Nie jest to dosłownie taki typowy sklep z warzywami, jakich mnóstwo w Polsce. Jest to sklep turecki. Ostatnio został nawet przebudowany i powiększony. Chodzimy tam często po owoce i warzywa.
W środku znajduje się standardowo kebab, ale ja tego nie jem, bo po prostu nie lubię. Oprócz tego są regały z dużym wyborem tureckiego pieczywa i innych produktów: od ryżu, przez marynowane papryki, słodycze, po sery. Tam zaopatruję się w zieloną herbatę, bo lepszej nie piłam. Na zewnątrz pod parasolami znajdziemy szeroki wybór warzyw: rzepy, buraki, paprykę czy kiełki i owoców: arbuzy, melony, truskawki. Zioła też są i przyprawy. Lubię ten sklep.
A teraz do rzeczy. Chodzi o ceny. Gdy dzwonię do Polski, to często słyszę narzekanie, że wszystko podrożało. I ilekroć mówię, że w Holandii też zrobiło się drożej, to zero reakcji. Tak jakby tylko w Polsce ceny podskoczyły. Otóż nie tylko. Ostatnio z ciekawości weszłam na stronę internetową (popularną do kupna mieszkań). Do wynajęcia domy i mieszkania też są. Gały wywaliłam, gdy zobaczyłam o ile podniosły się czynsze. Gdy my wynajmowaliśmy mieszkanie, płaciliśmy prawie 800€ / miesiąc + opłaty typu gaz i woda. Teraz w naszej okolicy za mniej niż tysiąc, nic się nie znajdzie. Taniej jest (o dziwo) w Rotterdamie. Gaz i benzyna też w górę. No i wiele produktów spożywczych jest droższych. Szkoda, że nie trzymałam paragonów, bo teraz bym porównała zakupy z Lidla. Ostatnio musieliśmy podskoczyć właśnie do „Turka”, bo brakło warzyw na zupę. Zazwyczaj kupujemy to samo, czasem coś więcej. Przed podwyżkami cen płaciliśmy za zakupy zazwyczaj około 19€.
Na paragonie nie ma niestety wydrukowanych nazw produktów. Jest wyszczególniona cena za sztukę lub kilogram i cena, którą zapłaciłam. Co kupiliśmy: jajka- 30 sztuk, akurat były w promocji, bo kosztowały 3€
Marchewka była nieco przywiędła, ale trzeba było wziąć. Do tego, jak zwykle 2 pory, rzodkiewka, natka, papryką i cytryny.
Do koszyka trafił też seler i dwa kalafiory i pamiętam, że one w sumie kosztowały 6€. Dorzuciłam też 4 tureckie wafelki, które okazały się pyszne. Dwa kokosowe (niezbyt słodkie, jak polska Princessa) i dwa orzechowe, w smaku podobne do Prince Polo.
Nasze zakupy zazwyczaj wyglądają bardzo podobnie. Wcześniej, zamiast wafelków brałam np winogrona lub mandarynki. Zdarzała się połówka arbuza. Warzywa niemal cały czas te same. I zauważyliśmy, że teraz płacimy trochę więcej. Nie jest to może ogromną suma, jak na holenderskie zarobki, ale różnicę widać. Jak już wspomniałam: wcześniej było około 19€ a teraz:
Mam pomysł, żeby zrobić wpis o cenach popularnych warzyw i owoców. Chcę pokazać, jak to teraz tu wygląda i można porównać do tych w Polsce.
…przeczytanych w tym roku książek i jest na dzień dzisiejszy dupa. Jak sobie wymyśliłam, że będę czytała jeszcze więcej, tak szybko sobie uświadomiłam, że teraz jest jeszcze więcej pracy no i szkoła.
Dzisiaj była ostatnia lekcja- 3 godziny przygotowania do egzaminów. Trzeba było opowiedzieć o swojej wymarzonej pracy i rozmowa ze sprzedawcą telefonu. Chodzi o zwrot w sklepie towaru. Oddaliśmy też uzupełnione segregatory z naszymi ćwiczeniami. Mam dzisiaj jeszcze trochę siły, żeby zrobić wpis, bo trzy książki się uzbierały do opisania 🙂
„Zimne ognie”- Simon Beckett
Do tej pory przeczytałam kilka części kryminałów z antropologiem Davidem Hunterem Simona Becketta. Zaintrygował mnie ten thriller i muszę napisać, że wart jest dwóch dni, bo tyle czasu go czytałam. Główną bohaterką jest Kate Powell, która odnosi sukcesy zawodowe. Jest singielką, sama o sobie decyduje. Ostatnio jednak czegoś jej brakuje. Chce mieć dziecko, ale po nieudanym związku nie zamierza szukać partnera. Chce zrobić to inaczej. Na swój sposób. Postanawia znaleźć dawcę, lecz na własnych warunkach. Musi wiedzieć kim będzie ojciec. Zamieszcza więc ogłoszenie. Alex Turner wydaje się być doskonałym kandydatem. Przystojny, nieco wstydliwy i inteligentny. Pierwsze wrażenie może być jednak mylące. Niebezpiecznie mylące. Fabuła wciągająca. Thriller psychologiczny, w którym poruszone są dwie rzeczy: dziecko bez partnera (może się okazać, że to nie takie proste jakby się wydawało) i stalking, który potrafi zrujnować życie. Do tego dodajmy niebezpieczną ludzką psychikę i dobry materiał na książkę jest.
„Wokół zbrodni”- Mariola Kłodawska
Nie słyszałam wcześniej o tej autorce a szkoda. Prowadzi kanał „Kartoteka” i opisuje przerażające sprawy kryminalne, te rozwiązane i te, które czekają jeszcze na odkrycie. W książce większość z nich pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdyż autorka interesuje się nimi od wielu lat. Fascynuje i nurtuje ją fakt, że pomimo ogromnego rozwoju kryminalistyki i kryminologii, wciąż nie zna się odpowiedzi na wiele pytań. A ja się zastanawiam, dlaczego, mimo rozwoju tych dwóch dziedzin ludzie dalej mają odwagę zabijać… Książka jest o prawdziwych zbrodniach, które wstrząsnęły światem. O niektórych słuchałam podcastów lub czytałam. Estibaliz Carranza po zamordowaniu i rozczłonkowaniu ciał partnerów trzymała ich szczątki w piwnicy pod swoją lodziarnią. Jenelle Potter nakłoniła najbliższych do zabicia młodych rodziców, tworząc fikcyjną postać Chrisa – agenta CIA. Co się stało z Ann Gotlib, która zaginęła w wieku 12 lat z terenu centrum handlowego w Louisville w stanie Kentucky 1 czerwca 83roku? I na koniec sprawa, która jest jedną z tych zapadających w pamięć. Gertrude Baniszewski wciągnęła grupę dzieci w zbrodnię, w trakcie której torturowali i zmęczyli na śmierć 16-letnia Sylvię Likens. W tej książce opisane jest to chyba najdokładniej, bo w podcastach nie wszystkie szczegóły były ujawniane.
„Jestem mordercą”- Max Czornyj
Doskonale napisana powieść z przerażającej perspektywy mordercy. Aż ciężko uwierzyć, że jeden człowiek mógł tak namieszać i dokonać takich zbrodni. Johann „Jack” Unterweger urodził się w 1950 roku w Austrii. Nazywany był „Dusicielem z Wiednia”. W 1974r zabił 18latkę, bo przypominała mu matkę. Został skazany na dożywocie. W więzieniu napisał i wydał m.in autobiografię, wiersze i pisał sztuki teatralne. Rozpoczęła się batalia o uwolnienie Unterwegera. Jest to prawdziwa historia jednego z najbardziej bestialskich seryjnych morderców świata. Dewianta, który zadrwił z biegłych psychiatrów i wymiarów sprawiedliwości kilku państw. Psychopaty i ulubieńca mediów. Czytając, ciężko było uwierzyć, że taki ktoś wywinął się w taki sposób policji i sądowi. Z ciekawości obejrzałam kilka materiałów na YouTube. To trzeba zobaczyć.
A ja zapisuję w notesie przeczytane od Nowego Roku książki. Narazie tylko 5. Zobaczymy, jak pójdzie dalej.
To słowa holenderskiej naukowiec, która też jest pisarką- Louise O. Fresco. O co dokładnie chodzi? O to, że Holendrzy postanowili bardziej zadbać o środowisko. Chcą osiągnąć w tym temacie jeszcze wyższy poziom.
To, że jeździ się tu głównie rowerami, co jest zdrowsze i dla ludzi i dla środowiska, to wiadomo od dawna. Ale nie o rowerach będzie mowa, bo to temat długi i na inny wpis. Na początek napiszę, że w szkole oprócz języka, uczymy się o życiu w Holandii (m.in o rządzie, organizacjach, tolerancji). Jednym z zadań było wypunktowanie rzeczy z naszej pracy, które są przyjazne środowisku. Można je określić słowem „duurzaam”, czyli coś zrównoważonego, względnie przyjaznego dla środowiska, oszczędzającego zasoby. Słowo to, często można usłyszeć w radio. I jest kilka rzeczy, które są duurzaam. Po pierwsze nie mamy na kantynie naczyń plastikowych. Wszystko jest szklane- od kubków, do talerzy. Sztućce metalowe. Jest zmywarka. Zero papierowych ręczników. Wszystkie ściereczki i ręczniki do rąk są takie, jakie mamy w domach i prane w pralce energooszczędnej. Zresztą nasze ubrania też. Nie przynosimy ich do domu (tu głównie chodzi o wirusa). Gdy sprzątam magazyn, szefowa zawsze przynosi mi reklamówkę wypchaną ścierkami zrobionymi ze starych t-shirtow swoich dzieci. Wiem, że są kantyny, gdzie stoją automaty do kawy z plastikowymi kubkami. Ile to jest śmieci…
A jak Holendrzy radzą sobie z ochroną środowiska? Idzie całkiem dobrze. Wymienię kilka rzeczy, które można zauważyć. Przede wszystkim kaucja za plastikowe butelki. Władze Holandii chcą, by 9/10 butelek trafiało do recyklingu. Najpierw były to duże butelki PET (0,75l) i 25 centów za sztukę. Od 2021r można zwracać też małe butelki. Dąży się do zmniejszenia ilości odpadów komunalnych, liczba plastikowych śmieci maleje, bo są zwroty do 80%. Butelki wrzuca się do specjalnych automatów, które są w każdym supermarkecie. Okrągły otwór na plastiki, a na dole „właz” dla kraty z butelkami po piwach. Po naciśnięciu przycisku, wyskakuje bon na którym widnieje kwota, którą odliczy pani kasjerka od zakupów.
W każdym markecie są też pojemniki podzielone na dwie części: zużyte baterie i żarówki. Oprócz tego miejsca przeznaczone na tekturowe pudełka po towarach. Ludzie używają ich jako torby na zakupy, lub zabierają do domu, bo przydają się do pakowania różnych rzeczy.
Specjalne pojemniki przy centrach handlowych i supermarketach. Jest ich kilka i są podzielone na papier, plastik i szkło (białe, zielone, brązowe). Niejednokrotnie czytałam w internecie, że dzielenie szkła na kolory nie ma sensu, bo i tak wszystko wpada do jednej komory. Nie wydaje mi się. Kiedyś (wyrzucałam słoiki) i kontener był popsuty. Z ciekawości zajrzałam do środka i był wyraźny podział na trzy części.
Wspomnę tutaj o pojemniku „restafval”.Do niego wrzuca się to, co nie poszło do kontenerów recyklingowych. Ale nie jest to takie proste, bo pojemnik jest szczelnie zamknięty a do jego otwarcia potrzebna jest specjalna karta, na której zapisywane jest otwarcie i zamknięcie. I nie za darmo, bo to 1,20€. Niby nic, ale w ciągu roku sumka się uzbiera. U nas na osiedlu jest taki jeden i widzę że ludzie korzystają. Widzę też, że każde domostwo posiada 3 kontenery: niebieski na papier, zielony na odpady zielone i czarny na resztę. Trzeba pilnować, aby odpady były umieszczone w odpowiednich pojemnikach. Inaczej grożą mandaty za nieprzestrzeganie segregacji i służby komunalne mogą nie opróżnić kosza. Kiedyś mieliśmy czarny kontener wypchany po brzegi i trochę się nie domykał. Został opróżniony, ale zawieszona była kartka z informacją, że musi być domknięty, inaczej nie będzie opróżniony.
Kosze na śmieci dla rowerzystów. Mają odpowiedni kształt, żeby łatwo było wyrzucić śmieci.
Ubrania. Czytałam, że przemysł odzieżowy emituje więcej CO2 niż lotnictwo i transport morski. I nachodzi mnie taka myśl: po jaką cholerę te wszystkie celebrytki tworzą swoje marki odzieżowe i jednocześnie gadają o ochronie środowiska? Ciuchów jest od groma. I wiem, że nigdy nie kupię od takiej osoby nawet chusteczki do nosa. Wiele swoich ubrań się pozbyłam. Mam te naprawdę potrzebne. W Polsce jak i Holandii są specjalne kontenery na tekstylia. To w nich wylądowały moje ciuchy.
Można też oddać do kringloopa. Tam znajdziemy fajne rzeczy z drugiej ręki i jest to tu popularne. Co nie znaczy, że każdy Holender tam kupuje. Niektórzy lubią Action, gdzie chińszczyzna rządzi i przyznają się bez problemów, że balony urodzinowe kupują na Alliexpress.
Kilka słów o kanałach. Płaci się tu wysokie podatki, żeby było czysto. Wiadomo, w miastach w kanałach znajdziemy śmieci, nawet dużych gabarytów. Rowery i wózki sklepowe to norma. U nas w miejscowości i okolicach kanały są regularnie czyszczone i rolnicy korzystają z ich wód do podlewania pól. Kolejna rzecz: nie ma rozwijającej się betonozy. Parki i zieleń miejska wszędzie. Utrecht jest przykładem. Dodatkowo, na dachach przystanków autobusowych sadzone są rośliny dla pszczół. To cieszy, bo ileż to razy czytałam o niszczeniu/ paleniu pasiek np w Polsce. Nie pojmuję, jak ludzie mogą być tak głupi i podli!!! Wiadomo czym to grozi.
Popularne są tu też panele fotowoltaiczne. Holandia jest jednym ze światowych liderów jeśli chodzi o ilość paneli na dachach. Wzrost cen energii doprowadził do tego, że ludzie decydują się je zakładać, z tym że teraz czas oczekiwania jest dłuższy, bo od 8 do 14 tygodni. My też w to wchodzimy. Gmina pożycza pieniądze. Złożyliśmy wniosek. Firma wyliczyła nam 4 panele za prawie 5 tysięcy. Będziemy spłacać je po 30€ przez kilkanaście lat. Czekamy na odpowiedź z gminy.
Co jeszcze robimy dla lepszego środowiska? Są to drobiazgi, ale jednak. Przede wszystkim nie śmiecimy. Plastikowe butelki oddajemy do recyklingu. Segregujemy śmieci jak nakazano. Nie zużywamy dużo wody, bo kąpiele są krótkie. Na zakupy bierzemy swoje szmaciane torby, lub wielkie papierowe z Lidla. Są wytrzymałe. Ja zrezygnowałam z jednorazowych wacików. Dobra decyzja. Światło nie pali się niepotrzebnie. Nie mamy suszarki do prania. Wolę jak samo schnie, bo w domu ładniej pachnie 🙂 Nie kupuję wody. Mam jedną butelkę, do której leję kranówę, bo tu jest pyszna. Czasem Pan Mąż kupuje sobie wodę gazowaną. Wtedy plastik idzie do automatu. Nie kupujemy niepotrzebnych klamotów. To są małe kroki, ale jednak zbiera się ich sporo 🙂
Kolejne święta spędziliśmy w Holandii. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy w Wielkanoc w Polsce. Tutaj nie obchodzimy jej dokładnie tak, jak w ojczyźnie.
Przede wszystkim nie ma tutaj tradycji chodzenia z koszyczkiem do kościoła. Słyszałam, że gdzieś tam odbywa się świecenie pokarmów dla Polaków, ale nas to nie interesuje. Nie posiadamy małego koszyczka, ale w polskich sklepach można się bez problemu zaopatrzyć np w baranka czy babeczkę. W sobotę było ciepło i słonecznie, więc wyszliśmy na zewnątrz żeby zrobić porządki w ogrodzie i przed domem. Pan Mąż wziął się za chwasty. Kupił wcześniej w Actionie sprzęt, który ma usuwać chwasty. Podłącza się to do prądu, wydziela się ciepło i chwasty więdną. Uważam, że więcej z tym roboty niż pożytku. Stoi się z tym czymś nad chwastem, stoi i stoi, powietrze gorące dmucha, dookoła śmierdzi spalenizną a chwast uschnięty zostaje i i tak trzeba go wyrwać. Bez sensu. Koniec końców chwasty zostały usunięte ręcznie. Wyniosłam wrzosy na tył domu, a obok drzwi wejściowych zostawiłam iglaka w donicy, nowo kupioną chortensję i poustawiałam bratki i niezapominajki. Do tego jeden krasnoludek i jest wiosenne.
W domu też znalazło się kilka świąteczno- wiosennych dekoracji. Mimo, że nie obchodzimy tych świąt typowo, to jednak zawsze staram się żeby nie brakło kurczaka, czy jajek.
Kupiłam w polskim sklepie farbki i naklejki na jajka. Skorzystałam tylko z farbek. Nie chciało mi się kleić. Wrzuciłam 4 białe jajka do barwników. Wyszły delikatne kolory i takie też chciałam, bo moim zamysłem było namalowanie na jajkach twarzy. Pomysł zaczerpnięty z internetu i poniżej efekt 🙂
Nie robiliśmy śniadania wielkanocnego. Wspólnie z parą znajomych ustaliliśmy, że czas na pierwszego w tym roku grilla, tym bardziej że pogoda dopisała i w słońcu było wręcz gorąco. Pan Mąż zajął się szaszłykami a ja zrobiłam żur z białą kiełbasą.
Była też zwykła, cienka kiełbasa, sałatki i faszerowane jajka. Znalazłam w zamrażarce paluszki krabowe surimi. Wpadłam na pomysł zrobienia z nich nadzienia do jajek. To byłoby coś innego. Posiekałam paluszki, żółtka rozgniotłam widelcem, doprawiłam solą i pieprzem, wymieszałam z odrobiną majonezu i farsz gotowy. Okazał się bardzo smaczny. Na wierzchu położyłam kapary.
Pomysł na sałatkę zaczerpnięty z TikToka okazał się strzałem w dziesiątkę. Dawno nie jadłam tak dobrej sałatki z selerem naciowym ze słoika. Potrzebny jest słoik selera, 2-3 jajka na twardo (w kostkę), ogórek konserwowy (w kostkę), żółty ser starty, wędlina drobiowa (w kostkę), kukurydza z puszki (opcjonalnie, bo tego w oryginalnym przepisie tnie było), majonez, sól i pieprz. Wyszła pyszna mieszanka.
Poniedziałek wielkanocny leniwy i wolny od pracy, tak jak w Polsce. To znaczy nie wszyscy, bo np Lidl w święta otwarty. To Śmigus Dyngus, który bardzo lubię, więc o 6:00 rano było lanie wodą. Pan Mąż pierwszy mnie zaskoczył. Lany Poniedziałek, więc słońce zniknęło, od rana chmury i wreszcie pojawił się deszcz. Do następnego 🙂
Dziwny ten miesiąc był. Ni to zima, ni to wiosna… Drzewa wypuściły mnóstwo pąków, wszędzie żółto od żonkili, ale słońca brak, deszczu ogrom i czasem rano przymrozek.
Kurtkę zimową odłożyłam. Wystarczy. Za to przydał się nie raz parasol, bo dawno tak mokro tu nie było. Jak nie ulewa, to mżawka. Lubię deszcz, ale już prawie człowiek zgnił. Za to wracając z Belgii, widoki fajne:
Początki wiosny, czyli żonkile nad kanałami, konie i paw z drewna.
Założyłam sobie TikToka. Wiem, już dawno stał się jednym z ważniejszych mediów społecznościowych, ale ja zawsze jestem z takimi rzeczami do tyłu. Obserwuję kilka ciekawych osób, w tym prowadzących lekcje holenderskiego. Ale oprócz przydatnych rzeczy, znajdują się tam też głupkowate aplikacje. Jakie? Ano np do zrobienia twarzy Jasia Fasoli 🙂 Czego to ludzie nie wymyślą… Planuję post z kontami, które obserwuję na Instagramie i TikToku. A to ja:
Podczas spacerów lubię oglądać dekoracje i rośliny przed domami Holendrów, bo mają fajne pomysły.
Czarny kogut szwendający się z kurami, czyli jak to się mówi: „ze swoim haremem” chociaż harem to w ogóle coś innego.
Coraz bardziej czerwono. Do pełnego zbioru jeszcze trochę daleko. Już w domu mam z pracy kilka pomidorów, bo te tylko mi smakują. Może dlatego, że za darmo…? 😀
W kwiaciarniach mnóstwo wielkanocnych ozdób i stroików:
Mamy w mieście jedną taką ładną ulicę. Jest mnóstwo zieleni, duże piękne domy (ale nie z tych nowoczesnych) i zawsze są tam wyeksponowane przydomowe ogródki. Jest na co popatrzeć. Ostatnio przed jednym z takich domów stanęła sporych rozmiarów drewniana świnia.
A tu podczas zajęć praktycznych w szkole. Było akurat o owadach (głównie o szkodnikach pomidorów) i to akurat mnie najmniej interesowało. Łapałam za to nowe słówka.
Miałam urodziny. Wymyśliłam sobie, że z tej okazji kupię jedną babeczkę (tort to za dużo), świeczki- cyfry i sobie zdmuchnę. Wspomniałam o tym Panu Mężowi a potem zapomniałam. W dzień urodzin poszedł do sklepu (pod pretekstem kupna piwa) i wrócił z babeczką i dużą świeczką ( cyfr nie było) i kazał mi dmuchać 🙂
Pewnego dnia rano, na pasach spotkaliśmy takiego jegomościa 🙂 Nawet nie miał zamiaru się ruszyć. Stał sobie tak i nawet przejeżdżające auta mu nie przeszkadzały 🙂 Na ptaki tu trzeba uważać. Kaczki spacerujące po ścieżkach rowerowych, łabędzie na drogach, to tu norma.
A na sam koniec mina porannej kawy, kiedy zobaczyła jaka paskudna pogoda za oknem 🙂
Jedynym z najpopularniejszych supermarketów w Holandii jest Albert Heijn. Trzeba też zaznaczyć, że jest to niderlandzki market, powstały właśnie w tym kraju. Jego nazwa charakteryzuje się niebieską czcionką.
Ma opinię dosyć drogiego sklepu, ale idzie za tym jakość produktów. Poza tym jest tam zawsze czysto i towar należycie poukładany. Jego nazwa pochodzi od założyciela i jest z tym związana ciekawa historia. Ale zanim ją opowiem, to napiszę kilka słów o produktach. Ale nie holenderskich a polskich. Właśnie w „Albercie” znajdują się z nimi trzy regały. Jest to spożywka, którą znajdziemy w każdym polskim sklepie. Nie znalazłam jednak informacji dlaczego akurat Albert Heijn zdecydował się na nasze produkty.
Trochę historii
W 2011r zmarł Albert Heijn. Jego dziadek (także Albert) dał imię największej i najpopularniejszej sieci supermarketów w Holandii. Albert Heijn senior urodził się już zamożny. W dniu swojego ślubu, w 1887r jego ojciec – Jan podarował mu sklep spożywczy we wsi Oostzaan koło Zaandam. Po ojcu odziedziczył też 60 tys guldenów. Jego żona Neetje de Ridder była córką bogatego margrabiego grobelnego (holenderska posada prezesa zarządu gospodarki wodnej w danym regionie kraju), który pozostawił córce 21 tys guldenów. Interesy szły dobrze i 8 lat później Albert otworzył nowy sklep w Purmarend. Rozpoczął także produkcję wyrobów spożywczych. W domu rodzina piekła ciasteczka a na zapleczu palono kawę i sprzedawano ten towar z powodzeniem w sklepie.
W czasie I wojny światowej Albert jeździł limuzyną Buick, oddzielony od kierowcy ścianą. Swojemu wnukowi nie żałował prezentów (projektor filmowy, kawalerka w Amsterdamie lub domek letniskowy w Bergen an Zee). W wieku 55 lat w roku 1920, przekazał sieć sklepów swoim dzieciom- Janowi i Gerrit Heijn. W roku 1927 sieć liczyła 107 sklepów i obchodziła 40lecie istnienia.
Po wojnie siecią sklepów kierował wnuczek założyciela (syn Jana i Gerrit)- Albert Junior (zm. w 2011r). Podpatrując Amerykanów, w 1952r otwarto pierwszy samoobsługowy sklep w Schiedam (dla porównania: w 1962r otwarto taki sklep w Polsce, w Białymstoku – Supersam). Wydawano nawet miesięcznik AllerHande- gratis dla klientów a w latach 60tych wprowadzano coraz więcej własnych marek. W 1978r powstało przedsiębiorstwo handlowe Ahold, pod którym znajdują się m.in sklepy monopolowe Gall &Gall, drogerie Etos, Albert.nl.
Albert Junior rozstał się z firmą w 1989r po tragicznych wydarzeniach. We wrześniu 1987r Holandią wstrząsnęła wiadomość o porwaniu brata Alberta- Jana Heijna. Porywacz- 45letni bezrobotny inżynier zaplanował precyzyjnie porwanie i w jego dniu zamordował Jana w lesie koło Arnhem. Porywacz- skontaktował się z rodziną zadając okupu w wysokości 7,7 mln guldenów (3,5mln €). Po zapłaceniu okupu kontakt z porywaczem się urwał. Dopiero w 1988r policja aresztowała mordercę śledząc źródło wydawanych z okupu pieniędzy. Sprawca wskazał miejsce, gdzie zakopał ofiarę.
Albert Heijn ostatni raz odwiedził sklep w Zaanse Schaans i powiedział, że największą różnicą między wcześniejszym sklepem a dzisiejszym jest to, że kiedyś wszystkie artykuły sprzedawano luzem. Dzisiaj wszystko jest popakowane i najlepiej sprzedają się produkty stojące na półkach na wysokości oczu klienta.
Dzisiaj chyba w każdym centrum handlowym znajduje się AH zwany też „appie”. Holandia liczy 850 tych marketów. Koncern Ahold jest też posiadaczem internetowego Bol.com. W 2019r AH posiadał 35% holenderskiego rynku supermarketów. Na drugim miejscu stoi sieć Jumbo, dalej Lidl i Aldi. Ahold wszedł na polski rynek w 1995r i rozrósł się zakładając sieć 179 sklepów Albert i 26 marketów Hypernova. W 2008r Ahold sprzedał wszystkie sklepy w Polsce za 375 mln € francuskiemu Carrefour.
A to polskie produkty w Albercie:
soki Tymbark- 0,99€
polski i pyszny wafelek Prince Polo – 0,79€
zupki „chińskie” Amino- 0,99€
flaki wołowe „Pudliszki”- 3,59€
słoiki firmy Pamapol: gulasz wieprzowy- 4,35€, fasolka po bretońsku -3,29€, pulpety w sosie pomidorowym- 3,29€, gołąbki -2,99€
słynny pasztet z kogutkiem z pieczarkami, pomidorami i drobiowy- 1,09€
sałatki obiadowe „Edmal” np kiszona kapusta z marchewką – 2,29€
musztarda sarepska firmy „Roleski”-1,29€
chrzan „Krakus”- 1,39€
smalec z mięsem „Pamapol”-2,19€
buraki tartę z chrzanem „Edmal”- 1,49€
makaron Lubelski jajeczny (nitki)- 1,49€
piwo Warka strong- 1,69€
Żubr – 1,85€
Dębowe- 1,85€
To nie są oczywiście wszystkie produkty. Zrobiłam zdjęcia tylko niektórym dla przykładu 🙂 Zauważyłam, że największym powodzeniem cieszą się piwa, słodycze i sałatki obiadowe.
W sobotę trzeba było ruszyć tyłki z domu. Chciałam znowu gdzieś pojechać, coś zobaczyć, zwiedzić. Padło znowu na Belgię. Miałam do wyboru: Gandawa albo Antwerpia. Padło na Gandawę. I nie żałuję.
Do tej pory oglądałam miasto na zdjęciach w internecie. Od razu mi się spodobało. Skoro na zdjęciach wyglądało bajkowo, to na żywo pewnie jeszcze lepiej. I faktycznie tak jest. Gandawa jest szalenie fotogeniczna. Z każdego miejsca można zrobić piękne zdjęcia. Spacer po mieście (centrum) może zająć kilka długich godzin. Co mówi Wikipedia?
Gandawa- miasto w północno – zachodniej części Belgii w regionie Flandria. Leży przy ujściu rzeki Leie do Skaldy, przez kanał Gandawa- Terneuzen. Region Gandawy był zamieszkany od czasów Celtów. Nazwa miasta pochodzi od celtyckiego słowa „ganda” oznaczającego miejsce zbiegu, połączenia np dwóch rzek. Ważnym momentem w historii miasta było przybycie tu francuskiego mnicha Amanda, którego misją było nawrócenie na chrześcijaństwo mieszkańców Gandawy. Legenda głosi, że mnich przypłynął rzeką i gdy chciał wyjść na ląd, wrogo nastawiony tłum wrzucił go do wody. Gdy pewnego dnia powieszono skazańca, Amand zdjął jego ciało z szubienicy i w swoim małym klasztorze przywrócił go do życia. Inne źródła podają, że Amand przywrócił do życia kobietę, która popełniła samobójstwo, wieszając się na własnym welonie. Dopiero ten „cud” przekonał do nowej wiary mieszkańców Gandawy, którzy zaczęli przyjmować chrzest. Jakiś czas potem Amand ze swoim przyjacielem Bawonem założyli dwa klasztory: Świętego Bawona i Sint Pieters. Ciężkie czasy dla miasta przyszły wraz z inwazją Wikingów, którzy dwukrotnie napadali na Gandawę. Splądrowali klasztory a miasto zniknęło z mapy. Gandawa powoli odzyskiwała swój status, głównie dzięki hrabiom Flandrii-. Pierwszym z nich był Baldwin I Żelazne Ramię. Jego syn – Baldwin II Łysy wybudował w mieście umocnienia na lewym brzegu Leie. To tu gromadzili się mieszkańcy i powstał pierwszy rynek. Wokół niego szybko rozwijał się gród. Około 1100roku Gandawa otrzymała od hrabiego Flandrii prawo do własnej rady miejskiej. Bogaciła się w szybkim tempie. W 1180 roku, hrabia Filip van de Elzas wybudował twierdzę Gravensteen. W okresie od XII do XV wieku największe zyski przynosiła produkcja sukna i handel nim. Gandawa stała się też miejscem kultury i ważnym ośrodkiem naukowym. W mieście było np 5-6 aptekarzy i każdy z dyplomem uniwersyteckim. W połowie XVIII wieku, pod rządami cesarzowej Marii Teresy Gandawa osiągnęła status największego miasta w Belgii. Pojawiły się cukrownie, pierwsze fabryki i zakłady przemysłowe a wraz z nimi bogactwo mieszkańców. 28 września 1837 roku przyjechał do Gandawy poraz pierwszy pociąg parowy. Od 1874r miasto ma też tramwaje. Końcowa faza II wojny światowej przyniosła ciężkie walki o wyzwolenie miasta. W dniach 11-14 września 1944r brała w nich udział polska 1 Dywizja Pancerna Generała Stanisława Maczka.
Wchodząc do centrum, natknęliśmy się na twierdzę Gravensteen. Robi wrażenie. Czytałam, że znajduje się tam sala tortur i bardzo chciałam ją zobaczyć. Bilety kupiliśmy na miejscu. Musieliśmy poczekać na swoją godzinę wstępu (czyli ok 20minut). Napisać muszę, że twierdza otoczona jest wodą i śmierdzi szambem.
W środku w pierwszej i największej komnacie wyeksponowano w gablotach zbroje rycerskie i broń. Reszta pomieszczeń (kierunek zwiedzania pokazują strzałki) jest pusta. W sali tortur wisiały tylko malowidła pokazujące owe tortury. Można było wejść na górę i podziwiać panoramę miasta (także przez lunetę). Wiało okrutnie, ale warto było. Dziedziniec też piękny.
Potem poszliśmy na słynny ze zdjęć Most Sint Michielsbrug. Jest to łukowaty kamienny most zbudowany w latach 1905- 1909 według projektu Louisa Cloqueta.
Po zejściu z mostu trafiliśmy na kasę z rejsami łódką po rzece Leie. 50 minut z przewodnikiem, który opowiadał o mieście w języku francuskim, angielskim i holenderskim. Świetna wycieczka, mimo że zmarzliśmy. Dowiedzieliśmy się m.in o tym, że jednym z ulubionych zajęć turystów jest picie alkoholu i sikanie do wody. To chyba powód szambowego zapaszku… Nie mogłam się napatrzeć na te wszystkie kamienice. Niektóre opuszczone, wyglądały jakby miały się zapaść do wody, ale mają swój urok. W większości z nich mieszczą się restauracje i bary, co widać było od tyłu.
Ratusz też robi wrażenie. Jest imponujący.
Nad miastem królują 3 wieże: dzwonnica zwana „smoczą wieżą”, wieża kościoła Świętego Mikołaja i Katedry Świętego Bawona:
W Gandawie można napić się lokalnego piwa, np Delirium Tremens albo Troubadour. Widzieliśmy sklepy z asortymentem piwnym. Ja swoje kroki skierowałam do sklepu z pamiątkami, bo magnes musi być. Oprócz tego, znajduje się tam dużo galerii z ciekawymi rzeczami. Witryny sklepowe fajnie i ciekawie wyeksponowane. Dodam jeszcze, że turystów mnóstwo i oczywiście trzeba uważać na rowerzystów i psie kupy na chodnikach. Chciałabym wrócić do Gandawy, ale wieczorem, bo podobno jest jeszcze piękniej.
We czwartek przywiozłam do domu nowe rośliny. Kupiłam je w centrum ogrodniczym, tam gdzie mamy lekcje. Widziałam, że uprawa nowych roślin już ruszyła a na sprzedaż było mnóstwo bratków.
Dzisiaj pracę skończyliśmy około 12:00, więc zaplanowałam, że posadzę nowe kwiatki do doniczek. A dokładniej, do drewnianych skrzynek i koszyków z zeszłego roku. Kupiłam sześć sztuk różnokolorowych bratków za 5€ i dwie rośliny o drobnych niebieskich kwiatkach. Wydawały mi się znajome. Myślałam, że to niezapominajki i dla pewności sprawdziłam w aplikacji. Dobrze myślałam. Już zapomniałam, że takie kwiatki istnieją a są przecież naprawdę ładne.
W Lidlu dotrwałam jeszcze begonię i sparaxis trójkolorowy. Begonia poszła do wiszącego koszyka a sparaxis podzieliłam na dwie części, bo sporo cebulek było. Posadziłam trochę pod płotem i trochę pod drzewem. Mam nadzieję, że coś wyrośnie, bo to ładna roślina.
Część bratków i niezapominajki ostatecznie zostaną przeniesione przed drzwi wejściowe. Z tym, że najpierw trzeba zrobić porządek, czyli zgrabić suche liście, wyrwać chwasty, zamieść chodnik. W tej chwili piździ okrutnie, że łeb chcę urwać i co jakiś czas pada. Zresztą od tygodnia. Musiałam wszystko w ryzach trzymać, gdy przesadzałam bratki, bo wiatr przeszkadzał. Poczekamy do lepszej pogody.
Agrest i jaśmin wypuszczają listki, tulipany pąki a szafirki wybiły w górę po obcięciu liści.
Nie kupiłam nowej ziemi. Używam często tej z zeszłego roku. Pod płotem robię kopiec ze starej ziemi. Jest przeze mnie oczyszczona i spulchniona przez dżdżownice. Fiołki, bratki i inne rośliny ogrodowe dobrze na niej rosną.
A to kilka zdjęć ze szklarni centrum ogrodniczego:
Tytuł to „Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis”. Tę książkę dostałam. Pewnie bym jej nawet nie kupiła, chociaż autorkę znam (nie osobiście rzecz jasna). A że ja wszystkie swoje książki muszę przeczytać, więc się za nią wzięłam.
Książka ma aż 76 rozdziałów, ale są krótkie i czyta się szybko. Zanim napiszę więcej o książce, to kilka słów o autorce. Hanna Bakuła, to malarka i pisarka, autorka kilkunastu książek. Pisała felietony do „Playboya” i „Urody”. Obecnie pisze bloga i publikuje felietony w miesięcznikach m.in „Skarbie”. Jest absolwentką wydziału malarstwa warszawskiej ASP. Portretowała np Daniela Olbrychskiego i Agnieszkę Osiecką. Całe lata 80te spędziła na Manhattanie. Projektowała kostiumy i scenografię do spektakli na Brodwayu, za które wyróżnił ją „New York Times”. Oprócz polskiego, ma też obywatelstwo amerykańskie. Na wizytówce ma napisane „osoba kontrowersyjna”. Prowadzi fundację propagującą kulturę polską za granicą, wspiera dwa domy dziecka, organizuje festiwale muzyki Franciszka Schuberta. Mówi o sobie, że jest soft- feministką. Z opinii w książce można wywnioskować, że to zdrowy feminizm. Nie jest z tych feministek, o których słyszy się w negatywnym kontekście. Przykład? Jedna z nich chciała pokazać jak to uprzedmiotowane są kobiety i dlatego poszła grać w filmach dla dorosłych…
O czym dokładnie jest książka? To satyryczne spojrzenie na relacje damsko- męskie wynikające z obserwacji obyczajów nowobogackiej Polski. Autorka w śmieszny sposób opisuje zachowanie panów wobec pań i odwrotnie, chociaż tutaj w dużej mierze obrywa się facetom. Podanych jest mnóstwo przykładów, które wzięte są z życia pani Hanny jak i jej znajomych z Polski i z Ameryki. Fakt, czasy się zmieniły, kobiety ruszyły do przodu a faceci czasem stoją w miejscu albo się cofają. Nie wszyscy oczywiście 🙂 Mimo to sporo zachowań można jeszcze zaobserwować. Opisane są rewelacyjnie i często jest to strzał w 10. Lektura dla facetów i babek.
Żeby bardziej zobrazować o co chodzi, to napiszę parę słów na temat dwóch rozdziałów. Pierwszy to „Pałeczka”.
Mowa o sztafecie i podawaniu pałeczki. Z tym, że tutaj pałeczką jest mężczyzna. Jeżeli zawodniczka jest mądra, trzyma pałeczkę faceta do minimum 18tki i dalej niech się z nim męczą inne zawodniczki. Najgorsza jest matka- kwoka, która tego faceta dogląda i kontroluje do usranej śmierci. Taki potem nie potrafi nic. Trafi na kobietę – żonę i dalej krąży mamusia. Autorka miała do czynienia z obcymi kulturami i zna samodzielnych mężczyzn, którzy bardzo dobrze funkcjonują bez kontroli kobiet. Wydaje mi się, że wzięło się to z wielopokoleniowych polskich domów. Młodzi brali ślub (często w bardzo młodym wieku, bo tak wypadało, bo 21 lat, to już stara panna i kawaler, bo co ludzie powiedzą), nie zdążyli się najpierw dorobić swojego domu, więc najlepsze wyjście (raczej najgorsze, co wychodziło po jakimś czasie), to przeprowadzka do domu męża. I wiadomo, jak się potem kończy. Na ten temat można by osobną książkę napisać. W takiej np Holandii nie ma pokoleniowych domów. Dzieci dorastają i fora że dwora. Praca, kredyt na dom i radzić sobie. Rodzice się nie wtrącają. Moja sąsiadka ma córkę i syna. Z córką ma dobry kontakt, która często odwiedza rodziców z dziećmi. A syn? Powiedziała mi, że związał się z kobietą, której ona nie lubi, nie toleruje. I co w tej sytuacji? Sąsiadka widuje się z nimi baaaardzo rzadko (a w zasadzie tylko z synem) i absolutnie nie ingeruje w ich życie, bo to nie jej sprawa. W Polsce pewnie taka matka by nie odpuściła. Jedyną bolączką tych czasów jest brak mieszkań dla młodych. Holandia się buduje, bo dzieci wyfruwają z gniazd i też muszą gdzieś mieszkać a wiem, że rodzice narzekają na to, że ich dzieci nie mają dobrego startu w życie, bo domów do kupna nadal jest za mało.
Drugi rozdział, to „Vice versa, czyli na odwrót”. Ciekawy temat, bo tutaj jest mowa m.in o dawaniu prezentów. I to takich, które jasno pokazują, że miejsce kobiety jest w kuchni.
To znowu obrazuje, jak kiedyś były postrzegane żony, matki. Bez pracy, za to wiecznie z dziećmi i w garach. Mąż dał pieniądze albo i nie i jeszcze popił i przyłożyć potrafił, bo zupa za słona. Najpiękniejszy prezent dla żony? No oczywiście komplet garów, pralka albo nowy mop. Gdybym ja takie prezenty od Pana Męża dostawała, to by tym garem w łeb dostał. Dlaczego? Bo dom wspólny i wyposażenie też. Czyli ta pralka służy też jemu, bo ma czyste ciuchy. W garnkach ma obiad, więc też z nich korzysta. No chyba, że bym prała i gotowała tylko sobie. To zmienia postać rzeczy. Ale w naszym przypadku, to częściej Pan Mąż gotuje i nawet by mi nie przyszło do głowy, żeby mu garnki nowe kupić. Zresztą ostatnio on sam kupił (nam) nową patelnię. Od dzieciaka jesteśmy uczeni, że to facet powinien mieć lepszą pracę i więcej forsy. Kobieta to nawet nie powinna pracować. A potem zostaje z niczym. Facet może wyjść z kolegami do knajpy, uchlać się na amen i wrócić w nocy albo po tygodniu. Kobiecie nie wypada, bo ludzie powiedzą, że pewnie się puszcza, a jak są dzieci to musi z nimi siedzieć uziemiona. Bo co to za matka. Facet może mieć hobby, np wędkowanie, grzebanie z kumplami przy piwku w aucie, albo latanie za innymi babami. Kobiece hobby to odrabianie z dziećmi lekcji, sprzątanie, gotowanie i praca (o ile jakaś jest). I oczywiście musi być wypoczęta, zrelaksowana i usługiwać mężowi, bo on przecież ciężko pracuje. Jakiś czas temu, na demotywatorach widziałam przykład (dzisiejszej!!!) książki do ćwiczeń w Polsce. Były tam dwa zadania. Chłopiec był tam przedstawiony, jako ten, co pracuje, ma hobby i zwiedza świat. Miał napisać, co by chciał robić w przyszłości i gdzie pojechać. Dziewczynka, jako kura domowa miała zapytać się mamy, jak się robi rosół i to opisać. Książkę tę napisał pewnie ktoś, kto żyje mentalnie jeszcze w średniowieczu. Pamiętam też swój podręcznik. A dokładniej obrazek. Przedstawiał typową polską rodzinę z czasów PRLu. Nawet meble się zgadzały. Co robiły postaci? Młodsze dziecko- syn bawił się na podłodze klockami, ojciec na kanapie czytał gazetę a starsza córka i matka nakrywały do stołu. I taki to wzorzec miały kobiety, tego były uczone. Już od dawna powinno być odwrotnie. To Jasio powinien pomagać nakrywać do stołu a Marysia czekać, aż jej podadzą obiad pod nos. Marysia powinna iść na balety a Jasio niech dziećmi i domem się zajmuje. Przykłady można mnożyć. Czytałam też ostatnio ciekawy wywiad z panią, która sprzątała domy. Podała przykład pana, który umiał utrzymać porządek, nie miał bajzlu, czyli potrafił sprzątać. Pani przychodziła do niego raz na jakiś czas, na generalne porządki. Gdy pan się związał z dziewczyną, nagle utracił umiejętność sprzątania. I był burdel na kółkach. Oczekiwał, że partnerka teraz będzie sprzątać. Ale nie dała się, bo sama też pracowała i nie miała czasu. Więc pani od sprzątania zaczęła przychodzić częściej. Kombinowanie mu nie wyszło. Musiał za to więcej płacić za usługę. Grunt, że teraz wszystko się zmienia, bo babki przejrzały na oczy. Faceci się zdziwili, ale musieli zaakceptować ten stan rzeczy, bo by zginęli. Związek partnerski i podział obowiązków, to klucz do sukcesu.
… które mnie zaskoczyły. Dawno temu, podczas mojej pierwszej wizyty w Holandii zobaczyłam coś, co jedzą Holendrzy na śniadanie i się zdziwiłam.
Od razu zaznaczę, że ja tych rzeczy z chlebem jeszcze nie jadłam, ale ogólnie próbowałam. A wiem, że to zawsze dziwi Polaków, zanim poznają zwyczaje kulinarne Holendrów. Po jakimś czasie stwierdziłam, że oni by się zdziwili gdyby zobaczyli, że w Polsce je się chleb z masłem i cukrem lub śmietaną i cukrem. Sama za dzieciaka też tak jadłam. Teraz bym tego nie tknęła, bo za słodkie.
Pierwszy przysmak, którym Polak by raczej ozdobił ciasto, niż posypał nim chleb, jest hagelslag. Są to podłużne, słodkie w smaku granulki z czekolady, którymi posypuje się kromki chleba lub sucharki uprzednio posmarowane masłem. Są one typowym niderlandzkim produktem spożywczym.
Spożywane tradycyjnie przez Holendrów na śniadanie lub podczas lunchu. Produkcja polega na rozwałkowaniu do długich, cienkich wałeczków masy przygotowanej z kakao, mleka w proszku i cukru i po ostudzeniu pocięciu ich na drobne kawałeczki. Tak otrzymane granulki zostają posypane warstwą cukru, która nadaje im połysk.
W sprzedaży dostępne są różne rodzaje: z czekolady gorzkiej, mlecznej, białej oraz mieszanki o różnych smakach, np gorzka czekolada ze smakiem waniliowym. Hagelslag znajdziemy też w postaci płatków lub kuleczek. Holendrzy często zabierają zapas na wakacje.
Ekstremalnym smakiem (ale nie dla Holendrów) jest posypka o smaku lukrecji lub anyżu. Jest zarezerwowana na świętowanie narodzin i nazywana „muisjes” (myszki). Posypuję się więc chleb lub tost różowym lub błękitnym anyżowym hagelslag i w tej odsłonie serwuje gościom. Jest to ważna tradycja. Anyż był kiedyś uważany za element stymulujący laktację u matek a także miał odpędzić źle duchy i uroki. Holendrzy konsumują rocznie ok 14 mln kg posypki!
Drugim dziwnym przysmakiem jest chleb kokosowy. Jest to rodzaj nadzienia do kanapek, którego głównym składnikiem jest kokos. Pokrojone plastry można położyć na kanapce lub zjeść jako przekąskę.
Jedna z teorii mówi o tym, że suszone kokosy z Indonezji trafiły do Holandii prawdopodobnie w okresie europejskiej kolonizacji. W 1954r rodzina Theunisse założyła fabrykę wyrobów cukierniczych, która w miarę wzrostu popularności skupiła się na produkcji chleba kokosowego. Polega ona na zmieszaniu suszonego kokosa z ciastem chlebowym i cukrem. Powstają bloki, które tnie się na cienkie plastry. Można powiedzieć, że je się chleb z chlebem 🙂 Fabryka nadal znajduje się w Hardewijk.
Składniki: orzech kokosa (miąższ), glukoza bezglutenowa, skrobia pszenna, syrop kukurydziany, cukier, wołowa żelatyna, naturalne aromaty. Dostępny jest w różnych smakach i kolorach, np biały- naturalny kokosowy, brązowy z kakao lub różowy – kwas karminowy.