W MARKECIE BUDOWLANYM

Spierniczyła nam się podkaszarka. A potrzeba nam było trawę skosić. Musieliśmy jechać po nową. Nie wybraliśmy się do typowego centrum ogrodniczego, bo nam się po prostu nie chciało. Podjechaliśmy do marketu budowlanego, który znajduje się blisko naszego domu.

Market nazywa się Gamma i jest to holenderski sklep. Nie mamy tu Castoramy, Obi czy Praktikera. Czy różni się jakoś szczególnie od tych, które są w Polsce? To, co zauważyłam, to trochę mniejszy wybór asortymentu. Powierzchnią Gamma nie odstaje np od Praktikera, ale nie ma tu tylu rzeczy co tam. W Praktikerze natomiast jest np imponujący dział ogrodniczy w środku jak i na zewnątrz. Tutaj są najpotrzebniejsze rzeczy. Czasem rzucą jakieś rośliny domowe, ale szału nie ma. A tak ogólnie, znajdziemy tu te same działy: od farb, przez drzwi, ogrodzenia do sanitariatu. Od wejścia witają meble ogrodowe.

Jest też wypożyczalnia elektronarzędzi. Wypożyczalnie narzędzi są u nas w mieście chyba trzy albo cztery- jest to popularne tutaj. Co ciekawe, w Gammie można wypożyczyć też przyczepkę, żeby sobie przewieźć np drzwi, czy płot, bo market dostawy nie oferuje.

Jak lato, to towar sezonowy, czyli baseny i wentylatory:

Na dziale ogrodniczym są wspomniane wcześniej podkaszarki, trochę mebli ogrodowych i donice:

Trochę rzeczy samochodowych też jest. Zawsze tu kupujemy zapachy samochodowe, bo ładnie pachną.

Sanitariaty:

Oświetlenie i swoją drogą – ładna tapeta 🙂

Jest też spory wybór farb, ale najwięcej znajdziemy on-line. Do tego zasłony, tapety, rolety czy dywany i poduszki.

Taka ciekawostka: przy punkcie obsługi klienta znajduje się wieszak z męskimi paskami, a dalej przy wannach i prysznicach, damskie torebki i różne skarpety. Były nawet świąteczne 🙂

Niedaleko kas (są tylko dwie) jest punkt odbioru paczek i przesyłek. W naszym mieście jest ich sporo i mają je nawet ludzie prywatni (DHL, in-post). Tak, jak w Polsce punkty wymiany butli gazowych.

I na koniec coś, co zauważyłam dopiero teraz, a mianowicie kilkukilogramowe proszki do prania. W zwykłym markecie holenderskim nie ma wyboru proszków, jak np w Polsce. Są może max trzy rodzaje ( chyba 2 kilogramowe). A tu market budowlany oferuje takie paki:

Aha, kupiliśmy tę podkaszarkę, ale trawy już się kosić nie chciało, bo było gorąco piekielnie 🙂

Do następnego 🙂

MINĄŁ CZERWIEC

Było ciężko. Dlaczego? Za gorąco i ja niestety dobrze tego nie znoszę. Dodatkowo, każda sobota w pracy. Strych rozgrzebany, bo nie mam kiedy posprzątać. Niedziela jest już tylko do odpoczynku.

W tę sobotę też pracujemy. I znowu będzie gorąco. I jak tu się ogarnąć? Codzienne podlewanie ogródka dużo nie dało – ziemia szybko schła na wiór. Duszne powietrze zapowiadało burzę, która przechodziła bokiem.

W domu mamy dwa wentylatory, które czasem ledwo dawały radę. Człowiek nie miał siły na nic. Co robiłam? Kanapa i nadrabianie podcastów kryminalnych.

Skalpel wieczory i noce spędzał na dworze. Gdy ogródek był zlany wodą, kot wylegiwał się wtedy dla ochłody na ogrodowej kanapie. Papugi najczęściej w domu, bo było dla nich tu lepiej.

Szef miał urodziny. Złożyliśmy się i dostał kartę podarunkową do sklepy bol.com. Takie prezenty są tutaj popularne. Nie trzeba kombinować, co kupić na prezent. Ktoś lubi sieciówki z ubraniami? Karta do H&M jest dobrym pomysłem. Można też podarować ją np do sklepu wnętrzarskiego. Wybór jest a osoba obdarowana może sama sobie wybrać, co chce. Z okazji urodzin jubilat stawia ciasto/ ciastka. Szef przyniósł kilka ciast. Niby zwykłe, niepozorne. Okazały się pyszne. Ten placek jest wilgotny, karmelowo- jabłkowy. Znalazłam go w Lidlu 🙂

Znalazłam też pyszne słodycze w Actionie. Rzadko jem, ale te ciastka Mars są pycha.

A to Mailo, czyli pies sąsiadów. Zrobili furtkę, więc olbrzym teraz siedzi z przodu, bo ma więcej cienia i nie ma szansy zwiać. A to typ psa, który chętnie by poszedł w plener.

Kupiłam w polskim sklepie ogórki, przyprawy, koper, korzeń chrzanu i znowu zrobiłam kiszone. Narazie wyglądają dobrze a potem po otwarciu zobaczymy co wyszło…

W piątek, po pracy pojechaliśmy do Kinderdijku. Jest to popularny w Holandii skansen z wiatrakami. Już kiedyś go odwiedziliśmy i pisałam o tym. Tym razem to było inne zwiedzanie, bo nocne. Wcześniej trzeba było kupić bilet. Teraz otwarty był dla każdego. Trochę się zmieniło, bo poprzednio przy wejściu znajdował się mały sklepik z pamiątkami i napojami. Teraz wybudowano kawiarnię z tarasem i większym sklepem. Pojechaliśmy akurat na zachód słońca. Wiatrak, który jest muzeum był już zamknięty. Można było tylko spacerować alejkami.

Spacer bardzo przyjemny, bo było ciepło, słychać było żabki, świerszcze i ptactwo. Holendrzy siedzieli na ławkach przed domami. Tak, domami, bo wiatraki są zamieszkane przez ludzi. To są po prostu prywatne chaty.

A na koniec taka kompozycja z kaktusów na talerzach w supermarkecie Jumbo 🙂

Do następnego 🙂

PRZED DOMEM

Ostatnio mało mnie tutaj, ale mam ogrom pracy w pracy. Ostatnio pracujemy nawet w soboty, więc czasu mam mało na swoje hobby. Do tego ta pogoda…

A pogoda dla mnie jest koszmarna. Od dwóch tygodni upały. Zero deszczu, dlatego kupiliśmy szlauch i co wieczór podlewałam ogródek. Rośliny i tak wyglądały marnie. Nawet jeśli się zachmurzyło i wydawało się, że będzie burza, bo było potwornie duszno, to wszystko przechodziło bokiem. Dzisiaj od rana były chmury i naprawdę zbierało się na deszcz, a ja chciałam po pracy zrobić porządek z roślinami przed domem, bo bratki ledwo zipały. Po pracy w sobotę nie mam weny w ogóle i stwierdziłam, że jak nie dzisiaj, to nie wiem kiedy… Nic nie idzie zgodnie z moim planem.

Zdziwiłam się, widząc mżawkę. Ziemia i tak była sucha, bo wiatr zrobił swoje. A ja uparłam się na ten porządek przed domem. Pracowałam dłużej niż zazwyczaj, bo pomidora mnóstwo i trzeba było te skrzynki zważyć. Wkurzyłam się, bo przecież sklep ogrodniczy mi zamkną. Wyleciałam z pracy szybko i w ostatniej chwili zdążyłam. Pozwolili mi wejść na szklarnię i wybrać rośliny. Wybór oczywiście ogromny, ale nie chciałam zamknięcia przeciągać i złapałam dwa kwiaty i z powrotem. Jeden, to pnąca mandevilla a drugi to standardowo petunia.

Bratki wiszące i te w koszyku poszły na ogród z tyłu. Mam nadzieję, że powrócą do życia, bo sporo uschły.

Iglak ma się dobrze i bratki w drewnianej skrzynce też. Zostały przed domem razem z krasnoludkiem.

Hortensję przycięłam, bo kwiaty niemal uschły. Na szczęście wypuszcza nowe pąki i w weekend będzie wsadzona do ziemi w ogrodzie. Lubię te krzewy i jak narazie rosną u mnie bez problemu.

Pan Mąż przyciął porządnie żywopłot, bo gałązki wychodziły daleko na chodnik, a tam ludzie przecież chodzą. Teraz wygląda to wreszcie estetycznie.

Suche liście zostały zgrabione. W sobotę po pracy musimy wziąć się za ogród. Palmy czekają na przesadzenie do ziemi, bo donice są już za małe. Trawa urosła bardzo i trzeba ją kosiarką potraktować. Nie wspomnę o koszmarnym bambusie. Chwasty też trzeba wyrwać. Mam nadzieję, że doprowadzimy ogródek do porządku. Dzisiaj mimo lekkiej mżawki podlałam znowu rośliny. Ziemia, jak na pustyni. Jutro zrobię to samo, żeby wszystko odżyło.

Do następnego 🙂

HISTORIA PANI K.

To będzie inny wpis. To będzie wpis o zachowaniu pewnej dziewczyny, która z nami pracowała. Doszłam do wniosku, że co jakiś czas będę pisała o ludziach, z którymi miałam styczność, bo niektóre historie nadają się na książkę.

Wspominałam już kilka razy, że pracuję w większości z Polakami. Niestety. Niestety, bo to co potrafią odwalać, to czasami przechodzi ludzkie pojęcie. Też jestem Polką i też nie wrzucam wszystkich do jednego worka. Ale powiedzenie „jeśli Polak za granicą ci nie zaszkodził, to już ci pomógł” nie wzięło się znikąd. A wiem co piszę, bo wiele widziałam… Niektóre historie związane z rodakami warte są tutaj opisania, bo chcę, żeby inni wiedzieli jak się nie zachowywać i na co uważać.

W zeszłym roku pojawiła się u nas nowa osoba- K. Niewiele starsza ode mnie blondynka, wydawała się całkiem ogarnięta i sympatyczna. Szybko się uczyła, zbiór pomidora szedł jej dobrze. Na tyle, że wylądowała ze mną na sortowni. Nauczyłam ją wszystkiego. Pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy coś zrobiła źle i zapytana o to, wyjaśniła że ja jej czegoś nie wytłumaczyłam, nie powiedziałam. Jestem dobra w swojej robocie i wiem, co mam przekazać i wiem, że szef jej nie uwierzył. Zresztą rozmawiałam z nim o tym i stwierdził żeby to olać i się nie odzywać. Ok, tak zrobiłam. Kolejny zgrzyt, to jej gadulstwo. Robota się w rękach paliła a ona wtedy miała najwięcej do powiedzenia. Najczęściej o swoich rzekomych chorobach. Dobrym słuchaczem i doradcą nie jestem, poza tym nie mam czasu na takie rozmowy. Po jakimś czasie K. chyba za bardzo myślała o niebieskich migdałach, bo na sortowni ledwo ogarniała temat. Im więcej pracy, tym większy bajzel wokół niej. Nie wspomnę o tym, jaki miała system sprzątania: wszystko odwrotnie a przecież pracuje się tak, żeby nie dodawać sobie i innym roboty. K. wróciła z powrotem na zbiór, bo nie było czasu tłumaczyć jej poraz drugi jak się pracuje na magazynie.

Po jakimś czasie K. przyprowadziła do nas swoją siostrę- D. Charaktery podobne i dodatkowo obydwie lubiły siedzieć na dworze na fajce i komentować wszystko. D. zawsze starała się być dla wszystkich tak bardzo uprzejma, że na kilometr zalatywało lizusem. Z daleka od takich, bo zawsze mają w tym jakiś interes. Obie siostry pracowały, kłóciły się ze sobą i notorycznie były chore. Przynajmniej raz w tygodniu. Kończył się sezon i nagle K. zniknęła. Po prostu nie przyszła do pracy. Dlaczego? Bo nagle zapragnęła wrócić do poprzedniej firmy, o której miała jak najgorsze zdanie i dlatego wolała naszą szklarnię. Jej siostra poinformowała nas, że K. już nie wróci i czeka na sygnał ze starej firmy, od kiedy ma zacząć. D. z nami została. Nie minęły dwa tygodnie, gdy dowiedzieliśmy się, że K. została na lodzie. Dlaczego? Bo jednak miejsc pracy nie ma. Postanowiła więc zająć się sprzątaniem holenderskich domów. Miała nawet dostać skuter, żeby łatwiej jej było dojeżdżać do pracy. Taaaa… I laptopa i komórkę też. Była na sprzątaniu może dwóch domów i zaległa na kanapie. Dlaczego? Ofert brak. Jej siostra pojechała na urlop do Polski a my czekaliśmy na nowy sezon.

I wtedy się zaczęło. K. ocknęła się z marazmu i chciała do nas wrócić. Bo nie ma pracy, bo nie ma pieniędzy, bo już ma zaległości w opłaceniu pokoju, chodziła po znajomych pożyczać papierosy i kawę. Pisała do wielu osób smsy i na messengerze, żeby zapytały się naszego szefa, czy może zacząć pracę. Szef na to, że nie. Odeszła bez słowa, po prostu wypięła się na nas i teraz chce kolejną szansę? Jak to tak? Doszło do tego, że K. przyjeżdżała rowerem (mieszkała blisko) pod szklarnię i płakała i błagała o powrót. Obiecywała zmianę. Okazało się, że jej siostra D. już nie wraca, więc szef dał jednak K. szansę. Ostatnią. Warunek: dobrze pracuje i nie choruje. Zarzekała się, że tak będzie. W kwietniu tego roku wróciła. Chyba zapomniała jak się pracuje, bo szło jej opornie. Dostała kilka upomnień i wróciła na odpowiednie tory. Minęły może dwa tygodnie i K. zachorowała na tydzień. Coś z nogą. U lekarza była. Ok, niech się wykuruje i wraca. Wróciła i następne dwa poniedziałki olała. Nie odbierała telefonów Kolejnej szansy już nie było. Dostała wiadomość, że może już nie wracać. Pracy dla niej u nas nie ma. Nagle się obudziła i znowu atak smsowy i telefoniczny. Nawet jej facet dzwonił. Wniosek? Obydwoje bezczelni i niewychowani. Okazało się, że K. w niedzielę grillowała ze znajomymi i nie była w stanie się podnieść z łóżka, żeby w poniedziałek stawić się w pracy. Dziewczyna do końca nie wytrzeźwiała najwidoczniej, bo na jej profilu facebookowym pojawił się taki oto „dramatyczny” wpis:

Pozwoliłam sobie wkleić ten apel, bo dziewczynę najwyraźniej poniosło. Ciężko trochę zrozumieć, co tam napisała. Wyjaśnię, że chodzi o to, że traktuje pracę u nas jak Auschwitz. Nie zgodzę się z tym, bo szef obchodzi się często z ludźmi jak z jajkami. A wierzcie mi, że niektórym przydała by się musztra. Myślą, jak za PRL-u: czy się stoi, czy się leży – 1500 się należy. Nie, to tak nie działa. Jest przecież praca do wykonania, czas leci i trzeba ją zrobić. Po drugie, jeśli ktoś porównuje pracę w Holandii do obozu koncentracyjnego, to polecam posłuchać podcasty na ten temat. Jak można porównywać w ogóle cierpienie tysięcy osób do swojego lenistwa i humorów?! K. w swoim wpisie opowiada też, że tylko norma i norma. Z tą normą u nas jest tak, że taki pełen wózek pomidorów można spokojnie naciąć „z palcem w dupie”. On sobie sam jedzie a ty tylko idziesz. Nie ma wymogu biegania, ścigania się, bo czas itp. To jest prosta praca. K. bez problemu dawała radę. Nagle już miała z tym problem. Napisała też, że była lojalna i uczciwa. Nie, nie była. Wystawiała nas nie raz do wiatru, gdy potrzeba było rąk do pracy. Pierwsza wypłata i już choroba.

To jest tylko skrót tego, co się działo. Ja rozumiem, że nie każdy się nadaje do pracy w szklarni. U nas szef przeprowadza wywiad z nowymi ludźmi. Mówi o wszystkim. Chcesz pracować? Ok. Nie dajesz rady? Ok, szukaj innej posady. Ale jak już u nas zostajesz, to nie kręć, nie wydurniaj się. Pracuj. Uważam, że na szklarni można łatwo zarobić pieniądze. Nie potrzeba tu wysokich kwalifikacji, ukończonych studiów. Wystarczy, że się nauczysz tej pracy i już jakoś leci. Podwyżki też są. Często przychodzą do nas ludzie, którzy są poszukiwani przez policję, bez dowodów osobistych, bez możliwości powrotu do Polski. I też młodzi, którzy stawiają pierwsze kroki w Holandii. I te dwie grupy najczęściej myślą, że im się należy na start porządna pensja, mają swoje wymagania i kombinują jak zarobić a się nie narobić. Nieeee, to tak nie działa.

Zastanawia mnie jedno: czy w Polsce też tak zaczynają pracę… Czy też uważają, że im się wszystko należy za nic. I jeszcze jedno. K. chyba stwierdziła, że trochę za daleko się posunęła, bo usunęła wpis. Ale w internecie przecież nic nie ginie.

Do następnego 🙂

CZY OPŁACA SIĘ ROBIĆ ZAKUPY W POLSKIM SKLEPIE?

Na początku mojej przygody z Holandią nie wyobrażałam sobie kupować i jeść tylko produkty holenderskie. Nie wyobrażałam sobie kanapek bez polskiego pieczywa i wędlin.

A teraz, po tylu latach mieszkania tutaj, nie wyobrażam sobie robić zakupów tylko w polskim sklepie. Na początku zamawialiśmy jedzenie przez stronę internetową, gdzie w weekendy przyjeżdżały pod dom pudła wypełnione polskimi przysmakami. Holenderskie- tylko czasem. Potem Turek otworzył w Hellevoetsluis polski market. I to był szał, bo Polacy rzucili się po zakupy. Nie oszukujmy się, w takim sklepie marża jest duża. Zarabia się w euro i niby tego nie można odczuć. Do czasu… Znam osoby, które tylko tam robią zakupy, bo nie znają bardzo języka i wstydzą się pójść do Lidla. Znam też osoby, które twierdzą, że kuchnia holenderska nie jest smaczna i nie będą kupować w Lidlu, Aldi, czy innym Jumbo. Ale co ma piernik do wiatraka? Przecież z holenderskich produktów można śmiało ugotować polski obiad. O połowę taniej. Taka np kapusta kiszona. O wiele bardziej smakuje mi ta z Lidla niż z „polaka”.

My najczęściej na zakupy jeździmy do Lidla. Tam mamy niemal wszystko, co nam potrzebne żeby do gara włożyć. Warzywa i owoce kupujemy w warzywniaku tureckim (ogromny wybór) i czasem zajrzymy do polskiego marketu. Mamy to wszystko po drodze do domu- sklepy są w sumie obok siebie, ułożone jakby w trójkąt. Jest to wygodne. A z największą listą zakupów idę właśnie do Lidla. W „polaku” kupujemy chleb, wędliny, czasem żeberka czy schab. Czasem są to też parówki, musztarda czy ketchup. No i ogórki kiszone i kasza gryczana.

W Lidlu zaopatrujemy się np w kawę. Duże opakowanie starcza nam na niemal miesiąc. Nie ma tam Tchibo czy Jacobs. Zresztą nie musimy mieć droższej kawy. Ta lidlowska jest smaczna.

Jak kawa, to i herbata. Nie Lipton czy okropna Minutka. Zazwyczaj piję zieloną, ale w domu jest też zwykły earl grey. Zresztą całkiem aromatyczny.

Cukier, który zresztą podrożał też tam kupujemy. Kilogram starcza na miesiąc. Zapasów nigdy nie robimy, bo dla mnie to bez sensu, żywność ma datę przydatności. Kiedyś cukier kosztował chyba 0,89 centów. Teraz:

Ziemniaki, które są ulubionym warzywem Pana Męża. W Lidlu są dwa wory: zielony i niebieski. Jeden rodzaj najlepszy do gotowania a drugi do smażenia. Dla mnie bez różnicy. Nie jem ich non stop a obierać nie lubię.

Olej, ogromna butla, która starcza na bardzo długo. W polskim sklepie takich pojemności nie ma.

Masło i mąka. W polskim sklepie jest np Delma o smaku pieczywa, solona itp. W Lidlu mamy swoje ulubione zwykłe masło, które kupujemy już od dawna. To samo z mąką. Rodzaje różne: od tortowej, po krupczatki. A ja potrzebuję zwykłej, uniwersalnej, która nadaje się dosłownie do wszystkiego. I taką znalazłam:

Mleko- 2 litry, które dodajemy do kawy i sery. O serach nie będę dużo pisała, bo jest ich ogromny wybór w każdym sklepie i każdy pyszny.

Wino. Lubię białe i wytrawne. I tu w supermarketach chyba tylko są takie. Jakiego bym nie kupiła w ciemno, to każde dobre i dobrze gębę wykrzywia 🙂

I na koniec moje odkrycie 🙂 W polskim sklepie też jest, ale to jest według mnie najlepsze. Chodzi o kompot z wiśni w słoiku. Nie robię swojego i nie kupuję też świeżych owoców, bo mam najlepszy z Lidla. Zawsze zaopatruję się w dwa słoiki, do gara+ woda+ trochę cukru i zimny kompot gotowy. Pycha!

Co jeszcze ląduje w naszym koszyku? Zaglądamy na dział pieczywa i sięgamy np po bagietki czy słodkie bułki (o nich muszę osobny wpis zrobić). Potem mięso mielone, albo udka kurze na zupę. Są też słodycze, jogurty, lody, mrożonki (filety rybne, warzywa, gotowe pizze), przyprawy. Chemia też jest dobra (proszek do prania, kostki i płyn do WC, płyn do płukania), najlepsze worki na śmieci. Oprócz tego często zaopatruję się w rośliny, nasiona i zawsze wyrastają. Produkty do wyposażenia domu, dekoracyjne też są warte uwagi. Także jest tego dużo. Bardzo dużo. I z tego wszystkiego można spokojnie ugotować smaczny posiłek. Kwota na paragonie zawsze jest niższa, niż ta z polskiego sklepu.

Do następnego 🙂

MINĄŁ MAJ

Wreszcie czerwiec. Piszę „wreszcie”, bo w maju mieliśmy zakończenie szkoły. Stresy poszły w odstawkę a ogólnie sporo się działo.

Na początku maja mieliśmy egzamin, który przeprowadziła nasza nauczycielka, a mimo to trochę się stresowałam. Za zadanie mieliśmy przeprowadzenie rozmowy sprzedawca vs klient. Chodziło o oddanie telefonu na gwarancji. Nauczycielka była pracownikiem sklepu a ja klientem z wadliwym telefonem. Trzeba było rozmawiać przez pięć minut. Kolejnym zadaniem była trzyminutowa prezentacja na temat wymarzonej pracy. Wszystko było nagrywane. Okazało się, że nie taki wilk straszny. Kiedy nadeszła kolej Pana Męża i poszedł się produkować, ja zeszłam na dół, żeby oglądać kwiaty.

Brat z żoną, którzy przyjechali tu do pracy (kolejni młodzi ludzie, którzy nie widzą sensu pracy i życia w Polsce), przywieźli nam najlepsze lody na świecie, czyli smalec domowej roboty 😁

Pisałam wcześniej, że szukaliśmy dla nich łóżka, żeby spali normalnie w pokoju a nie waletowali na kanapie w salonie. Byliśmy też w kringloopie i natknęłam się na świetną kanapę. Bardzo wygodna, ale niestety raczej za duża do naszego salonu. No i nie ma funkcji spania, a Pan Mąż stwierdził, że jeśli będziemy zmieniać kanapę to rozkładana musi być.

Udało nam się kupić rozkładaną kanapę ale musieliśmy po nią jechać około 50km. Miejscowość Gouderak, leży niedaleko Goudy i jest naprawdę ładna.

Tak w ogóle, to mamy kota. Ja, która mam papugi, zgodziłam się, żeby brat przyjechał z kotem! Nie mieli co z nim zrobić, więc kotka szkoda. Skalpel jest kotką, wysterylizowana, przez całe dotychczasowe życie mieszkała w bloku. Wychodziła tylko na smyczy. Teraz ma do dyspozycji ogródek i uczy się chodzić po płotach. Raz ją z niego ściągałam, bo nie umiała zejść. Kot jest grzeczny, korzysta tylko z kuwety i w kwiatkach nie kopie. Miała już bójkę z kotem sąsiadów. Śpi czasem z nami. Pan Mąż za kotami nie przepada, a do Skalpela się przekonał.

W połowie maja był kolejny egzamin na komputerach. I tu już był cyrk, bo w egzaminie brały udział dwie grupy: początkująca w której były m.in Turczynki i ludzie z Bułgarii i nasza, zaawansowany poziom. Nauczyciele mieli dla każdego po laptopie ale słuchawki musieliśmy mieć swoje. Trzeba było m.in napisać maila czy opisać zalety ćwiczeń na siłowni. Potem były filmiki na różne tematy, które należało odsłuchać i zaznaczać odpowiednie odpowiedzi. I tu już się wkurzyłam, bo nie mogłam się skupić. Dlaczego? Bo Bułgarzy robili hałas. Nie mieli słuchawek, więc słuchali na głośnikach. Głośno rozmawiali, chodzili między stolikami, konsultowali się między sobą i włączali słowniki w telefonach, gdzie mówili wyraz a ten tłumaczył. Na sam koniec nawet nie raczyli dokończyć egzaminu, po prostu wyszli. Zero jakiegokolwiek szacunku do innych i ich pracy.

Na drugi dzień odbył się egzamin praktyczny. Jak to wyglądało? Do firmy przyjechały dwie panie. Mieliśmy rozmawiać o naszej pracy. Chwilowo zakończyłam pracę na sortowni i poszłam pomagać ciąć liście. Lubię to, bo mogę w spokoju podcastów słuchać. Więc włączyłam sobie swoje kryminały i zaczęłam pracę. Szef chodził z paniami i wołali nas na beton. Natknęli się na mnie, bo byłam najbliżej. Poszłam na pierwszy ogień. Przedstawiły się i powiedziały o czym będzie rozmowa i jeśli czegoś nie zrozumiem, to powtórzą po angielsku. Poszło fajnie i jak się rozkręciłam z gadaniem, to trzeba było kończyć, bo pozostali czekali. Teraz czekamy na dyplomy.

Zaczęłam znowu znosić do domu wielkie pomidory i przerabiać je na sos. Są takie ładne i aż szkoda nie korzystać. Wyszło mi prawie 10 słoików różnej pojemności. W przetwory mogę iść. Lubię to. Lubię też ciasta, ale piec nie umiem. Raz brat z żoną (Przemek i Marta) naleśniki mi zrobili, bo ja nie umiem. Wychodzą mi chleby. Objadłam się jak świnia 😁

Zaczęłam sprzątanie strychu. Czego tam nie było… Niewykorzystane przez właścicieli domu panele i płytki wystawiłam na Marketplace. Inne rzeczy są popakowane i pojadą do kringloopa. Najpierw tam kupowałam a teraz sama muszę klamoty oddać 😆

Kawał sera Gouda od sąsiadów za skrzynkę pomidorów. A niżej ciastko truskawkowe od koleżanki z thermomixa

Co mi się bardzo podoba w Holandii? Palmy mrozoodporne! Spotkać je tu można na każdym kroku. Sama mam dwie, ale marzą mi się w ogrodzie takie wielkie okazy:

A tu wisteria. Nawet nie przypuszczałam, że tak pięknie pachnie! A to żółte, to złotokap alpejski

W miejscowości 9 km od nas odbył się kermis. Impreza była na stadionie piłkarskim. Atrakcji ogrom. Każdej karuzeli nie zaliczyłam, bo jestem tchórz. Wysoko i do góry nogami, to nie mój odlot. Oprócz lunaparku rozstawione były namioty, w których były sceny i bary piwne. Uwielbiam takie coś, bo Holendrzy się świetnie bawią. Robiłam za kierowcę, nie piłam, patrzyłam jak inni balują. Około 18:00 było już po koncertach. A grali m.in jazz. Nie mój typ muzyki. Potem puszczali jakieś disco z głośników. Luźna, fajna atmosfera. Trzeba było wracać, bo byliśmy umówieni na grilla ze znajomymi.

Pogoda wreszcie zrobiła się bardzo słoneczna. Ponad 20 stopni. Postanowiliśmy pojechać po pracy (to był poniedziałek i jakieś święto, więc pracowaliśmy krócej) na plażę. Plaża jest w naszym mieście przy osiedlu Citta Romana. Są tam domki kryte strzechą i zespół domków kempingowych. Wynajmują je najczęściej Niemcy. Główna aleja prowadzi do plaży nad rozlewiskiem Renu. Na prawo jest olbrzymia tama, która oddziela rzekę od morza. Plaża jest szeroka, mało zaludniona. Woda bardzo płytka i bardzo ciepła. Idzie się ze 200 metrów wgłąb i jest po kostki.

Moja wymarzona sypialnia

Do następnego 🙂

POLECAJKI FILMOWE + COŚ PYSZNEGO

Ostatnio miałam tylko ochotę wyłożyć się na kanapie i obejrzeć jakieś filmy. Nawet czytanie mi nie szło… Więc zalegałam na tej kanapie i oglądałam.

Znalazłam kilka ciekawych filmów i niekoniecznie amerykańskich. To znaczy dwa są zza oceanu: Kanady i Ameryki a reszta to kino europejskie, które ostatnio mi się podoba. Zauważyłam (po obejrzeniu w swoim życiu mnóstwa filmów), że Amerykanie nie grają tak super naturalnie, jak Europejczycy. Zresztą oni w swoich filmach nie pokazują dokładnie wszystkiego, np scen zbrodni. Tak więc, w tym zestawieniu mamy horror, thriller, kryminał i komedie.

„Numer 32”

Hiszpański horror z 2020 roku. Opowiada o rodzinie (rodzice, dziadek i dzieci), która przeprowadza się do nowo zakupionego domu. Nie jest to oczywiście elegancka willa a zapuszczone mieszkanie w kamienicy. Po pewnym czasie zaczynają dziać się dziwne rzeczy i członkowie rodziny podejrzewają, że miejsce może być nawiedzone przez złego ducha. Wiadomo, żyć się w takim miejscu nie da, więc rodzice szukają pomocy. Jest trudno tym bardziej, że wszystkie oszczędności włożyli w zakup nieruchomości. Film nie należy do najstraszniejszych, ale ma fajną fabułę.

„7 dni”

To już zdecydowanie mocniejsze kino. Thriller kanadyjski z kryminałem w tle. W drodze do szkoły zostaje uprowadzona córka głównego bohatera. Policja odnajduje ciało dziecka. Okazuje się, że dziewczynka została zgwałcona i zamordowana. Ojciec- chirurg postanawia się zemścić. Ma dostęp do szpitalnego asortymentu. Porywa mordercę i przetrzymuje go na odludziu. Tam poddaje torturom. Mnie ten film bardzo się podobał. Mogę nawet stwierdzić, że jest dla ludzi o mocnych nerwach, bo jest w nim wszystko dokładnie pokazane. Warto obejrzeć.

„Scoop- gorący temat”

Komedia kryminalna z gwiazdami z pierwszych stron gazet. Opowiada o studentce dziennikarstwa, która szuka ciekawego tematu, który otworzy jej drzwi do kariery. Tym sposobem trafia w sam środek śledztwa nad tajemniczymi morderstwami. W filmie jest trochę magii, miłości, kryminału no i komedii. Nie przypuszczałam, że ten miks będzie tak dobry.

„Żona czy mąż”

Włoska komedia z 2017 roku, w której gra Kasia Smutniak. Mieszkająca na stałe we Włoszech Polka, robi tam naprawdę dobrą karierę. Film jest o małżeństwie, które boryka się z typowymi dla rodzin problemami. Ona jest ambitną prezenterką telewizyjną i ma poprowadzić popularny program. On jest neurochirurgiem, który wynalazł maszynę czytającą w myślach o nazwie „Charlie”. W wyniku eksperymentu obydwoje zamieniają się umysłami. No i zaczyna się cyrk…

„Kobieta na Marsie. Mężczyzna na Wenus”

Francuska komedia z 2008 roku. Tu także główną rolę gra małżeństwo posiadające dzieci, które nie do końca się dogaduje. Chodzi o typowy podział ról w rodzinie. Dlatego postanawiają zamienić się: Hugo zostaje sprzedawcą damskiej biżuterii a Ariane przejmuje kierownictwo w firmie budowlanej. I to trzeba zobaczyć, bo ciekawie sobie radzą z nowymi obowiązkami.

„Ojcowie kontra zięciowie”

To z kolei komedia niemiecka. Mamy trzy rodziny, czyli m.in trzech ojców, którzy mają po córce. Córki związują się z partnerami, którzy nie przypadają do gustu tatusiom. Tłumaczenia, że te związki są bez przyszłości nie pomagają. Córki obstawają przy swoim, bronią miłości. Więc ojcowie postanawiają pozbyć się zięciów, żeby ci nie zniszczyli życia ich córeczkom. Robi się z tego prawdziwa komedia. Film bardzo dobry, śmieszny i zrobiony z amerykańskim rozmachem.

Co dobrego zjeść do seansu? Ostatnio furorę robią grzanki z serem i pomidorkami koktajlowymi. Postanowiłam zrobić to danie, bo wygląda smacznie.

Składniki to: garść pomidorków przekrojonych na pół, obrane ząbki czosnku, okrągły ser (w przepisach podają Camembert, ale ja wzięłam pierwszy lepszy z półki w Lidlu), przyprawy, oliwa z oliwek i kilka listków bazylii. W naczyniu żaroodpornym ułożyłam ponacinany ser, wokoło pomidorki, czosnek i bazylię. Polałam to oliwą z oliwek i doprawiłam mieszanką kolorowego pieprzu i soli. Ser najmniej, bo jest już słony. Piekarnik nagrzałam do 120° i zapiekłam. Gdy wszystko zaczęło bulgotać, ser się lekko stopił a czosnek zmiękł, wyjęłam z piekarnika. Grzanek nie chciało mi się robić, więc jadłam z chlebem. To jest naprawdę pyszne! W domu unosił się przyjemny aromat, nie było czuć zapachu typowego czosnku. Polecam!

Do następnego 🙂

UPOLOWANE W ACTIONIE

Ostatnio widziałam filmiki, na których ludzie pokazują, co ciekawego kupili w Actionie. Zauważyłam, że u mnie w mieście nie ma niektórych produktów, które są w Polsce. I muszę przyznać, że sieć sklepów Action jest tam dobrze wyposażona.

My w Actionie pojawiamy się raz w miesiącu. Zaopatruję się wtedy w wielkie butle żelu pod prysznic Sanex a Pan Mąż w zapas żelu Adidas. Kupujemy też papier toaletowy i ręczniki papierowe, bo są naprawdę porządne. Teraz zawiesiłam oko na szamponach. Kupiłam farbę do włosów, które też mi pasują, bo są mocne i kolor się szybko nie zmywa. Oprócz szamponu wpadło oczywiście kilka innych rzeczy.

Często puszą mi się włosy. Ten szampon jest z keratyną i olejem arganowym, więc powinien nawilżać. Jeszcze go nie używałam. Mam nadzieję, że litrowa butelka nie pójdzie na marne.

Spray utrwalający makijaż. Kiedyś w ogóle nie używałam. Okazuje się, że ma więcej zastosowań. Ostatnio miałam z Bielendy. Teraz kupiłam actionowy i sprawdza się dobrze.

Lubię pudry brązujące. Większość z nich posiada błyszczące drobinki. Tego akurat nie lubię. Nie lubię się aż tak błyszczeć. Idealny puder bez drobinek znalazłam w Kruidvacie. Teraz skusiłam się jeszcze na ten, bo opalam się natryskowo, lato nadchodzi a ten puder jest i do twarzy i do ciała. Więc dekolt można ozłocić. Plusem jest to, że drobinki ma bardzo drobne 🙂

Paletka do brwi, którą używa osoba z rodziny i poleca. Lubię przyciemniać brwi, więc ją wypróbuję.

Używam podkładów matujących, bo mam cerę mieszaną. Do tej pory moim ulubionym był ten z Lirene. Postanowiłam wypróbować actionowy. Kolor naturalny, bo używam samoopalacza. Zobaczymy, czy dobrze matuje.

Kolorem ust niemal nigdy nie maluję. Lubię bezbarwne pomadki. Za najlepsze uważałam te z Lidla, waniliowo- miodowe. Niestety ostatnio ich nie ma. W Actionie zauważyłam aloesowe. Są bardzo dobre. Dobrze nawilżają. Po dwie w opakowaniu, więc mam i ja i Pan Mąż, bo też używa.

Odświeżacze powietrza zawsze kupuję w Actionie. Jest tam naprawdę szeroki wybór. Te o zapachu niebieskiego Menora dają czadu. Pewnie po jakimś czasie nos się przyzwyczai i nie będę czuła, ale w tym momencie czuję zapach niemal w całym domu, bo uruchomiłam wszystkie trzy.

To moje odkrycie i ten spray już chyba że mną zostanie. Używam go w łazience. Starcza na długo, ale jego najlepszą zaletą jest zapach. Bardzo przyjemny i maskuje inne zapachy. Sądzę, że byłby dobry do odświeżenia np starego domu. Wcześniej używałam kwiatowego a teraz kupiłam ten karmelowy. Pachnie pięknie.

Polecam i do następnego 🙂

INSTAGRAM MNIE TROCHĘ WKURZA

Był szał na Facebook. Założyłam go z dużym opóźnieniem, bo nie było mi śpieszno do tego. Potem nadszedł czas na Instagram. Utworzyłam konto z jeszcze większym opóźnieniem. Pamiętam początki, jak to wyglądało i jak jest teraz.

Przede wszystkim, nie zarabiam na Instagramie w żaden sposób. Nie interesuje mnie to i nawet nie umiem tego robić. Nie obserwuję mnóstwa kont. Najmniej interesują mnie celebryci. Owszem, podglądam kilka znanych osób, ale to persony bez parcia na „byle gówno” i które mają coś sensownego do powiedzenia i pokazania. Ja sama nie dążę do tego, aby mnie tysiące osób obserwowało. Coś tam czasem wrzucę, jakiś opis zrobię i tyle. Wolę pisać na blogu. Doszły mnie słuchy, że blogowanie się nie opłaca, że odchodzi do lamusa, bo teraz wszyscy siedzą na Instagramie. Ja nadal wolę prowadzić bloga i czytać inne. Dlaczego? Bo to moja strona i w niej zamieszczam co chcę.

Jest kilka rzeczy, które zaczęły mnie irytować na Instagramie. Powstał on głównie do wrzucania ładnych zdjęć, które by były inspiracją dla innych. I tak, na początku oglądałam i wysyłałam serduszka. Teraz ludzie wrzucają wszystko jak leci, szczególnie celebryci, którzy są wręcz słupami reklamowymi. Chyba nigdy nie kupiłam nic, co reklamuje jakaś celebrytka znana z tego, że jest znana. Ja rozumiem, że one na tym teraz zarabiają, bo takie czasy. Ale nawet nie daję się na to nabrać i nie kupuję. Jeśli ma się profil, gdzie w opisie jest np gotowanie, to tego się powinno trzymać i czasem jakąś prywatę wrzucić. A te wszystkie influencerki niedługo pokażą zawartość muszli klozetowej. Skoro dobrze im idzie nagrywanie filmików, na których płaczą, bo jakaś drama, to co jeszcze pokażą? I te kłótnie i wylewanie wiader pomyj pod zdjęciami w komentarzach… Druga sprawa, to golizna. Ok, wiem, że na Instagramie udzielają się też modelki. Wchodzę w wyszukiwarkę, gdzie automatycznie wyskakują różne zdjęcia z różnych kont. I co widzę? No k…wa co czwarte zdjęcie to wypięta dupa i cycki. Gdzie większość z tych „modelek” jest zmieniona przez operacje plastyczne. To nie ten modeling co kiedyś i mnie naprawdę te kobiety nie interesują. Z filtrami też niektóre przesadzają. Trzecia rzecz, to opisy. Dlaczego takie długie? Zamysł był taki, że główną rolę miały odgrywać zdjęcia. A teraz ludzie dodają litanię różnych informacji, których nie chce się często czytać. Kolejna rzecz, to filmiki. Niektórzy mają profile, gdzie one wręcz królują. Sama mam może z pięć na profilu i nie mam zamiaru wrzucać ich non stop. Od tego jest teraz TikTok. Wolę zerknąć na zdjęcia. Lubię za to oglądać relacje. Krótkie, treściwe, wiadomo o co chodzi 🙂

To takie moje małe narzekanie. Mogę, bo to mój blog 🙂 Na swoim Instagramie w opisie mam książki, miejscówki głównie z Holandii, czasem z Polski plus krótkie opisy. Tyle mi wystarczy. Nie pokazuję wszystkiego, bo to głupie jak dla mnie, mimo że ludzie lubią podglądać, jak żyją inni homo sapiens. Kogo ja obserwuję? M.in dwa- trzy konta dotyczące kulinariów, bo mimo że przy garach stać nie lubię, to zawsze coś tam podejrzę smacznego i pokażę Panu Mężowi (który Ig w ogóle nie posiada). Do tego make-up, bo mnie to interesuje. Uczę się malować. Książki- wiadomo. Ogólnie konta, z których dowiem się coś ciekawego o świecie. Obserwuję też kilku znajomych i mnóstwo dziewczyn, które mieszkają w Holandii i dzielą się kadrami z życia tutaj. Ciekawe profile. To tak w skrócie. Poniżej wrzucam kilka kont, które są dla mnie interesujące:

Ten profil przypomina mi dzieciństwo. Wojtek wrzuca zdjęcia rzeczy, które dobrze pamiętam z dziecięcych lat. Jego bloga również czytam.

Profile związane z książkami są dla mnie bardzo ważne. Dodawane są polecajki z opisami (te opisy są akurat potrzebne 🙂), do tego lubię oglądać zdjęcia księgarń. Obserwuję również mojego ulubionego mistrza horroru, czyli Grahama Mastertona

Profile z ciekawymi miejscówkami w Holandii też mnie interesują. Jest np konto, gdzie można znaleźć fajne domki do wynajęcia nad morzem i nie tylko.

Oprócz stylu kolonialnego podoba mi się też wiktoriański. Na tym profilu można podziwiać architekturę wiktoriańską:

Andrzej rysuje – profil, który w karykaturalny sposób w punkt pokazuje, co się dzieje w Polsce i na świecie:

Holenderskie rowery w pięknej odsłonie:

Faktastyczne, czyli ciekawostki z całego świata:

Nie mogło też zabraknąć tematyki ogrodniczej:

Do następnego 🙂

O KANAPIE I BUSIE

Ostatnio dużo się dzieje. Dzisiaj mieliśmy przedostatni egzamin (trwał około trzech godzin), ale o tym napiszę przy podsumowaniu miesiąca. Przyjechał do nas też mój brat z żoną i…kotem. Tak, mamy kota, ale o tym też innym razem.

Dzisiaj przedstawię historyjkę o tym, jak szukać kanapy, busa do jej przewozu, a na koniec targać ją na przyczepce. Zacznę od tego, że nie mamy całkowicie wykończonych pokojów. Tzn ten najmniejszy nie służy jako pokój dla gości, bo w nim stoi namiot i maszynka do opalania natryskowego. W drugim Pan Mąż ma swoje „zabawki”, czyli regały z modelami. Ale jest tam na tyle sporo miejsca, że łóżko można wstawić. Z tym, że najpierw to łóżko trzeba znaleźć. W tym pomaga Marketplace. Na początku rodzina musiała spać w salonie na rozkładanej kanapie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale nie było wyjścia. Dlatego postanowiłam wziąć się za szukanie jakiejś porządnej rozkładanej kanapy do pokoju. Szukałam w naszej prowincji, żeby nie było daleko. Znalazłam fajny mebel, niemal nowy. Okazało się, że sprzedaje go Polka. Niedaleko Goudy. Miała kilku chętnych, ale raz dwa wpłaciłam zaliczkę. I teraz najgorsze i najważniejsze: transport. Dałam ogłoszenie na Fb, że szukam kogoś z busem. Dostałam namiar i zadzwoniłam. Pan poprosił o adresy, skąd dokąd w smsie. Napisałam. Miał oddzwonić i zero odzewu. Reklamę miał full wypas, w weekendy też mógł przewóz zrobić (to była sobota). I potencjalną klientkę miał w dupie. Szukałam więc dalej. Drugi gość zaśpiewał taką kwotę, że prędzej bym na plecach tę kanapę przytargała. Kolejny w weekend nie pracuje, mimo że w ogłoszeniu było napisane coś innego.

Przypomniała mi się sytuacja, gdy przeprowadzaliśmy się po kupnie domu. Mogliśmy to zrobić tylko w weekend, bo mieliśmy wtedy wolne. Szukałam więc kogoś z busem dostępnym w weekend. Znalazłam i zadzwoniłam. Pan powiedział, że ciężko będzie, bo jest sam, jego współpracownicy w weekendy mają wolne. To po jaką cholerę w ogłoszeniach polecają się też na weekend?! I człowiek dzwoni i znowu dupa. Wreszcie stwierdziłam, że dzwonię do ostatniego i pieprzę to. Wymyślę coś innego, bo uparłam się, że ta kanapa będzie i koniec. Odebrał (sądząc po głosie) starszy pan. Był konkretny i powiedział, że pomoże, ale dopiero wieczorem, około godziny 17:00, bo ma cały bus załadowany sprzętem AGD, który musi rozwieźć. Jeżeli do tej pory sobie poradzę, to prosił o telefon, żeby sobie mógł zaplanować resztę dnia.

Potem wpadłam na pomysł, żeby znaleźć kogoś z hakiem przy aucie i przyczepką. Okazało się, że brat ma hak przy aucie. Zapytałam się więc znajomego, czy zna kogoś z przyczepką. Pytałam się zresztą wszystkich znajomych. Dał mi namiary na wypożyczalnie przyczepek, która znajduje się w moim mieście. Tyle razy koło tego zakładu przejeżdżaliśmy i nawet o tym nie wiedzieliśmy. Można tam też wypożyczyć różne narzędzie np do remontu. Poszło szybko. Wpłaciliśmy zaliczkę i w drogę. Kanapa dotarła bez problemu. Przy okazji odwiedziliśmy bardzo przyjemne miasteczko.

Udało się więc wszystko załatwić, bo dla chcącego nic trudnego. Pan od busa z AGD zadzwonił do mnie, gdy wracaliśmy i zapytał, czy jest nadal potrzebny. Podziękowałam za telefon i powiedziałam, że już załatwione. A my? Podziękowaliśmy już facetom, którzy ogłaszają się z transportem i nic z tego nie wynika. Zakładamy hak do golfa i będziemy sami wszystko wozić gdy nadejdzie taka potrzeba.

Do następnego 🙂