BYŁO, MINĘŁO…

Trochę mnie tu nie było, ale musiałam zebrać się do kupy po styczniowym lenistwie. Chodzi o to, że jeśli mamy mało pracy w pracy, to nic mi się nie chce 🙂

Nie to żebym narzekała… Taka laba jest potrzebna. Nawet nie wiem kiedy ten styczeń przeleciał. Wydaje mi się, że dopiero co były święta. Sylwestra spędziliśmy w domu że znajomymi grając w gry planszowe, jedząc holenderskie pączki i tort kupiony w tureckim sklepie.

Holendrzy jak zwykle puścili w powietrze tysiące euro. Strzelali fajerwerkami grubo przed Sylwestrem i szczerze powiedziawszy, zaczęło mnie to irytować, bo niektóre fajerwerki były naprawdę głośne i przyprawiały o zawał.

Pewnego wieczora włączyłam sobie na YouTube bajkę „Muminki”. Chyba z nudów, bo nawet czytanie mi nie szło. Zadziwiające jest to, że teraz jako dorosły człowiek, widzi się tę bajkę z innej strony. To, że Ryjek jest totalnym tchórzem, to było wiadomo. Zainteresowała mnie postać Mamusi Muminka. Doszłam do wniosku, że to nie jest typowa „matka kwoka”. Gdy Muminek jej mówił, że idzie gdzieś z Włóczykijem, bo coś się wydarzyło, bo przygoda, to ona nie robiła absolutnie problemu. Przeciwnie, zachęcała go żeby wyszedł z domu. Najważniejszą rzeczą były dla niej wspólne posiłki. Nieważne kto, gdzie był. Ważne żeby pojawił się na obiedzie czy kolacji. W trakcie jakiejś nieprzyjemnej dla Muminków chwili, potrafiła się zapytać, czy ktoś nie jest głodny 😆

Hatifnatowie

Zaczęłam też oglądać ponownie serial rysunkowy dla dorosłych pt „Family Guy”. Kiedyś mnie to nawet śmieszyło. Teraz już nie. Zaprzestałam i włączyłam „Gotowe na wszystko”. Gdy emitowali go w telewizji, oglądałam piąte przez dziesiąte. Teraz trzaskam pierwszy sezon i podoba mi się. Dużo się dzieje, jest tajemnica i humor. Nie mam zamiaru oglądać innych seriali, bo to nie dla mnie, ale ten babski pociągnę. Tylko w weekendy. Na YouTube jest też ciekawy kanał o tematyce społecznej „7 metrów pod ziemią”.

Muszę przyznać, że ciekawe wywiady. Oglądałam ten z byłą striptizerką. Dziewczyna ujawnia kulisy tej pracy i mocno się zdziwiłam, bo nic nie jest takie, jak to sobie wyobrażamy. Polecam.

W styczniu chwycił też mróz. Nie było szaleństwa, bo u nas około -5 rano. Trzymało chyba z tydzień. Śniegu troszkę też napruszyło, ale nie na tyle żeby lepić bałwana.

Łabędzie spacerują w parach albo pływają z kaczkami po kanałach.

W Lidlu był „Tydzień grecki” i skusiłam się na ciastka. Kruche o lekko kokosowym smaku, ale nie za słodkie. Bardzo smaczne i wiem, że kupię je ponownie gdy tylko się pojawią.

W pracy spokój. Jest nas mało, każdy wie co ma robić. Nie ma dram i kłótni między ludźmi. Zaczną się zapewne, gdy nadejdzie sezon, ale to jeszcze trochę czasu. Lubię, jak jest tak spokojnie i czysto. Cięłam ostatnio małe listki nożem i pół opuszka palca wskazującego poszło w pizdu. Krwi dużo ale na szczęście obeszło się bez szycia. Na zdjęciu poniżej widać przyklejone do sznurków pomarańczowe nalepki cenowe. Są co drugi plant pomidora. To po to, żeby było wiadomo z której rośliny wypuścić dodatkowy odrost, który także będzie dawał owoce.

A na koniec głosowanie. Rozpoczął się konkurs na Europejskie Drzewo Roku. Głosy zbierane są do 22 lutego. Kandydatem np z Polski jest 200letni buk z miejscowości Wojsławice. Link:

https://www.treeoftheyear.org/vote/the-heart-of-the-garden

Do następnego 🙂

CO Z TYM ACTIONEM?

Sieć sklepów Action wyrasta w Polsce, jak grzyby po deszczu. Ja ją poznałam tutaj i wtedy jeszcze nie było takiego szału, jak teraz. No właśnie… Mam wrażenie, że w Polsce te sklepy są lepiej wyposażone, niż w Holandii.

Oglądam sobie te TikToki i widzę, jakie dziewczyny pokazują fajne rzeczy, które kupiły. Podam przykład dwóch rzeczy, które by mnie się przydały: pędzelek do makijażu 4 w 1 albo słoik pełen gąbek do nakładania podkładu. Tych rzeczy tutaj nie widziałam. Nie mówiąc już o mnóstwie innych pierdół. Nie jest też tak, że w całej Holandii jest gorszy asortyment, bo widzę też filmiki dziewczyn, które znajdują ciekawe gadżety w Actionach w innych miastach. Tylko u mnie chyba taka bida. I naprawdę sądzę, że w Polsce jest większy wybór.

Byłam dzisiaj w sklepie w moim mieście. Trafiłam (jak to często bywa) na puste półki, bo akurat zmiana towaru. I nie tylko o to chodzi, bo wycofanych jest sporo rzeczy, które akurat lubiłam. Ale zostanę narazie przy wymianie asortymentu. W grudniu było Boże Narodzenie. Bombki z regałów już zniknęły a pojawiły się dekoracje wielkanocne! Szaleństwo! Dla mnie to przesada, tym bardziej, że obok stoją gadżety walentynkowe. Odechciewa się człowiekowi świąt i innych imprez…

Na dziale papierniczym nic specjalnego. Myślałam, że wyjdę z jakimś fajnym i kolorowym notesem, ale było cienko. Obok, na dziale chemicznym wiele towarów wybranych. Udało mi się dorwać spray do czyszczenia łazienki Pink Stuff. Mam pastę i jestem zadowolona. Było trochę nowości w alejce, gdzie są gadżety kuchenne:

Jestem już chyba naprawdę podstarzała, bo ucieszyłam się na widok ulubionego ręcznika papierowego 🙂 Jest popularny wśród klientów, bo czasem go brakuje.

Mam zrobione ściereczki ze starego prześcieradła i używam ich do sprzątania. Ale jedną rolkę tego ręcznika muszę mieć, choćby do tego, że dobrze wyciera się szyby.

Poszłam też na dział kosmetyczny. Znalazłam pojedyńcze gąbki do makijażu. Żadnych nowości. No może oprócz moich ulubionych masek w płachcie ❤️ Był spory wybór nowych i oczywiście kupiłam. No i peeling. Kiedyś używałam z Lidla (pojawił się tylko latem raz) aż wypróbowałam te z Actiona. Zapachy mają bardzo ładne i dobrze ścierają naskórek.

Na koniec wspomnę jeszcze o młynkach ręcznych z przyprawami. Już od dawna używam tych actionowych mieszanek. Co ciekawe (i nie tylko ja tak sądzę) w Holandii nie ma tak ogromnego wyboru przypraw, jak w Polsce. No jeszcze w tureckich sklepach jest ich ogrom. Nawet Holendrzy są zdziwieni, że mamy tyle rodzajów. https://sklepagnex.pl/ jest to polska hurtownia, gdzie można kupić przyprawy i zioła w większych opakowaniach, bo się po prostu opłaca. Ja teraz też się zaopatrzę. Ale wrócę do wspomnianych wyżej młynkach. Będąc w Action zawsze sprawdzam, czy się pojawiły nowe. I dzisiaj wreszcie tak. Kupiłam mix soli z pieprzem. Te przyprawy polecam.

A to, czego nie znajdę w Actionie kupię na Temu 🙂 Do następnego 🙂

3 NOWE GRY

Lubimy grać w gry planszowe. Posiadamy ich coraz więcej i chyba zaczynam je kolekcjonować. Planszówki mają swoje miejsce na regale obok książek.

Te, o których tu napiszę znalazły się pod choinką. Konkretniej pisząc, to kupiłam je na facebookowej stronie Polskieksiążki nl. Stronę i sklep prowadzi Polka mieszkająca w Rotterdamie. Przeglądałam zbiór książek, jakie ma do zaoferowania i potem natknęłam się na gry. Złożyłam zamówienie i pojechałam odebrać osobiście, bo mieszkam blisko Rotterdamu. Przy okazji obczaiłam tytuły książek i oczywiście coś kupiłam. W jedną z tych gier już graliśmy ze znajomymi w Sylwestra.

Domówka Ultimate

Ta gra jest rewelacyjna. Po pierwsze ma aż 1800 pytań, kategorie do wyboru, a po drugie lubię gry, gdzie trzeba mózg wysilić i odpowiadać na trudne pytania. A w tym przypadku bywało ciężko. W skrócie polega ona na tym, że czyta się pytanie przeciwnikowi, który wybiera kategorię. Rzuca się też kostką, bo trzeba zebrać kolorowe trójkąciki. Kto pierwszy, ten wygrywa. O ile odpowie poprawnie na ostatnie trudne pytanie .

Ostra riposta

Gra dla ludzi z poczuciem humoru. W zestawie znajduje się 150 kart z wiadomościami i 300 kart z odpowiedziami. Jedna osoba losuje kartę „wiadomość” a pozostali muszą dobrać do niej odpowiednią ripostę. Trzeba by być przy tym ostrym i bezlitosnym. Mamy do wyboru mnóstwo zabawnych kombinacji.

5 sekund bez cenzury

Posiadamy już „5 sekund Duo” z tysiącem pytań i teraz mamy jeszcze mniejszą wersję dla osób pełnoletnich. Reguły te same, czyli na odpowiedź jest 5 sekund, co odmierza klepsydra. Kupiłam ją w sumie tylko dlatego, że klepsydra z rozszerzonej wersji niestety się zepsuła, a bez niej nie gra się tak dobrze. Chodzi o to, że wydaje śmieszny dźwięk, przez co rozprasza graczy i jest zabawniej.

Do następnego 🙂

CENY W NIEMIECKIM KAUFLANDZIE

Podczas wizyty w Akwizgranie, nie dało się nie zajrzeć do supermarketu. Cel był jeden: kupić niemiecką chemię, bo nie od dziś wiadomo, że jest bardzo dobrej jakości. Pan Mąż za to rzucił się na słodycze.

Był wtedy okres przedświąteczny, więc ludzi w sklepie był ogrom. Każdy z wielkim wózkiem niemal stykał się z innymi. Pomyślałam sobie wtedy, że plusem pandemii było zachowanie odstępu od innych. Nie lubię ścisku, tłoku i tego że każdy się na ciebie pcha. W tym czasie niestety nie dało się niestety uniknąć tłumu, bo inni też chcieli przecież zrobić zakupy przed świętami. A w Niemczech sklepy w Boże Narodzenie są zamknięte. Druga sprawa, to nieznajomość rozkładu towaru. Pierwszy raz robiłam zakupy w niemieckim supermarkecie i w ogóle nie miałam pojęcia gdzie iść, żeby znaleźć to, czego szukałam. Przy wejściu ominęliśmy dział z warzywami i owocami. Po chwili pojawiły się produkty typu makarony, ryże i inne słoiki.

Ludzie wkładali do koszyków towar całymi partiami, np kartony z pastą pomidorową czy jogurtami.

Kupiłam 3 kartoniki pasty i żałuję, że nie wzięłam więcej.

Słodyczy jest tam oczywiście ogromny wybór z czego ucieszył się Pan Mąż.

Mnie interesowała kawa. Kupiłam jedno duże opakowanie. Aktualnie pijemy tę z Lidla. Gdy skończymy, to otworzymy niemiecką. Z wędlin kupiłam opakowanie kiełbasek.

Zatrzymałam się przy dziale z mrożonkami. Wzięłam na próbę jedno opakowanie „warzyw na patelnię”. W jego skład wchodziły ziemniaki, brokuł, papryka marchewka i mięso. Już to zjedliśmy i było bardzo dobre. Następnym razem wezmę kilka opakowań. Znalazłam też dział z polskimi produktami typu słoiki z fasolką po bretońsku, flakami itp firmy Pudliszki.

Zanim dotarłam na dział chemiczny, trzy razy się z Panem Mężem oddzieliliśmy i oczywiście zgubiliśmy. Facet, jak to facet, dostawał powoli kurwicy, bo za długo, bo nie może nic znaleźć, bo dużo ludzi. Ja też nie lubię zakupów, ale powiedziałam, że bez proszku do prania nie wyjdę 🙂 I gdy ja buszowałam na dziale z serami, Pan Mąż że 3 razy był przy proszkach których nie mogłam znaleźć. Wreszcie mnie tam zaprowadził.

I na końcu alkohol. Likier brzoskwiniowy przyjechał z nami. I na pewno jeszcze skorzystam, bo okazał się pyszny.

Czy opłaca się robić zakupy w niemieckich sklepach? Tak, pod warunkiem, że mieszkamy blisko tego kraju i nie jedziemy po jedną rzecz. My pojechaliśmy z zamiarem kupna tv. Warto było wstąpić jeszcze do drogerii i marketu. W Holandii za takie zakupy zapłacilibyśmy dużo więcej. Dlatego jeśli ktoś ma okazję, to moim zdaniem dobrze jest się obkupić. Wybór wszystkiego ogromny. Teraz, gdy będziemy jechać do Pl, to mamy zamiar podjechać do Kauflandu i drogerii.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Wpisy kończące i podsumowujące miesiące od tej pory będę tak tytułować. W chwili, gdy to piszę jest już wieczór a za oknem typowo późnojesienna pogoda. Na niebie co chwila pojawiają się ciemne chmury i napierdziela deszcz.

Ten rok zakończył się w Holandii orkanem o imieniu Henk, który oczywiście nabroił na tyle, że odwołano niektóre loty, transport publiczny zamarł a drzewa wyrwało z korzeniami. Nie lubię wiatru, wichury. Deszcz mi nie przeszkadza. Zmienię temat i napiszę teraz coś o pracy. Jesteśmy po najgorszym, czyli likwidacji starych roślin i wysprzątania szklarni. Parę słów na temat sprzątania. Już tyle lat pracuję w tej branży, ale chyba nigdy nie widziałam tyle śmieci.

Wśród liści, znaleźć można było papierki po papierosach (palić na szklarni absolutnie nie wolno), zużyte chusteczki, gumowe rękawiczki, butelki po różnych napojach w tym po…alkoholu. Tak, bo niektórzy byli już chyba tak skończonymi alkoholikami, że musieli się napoić procentami żeby przeżyć.

Butelki ukryte w szatni w placówkach były potem cichaczem transportowane na szklarnię i wypijane w rajkach w czasie pracy. Wiadomo, że w trakcie pracy alkohol jest zabroniony. Taki jeden z drugim mogli przecież spaść z wózka, pociąć palce i by był problem. Szef tłumaczy, ale ludzie swoje… Na betonie stoi kilka koszy na śmieci. Po co wrzucać tam odpady typu rękawiczki, skoro można szybciej i w krzaki pomidorów. Dorośli ludzie a mają zasady w dupie. A potem zdziwieni, że po wszystkim szef podziękował za współpracę. Jest nas tylko garstka a ci, co wylecieli prosili jeszcze o kolejną szansę. Mówili, że nie będzie olewania pracy, palenia i picia… Taaaa…

Na długie zimowe wieczory dorwałam wykreślankę holenderską. Różna tematyka i zawsze jakieś nowe słówka do głowy wpadną.

Podobają mi się te holenderskie okna. Może nie ich wielkość, ale to jak są ozdabiane. Najbardziej te z lampkami na parapetach. Daje to przytulny efekt.

Wracając któregoś wieczora z pracy, natknęliśmy się na naszym osiedlu na rower z takim napisem na tekturze:

Ktoś znalazł ten rower w rowie i napisał kartkę z pytaniem, czyja to zguba. Najciekawsze jest to, że on tam stał i stał… Nikt się po niego nie zgłosił i nikt go nie zabrał, bo miał ochotę. Potem widziałam, że rower leżał. Teraz już nawet nie zwróciłam uwagi, czy jeszcze jest.

Po posadzeniu nowych plantów pomidorów nadszedł czas na kontrolę. Czyli chodzimy z wózkami i sprawdzamy, czy w każdym miejscu jest posadzona roślina, czy nie jest złamana, itp. Lubię to zajęcie, bo jest spokojne i mogę słuchać swoich podcastów. Pracę zaczynajmy, gdy jeszcze jest ciemno i w takich warunkach jest najlepiej, bo guzik widać a tu leci historia o jakimś kryminaliście:)

Pierwszy raz jadłam makaron ryżowy. I chyba ostatni. Dlaczego? Bo nie lubię takiego cienkiego makaronu. Tego z rosołu też nie. Koleżanka z pracy dała mi przepis: makaron ryżowy, świeży ogórek, paluszki krabowe, koperek, sos koperkowo – ziołowy (z polskiego sklepu) a ja dodałam jeszcze krewetki. Dobre to było, ale makaron bym jednak zmieniła.

Sąsiadka ma dwa koty: rudy Mattie i ten czarno- biały. Moje papugi codziennie siedzą w kuchni. Mają na półce swoją miejscówkę na przeciwko okna. Kot je wyczaił i przychodzi, siada na koszu na śmieci i obserwuje ptaki 🙂

Sklep turecki, gdzie zawsze zaopatruję się w warzywa, owoce i zieloną herbatę, rozrósł się do supermarketu. Dodali więcej towaru, w tym takie torty 🙂

Będąc w niemieckim Kauflandzie złapałam przy kasie paczkę pierników. I żałuję, że tylko jedną. Ostatnio czytałam, że Holandia, Polska i Niemcy to liderzy w Europie jeśli chodzi o produkcję tych ciastek. Gdybym miała oceniać, to 1.Polska, 2.Niemcy, 3.Holandia. Niemieckie okazały się naprawdę pyszne z nadzieniem brzoskwiniowym. Przełożyłam je do świątecznej puszki i wszystkie sama zjadłam, bo Pan Mąż nie przepada. Lepiej dla mnie 🙂

Znalazło się też jedzenie dla ptactwa, czyli kulki z ziarnem, ale bez tej siatki, bo mogą im się łapki zaplątać. Kupiłam dwie „miski”. Jedna jest na ziarno, druga na wodę. Woda teraz niepotrzebna. Ułożyłam na obu kulki.

Do następnego 🙂

CENY I ZAKUPY W DROGERII DM

Ostatnio pisałam o tym, że wybraliśmy się do Niemiec żeby kupić nowy telewizor. To był priorytet. I chyba by było trochę słabo, gdybym nie skorzystała z okazji i nie zajrzała do znanej niemieckiej drogerii.

W Aachen jest ich kilka. Był też Rossmann. Czytałam, że nie jest tak wyposażony w asortyment, jak w Polsce. Trzeba przyznać, że polskie drogerie są świetnie zaopatrzone i jest ogromny wybór produktów z różnych półek cenowych i marek, w tym także polskich. W Niemczech darowałam sobie wizytę w Rossmannie i pognałam do DM. Chodziło mi głównie o markę Balea. Mają duży wybór żeli pod prysznic czy balsamów do ciała. Ja cały czas jestem wierna marce Sanex, ale nie mogłam sobie odmówić Balei, bo w Holandii za tę cenę chyba żelu się nie kupi.

Żele były za 0,55 centów. Zapachy różne: od waniliowych przez kwiatowe po morskie. Wzięłam kilka sztuk. Do tego balsam migdałowy.

Zainteresowały mnie też oczywiście różnego rodzaju maski na twarz, w tym te w płachcie, które uwielbiam. Wzięłam też kilka rodzajów ampułek, np z kolagenem i płatki pod oczy.

Kosmetyki samoopalające też były. Nie kupiłam jednak nic, bo mam jeszcze zapas innych i muszę je zużyć. Kupuję tylko wtedy, gdy się coś kończy. W przyszłości na pewno skorzystam i wypróbuję. Oprócz tego, można kupić serie np z wit c czy kolagenem.

Dopadłam się też do kolorówki. Interesuje mnie już od jakiegoś czasu marka Catrice. Uwielbiam ich tusze do rzęs i zaopatrzyłam się w dwa. Nie są drogie a robią efekt wow. Kupiłam też dwa lakiery do paznokci marki DM i uważam że są dobrej jakości.

Powiedziałam już Panu Mężowi, że następnym razem, gdy będziemy jechać do Polski, na pewno zajedziemy do jakiegoś miasta w Niemczech i zajrzę do DM 🙂

Do następnego 🙂

ŚWIĄTECZNE AACHEN

Przed Bożym Narodzeniem postanowiliśmy wybrać się do Niemiec. Jak najbliżej holenderskiej granicy. Padło na Aachen, czyli Akwizgran (polska nazwa). Nie, nie chodziło o zwiedzanie. Pojechaliśmy tam z zupełnie innego powodu.

Zacznę od tego, że już jakiś czas temu zepsuł nam się tv. Zaczęły wychodzić na ekranie poziome linie. Coraz więcej linii. Pewnego dnia sprzęt się wyłączył i już po ptokach. Jednak te stare telewizory to było coś. W sumie przyzwyczaiłam się, że korzystam tylko z telefonu, ale Pan Mąż stwierdził, że w święta przydał by się nowy tv, żeby normalnie filmy oglądać. W Holandii nowego „pudła” kupić nie chciałam, bo sklep RTV/AGD w naszym mieście był na granicy splajtowania, po drugie właśnie tam kupiliśmy wcześniej tv. A do Rotterdamu nie było nam po drodze (mamy około 30 km) ze względu na ogrom pracy o tej porze. Sprawdziłam ceny tv w Niemczech i zapadła decyzja, że tam pojedziemy na zakupy, bo przy okazji chciałam zajrzeć do Kauflanda i drogerii DM.

No i nie można było pominąć dużego sklepu modelarskiego, gdzie Pan Mąż chciał sobie znaleźć kolejną lokomotywę do kolekcji. Padło na Aachen z racji tego sklepu. Poza tym znajduje się tam kilka drogerii, dwa albo trzy Kauflandy i MediaMarkt. Wyjechaliśmy w sobotę rano, kierując się na piękną Limburgię i po chwili byliśmy już po stronie niemieckiej. Jazda po mieście była tragiczna. Wiadomo, okres przedświąteczny, mnóstwo ludzi, w tym turystów. Uliczki momentami wąskie i w remontach. Byliśmy świadkami, gdy jeden facet urwał lusterko w innym aucie. Wyjrzał przez okno, sprawdził swoje i pojechał dalej…

Zakupów ogólnie nie lubię, ale mus to mus. Po załatwieniu sprawunków, poszliśmy na spacer po okolicy. Od razu zaznaczę, że w sklepie modelarskim Pan Mąż nie znalazł o dziwo nic interesującego dla siebie. Było mnóstwo modeli samolotów do sklejania, kolekcjonerskich aut i lokomotyw. Jego interesowały zestawy a tych nie było niestety.

O produktach i cenach w supermarkecie i drogerii zrobię wpis, bo to ciekawy temat. W Akwizgranie odbywał się akurat jarmark świąteczny. Nie był to rozmach na miarę np Wrocławia czy Monachium. Stała sobie „wioska” drewnianych domków oferujących różne świąteczne rzeczy: od jedzenia po rękodzieło. Ja chciałam zobaczyć ogrom katedry, co niestety nie było mi dane, bo dookoła jarmark i mnóstwo ludzi.

Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy to ogromny ratusz. Znajduje się na rynku głównym i pochodzi z XIV wieku. Został zbudowany na ruinach pałacu Karola Wielkiego.

Mimo, że nie interesują mnie miejsca jako takiego kultu religijnego, to lubię podziwiać je ze względu na wygląd. Robią wrażenie. Katedrę w Aachen znałam ze zdjęć w internetach. Chciałam skorzystać z okazji i zobaczyć ją na własne oczy. Katedra w 1978roku została wpisana na światową listę Dziedzictwa UNESCO. Przez 600 lat była miejscem koronacji 30 władców. Mieści się z trzech części i jest miejscem spoczynku Karola Wielkiego, który był cesarzem rzymskim i zmarł właśnie w Akwizgranie.

Przed ratuszem stoi sporych rozmiarów fontanna, która przedstawia właśnie Karola Wielkiego. W 1792 roku Francuzi potraktowali ją jako łup wojenny i wywieźli do Paryża. Po negocjacjach w 1804 r wróciła na swoje miejsce.

A to można było kupić na jarmarku:

Do następnego 🙂

HOLENDERSKI CMENTARZ

W sobotę byliśmy z Panem Mężem wyrzucić stare graty, które już do niczego się nie przydadzą, np zniszczone krzesła ogrodowe. Jest takie miejsce u nas w mieście, gdzie do odpowiednich kontenerów wyrzuca się rzeczy. Zrobię o tym wpis w przyszłości. A dzisiaj nie o tym będzie.

Po drodze mijaliśmy cmentarz. Do tej pory byłam w Będzie na cmentarzu, gdzie pochowany jest generał Maczek wraz ze swoimi żołnierzami. A ja lubię nekropolie, więc chciałam zajrzeć na tę miejscową. W Hellevoetsluis są chyba dwa cmentarze. Nazywane są miejskimi. Z tego, co wyczytałam, to w Holandii dzielimy je na miejskie i kościelne. W Polsce są komunalne i katolickie. Tutaj pochówek na cmentarzu miejskim jest droższy niż ten na kościelnym i wynosi średnio 3202€.

Czy cmentarz holenderski różni się od tego w Polsce? Tak. Zacznę od tego, że na cmentarzu miejskim nie widziałam żadnych krzyży. Typowe znicze można spotkać. Są też aniołki. W oczy rzuca się sporych rozmiarów mur z półkami, na których stoją różne urny. Kremacja w Holandii jest bardzo popularna.

Ja jestem za takim pochówkiem a nie tradycyjnym, gdzie zwłoki gniją a trumny butwieją. Nie wyobrażam sobie że np w trakcie powodzi, te wszystkie tkanki i kości wypłyną. Z tego, co wywnioskowałam, oglądając nagrobki, na takim cmentarzu można pochować osobę wierząca jak również niewierzącą. Przy jednej urnie stał aniołek, przy innej Budda a kolejnej figurka Maryi.

Polskie cmentarze są piękne, szczególnie w Święto Zmarłych. Tutaj raczej nie zobaczymy wielkich ilości zniczy. Są za to lampiony i mnóstwo ozdób, które były związane ze zmarłym, np zapalony wędkarz ma figurki ryb, fan futbolu- urnę w kształcie piłki nożnej, miłośniczka koni- figurki koni. Kwiaty są najczęściej żywe, w donicach.

Najbardziej podobały mi się mogiły, gdzie na kamieniach wypisane były sentencje do osoby zmarłej typu: zawsze będziemy pamiętać, czy tęsknimy za tobą.

Są też oczywiście tradycyjne groby. Widziałam takie z potężnymi płytami, ale bez dużej ilości ozdób, jak i obmurowane po bokach z ziemią po środku i ozdobami.

Na koniec trzy ciekawostki. Po pierwsze na cmentarzu nie ma wielkich kontenerów i miejsca – śmietnika na stare znicze, wiązanki itp. Stoi tylko kilka małych kontenerów, takich typowych, którzy ludzie trzymają przy ogródkach na odpady zielone. Po drugie, wolne miejsce pochówku wysypane jest muszelkami. Po trzecie- kran z kilkoma konewkami i lejkami. Każdy może skorzystać i nikt tego nie wyniesie.

Do następnego 🙂

SŁODYCZE I KILKA RZECZY NA ŚWIĘTA Z LIDLA

W Holandii święta niemal pełną gębą. I nie mam na myśli sklepów. W moim mieście w co drugim domu stoi już choinka a przed domami ogrom dekoracji. U mnie odwrotnie, bo nadal na drzwiach wejściowych wisi wieniec jesienny a obok stoi chryzantema z wrzosami.

W ten weekend wrzosy pójdą do ogródka a chryzantema do przycięcia, bo czytałam, że wystarczy ją ściąć kilka centymetrów, wstawić na zimę np na strych a w przyszłym roku ponownie zakwitnie. Zrobię tak i zobaczymy co z tego wyjdzie. Ale wracając do tematu: w Lidlu pojawił się ogrom holenderskich słodyczy typowych dla Bożego Narodzenia. Na półkach jest więc kolorowo. Zrobiłam kilka zdjęć żeby pokazać, co Holendrzy jedzą w święta i kupiłam dwie paczki ciastek, które przypominały mi nasze polskie pierniki. Dawno nie jadłam pierników (mogę je przecież kupić w polskim sklepie, ale nigdy jakoś nie miałam ochoty i w ogóle zapomniałam o tych ciastkach) aż do dzisiaj.

Polski typowy piernik (który ja znam), jest najczęściej w kształcie serca, polany jest lukrem i ma w środku dżem. Te holenderskie są raczej okrągłe, większe lub mniejsze, polane różnokolorowym lukrem, często z posypką, bez nadzienia i mają smak bardzo korzenny. Wyczuć można te przyprawy, które dodaje się np do zimowego grzańca. Wiem, że nie wszystkim Polakom one smakują.

Bezy. Ciastka bezowe. Za dzieciaka uwielbiałam bezy. Do tej pory dziwię się, jak ja mogłam to jeść. Nie twierdzę, że są niesmaczne. Twierdzę, że to sam cukier i od nadmiaru może się cofnąć. Teraz bym nie tknęła. Holenderskie bezy są nie tylko białe i nie tylko małe. Te na zdjęciu mają posypkę i są połączone po dwie jakąś masą kremową.

Mniejsza wersja.

Puchata babka. Bardzo podobna do włoskiej wersji. Z tym, że włoska posiada rodzynki a ta dużo więcej bakalii. Jadłam włoską i nie przepadam za tym ciastem. Owszem, nie jest sucha. Raczej miękka, ale mnie smakiem nie powala. Dla mnie taka nijaka. Ta prawdopodobnie jest niemal identyczna. Na zdjęciu wersja klasyczna. Nie kupuję, tak jak świątecznego wieńca napchanego bakaliami i marcepanem.

Gdy byłam dzieckiem, popularne były czekoladowe lizaki świąteczne, np w kształcie Mikołaja, pingwina, czy renifera. Tym razem spotkałam je w Lidlu. Oprócz tego bałwanki z białej czekolady, czekoladki w kształcie choinki i Mikołaja, ciasteczka z posypką w świątecznych kolorach i moje ulubione kruche ciastka polane ciemną i białą czekoladą.

W Lidlu można kupić fajne świąteczne gadżety. Standardem są piżamy w bożonarodzeniowe wzory i swetry w pierniki a nawet z muchą :

Nie można zapomnieć o skarpetach! W moim przypadku sprawdza się to, że bez fajnych, ciepłych skarpetek w święta, to ani rusz 🙂 W domu chodzę w krótkich spodenkach, ale skarpetki na stopach muszę mieć. Uważam nawet, że im ciekawszy ich wzór, tym fajniej. I dlatego nie sądzę, że taki prezent, to do bani prezent.

Bombki w ciekawych kształtach. Najbardziej podobają mi się imitacje jedzenia: hamburger, pizza, frytki, udko kurczaka… Tutaj są np lizak, bakłażan czy jabłko.

Na koniec, wiadomo: świeczki i wkłady o typowo świątecznym zapachu jak np pomarańcza czy wanilia. Lubię te jesienno – zimowe zapachy i zawsze je w domu mam. Pojawiły się też bardzo ładne stroiki. Kolory złote, srebrne i czerwone. Dookoła małe bombki, szyszki, kawałki drewna i laski cynamonu.

Do następnego 🙂

MINĄŁ LISTOPAD…

Jesień w Holandii była ładna. To znaczy, ładna dla mnie. Czyli trochę słońca, mnóstwo kolorowych liści, tysiące litrów deszczu, o czym świadczyło bajoro w moim ogródku, wiatry a nawet huragan. To normalne o tej porze roku. I normalne jest też to, że Polacy tutaj marudzą, że zimno. No zimno, bo jesienno- zimowy czas nastaje.

Na Facebooku należę do grupy: „Grzyby w Holandii”. Tutaj można nazbierać legalnie tylko ilość odpowiadającą opakowaniu pieczarek w sklepie. To jest chyba z 500 gram. Większa ilość grozi mandatem. A że grzybobranie to narodowy sport Polaków, to radzą sobie i tutaj. Chodzą po lasach, parkach i zbierają te grzyby. Wrzucają potem zdjęcia na tę grupę, aby pochwalić się zbiorami i polecają sobie miejscówki. Z jednej strony ja ich rozumiem, bo uwielbiam zbierać grzyby i żal mi dupę ściska, że nie mam tej możliwości a z drugiej strony, bym się chyba bała, że ktoś mnie przydybie i mandat będzie. Niektórzy są odważni. U mnie na osiedlu znalazłam tylko kilka takich okazów:

Zapomniałam nazwy tych grzybów, ale to na pewno nie jest jadalna kania czubajka. Te grzyby można spożywać, ale tylko młode osobniki, jeszcze nierozwinięte. Dziękuję, nie ryzykuję 🙂

W listopadzie roznosiłam sąsiadom ostatnie skrzynki pomidorów. Nie obyło się z ich strony małych prezentów w podziękowaniu. Od Margot dostaliśmy puszkę domowej roboty ciasteczek a od Margo (one naprawdę niemal identycznie mają na imię 🙂) specjalny garnek do gotowania spaghetti. Nowy, nieużywany, ale jej niepotrzebny.

W pracy była już końcówka przed likwidacją starej uprawy i czyszczeniem szklarni. Trzeba było wyciąć wszystkie pomidory, więc na magazynie robota szła pełną parą. Należało przesortować i zważyć dobre warzywa a uszkodzone i stare wyrzucić. Planty były od góry obcięte i powoli więdły.

W Lidlu, jak zwykle sezonowe ozdoby. Zauważyłam, że bardzo modne są tego rodzaju świece:

A mnie podoba się ta świąteczna dekoracja w wazonie:

Odwiedziliśmy też z Panem Mężem centrum ogrodnicze (ostatnio o tym pisałam) i obejrzałam sobie ozdoby świąteczne. Nie kupiłam nic z tego typu rzeczy, bo już sporo rzeczy nagromadziłam a na choince się już nic nie zmieści. Wyszliśmy tylko z wycieraczką na zewnątrz, bo stara była zupełnie zdezelowana.

A tu kilka przykładów dekoracji świątecznych:

Wysłałam kilka zdjęć sąsiadce – Margo. Odpisała, że Aralia jest droga, więc poleca jechać do Niemiec. Tam są też fajne centra ogrodnicze, a przy okazji można zrobić dobre i tańsze zakupy, np w Kauflandzie albo drogerii DM. Odpisałam jej, że mam w planach, bo myślimy nad jarmarkiem świątecznym w Maastricht i ogólnie o zwiedzeniu tego miasta, albo Aachen. I chciałabym obkupić się w chemię niemiecką i kosmetyki firmy Balea. Nie minęło pół godziny, gdy sąsiadka przyszła i przyniosła mi dwa żele pod prysznic i szampon tej marki 🙂

Listopad, pogoda typowo jesienna, czyli dużo deszczu i wiatru. Ale że na plusie, to wcale nie trzeba jeszcze otulać się grubą kurtką. Zawsze znajdzie się ktoś, kto nie czuje zimna 🙂

Jeśli nie ma się specjalnych uchwytów do przewożenia rzeczy na dachu samochodu, można wpaść na inny pomysł. Jaki? Przyczepić paletę:)

Ostatni w tym sezonie prezent w postaci wina od kierowcy tira, który przyjechał po palety z pomidorami. Dokładniej opisując, to dwie butelki hiszpańskiego wina (białe i czerwone) w drewnianej skrzynce. Koleżanka wzięła czerwone a ja białe. Skrzynka została dla mnie. Przydała się do przechowywania rzeczy do scrapbookingu.

Ostatni dzień pracy, a w zasadzie wieczór po przesortowaniu i zważeniu wszystkich pomidorów. Było ciężko, bo skończyliśmy ostatni.

Liści na drzewach brak, ale zielona trawa jest zawsze 🙂

Do następnego 🙂