

CO NIECO Z TEMU

Jak to czasem bywa, znowu wyhaczyłam kilka gadżetów z „Temu”. Zaglądanie do tej platformy zakupowej wciąga. Zawsze coś mam w koszyku a potem robię selekcję. Dzisiaj dotarła paczka i pokażę co kupiłam.

Wiadomo, jak się sprawy mają z rzeczami pochodzącymi z Chin. Natkniemy się na naprawdę ciekawe, fajne, przydatne i w miarę dobrej jakości klamoty a także na totalne buble. No i ja tym razem na takie trafiłam. Mówi się trudno, ale już przynajmniej wiem, co warto kupić a czego nie.

Na pierwszy ogień idą spinki do włosów. Lubię je nosić i do tej pory stawiałam na klasyczne klamry. Teraz dokupiłam 4 sztuki, ale w neutralnych kolorach. Żeby nie było nudno, to wrzuciłam do koszyka też taką kolorową z kwiatkami. Prezentują się całkiem dobrze, jak na zdjęciach.

Nie mogło zabraknąć kolczyków, które uwielbiam. Na co dzień noszę małe przebitki/ sztyfty (czy jak się to nazywa), a gdy wychodzę gdzieś poza pracą, to w uszy wpinam inne, różne, fajne kolczyki. Lubię koła. Tym razem dokupiłam czarne. Jest lato (holenderskie, czyli bardziej deszczowe), mieszkam nad morzem, więc motyw muszelek też już mam. Są urocze 🙂

Testowałam z Temu maseczki do twarzy w płachcie, jak i te zwykłe, zmywalne. Do tego płatki żelowe pod oczy i jestem zadowolona. Przyszła kolej na sztyft z kofeiną, który ma niby zlikwidować cienie pod oczami. Ja w sumie takowych nie posiadam (na szczęście, ale czasem zdarzają się wory), w cuda nie wierzę i nie przypuszczam, że ten sztyft to jakaś magia. W zasadzie, to uważam, że nie będzie efektów. No bo czego się spodziewać po takim tanim kosmetyku… Już go użyłam. Zapachu kawy nie posiada, natłuszcza skórę jak wazelina. A ja wazelinę lubię kłaść pod oczy. Skóra nie jest sucha a rano mam „glow”. Także ten sztyft przyda mi się jako zamiennik wazeliny, który nakładać będę na noc. I co ważne: nie mam po nim uczulenia czy pieczenia. Jest ok.

Piżamy. Nie śpię w długich, grubych piżamach. Nie lubię, jest mi za ciepło. Krótkie spodenki i koszulka na ramiączkach wystarcza. Nie muszę mieć jakiegoś drogiego i wyszukanego kompletu do spania. Zwykłe gacie i podkoszulek jest dla mnie najwygodniejszy. Dlatego zamówiłam dwie pary takich piżam. Wyglądają całkiem, całkiem. Oczywiście poszły najpierw do prania.

W sierpniu planuję mały remont i znalazłam przypadkiem wielofunkcyjne urządzenie do czyszczenia różnych powierzchni. Ma to szczoteczkę, druciak, czy gąbkę. Podpinane do ładowarki. Widać, że nie jest to ekstra sprzęt, ale wypróbuję przy sprzątaniu. Potem napiszę, jak się „szczota” spisała 🙂

Kupiłam też dywanik do łazienki, żeby położyć go przy wannie. Do tej pory, na macie bambusowej leży ręcznik. Dywanik będzie się lepiej prezentować. Poza tym widać, że dobrze będzie wodę wchłaniać a i w pralce wytrzyma.

Czas na dwa buble. Lubię motywy morskie, więc chcę w sypialni powiesić wcramkach niewielkie plakaty np z widokiem plaży, fal, muszli, itp. Na Temu znalazłam mnóstwo tego typu foto. Wybrałam te w odcieniu beżu. I guzik. Obrazy są tak kiepskiej jakości, że nadają się tylko jako podkładki pod talerze z kiełbasą z grilla. Może dwa jako tako jeszcze wyglądają. No cóż, będę musiała zamówić plakaty w profesjonalnym sklepie z dobrą jakością. Drugi bubel, to „kocie” okulary. Chciałam czerwone oprawki. Przyszły dużo mniejsze, niż na zdjęciach i nie ze szkłem a z plastikiem. Dobra, wiem że to chińskie coś, ale szczerze powiedziawszy, spodziewałam się szkła – zerówek chociaż. Te nadają się bardziej dla dzieci. Może wykorzystam je do zdjęć…

Na koniec moje małe odkrycie z TikToka. Chodzi o „magiczny” wiatrak do ogrodu. Widziałam filmik, jak to wygląda po złożeniu i jak działa. Po pierwsze- skończymy z Panem Mężem porządkować ogródek, po drugie- czekam na wiatr (chyba pierwszy raz w życiu jest mi potrzebny) i wtedy zrobię specjalnie wpis z tym cudakiem 🙂

Do następnego 🙂

CEMETERY OF THE SKULL, CZYLI NAJSTARSZY BELGIJSKI CMENTARZ

Lubię nekropolię. W Polsce zawsze tam zaglądam. Czasem wtedy, gdy jest ciemno. Nie boję się. To znaczy, jest mały dreszczyk strachu, ale zawsze powtarzam, że trzeba bać się żywych, nie umarłych. Dlatego, gdy dowiedziałam się o tym cmentarzu, wiedziałam, że muszę go zobaczyć.

Centrale Begraafplaats Assebroek, zwany także Cmentarzem Czaszki, jest najstarszym w Belgii. Znajduje się blisko holenderskiej granicy, bo w Brugii. To była nasza druga wizyta w tym mieście. Jest to miejsce ciszy w miejscowości pełnej turystów. Położone jest w odległości krótkiego spaceru do centrum miasta. Cmentarz istnieje od 1787 roku i to wtedy odbył się pierwszy pochówek.

Pod koniec XVIII wieku, cesarz Józef II nakazał położyć kres wiekowej tradycji chowania ludzi wokół kościołów. Mogiły trzeba było usunąć i umieścić daleko poza murami miasta, bo priorytetem była higiena i zdrowie publiczne. Rada miasta niezwłocznie kupiła działkę w Assebroek (teraz to dzielnica). Na cmentarzu zostały pochowane wybitne postacie ze świata sztuki, literatury, polityki, szlachta, księża i żołnierze. Są tam groby m.in architekta Louisa Delacenserie, poety Guido Gezelle czy Brytyjczyka Jamesa Weale’a.

Cmentarz jest obecnie znacznie większy. Dodano działki dla duchownych. Przydzielono miejsca także Brytyjczykom, których w mieście, w tamtym okresie było sporo. Od czasów I wojny światowej znaczną część cmentarza zajmują groby belgijskich, brytyjskich i niemieckich żołnierzy i cywilów.

Najnowsza rozbudowa obejmuje miejsce dla urn. W małym budynku niedaleko wejscia, znajduje się niewielka wystawa poświęcona dziedzictwu, folklorowi, sztuce i architekturze. Można zobaczyć, jak kiedyś wyglądały pochówki.

Wiele nagrobków jest dziełem twórczych umysłów znanych rzeźbiarzy. W XIX wieku imponujący pomnik nagrobny był symbolem statusu ludzi zamożnych.

Brugia jest pionierem w zakresie zmiany przeznaczenia grobów, tzn ponownego wykorzystania starych pomników od lat 80tych. Groby są porządkowane, konserwowane a to oznacza, że zachowane zostały starożytne grobowce.

Na uwagę zasluguje grób rzymsko – katolickiego księdza Antoine’a Michela Wemaera. Na jego mogile leży omszona czaszka ze skrzyżowanymi piszczelami. Grabarze mówili na nią Pirat Piet.

Moją uwagę zwróciło to, że na bardzo wielu grobach są zdjęcia. Często w bardzo dobrym stanie. Czasem i wszystkich członków rodziny. Zmarłe dzieci także są uwiecznione na fotografiach. Jedna mnie bardzo zaskoczyła. Kiedyś np w Polsce popularnym było fotografowanie zmarłego w trumnie a nawet zdjęcie z nim. Ale tu, na jednym nagrobku znalazłam fotografię martwego dziecka w trumnie…

Informacje:

Cmentarz traktowany jest trochę jako park. Można wejść z psami. Znajdują się tam krany z bieżącą wodą i bezpłatna toaleta damska i męska a także ławki. Cmentarz otwarty jest od 8:00 do 18:00. Parking- na przeciwko, bezpłatny.

Adres: Kleine Kerkhofstraat 62, 8000 Brugia.

Wejście przez bramę.

Czy cmentarz może być ładny? Tak! Ten ma wygląd, jak z horroru i według mnie ma niepowtarzalny urok. Warto zobaczyć.

Do następnego 🙂

BIEDA

Już jakiś czas temu pisałam, że zaczęłam częściej zaglądać do dużego holenderskiego supermarketu- Jumbo. Towar jest tam dużo bardziej zróżnicowany, niż np w Lidlu czy Albert Hijn. Jest też bardzo dużo promocji i przecen i o tym dzisiaj kilka słów.

Nasz dobry znajomy i jego żona chwalą sobie Jumbo. I to właśnie od nich dowiedziałam się o „biedzie”. Zupełnie nie wiedziałam wtedy o co im chodzi a oni byli zdziwieni, że nic nie wiem, że nic nie widziałam. Zanim wyjaśnię co to ta „bieda”, to mała dygresja. Polacy w Holandii bardzo często wymyślają swoje nazwy na różne rzeczy (np kringloop to „dziad”) i właśnie „bieda” to też wymysł. Ja nazywam rzeczy po imieniu, nie mam nawet weny, żeby coś nazwać po swojemu. Swoją drogą, wyobraźnia Polaków nie zna chyba granic 🙂

Bukiety kwiatów też są przecenione, bo nie są pierwszej świeżości.

W Jumbo jest pewna specjalna półka – szafka, gdzie ląduje towar, któremu kończy się termin przydatności. Najczęściej jest to żywność, choć czasem są i kosmetyki albo kwiaty. Wszystko to jest przecenione, ale nadające się oczywiście do spożycia. I właśnie to moi znajomi nazywają „biedą”. W sumie nawet się nie zapytałam dlaczego nazwa taka a nie inna. Pokazali mi to i teraz często zaglądam tam.

Co np kupiłam: paczkę pieczarek, masło, pudełko warzyw z przepisem na „kaszotto”, które zresztą zrobiłam.

Znajdziemy tam również mięso, ciasta, sałatki, chleb czy nawet gotowe dania obiadowe.

Moim absolutnym top znaleziskiem była kremowa pasta ze szczypiorkiem. W Lidlu kupuję podobną i jest smaczna, ale ta z Jumbo to dla mnie 10/10. Gdybym nie zajrzała na „biedę” to nie wiedziałabym, że w tym markecie jest ona dużo smaczniejsza.

Według mnie warto zajrzeć czasem na takie przecenione półki, bo można znaleźć naprawdę smaczne rzeczy i z nich zrobić szybki obiad. Sama już nie raz korzystałam i na pewno będę nadal. Ostatnio znajomi dorwali owoce morza: duże muszle, na nich były słynne przegrzebki pod serem. Wszystko należało zapiec. Wiadomo, to jest towar, który trzeba szybko skonsumować. Powiedzieli, że było pyszne.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Ledwo się zorientowałam, że maj już zniknął i pojawił się nagle czerwiec. Czas leci bardzo szybko. Kończy się weekend i nastaje znowu piątek i sobota. Tego lata mam dopracowane plany.

Przede wszystkim urlop chcę wziąć w połowie sierpnia a nie jak to zazwyczaj bywało, we wrześniu. Potrzebuję dwóch tygodni wolnego, ale nie będzie to żadna wycieczka, czy inny odpoczynek. W tym roku postanowiłam przemalować ściany w salonie, zmienić drzwi do ogrodu i odnowić schody. Nowe dywaniki już kupione. Do tego muszę wyprać dywan i zamówić nową kanapę. Chcę sobie umościć gniazdo na jesień 🙂 Narazie lata w Holandii nie widać. Czasem wychodzi słońce, ale najczęściej są chmury i deszcz. Nasz ogród był elegancko odchwaszczony, ale po częstych ulewach cała roślinność wybiła ze zdwojoną siłą. Brakuje tylko małp i jakiegoś Tarzana.Ale to inny temat. Mam nadzieję, że chociaż w sierpniu trochę pogoda dopisze, żeby farby schły.

Częsty widok nieba.

W telefonie mam mnóstwo screenów dotyczących koloru ścian i modeli kanap. Mam całe dwa miesiące, żeby wszystko kupić i przygotować się do roboty. W pracy wirus nadal się utrzymuje, ale tylko po jednej stronie szklarni. Planty są cały czas kontrolowane a chore wycinane. Szef nie chce uprawy likwidować, bo to czas i pieniądze. Wiadomo. Stare rośliny wypuściły odrosty i z nich będą rosły w górę nowe pomidory. W niektórych rajkach są cały czas jeszcze wycinane stare i chore owoce a potem znowu wypuszczone zostaną nowe i zdrowe. Co, co je wycinają (wybrane są trzy osoby) chodzą w specjalnych białych kitlach, żeby wirus nie rozprzestrzenił się dalej.

Pojawiły się też małe zielone liszki, które są żarłoczne jak dinozaury. Wyżerają dziury i trzeba bardzo uważać przy ważeniu skrzynek. Na sortowni muszę niemal każde pudełko sprawdzić. Zdarzają się też śmieszne okazy pomidorów:

Musiałam zrobić pomidorkowi oczy 🙂

W Lidlu pojawiły się gadżety do domu z motywami morskimi. Kiedyś pewnie bym się na nie rzuciła i kupiła, bo lubię ten motyw. Już dawno mi przeszło z pierdołami do domu, ale zdjęcie musiałam zrobić.

Spodobały mi się perfumy do prania. Aktualnie używam niebieskich, ale są też o zapachu wiosny czy lawendy. Według mnie dobra rzecz, bo pranie faktycznie pachnie. Lubię testować np nowe płyny do płukania.

Jakiś czas temu robiłam wpis o tym, co znalazłam w torbie za 3 euro w Lidlu. Wśród warzyw była zielona roślina podobna do jakiejś odmiany kapusty, sałaty. Nie wiedziałam co to, ale ludzie pomogli i już wiem, że nazywa się bok choy, czyli kapusta chińska. W moim ulubionym sklepie ogrodniczym jest też dział z warzywami i owocami. Znalazłam tam bok choy za 0,79 centów. Kupiłam dwie sztuki i poddusiłam z cebulą, czosnkiem, sosem sojowym i ostrygowym, czerwoną świeżą papryką. Kroi się tę kapustkę jak złoto i tak też smakuje. Polecam!

Po holendersku, to paksoi.

Oglądałam też tam piękne hortensje. Nie kupiłam żadnej, bo w ogródku mam posadzone już trzy. Poza tym za bardzo miejsca w tym buszu nie ma. Co nie znaczy, że nie miałam ochoty wziąć chociaż jednej…

Niedaleko naszego domu ktoś chyba obchodził jakąś imprezę. Nie wiem, czy to były jakieś urodziny (balonów z cyframi nie widziałam) czy jakaś rocznica, ale stała sobie napompowana różowa pani. Tutaj to normalne, że przed domem Holendrzy stawiają takie postaci.

Maki pod supermarketem Jumbo.

Do następnego 🙂

„LANGER”- REMIGIUSZ MRÓZ

Remigiusza Mroza chyba nie muszę przedstawiać, bo o ile dobrze pamiętam, pisałam o nim parę słów przy okazji opisu innej jego książki. Kolejny raz sięgnęłam po pozycję tego autora i nie zawiodłam się. A tę książkę pożyczyła mi znajoma.

Zacznę od tego, że nie wiedziałam o czym ona jest. Nie sprawdziłam w internecie opisu. Zazwyczaj zerkam na ostatnią stronę okładki i czytam, mimo że nie ocenia się książki po okładce. I tutaj był zonk. Dlaczego? Dlatego:

Tylko tyle. Stwierdziłam, że czytam w ciemno. Co tam. Przecież już wiedziałam że Mróz pisze dobrze. Na początek dowiedziałam się, że Langer to nazwisko głównego bohatera. Ma na imię Piotr i jest degeneratem i psychopatą jakich mało.

Ciekawa dedykacja.

Akcja książki toczy się w Warszawie. Piotr jest bogatym biznesmenem i filantropem – pomaga uchodźcom z Ukrainy (tak, czasy współczesne). Posiada apartament na Mokotowie i willę w Aninie. Pewnego wieczoru, na przyjęciu charytatywnym, poznaje kobietę. Piękną, inteligentną i dobrze ubraną. Ma wobec niej makabryczne plany. Ale plany swoje a życie swoje. Kobieta zaintrygowała go. Langer jest również inteligentny, uważany za dobrego człowieka ze znajomościami. I jest też druga jego twarz: potwór w ludzkiej skórze.

Książka wciąga. Cały czas coś się dzieje. Uprzedzam, że jest napisana dosadnie. Dużo wulgaryzmów i opisów koszmaru. Langer jest jednym z tych bohaterów, których polubiłam, mimo że to totalny zwyrodnialec. Więcej nic nie napiszę. Fan kryminału i mrocznego thrillera powinien przeczytać 🙂

A tak na marginesie, to zajrzałam do mojego notesu, w którym zapisuję przeczytane książki. W tym roku szału nie ma, chociaż robię co mogę.

Do następnego 🙂

TORBA ZA 3 EURO

Podczas zakupów (standardowo) w Lidlu, natknęłam się na metalowy sklepowy regał z papierowymi torbami z różną zawartością. Napis głosił, że jedna sztuka kosztuje 3 € i przypada na jednego klienta.

Zajrzałam do środka, ale byłam pewna, że będzie się tam znajdowała żywność, która jest blisko końca terminu ważności, ale jeszcze w dobrym stanie. Nie pomyliłam się. Lubię takie akcje i nie lubię wyrzucać jedzenia. Jestem bardziej zwolenniczką warzyw niż owoców, więc wybrałam tę torbę, w której przeważały jarzyny. Zrezygnowałam natomiast z torby, gdzie były pomidory. Mam je za darmo a po drugie, nie mogę kupować innych i spożywać w pracy ze względu na wirusa.

Toreb było już tylko chyba z pięć, więc długo nad wyborem się nie zastanawiałam. Kilka porządnych warzyw za trzy eurasy, to nie byle co 🙂 W domu dokładniej przejrzałam zawartość. Chciałam mieć małą niespodziankę. Pierwsze co wyjęłam, to trzy ogromne jabłka. Ostatnio to mój ulubiony owoc. Potem znalazłam dwie czerwone papryki w niemal idealnym stanie.

Następnie był fenkuł, czyli koper włoski. Muszę pomyśleć co z niego zrobić, bo przyznam, że pierwszy raz będę go używała w kuchni. Słyszałam tylko, że jest smaczny. Był jeszcze szczypior, który często kupuję i trzymam w kubku z wodą. Rośnie sobie, a ja mam na kanapki.

Kolejne warzywa, które lubię, to kapusta- będzie zrobiona na pewno z pieczarkami, boczkiem i koperkiem. Taką wersję czasem gotuję. Do tego „aż” trzy rzodkiewki 🙂

Jeszcze mamy selera naciowego- lubię i na koniec zagwostka, bo za Chiny ludowe nie mam pojęcia co to za warzywo… Aplikacja podpowiada, że to rodzaj jakiejś sałaty albo szpinaku. Widziałam to warzywo nie raz, ale nigdy nie kupiłam. Muszę się dowiedzieć co to, bo przecież nie wyrzucę. Trzeba coś z tego przyrządzić i zjeść.

Proszę więcej takich akcji z ratowaniem jedzenia. Chętnie skorzystam!

Do następnego 🙂

SÓL I PIEPRZ

Mieliśmy komplet solniczki i pieprzniczki. Małe, szklane buteleczki z napisami po angielsku. Przy przeprowadzce do nowego domu pieprzniczka się gdzieś zapodziała. Sól została, ale papugi sobie ją upodobały i się bawiły aż stłukły.

Pieprz od tamtej pory był w gotowych buteleczkach z Lidla a sól… No cóż, korzystaliśmy z większego pojemnika, do którego była przesypywana. Nie było to poręczne. W Actionie były toporne i niezbyt ładne rzeczy do przypraw. Więc standardowo w sobotę zrobiliśmy wypad do kringloopa. Tego, co zawsze. Naszego ulubionego. I standardowo wyszliśmy z torbą innych klamotów.

Pan Mąż wypatrzył komplet łyżek: sporych, głębokich, takich żeby się wygodnie zupę jadło. Ja dołożyłam komplet widelców, bo zawsze jakiegoś brakuje. To chyba kolejna rzecz po skarpetkach, która ginie. Wypatrzyłam też mały kosz piknikowy, ale bez zawartości. To nie jest problem, bo mamy już jeden duży z naczyniami. A ten jest fajny, poręczny. I znalazła się też mini solniczka szklana (przyda się) a ja zdecydowałam się na drewniany komplet na sól i pieprz. Stoi sobie teraz na chlebaku obok młynka z korbką do mielenia.

Miałam też komplet z kringloopa: cukiernicę i naczynie na mleczko do kawy. Wieczko cukiernicy niestety stłukłam ja i nie wyglądało to dobrze. Tym razem wyłożyli sporo nowego towaru i znalazłam nowy komplet.

Pan Mąż zainteresował się grami. Znalazł tarczę do rzucania lotkami. Kupił, bo chce grać. Jest używana, ale porządna bo metalowa. Brakuje lotek, ale można je kupić oddzielnie w internecie. Do tego dołożył grę w kółko i krzyżyk. Co ciekawe, dowiedziałam się, że w Holandii nazywa się to podobno: botter, kaas, eieren – czyli masło, ser, jajka. Oni to tu mają nazwy 🙂

Zajrzałam też na ciuchy. Grzebałam w spodenkach na lato i znalazłam kilka sztuk za kilka euro.

Nowych mebli też było sporo. Podobała mi się np ta kanapa. Będziemy niebawem wymieniać starą, z tym że szukamy z funkcją spania. Ta w kringloopie jest jednak za duża, no i bez tej funkcji. Ten stolik też wpadł mi w oko:

Dla wielbicieli zegarków, ramek na zdjęcia, biżuterii i pojemników kuchennych też się coś znajdzie:

Znalazłam też fajną dekorację w postaci drewnianych owoców na półmisku. Wyglądają o wiele lepiej, niż te plastikowe:

Na koniec coś, co mnie zaskoczyło. Chyba każdy dorosły zna kultową maszynkę do mięsa. Taką przykręcaną do stołu. Ręczną. Używała jej np moja babcia i ma do tej pory. My też taką posiadamy. Dostaliśmy od Pana Męża ojca i służy do dziś. Dobry sprzęt. Mały a mieli wszystko. W kringloopie też się znalazł. Wyglądał na mocno zużyty i wydawał się już raczej nie do użycia. Tylko ta cena… Nie przypuszczałam, że ta stara maszynka może kosztować aż 25€!

Do następnego 🙂