Lubię tę stronę. Coś jak Alliexpress albo SHEIN, ale wydaje mi się, że dużo taniej można kupić fajne rzeczy. Na ubrania nie patrzę, za to różne gadżety bardzo mnie interesują.
To moje drugie podejście do zakupów na „Temu”. Jak do tej pory nic nie budzi moich zastrzeżeń. Poza tym, tutaj jest naprawdę szybka przesyłka – czekam zazwyczaj około tygodnia. Tym razem przejrzałam rzeczy świąteczne i zamówiłam m.in dywanik do kuchni (wymyśliłam sobie, że będę mieć taki na każdą porę roku i brakuje mi tylko z motywem wiosennym), dwie „bombki” na choinkę: stos książek i Gizmo z filmu „Gremliny”, bo lubię nietypowe ozdoby choinkowe 🙂
Do tego dorzuciłam poszewkę na małą poduszkę do salonu i coś, co ma w pewnym sensie związek z Bożym Narodzeniem, ale jest bardzo śmieszne. Komuś oczywiście może nie przypaść do gustu, ale mnie taki humor nie przeszkadza. Chodzi o naklejki na butelki np wina. Znajdują się na nich napisy po angielsku: merry fuckin christmas, czy Santa piss. Mnie się podobają 😆
Nie mogło zabraknąć też moich ulubionych masek w płachcie. Znaleźć tam można ogromny wybór za niewielkie pieniądze, np w opakowaniu po 5 sztuk. Wybrałam nawilżające truskawkowe, kokos i róża.
Na koniec zestaw do scrapbookingu 🙂 Pudełko z papierem vintage, tasiemkami, notesem i pęsetą. Oprócz tego kilka sztuk kolorowych papierów m.in ze zwierzętami, motylami czy grzybami.
Szybko usiadłam do wyklejania. Wymyśliłam temat z jedzeniem. Znalazłam kilka sztuk grafik i zrobiłam jedną stronę. Wyszło dużo lepiej niż poprzednio. Widać malutki progress. Widać też tematykę. Jest to jednak za mało w porównaniu ze scraapbookingiem dziewczyn z TikToka. Często oglądam to, co one tam robią, jak łączą wszystko ze sobą i jak powstaje spójna całość. Poza tym jest to bardzo relaksujące, tym bardziej gdy patrzy się na to z włączonym dźwiękiem, bo np darcie papieru, odklejanie naklejek, itp to dla mnie fajny odgłos 🙂
Jest już późna jesień i coraz bliżej do zimy. W Holandii śniegu jednak nie ma. Nawet przymrozków brak. Cały czas na plusie i dopiero od niedawna przestało lać. Co jakiś czas pojawia się słońce. Część mieszkańców mojego miasta już ozdobiła domy na święta.
Ja jeszcze z tym czekam na ostatnią chwilę, bo nie podoba mi się ten szał bożonarodzeniowy w listopadzie. Ja rozumiem, że sklepy już napychają ludziom prezenty i „promocje” świąteczne, bo trzeba zarabiać, ale ja się na to nie nabieram. Zrobiłam wyjątek ostatnio i pojechaliśmy z Panem Mężem obejrzeć makietę świąteczną. Co roku centrum ogrodnicze Aralia (zresztą nie tylko ona) prezentuje piękny pejzaż zimowo- świąteczny na makiecie. A że my lubimy oglądać takie rzeczy, więc jak zwykle tam zawitaliśmy. Poza tym, jest to ogromny sklep ogrodniczy (mój ulubiony), więc odpuścić nie mogłam. W tym roku jednak makieta była dużo mniejsza, bo obok zbudowano mini kawiarnię z zimowymi dekoracjami: można wypić kawę, gorącą czekoladę, czy zjeść ciacho.
Wszystko jak zwykle zbudowane z ogromną dokładnością. Podziwiać takie makiety polecam nie tylko dzieciom. A widziałam, że dorosłym też świecą się oczy na taki widok. 🙂
A teraz coś dla miłośników kolorowych naklejek, plannerów, notesów i pisaków. Jest na TikToku i Instagramie pani, która ma sklep internetowy z takimi właśnie artykułami. „Luna World” to nie byle co! Wszystko jest tworzone w Polsce przez właścicielkę. Do tego piękne i kolorowe. Kupimy tam np „Dziennik mola książkowego”, boxy jesieniary, kociary czy książkary. Duży wybór pięknych plannerów i naklejek o różnej tematyce, np jesiennej, czy ogrodniczej. Ania z bloga https://kolekcjonermarzen.wordpress.com/author/traszkatraszkatraszka/ musisz to zobaczyć!! Nie ma bata, żeby Ci się nie spodobało 😁 Jest możliwa wysyłka za granicę.
A skoro mowa o tego typu rzeczach, to w Hadze, 29 listopada (środa), odbędą się polskie targi książki. Wstęp wolny, a literatura za 5€. Otwarte od 19:00 do 21:30. Kto mieszka blisko, może po pracy jechać. Na dzień dzisiejszy jestem chętna, ale zobaczymy co będzie później, bo możliwe że zmęczenie zwycięży. Adres: Buurtkamer Spoorwijk 8, 2523EB Den Haag.
Teraz przejdę do filmu. Chyba każdy zna kultowego „Draculę” w reżyserii Forda Copolli na podstawie powieści Brama Stokera. Film z 92 roku z gwiazdorską obsadą. Oglądałam mnóstwo razy. Potem przyszedł czas na nieco innego wampira. Chodzi o „Dracula, historia nieznana” z 2014 roku. Świetna fabuła i efekty. Wygląd wampira- ekstra. Też oglądałam kilka razy ( w sumie jeden z moich ulubionych filmów).
W tym roku powstała kolejna produkcja z Draculą: „Demeter, przebudzenie zła”. Obejrzałam. Muszę przyznać, że tutaj także fabuła ciekawa, do tego akcja dzieje się na statku- Demeter. To właśnie nim płynął też Dracula w horrorze z 1992 roku. Wampir przedstawiony jest naprawdę upiornie, chociaż ciut zbyt komputerowo. Bardzo podobają mi się plakaty promujące film.
Zaznaczę, że nie wszystkie filmy o wampirach mi się podobają. „Van Helsing” też jest całkiem ciekawy, ale te 3 są takimi moimi top. Jeśli nadchodzi ciemny listopadowy wieczór, to polecam opowieści o wampirkach 🙂
Jesień kojarzy się z jabłkami. A jak jabłka, to szarlotka. Nie umiem pięć, ale od czego są sklepy. Znalazłam idealną za 1,90€ w Lidlu. Spore kawałki jabłek z cynamonem. Pyszna. Napchałam się całą. Z Panem Mężem się nie dzieliłam, bo on nie przepada. Woli sernik.
Ostatnio, przeglądając Instagram natknęłam się na przepis na sałatkę, której nie znałam. Jest prosta i bardzo smaczna. Sałatki lubię i często robię. Za każdym razem staram się wynaleźć coś innego. Potrzebujemy kilka ogórków kiszonych, puszki tuńczyka, jajek ugotowanych na twardo, puszki kukurydzy, czerwonej cebuli, trochę soli, pieprzu i majonezu. Ja dodałam jeszcze koperek. Wszystkie składniki kroimy w kostkę, doprawiamy i do lodówki.
Zapach wiosny i kwiatów już dawno za nami, ale pranie zawsze może pięknie pachnieć. Do tej pory byłam zwolenniczką niebieskich płynów do płukania. Dopóki nie odkryłam w Actionie zielonego opakowania granulków do prania i płynu Lenor z obrazkiem trawy. Te dwa połączenia dają u mnie piękny zapach. Pranie wieszam na strychu, a zapach czuć niżej, w pokojach. 🙂
Na koniec propozycja jarmarków świątecznych w Holandii:
Byliśmy w Valkenburg, a teraz mam ochotę na Maastricht 🙂
Tę książkę kupiłam tu, w Holandii z ogłoszenia od prywatnej osoby na Facebooku. Zaczęłam ją czytać na lotnisku, gdy czekałam na samolot do Tunezji. Nie przypuszczałam, że może być aż tak bardzo ciekawa…
Jest to kolejna pozycja dla fanów kryminalistyki. Nie wiedziałam, że istnieje zawód taki, który wykonuje autorka książki. Nie zdawałam sobie nawet sprawy z tego, ile o zbrodni, ofierze i oprawcy mogą powiedzieć rośliny. Ba! Nawet tylko ich pyłki do tego wystarczą. Do tej pory czytałam o śladach daktyloskopijnych, czy badaniach z owadami. Tu mamy do czynienia z inną formą nauki o zbrodniach.
Profesor Patricia Wiltshire jest ekolożką sądową. Specjalizuje się w palinologii, czyli nauce o pyłkach roślin i zarodnikach grzybów, ale ma także doświadczenie w archeologii środowiskowej. Podczas badań archeologicznych uświadomiła sobie, że techniki rekonstrukcji mogą być przydatne w kryminalistyce. Dziś rozległą wiedzę mikrobiologiczną, botaniczną i mykologiczną wykorzystuje do tropienia śladów zbrodni. Przyczyniła się do rozwiązania kilkuset spraw kryminalnych, w tym wielu bardzo głośnych. Swoimi doświadczeniami dzieli się na konferencjach naukowych, na zajęciach ze studentami Uniwersytetu Londyńskiego oraz w licznych artykułach. Jest ekspertem zarejestrowanym w National Crime Agency.
Czy ktoś się zastanawia czasem, ile informacji kryje się pod butem? Ta książka, to fascynująca mieszanka reportażu i opowieści naukowych o związku między zbrodnią a naturą. Patricia Wiltshire, pionierka ekologii sądowej, opisuje w niej najbardziej nietypowe, bo roślinne śledztwa w sprawach najbardziej zagadkowych morderstw. Dla autorki istotny jest każdy detal- od mikroskopijnych pyłków roślin na bieżnikach opon, przez kolonie maleńkich grzybów na dywanie po drobnoustroje na ludzkim ciele. Właśnie w takich niby niepozornych szczegółach tkwią wskazówki pozostawione przez morderców. Uzbrojona w mikroskop Patricia wyszukuje dowody i eliminuje hipotezy, ostatecznie opracowując przekonującą tezę o tym, kto, jak i kiedy popełnił zbrodnię. Jej niezwykła wiedza i pasja sprawiły, że stała się jednym z najbardziej pożądanych konsultantów policji na świecie. „Ślady zbrodni” to rozwiązywanie zagadek morderstw, znajdowanie zwłok, doprowadzanie winnych przed oblicze sprawiedliwości i oczyszczanie z zarzutów niesłusznie oskarżonych.
Pierwszy rozdział opisuje początki nauki i kariery autorki książki. Opowiada ona także o swoim dzieciństwie. Już wtedy odkryła to, jaka fascynująca jest natura. Potem jest coraz ciekawiej, np żywopłot w Hertfordshire i zaskoczenie śledczych, gdy Patricia co do joty wskazała poszukiwane ciało, rów i kilkugodzinne badanie toczonego przez robaki ciała, wizyta na „Trupiej Farmie, mieszkanie, w którym szare pleśnie porastają zakrwawiony dywan a nawet miejsce, gdzie odprawiano szamanistyczne obrzędy z wykorzystaniem halucynogennych trujących roślin.
Na TikToku zaczęło pojawiać się mnóstwo filmików dotyczących ozdabiania albumów. Zainteresowałam się tym, bo oglądanie tego relaksuje mnie. Okazało się to bardzo ciekawym hobby.
Scrapbooking wywodzi się z angielskiego słowa „scrapbook” co oznacza album na zdjęcia. Jest to sztuka ozdabiania wspomnień, czyli zdjęć wklejonych do albumu. W tym momencie jest to coś więcej, bo tworzy się np z kolorowych naklejek, tasiemek, obrazków vintage całe albumy bez fotografii. Pomysły na ozdabianie wzięły się że Stanów Zjednoczonych. Do dzisiaj istnieje tam pierwszy scrapbookingowy sklep „Keeping Memories Alive” otwarty w 1981 roku.
Kiedyś prowadziło się pamiętniki czy zeszyty wyklejane wycinkami z gazet. Ja mam album, w który wklejam ulotki, bilety wstępu, czy ulotki z miejsc, które odwiedziliśmy. Taki album też można kreatywnie wykleić. Ja zaczęłam także wyklejać. Teraz dostęp do kolorowej papeterii i innych tym podobnych rzeczy jest nieograniczony. To są naprawdę piękne rzeczy. Ja na początek kupiłam album w Actionie. Do tego kilka kolorowych obrazków i naklejek, bo był mały wybór.
Zrobiłam pierwszą prostą wyklejankę: rośliny i książki. Nic specjalnego, ale na początek może być.
Rośliny, książka i kawa 🙂
Potem odkryłam stronę internetową temu.nl a tam jest prawdziwa kopalnia gadżetów do scrapbookingu w niskich cenach. Znajdziemy tam całe zestawy z kolorowymi woskami do pieczęci, wstążkami, taśmami z naklejkami. Wszystko bajecznie kolorowe. Pomysły w głowie same się tworzą. Każda strona w albumie może być nową historią. Od razu zaznaczę, że wyklejanie wcale nie jest takie proste na jakie wygląda. Na początku powinien powstać pomysł, motyw przewodni, np jesienny las. Wtedy wybieramy odpowiednie kolory papieru, naklejki, taśmy itp. Wszystko powinno być spójne i tworzyć całość, tak żeby było widać o co chodzi. Jako że ja jestem początkująca, to na temu.nl kupiłam tylko kilka kompletów naklejek i papieru. Mam papier vintage halloween, jesienny, kwiatowy, karteczki z grzybami i roślinami.
Wykleiłam kolejne dwie strony. Pierwsza z halloween, ale niestety nie jest perfekcyjnie. Brakło mi pomysłu. Druga strona, to motyw jesienny. Bardziej mi się podoba, ale to jeszcze za mało. Zresztą za mało mam materiału.
Mam zamiar dokupić jeszcze więcej kolorowych kartek i naklejek. Na ten moment interesuje mnie motyw jesienny, roślinny/ leśny, książkowy, zimowy/ świąteczny, morski/plażowy. Czyli ogólnie coś, co lubię. Będę powoli wszystko dobierała, żeby nie spartolić roboty. Może przy drugim albumie pójdzie mi już naprawdę dobrze 🙂
Wpis podsumowujący trochę z opóźnieniem, bo już 5 listopada. Ale to nic, trochę zdjęć się nazbierało 🙂 Czekałam na te krótsze dni i długie ciemne noce. Nadeszły!
Chyba tylko ja się na ich widok cieszę. W Holandii pada i wieje. Wszyscy marudzą, bo po złotej jesieni nie ma śladu. Wszyscy marudzą, bo deszcz. Bo nie ma słońca… Odnoszę wrażenie, że niektórzy są nawet zaskoczeni tą jesienią i taką pogodą. I nie piszę tutaj o ludziach, którzy są pierwszy raz w Holandii. Taka jest przecież kolej rzeczy: 4 pory roku i ta trzecia pora tutaj właśnie tak wygląda. Nic nowego.
W Lidlu można było kupić mini dynie i tykwy w pudełkach, ale ja z tego w tym roku zrezygnowałam. Cebulki tulipanów, narcyzów, żonkili też były, żeby na jesień wsadzić do ogrodu. Nie kupiłam, bo nawet nie mam już na nie miejsca a nie bardzo pamiętam, gdzie posadziłam wcześniejsze tulipany.
Nasi dobrzy znajomi przed końcem sezonu zjechali już do Polski. Tam mają dom, nastoletniego syna i swoje sprawy. Trochę szkoda, bo się naprawdę zakumplowalismy. Jest to małżeństwo po 40tce. Rozmowy ze starszymi ode mnie ludźmi bardziej mi odpowiadają. Przed wyjazdem byli u nas na pożegnalnym winie. Przynieśli ze sobą owoce morza z Jumbo i wyczarowali pyszny makaron. To było niebo w gębie. Gdy wrócą, poproszę o powtórkę 🙂
Sąsiedzi, jak to o tej porze roku, buszowali po polu, bo były wykopki ziemniaków. Czasem zbierają też cebulę. Rolnicy pozwalają brać za darmo, to czego nie zebrała maszyna. Dostaliśmy pełną torbę kartofli 🙂
Kanał pokryty rzęsą wodną
Na stronie, którą lubię przeglądać – demotywatory pl pojawiają się ostatnio ankiety. Biorę w nich udział, bo czasem pytania są bardzo ciekawe. Np to:
Ja zaznaczyłam sos grzybowy. Jak jesień, to grzyby. Mam jeszcze zamrożone świeże i sporo suszonych. Tym razem zrobiłam z nich zupę. Uwielbiam.
Koleżanka z pracy- Słowaczka Łucja, obchodziła urodziny. Ona lubi i umie piec ciasta. Ma do tego rękę. Mówi, że chce się nauczyć robić nasz polski sernik. Do pracy przyniosła dwa ciasta własnej roboty. Jedno z bananami, drugie z borówkami. Wszystko już pokrojone i owinięte w papierek. Było pyszne!
Robiłam obchód ogródka. Trzeba było zrobić porządki przed zimą, usunąć stare rośliny i niepotrzebne doniczki. Zobaczyłam, że kwitnie mi begonia. Zupełnie zapomniałam, że ją tam wsadziłam. Przeniosę ją na zimę na strych.
Aż trudno uwierzyć, że już listopad. Jeszcze niedawno, wydawałobysię, że był wrzesień. Ale ja się cieszę. Cieszę się, że mogę godzinę dłużej spać, chociaż wiem, że wielu osobom zmiana czasu przeszkadza. Cieszę się na długie i ciemne wieczory i na deszcz.
Ustroić musiałam oczywiście dom na tę porę roku. Oprócz ozdób zeszłorocznych, pojawiło się też kilka nowych. W tym na Halloween, którego w tym roku nie obchodziliśmy. Dlaczego? Bo nie było za bardzo z kim (fajni ludzie wrócili do Polski) i też za bardzo nam się nie chciało organizować imprezy. Był pomysł, żeby jechać do wesołego miasteczka, które organizuje imprezę, ale z drugiej strony zapłacili byśmy za bilety i atrakcje a z wielu i tak bym nie skorzystała, bo bym na zawał zeszła. Skorzystałam za to ze strony internetowej (w zasadzie, to mam aplikację) temu.nl. Coś jak odpowiednik np alliexpress. Wydaje mi się jednak, że na temu są tańsze rzeczy. Co kupiłam? Poszewkę że straszną dynią, bieżnik na stół w jesienny wzór, dywanik do kuchni z dynią i malutką lampkę.
W Actionie też spory wybór dekoracji jesiennych, od świeczek po figurki zwierząt. W salonie na parapecie mam spore lampiony. Zmieniłam w nich wygląd świec: z pastelowych na brązy i pomarańcze. Dokupiłam też dwa zwierzątka: sowę i wiewiórkę i zrobiłam dekorację.
Przed domem tym razem nie mam ani jednej dyni. Zaczęło naprawdę mocno już padać, więc zaraz by zgniły. W Lidlu były do kupna wrzosy. Wzięłam kilka sztuk i posadziłam w doniczkach.
Po pracy podjechałam też do szklarni z roślinami, tam gdzie mieliśmy lekcje holenderskiego. Były olbrzymie chryzantemy w przecenie z 12€ na 7,50. Kupiłam trójkolorowe i postawiłam przed domem. Były tam też oczywiście dynie i sporo stroików jesienno- halloweenowych.
Na koniec świece, które pojawiły się w Lidlu. Mowa o marce Yankee Candle.
Typowo jesienno- zimowe zapachy. Ja wybrałam wanilię, która pachnie pięknie. Nie jest to typowo słodki i mocny zapach. Raczej delikatny, kremowy. Jeden z ładniejszych aromatów świecowych, jakie czułam. I chyba najważniejszą zaletą jest to, że czuć go w całym salonie 🙂
Nie raz pisałam, że najbardziej lubię robić zakupy w Lidlu, bo tam mam to, co potrzebuję. Nie chodzi tylko o produkty spożywcze, ale też chemię i rzeczy do domu. Dzisiaj będzie głównie o ulubionej marce niemieckiej – Cien.
Trochę czasu minęło zanim przekonałam się do tej marki. Mieszkając w Polsce, bardzo rzadko coś z niej kupowałam. Teraz, może trochę z oszczędności i trochę z lenistwa, bardzo często sięgam po Cien. Nie od dziś wiadomo, że produkty niemieckie są dobrej jakości i nie tak bardzo drogie w marketach. Do tego dochodzi fakt, że nie biegam po drogeriach, bo po prostu nie lubię, nie chce mi się i nie mam czasu. Od tego mam internet i supermarket. No i wreszcie przyszedł kiedyś moment, że musiałam w Lidlu kupić np szampon do włosów, zmywacz do paznokci, czy płyn do płukania ust. Teraz już mam swoje ulubione produkty, których na pewno długo albo i wcale nie zamienię na żadne inne. Odpowiadają mi na 100%.
Pierwszym kosmetykiem jest żel do mycia twarzy. Dawno temu upodobałam sobie żel z Nivea (niebieska tubka) z kwiatem lotosu. Ładny zapach, dobrze mył gębę. Jeśli się skończył, to sięgałam po bardzo podobny z Cien. Inny zapach, ale mycie, pielęgnacja jak dla mnie, taka sama. Ostatnio dowiedziałam się przypadkiem, że Nivea testuje kosmetyki na zwierzętach! 21 wiek i takie coś? No słabo… Kończę więc resztkę produktów tej firmy i więcej do niej nie wrócę, a szkoda, bo dobre rzeczy ma. I teraz cały czas używam żelu z Lidla. Ostatnio wyszły nowe rodzaje: do każdego typu cery i z delikatnym peelingiem. Wybrałam ten pierwszy i jestem zadowolona.
Drugim kosmetykiem jest mleczko do demakijażu w butelce z pompką. Rewelacja! Delikatny zapach, wydajny, delikatny dla skóry i zmywa nawet wodoodporny makijaż. Płyny micelarne i dwufazowe mogą się schować. Lidl ma w swojej ofercie również micele, ale ja ich nie lubię ogólnie. To mleczko dobrze widać na głównym zdjęciu. Do tej pory najlepsze jakie miałam.
I teraz mój ulubiony balsam do ciała, o którym tu już pisałam. Nie wiem nawet którą butelkę już kończę. Ma gęstą konsystencję, ale rozprowadza się szybko i nie pozostawia tłustej warstwy. Bardzo dobrze nawilża i zawsze stosuję go po kąpieli. Ma przyjemny, delikatny zapach- taki kremowy. Lidl w ofercie ma dwa rodzaje tych balsamów. Ja pierwszy raz zastosowałam ten niebieski i tak już zostało. Producent opisuje, że jest z olejkiem z migdałów. Białego jeszcze nie używałam. Ten zaś zawiera olej z awokado. Ja akurat bardziej lubię migdały:)
Żel do golenia. Najszybszy sposób na pozbycie się futra. Pamiętam żele z Gilette dla kobiet, gdy były naprawdę drogie. Teraz identyczne ma w swojej ofercie Action i Lidl. Ja zawsze wybieram ten z wyciągiem z aloesu.
Mydła w płynie i uzupełniacze. Wcześniej kupowałam w Actionie. Potem, przy okazji zakupów w Lidlu, wzięłam mydło migdałowe. Kolor różowy, ładny, delikatny zapach i dobrze się pieni. Teraz kupuję litrowy worek i dolewam do butelki. Tutaj są trzy rodzaje: mleko i miód, oliwą z oliwek i olej migdałowy. Ja pozostaję narazie przy tym trzecim.
I na koniec nowość, która dla mnie jest super. Chodzi o pianki samoopalające. Używałam już różnych a te są chyba najlepsze. Wcześniej używałam odcieniu „dark” a teraz „medium”. Rozprowadzam rękawicą jedną warstwę tylko na nogach. Z racji tego, że po urlopie jestem opalona, to wystarczy mi podkoloryzować tylko nogi. Nie ma smug, kolor nie jest bardzo ciemny i zresztą po myciu pierwsza warstwa schodzi. Zostaje delikatny brąz.
Sąsiadka przyniosła mi ostatnio katalog marki kosmetycznej Oriflame. Firma znana każdemu. Myślałam, że to ona jest konsultantką, ale nie. Jest nią sąsiadka z przeciwka. Wzięłam katalog i z ciekawością przejrzałam, bo dawno z Oriflame nie miałam do czynienia.
Do tej pory korzystałam z Avonu, gdzie katalogi polskie były zazwyczaj dostępne w polskim sklepie. Z holenderskich jeszcze nie korzystałam a szkoda, bo nie ukrywajmy – Avon jest bardziej popularny i ma przystępne ceny. W Oriflame znalazłam kilka ciekawych kosmetyków, ale postanowiłam też przyjrzeć się cenom. Ja wiem, że nie ma tu co porównywać i przeliczać na złotówki, ale postanowiłam to zrobić. Dlatego też wzięłam na tapetę te popularne produkty i kilka nowości. Weszłam na polską stronę firmy, zrobiłam screeny i również zdjęcia holenderskiego katalogu.
Najpierw zerknijmy na szminki. Chodzi o serię „THE ONE”. W Holandii sztuka jest po 10,99€.
Cena w polskim katalogu.
Kolejna seria, to „Milk & Honey Gold”. Mamy 250 ml krem do ciała, scrub, krem do rąk, żel pod prysznic i mydło w płynie. Ceny: po lewej holenderskie, po prawej polskie:
W Holandii balsam kosztuje 11€ a w Polsce 23zl.
Trzecia pozycja, to bardzo znane i lubiane mini słoiczki balsamu do ust „Tender Care”. Ja używałam kiedyś tego klasycznego. Teraz doszły malina i marakuja.
Kolejne porównanie, to seria przeciwzmarszczkowa „Royal Velvet”. Maseczka w płachcie i krem na noc to razem 25,99€ a w Polsce 39,99zl.
„Giordani Gold” to również znana od zawsze w Oriflame seria. Znajdują się w niej podkłady, pudry, tusze do rzęs, itp. Ja przyjrzałam się pudrowym kuleczkom.
Teraz coś nowego. Seria znana, bo to „Love Nature”, w której skład wchodzą np szampony, żele pod prysznic i balsamy do ciała, ale tutaj mamy set: maseczka w płachcie, woda toaletowa i nawilżający krem koloryzujący. Zwróciłam na to uwagę, bo można powąchać 🙂 Pachnie waniliowo. Napisane jest, że to orientalno- owocowo- waniliowy zapach. Mnie się podoba, no i wszystko w brzoskwiniowym kolorze.
Na koniec również coś, czego wcześniej nie było, czyli masło kakaowe z miętą. Mamy krem, żel pod prysznic i mydełko, które najbardziej mi się podoba. Zapach przyjemny.
Krem 21,99zl a żel 16,99zl.
Darowałam sobie ceny perfum, resztę kosmetyków kolorowych, serię dla nastolatków, biżuterię czy suplementy diety. Za dużo tego. Chciałam tylko poznać różnicę w cenach tych popularnych produktów. Wniosek? W Holandii tanio nie jest. Ciekawa jestem Avonu.
Czekałam na ten miesiąc i się doczekałam. Fajny był, bo miałam 3 tygodnie urlopu, ciekawe wakacje i wreszcie nastała jesień. Napiszę tu kilka zdań, co ciekawego się wydarzyło.
Na początku miesiąca w naszym mieście odbył się Food Truck Festival. Pojechaliśmy z Panem Mężem zobaczyć, co tam ciekawego można było zjeść. Nie było jedzenia z różnych stron świata. To był raczej typowy fast food: hamburgery, pizza, frytki… Oczywiście nie mogło zabraknąć piwa i kawy. Zamówiliśmy chickenburgera, który okazał się naprawdę dobry. A że było gorąco, to bez dwóch zimnych piw się nie obyło. Atmosfera fajna, dużo ludzi siedzących albo stojących przy stolikach, dwa stoły do ping- ponga, kącik dla dzieciarni i muzyka z głośników.
Zdjęcie przy wypasionym jachcie musiało być 😁
Dzień przed urlopem, znajomy Holender zaprosił nas na swoją łódź. Płynęliśmy kanałami na szersze wody i wtedy pierwszy raz siedziałam za sterem. Fajna sprawa. Prowadzi się łatwo, ale obowiązują jednak na wodzie zasady, z których nie do końca zdawałam sobie sprawę. Trzeba np pilnować prędkości. Są widoczne duże znaki, które informują ile km/h można płynąć. Usłyszeliśmy historyjkę o facecie (płynął akurat swoją łodzią obok nas), który jest bogaty- ma kilka mieszkań a latem w żadnym nie przebywa, bo mieszka na tej swojej łódce.
Domki letniskowe z tarasami nad kanałami.
We wrześniu pojechaliśmy też do Hagi odebrać paszporty. Wszystko trwało chwilę i wreszcie mogliśmy przygotować się do wakacji.
Pomnik narodowy o wysokości 22 metrów stworzony przez belgijskich rzeźbiarzy.
Już wcześniej zrobiłam kilka wpisów dotyczących naszych wczasów w Tunezji, ale i tym razem chciałam wspomnieć o kilku rzeczach. Zacznę od tego, że trochę o tym kraju poczytałam w internecie. I czy to, czego się dowiedziałam okazało się prawdą? Tak. W hotelu był bankomat. Mogliśmy spokojnie wyciągnąć pieniądze w dinarach tunezyjskich. I byłoby ok, gdyby nie to, że maszyna się zepsuła. Awaria i tyle. Nikt nie spieszył się z naprawą. W recepcji poradzili nam, żebyśmy poszli do hotelu obok. I tak zrobiliśmy. Tam, przy wejściu ochroniarz i bramki, jak na lotnisku. Musieliśmy zostać sprawdzeni. Pan Mąż poszedł do bankomatu- udało się wyciągnąć pieniądze a ja rozmawiałam z ochroniarzem. Pytał się, czy jesteśmy z Rosji. Fakt, Rosjan było sporo. Powiedział też, że gdybyśmy chcieli skorzystać znowu z maszyny, to nas wpuści bez problemu. Fajnie. Na drugi dzień rozmawialiśmy z innymi Polakami, którzy wyjaśnili nam że w 2015 roku na plaży hotelowej był zamach. Zastrzelono 36 osób! Zresztą to nie jedyny przypadek, bo zamachów w tamtym czasie było kilka. Sprawdziłam w internecie. Prawda. Dlatego te bramki i sprawdzanie bagażów. Gdy kolejnym razem chcieliśmy skorzystać z tamtejszego bankomatu, to okazało się że brakło pieniędzy – będą dopiero w poniedziałek. A była sobota. Pod hotelem taxi. A co tam, jedziemy. Pan taksówkarz zawiózł nas do bankomatu i zaproponował, że za 30€ (w tej walucie też można zapłacić np taxi lub napiwki) może nas obwieźć po Susie. Gdyby nie upał, to pewnie byśmy się zgodzili. Podczas tej 15-minutowej jazdy po pieniądze, zobaczyliśmy Tunezję z innej strony. Policja na każdym kroku. Widziałam, jak zatrzymali auto, facet otworzył bagażnik i sprawdzali co wiezie. I to nie na poboczu. Po prostu przy wjeździe na rondo. Kolejna rzecz- mnóstwo śmieci! Dosłownie wszędzie.
Czytałam też, że młode kobiety chętnie wyjeżdżają do większych miast uczyć się, pracować. Co robią faceci? Prowadzą sklepiki lokalne i przesiadują w knajpach i restauracjach. Sami mężczyźni.
Sprzedaż arbuzów.
Na lotnisku, podczas wylotu sprawdzanie portfeli. Dlaczego, bo nie można absolutnie wywozić z kraju dinarów. To akurat już wcześniej wiedziałam, ale niektórzy i tak byli zdziwieni i musieliśmy iść do kantoru wymieniać pieniądze. Cieszę się, że zobaczyłam tę drugą stronę Tunezji. Różnice są czasem ogromne. Warto opuścić hotel i gdzieś wyjść.
Jedna z tunezyjskich mozaik na płytkach.Założyli nam wreszcie panele słoneczne.
Obejrzałam film „Barbie”. Nie, nie w kinie. I dobrze, że do kina nie poszłam, bo po prostu nie rozumiem fenomenu tej produkcji i szału na kolor różowy. Owszem, grają tam znani aktorzy, których nawet lubię, ale sądzę, że gdyby nie ta gigantyczna promocja, to film szybko przeszedłby bez echa. Jest tam głównie o przesłaniu do kobiet, że nie powinny być pod presją społeczeństwa i zachowywać się i wyglądać tak, jak się tego od nas oczekuje. Od dawna się o tym zresztą mówi, ale nie wszyscy rozumieją. I nie wiem, czy po tym filmie będzie lepiej…
Ja jednak wolę czerń 🙂
Chipsy jem rzadko, ale ostatnio skusiłam się na do tej pory nie znany mi rodzaj o smaku pizzy. Do tego pasta serowo- ziołowa w tubce i niebo w gębie 🙂
A na koniec ciekawostka. Strona internetowa, gdzie wpisuje się swoją datę urodzenia i wyskakuje utwór, który był w tamtym czasie hitem najczęściej granym w radio:
Gdy odwiedzam jakieś miejsce, zawsze przywożę ze sobą magnes na pamiątkę. Więcej nie potrzebuję. Ale tym razem zrobiłam wyjątek. W końcu Tunezja, to nie kolejne odwiedzone miasto w Holandii.
Od razu zaznaczę, że Susy nie zwiedzaliśmy (chociaż byliśmy poza hotelem, ale o tym następnym razem) i nie buszowaliśmy po sklepach. I już myślałam, że wrócę bez magnesu, ale zorientowałam się, że w jednym skrzydle hotelu mieści się mały sklepik z pamiątkami dla turystów. Na pewno jest tam drożej niż w sklepach w mieście, ale musiałam tam zajrzeć. I faktycznie, były tam magnesy 🙂 Oprócz nich mnóstwo innych rzeczy, np ubrania, torebki damskie typu „oryginały” Dolce & Gabbana, perfumy, jakieś tunezyjskie kosmetyki (mały wybór), czy lecznicze maści. Ale to nie wszystko. Na przeciw wejścia zobaczyłam kolory:
Mydełka! Zapachy cytrusowe, różane, jaśminowe i wiele innych. Naprawdę pachną pięknie. No nie miałam wyjścia i kupiłam kilka sztuk.
Maści, kremy i olejki.
Na przeciwko tych specyfików, na półkach leżały przyprawy i oliwy z oliwek. Można się zaopatrzyć np w paczuszki czterech różnych przypraw, lub ośmiu+ oliwa.
Ci, którzy lubią kolory zachwycą się tunezyjską ceramiką i wzorami. Coś wspaniałego. Nie mogłam się napatrzeć. Oprócz drewnianych miseczek, można kupić pełne kolorów półmiski, talerze czy popielniczki. Ja zrezygnowałam z takiego naczynia i teraz żałuję
Do jedzenia też się coś znalazło. Były chipsy, ciastka czy jakieś cukierki. Zauważyłam jedną półkę pełną czegoś, czego wybitnie nie znoszę. Chodzi o galaretki w cukrze. Kilkanaście rodzajów i kształtów. Np takie:
A ja przywiozłam ze sobą paczkę przypraw (dla sąsiadki, bo zaglądała do papug), mydełka, wachlarz, żel z aloesem, który musiałam kupić, i który okazał się rewelacyjny. Uratował moją spaloną słońcem skórę. No i oczywiście magnesy. Dwa sami wybraliśmy. Nakręciłam filmik z tym, co można kupić w sklepiku, oczywiście targowaliśmy się (fajna sprawa) i dostaliśmy od pana sprzedawcy dwa magnesy gratis 🙂