SÓL EPSOM

O tej soli usłyszałam już w zeszłym roku. Naczytałam się na jej temat w internetach i stwierdziłam, że nie pozostało nic innego, jak wypróbować i przekonać się co potrafi to cudo 🙂

Sól Epsom, to nic innego jak siarczan magnezu. Nazwa pochodzi od angielskiego miasta- Epsom, w którym jest wydobywana. Pierwszy raz wydobyto ją w XVII w. Inne nazwy soli, to gorzka lub angielska.

Sól występuje w postaci sporych białych kryształków. Dobrze rozpuszcza się w wodzie i nadaje jej ohydny smak: słono- gorzki. Nie nadaje się do potraw. Zawiera magnez, miedź, siarkę, które korzystnie wpływają na kondycję skóry i włosów. Cenna jest szczególnie siarka, która usuwa z organizmu metale ciężkie i toksyczne substancje. Sól działa przeciwzapalnie, przeciwgrzybiczo i przeciwbólowo. Poprawia wygląd skóry, szczególnie tłustej. Zalecana jest także do skóry głowy ze skłonnością do łupieżu. Pomaga w leczeniu bólów reumatycznych, a kąpiele w niej, dobre są na stres i przemęczenie.

Najpopularniejsze zastosowanie soli, to właśnie kąpiele. Najlepiej przed snem. Zalecane po wysiłku fizycznym, dobre na pozbycie się siniaków i obrzęków. Sól także zmiękcza naskórek, np na stopach. Inne zastosowanie, to picie roztworu z soli, który działa przeczyszczajaco. Idealne dla osób, które mają zaparcia. Ale uwaga! Zbyt częste picie, powoduje skutki uboczne, np wymioty i biegunka.

Moje zastosowanie soli

Rozpuszczam sól w gorącej wodzie w wannie: 2-3 garści. Dodaję zimnej wody, bo wrzątku nie lubię. Trzeba pamiętać, żeby w kąpieli nie używać żadnego płynu, żelu czy mydła. To musi być czysta woda z solą. Zazwyczaj wtedy nakładam na twarz miód i siedzę w solance ok 20 min. Po tym czasie robię peeling twarzy zwykłym cukrem i zmywam tę papkę solanką. Ostatnio dodałam płatki kwiatów i to był głupi pomysł, bo cała się nimi oblepiłam.

Pracę mam w większości stojąca i często puchną mi kostki. Nie jakoś monstrualnie, ale czuję obrzęk. Więc wsypuję do miski trochę soli + ciepła woda i mocze stopy ok 10 minut. Często nie czekam do rozpuszczenia soli. Po prostu poruszam stopami po dnie i robię równocześnie peeling 🙂

Dobrym pomysłem jest właśnie peeling, który można samemu zrobić: do miseczki wsypujemy sól, ścieramy skórkę z limonki i dorzucamy do soli. Wyciskamy sok z owocu i mieszamy z solą. Można też dodać rozdrobnione listki mięty. Przełożyć do słoika i trzymać w lodówce. Idealny na lato, bo odświeża skórę. Ja często dodaję sól do gotowych peelingów, bo nie lubię malutkich drobinek.

Płukanka na włosy: w gorącej wodzie rozpuścić sól i przestudzoną polać umyte włosy. Wmasować w skórę głowy.

Gdzie kupic sól

Najlepiej w internecie. Sklepy w sieci oferują mniejsze lub większe opakowania. Tu w Holandii, znalazłam pudełko soli wielkości pasty do podłogi w Kruidvacie za ok 5 euro! Drogo. Szukałam też na Allegro i to był dobry pomysł 🙂 Ogromne wiadro za ok 30 zł. Pojechałam na urlop do Polski i wróciłam z solą 🙂

Sól polecam każdemu. Ja jej używam i będę używać, bo na własnej skórze przekonałam się, jakie posiada właściwości 🙂

HOLENDERSKI SALON

Kiedy jeszcze mieszkałam w Polsce, bardzo często słyszałam, że sercem domu jest kuchnia. To w niej stał stół. A jej okna wychodziły na podwórko, aby mama mogła mieć oko na bawiące się dzieci, bo przecież w kuchni spędzała większość czasu… W Niderlandach tak nie jest. Salon jest zazwyczaj wielki, w nim „toczy się życie” i tam spędza się czas. Nierzadko jest podzielony na dwie części- w jednej stoi zestaw wypoczynkowy i tv a w drugiej duży stół jadalniany.

Lubię oglądać holenderskie salony, bo wyglądają naprawdę ładnie. Nie patrzę akurat na sprzęt rtv. Interesują mnie meble i dodatki, których nie brakuje: obrazy, lampy, czy nawet wazony ze świeżymi kwiatami 🙂 W salonach mieszczą się także pokaźnych rozmiarów regały z książkami i różne rośliny doniczkowe. Nie brakuje także kominków, ale nie widuje się często dywanów. Warto zerknąć, jak urządzają się Holendrzy 🙂

Nowoczesny salon z czarną ścianą. Pod oknem zrobiona jadalnia, nad stołem ciekawa lampa a obok prosty regał. Świetny wypikselowany obraz „Dziewczyna z perłą”. Na podłodze leży dywan. Kanapa w kolorze zgniłej zieleni (nie mój gust). Dla roślin także znalazło się miejsce.

Widać, że jest to przestronne mieszkanie w kamienicy. Drewniany sufit i podłoga piękne! Dodać do tego wielkie okna i można tworzyć wnętrze 🙂 To wygląda jakby było skromnie urządzone, ale posiada wiele dodatków: drewniane stoliki- na jednym z nich stoi obrazek przedstawiający rasy yorków, na drugim- lampka, sporo kwiatów i poduch, obrazki na ścianach, no i ten fotel obok kominka! 🙂

Biało- niebieski salon przywodzący na myśl styl hampton 🙂 Mnie najbardziej spodobała się błękitna szafka pod tv 🙂 A dalej w tym kolorze są dywan, część kanapy w „rybie łuski” i wazon obok kominka. Znajdziemy tu też dodatki w innych kolorach, np ława w kolorze drewna, czy czerwona rama lustra wiszącego nad kominkiem.

To już coś dla totalnych miłośników drewna 😀 Meble jakby żywcem wyjęte z chaty góralskiej. Akurat nie mój typ, ale podobają mi się czerwone zasłony, ceglana ściana, krokwie i przeszklone drzwi do salonu.

I znowu biel 🙂 Za kanapą oddzielona część kuchenno- jadalniana. Obok kanapy, na której leży kolorowa narzuta, nowoczesna prosta lampa, drewniany barek. Na mnie wrażenie zrobiła lewa strona z sekretarzykiem. Super akcent w takim jednokolorowym salonie. No i ten piękny zegar nad nim… 🙂

Jeden z piękniejszych salonów, jakie miałam okazję oglądać 🙂 Okna świetne! I to chyba one nadają uroku. Mają parapety, na nich stoją lampy. W kącie palma a obok niej dojrzałam drewniany gazetownik 🙂 Kanapa i fotel nie do końca w moim guście, ale ława już tak. Znajduje się tutaj rzecz, która podoba mi się w salonach: między fotelem a kanapą jest stolik z lampą. Nie stoi upchnięty pod ścianą. Został wysunięty niemal na środek salonu 🙂

I kolejny, który jest urządzony pod mój gust 🙂 Wielka drewniana ława z wielkim wazonem ze świeżymi kwiatami i dużymi świecami, stolik z lampą obok jednej z kanap a drugi pod ścianą. W tym przypadku akurat ten pod ścianą jest na plus. Ogólnie oświetlenia tutaj nie brakuje, bo nawet na parapetach stoją lampki. Białe kanapy a dla kontrastu fotele w kolorze.

Kolejny mój faworyt 🙂 Co mnie tu urzekło? Krokwie, ratanowe fotele i ława! Na ławie tace z tulipanami i jest pięknie. Dodajmy jeszcze ogromne okna, na parapecie których, stoją lampki i mogę mieć taki salon. Jedyne co bym zmieniła, to kanapy 😉

Była to pierwsza część salonów, bo mam zamiar wrzucić jeszcze nie raz zdjęcia najważniejszego pomieszczenia holenderskiego domu 🙂

DWIE DOBRE WIADOMOŚCI

Są z Holandii a przeczytałam o nich na początku lipca. Obydwie są dla mnie ważne, ale wiem, że z jednej nie ucieszą się…palacze 😉

Papierosy

Ja często też się zastanawiam, jak można palić to gówno. Jestem przeciwniczka papierosów. Głupi nałóg. Kiedyś, gdy palenie było dozwolone jeszcze praktycznie wszędzie, czułam na sobie często dym papierosowy. Co z tego, że ludzie palili np tylko na dworze? Raz szłam za gościem, który akurat palił. Cały obrzydliwy dym na mnie :/ Włosy do mycia, bo na nich zapachy osiadają raz dwa. I dobrze, że chociaż Holandia wprowadza pewne zakazy. Chodzi o to, żeby wykreować „całkowicie wolne od tytoniu pokolenie”. Zabronione jest palenie w hotelach, restauracjach, pubach, itp. Do tego dochodzą teraz uniwersytety. Dotyczy to też chodników czy trawników znajdujących się przed tymi budynkami. Na stacjach kolejowych do tej pory, znajdowały się specjalne budki dla palaczy. Teraz będą usuwane- kompletny zakaz palenia, który nieprzestrzegany, będzie karany mandatem w wysokości 95 euro. Dowiedziałam się też, że w supermarketach wyroby tytoniowe mają prawie zniknąć z półek. Prawie, bo nie mogą być „wyeksponowane”.Czyli mają być po prostu schowane a w najbliższym czasie ma to także obowiązywać w mniejszych sklepach. Brawo!

Psy

Niedawno był Dzień Psa. Kocham psy i chciałabym żeby wszystkie miały właścicieli. Dobrych właścicieli. Holandia wzięła się za to porządnie 🙂 Tutaj nie ma ulicznych psów. Za porzucenie psa grozi kara 16 tysięcy euro lub 3 lata więzienia! Rząd wdrożył także program sterylizacji zwierząt. Można także zapomnieć o tzw pseudohodowlach. Rozmnażanie jest pod kontrolą. W 2011 roku powstał „Animal Cop”, czyli dywizjon policji do ochrony zwierząt 🙂 Dodajmy do tego kampanie zachęcające do adopcji kundelków i mamy kraj bez psich dramatów 🙂

Mam nadzieję, że doczekam się takich dobrych wieści z Polski.

CZERWCOWE MIGAWKI

I mamy lipiec, drugi miesiąc lata… Postanowiłam wrzucić kilka zdjęć z czerwca i napisać parę słów o poprzednim miesiącu. Czyli zrobić takie małe podsumowanie 🙂 Nie wydarzyło się u mnie nic nadzwyczajnego, dni płynęły spokojnie, ale zrobiłam kilka rzeczy akurat w czerwcu a powinnam dużo wcześniej… No, ale trzeba się było zebrać 🙂

Przede wszystkim wreszcie zrobiłam porządek w szafie, czyli pozbyłam się niepotrzebnych ubrań. Ulga, że hej! Do tego zebrałam wszystkie moje notatki do jednego, dobra, dwóch kajetów. Co mi wpadło do głowy, zapisywałam na przypadkowych kartkach. Chowałam je potem po kątach i słuch o nich ginął a ja dalej nie wiedziałam, co chciałam, co wymyśliłam, co było ważne… Teraz je zebrałam do kupy i wszystko wpisałam do plannera kupionego kiedyś w Lidlu. Nie traktuję go jako kalendarz. Służy mi jako notes. Mam tam wszystko. Wszystko w jednym miejscu 🙂 Oprócz tego, że jest kolorowy, znajdują się tam nawet naklejki 🙂

Dodatkowo, mam jeszcze zwykły zeszyt, w którym zapisuję tematy i pomysły na bloga 🙂 Ten kupiony został w Actionie. Jest tam ogromny wybór kalendarzy i różnych zeszytów, które mnie akurat bardzo się teraz przydają 🙂

Z Actiona pochodzi także album do wklejania zdjęć, ale my postanowiliśmy wklejać do niego np bilety, ulotki czy mapki z różnych odwiedzanych miejsc. Tak po porostu, na pamiątkę 🙂 Album jest w twardej okładce w modny liściasty wzór. Teraz już wszystko jest w nim na miejscu 🙂

Podczas zakupów w polskim sklepie odkryłam… lody! Nic nadzwyczajnego niby. Ale smaki tych lodów są nie do przebicia. Przynajmniej dla mnie. A ja rzadko lody jem. Te mogłabym na okrągło. Jakie smaki? Naszych polskich kultowych cukierków 🙂 Malaga, Tiki- Taki i Michałki. Brzmi pysznie i tak też smakuje!

Uwielbiam pasty do kanapek i często robię je sama. Ostatnio w internetach wygrzebalam taką z jajek i sera 🙂 Składniki: 4-5 jaj na twardo posiekanych drobno, ser żółty starty, sól, pieprz, szczypiorek i majonez. Wszystko wymieszać i do lodówki. Pyszna!

Kupiłam bazylię w supermarkecie. Przesadziłam, podlewam i rośnie. Oprócz tego, pięknie pachnie. Zawsze jej używam do pomidorowej i na kanapki z pomidorem 🙂 Doniczka i drewniana gąska kupione w kringloopie.

Czekam na koniec tej cholernej epidemii. I nie wiem, czy się doczekam. Ale chciałabym, żeby wreszcie wróciły pchle targi. Na ostatnim, w Den Bosch, do wzięcia były minikalendarzyki z datami i miejscami kolejnych pchlich targów. Znalazłam je, przejrzałam i… czekam. Słyszałam, że na dzień dzisiejszy odwołane są do końca sierpnia.

Pod koniec czerwca (dopiero), wyrobiłam sobie nawyk smarowania rzęs olejkiem rycynowym. Lepiej późno niż wcale… Kupiłam go w Polsce, przywiozłam, schowałam i tyle. Teraz leży ze szczoteczką na wierzchu i co wieczór ” jadę z tym koksem” 🙂

W zeszłym roku o tej porze, już dawno siedziałam w wodzie. Dokładnie: w morzu. W tym roku pogoda jakaś taka nie tego 😦 To znaczy, ja bardziej lubię zimno niż gorąco i na deszcz baaardzo rzadko narzekam, ale przecież jest lato i trzeba do tej wody wreszcie wejść a ja morze uwielbiam. Do pięknej plaży na Rockanje mamy tylko ok 15km. Pod koniec czerwca był tydzień upałów. Pojechałam z Panem Mężem w piątek na zachód Słońca. I to był akurat ostatni dzień ciepła, bo zbierało się na deszcz. I to galanty. Mimo to, trochę na tej plaży posiedzieliśmy i nawet zamoczyłam nogi. Woda cudowna 🙂 Dla niektórych pewnie za zimna, ale mnie to absolutnie nie przeszkadza. Chmury szybko nadeszły, ale i tak było pięknie. Uważam, że najpiękniejsze zachody Słońca są nad morzem 🙂

Czerwcowa poranna kawa na balkonie 🙂

Nasze paputki na swoim ulubionym miejscu, czyli lampie 🙂 Mundek i Eluśka. Imiona podebrałam bohaterom tragikomedii Wojciecha Smarzowskiego pt „Wesele”. Polecam obejrzeć!

Na koniec zdjęcie dekoracji, która znajduje się przed holenderskim domem 🙂 Jest stworzona z tego, co w Holandii popularne: rower, kwiaty i saboty. Tylko trzy elementy i wygląda to pięknie!

Do następnego!

GLOBUS

Pan Mąż powiedział kiedyś, że marzy mu się barek, taki na alkohol. I to ma być nie byle jaki barek. Ma to być barek- globus… No ok. Tylko z tego, co się orientuję, taki barek sporo kosztuje. No i skąd go wziąć…? Widziałam nie raz taki globus w holenderskim domu. W kringloopach i na pchlich targach, ani razu. No, ale od czego jest mój ulubiony marktplaats 🙂 Grzebałam, sprawdzałam, szukałam i bingo! Kilka ofert się wyświetliło. Wybrałam tę z Tilburga. Ogłoszenie dała jakaś pani. Napisałam. Zapytałam się, czy aktualne i czy można podjechać po niego w sobotę o godz. 12:00. Odpisała szybko, że tak i że za 100 euro może go sprzedać. Podała też adres. Czyli zero negocjacji. Pokazałam Panu Mężowi. Zgodził się i w weekend pojechaliśmy do Tilburga. O godz. 12:00 zadzwonilismy do drzwi. Otworzyła nam starsza pani. Powiedziałam po co przybyliśmy, zaprosiła nas do środka i pokazała globus. Wyglądał dokładnie, jak na zdjęciu, czyli ładnie 🙂 Stwierdziliśmy, a w zasadzie Pan Mąż stwierdził, że bierzemy. Pomogliśmy pani opróżnić barek- wyjęliśmy karafki i alkohol. I do auta 🙂

Podobno tego typu „glob-bar” wykonany jest z egzotycznego drewna. Niestety nie znalazłam informacji, z jakiego konkretnie. Barek pełni nie tylko funkcję użytkową, ale także dekoracyjną. Naniesione na niego mapy, przypominają te ze starych galeonów. Jest on celowo postarzany i pasuje nie tylko do stylu kolonialnego, ale i do nowoczesnych wnętrz. Dodatkowo cała „kula ziemska” kręci się, na dole jest dodatkowa półka na alkohole a także szufladka. Po otwarciu globu, wewnątrz, zobaczymy gwiazdozbiory 🙂 Nie jestem w 100% pewna, ale wydaje mi się, że napisy na mapach i w środku kuli, są po łacinie 🙂

Niżej przykład holenderskiego salonu z glob- barkiem 🙂

🙂

SPOORWEGMUSEUM, CZYLI MUZEUM KOLEJNICTWA W UTRECHCIE

Co zrobić w sobotę? Jechać do Utrechtu. Nie tylko po to, żeby zwiedzić miasto, ale też odwiedzić Muzeum Kolejnictwa. Jest to znana atrakcja w Utrechcie. Spoorwegmuseum powstało w 1927 roku i zachowało historyczny sprzęt holenderskich kolei. Muzeum podzielone jest tematycznie: np „Stalowe potwory”, gdzie zobaczymy między innymi największą lokomotywe Holandii.

Mimo, że niektóre obiekty są jeszcze zamknięte, to akurat muzeum jest otwarte dla zwiedzających 🙂 Uwaga! Na stronie https://www.spoorwegmuseum.nl trzeba dokonać rezerwacji razem z kupnem biletu. I tak też zrobiliśmy. Bilet kosztował 17,50 € /1 osoba. Wybraliśmy dzień i godzinę- 14:30. Bilety przyszły do wydruku i można było jechać.

Przed muzeum znajduje się płatny parking. Wyjechaliśmy przez bramkę, zostawiliśmy auto i poszliśmy w miasto, bo mieliśmy ok 2 godz. do wejścia do muzeum. 10 min spacerkiem i byliśmy pod Katedrą Św Marcina. Spędziliśmy na mieście trochę czasu i na umówiona godzinę stawiliśmy się w muzeum. Przy kasie pani wyjaśniła nam w którą stronę się kierować i skasować bilety. Dostaliśmy też bilecik parkingowy na 9€. To w sumie dobra opcja, bo zostawiasz auto i możesz zwiedzać nie tylko muzeum, ale i miasto parę godzin, a samochód bezpiecznie czeka.

Od kasy wychodzimy na zewnątrz. Dokładnie na perony i oglądamy pociągi. Do jednego mogliśmy wejść i zwiedzać wagon w środku.

Potem był pawilon a w nim ogrom innych, różnych wagonów. A dokładniej pawilon przerobiony na stację kolejową 🙂 I tam w recepcji skanujemy nasz bilet. Pan powiedział, jak zwiedzać i pouczył o zachowaniu odstępu między innymi zwiedzającymi. Oprócz ciekawych starych wagonów i lokomotyw, znajduje się tam też pomieszczenie dla fanów modelarstwa 🙂 Gabloty z niezliczoną ilością modeli: od starych do nowych, od zabawek do profesjonalnego sprzętu. Znajdziemy też sklepik z pamiątkami, np magnesami.

Wejść można „na piętro” i spojrzeć na wszystko z góry. Jest też fajna atrakcja dla dzieci 🙂

Miejsce warte odwiedzenia 🙂 A wszystkie aktualne infornacje, można znaleźć na stronie internetowej muzeum.

4 KOSMETYKI MARKI CIEN+ WAKACYJNA TORBA

Lato się zaczęło, więc w Lidlu pojawiła się limitowana edycja kosmetyków. Wśród nich jest jeden faworyt. Szkoda, że firma wypuściła go tylko raz, bo zagościłby u mnie chyba na zawsze 😉

Na pierwszy ogień idą produkty samoopalajace, czyli samoopalacz właśnie i balsam brązujacy z edycji Tropical Summer. Jako, że ja nie lubię prażenia się w słońcu (wolę już siedzieć w wodzie), więc nie jestem bardzo opalona. A że latem bladym być, też trochę mi nie pasuje, to smaruję się zawsze wspomagaczami koloru 🙂 Już mam ulubiony samoopalacz i balsam, ale postanowiłam wypróbować te lidlowskie produkty. Balsam szybko się wchłania i przyjemnie pachnie. Samoopalacz w sprayu ( były też w piance) nakłada się raz dwa. Co ważne, obydwa nie zostawiają charakterystycznego zapachu po zetknięciu się ze skórą 🙂

Kolejna rzecz, to w zasadzie moje odkrycie 🙂 Wcześniej nie miałam okazji i w ogóle potrzeby używania wody morskiej do włosów. Teraz też nie mam potrzeby, ale że się na nią natknęłam, to postanowiłam wypróbować. I jestem zadowolona 🙂 Nie lubię prostych włosów, mam fale, a po spryskaniu wodą, dodatkowo świetnie się układają. Okazuje się, że woda morska ma dobry wpływ na włosy. Są wzmocnione i oczyszczone, dzięki minerałom. Mimo to, nie należy jej używać codziennie. Wystarczy 1-2 razy w tygodniu. W internetach można wiele na ten temat przeczytać i obejrzeć filmiki, jak spryskać włosy.

I mój numer 1, czyli peeling z edycji Tropical Summer! Uwielbiam peelingi, są zbawienne dla skóry. Do tej pory, wszystkie jakie próbowałam, miały zawsze za małe drobinki ścierne. Dlatego ja dodaję do nich cukier, mieszam i są ok. Tak samo zrobiłam z tym. Ale ten jest po prostu najlepszy. Zawiera sól z Morza Martwego i olejek. Pachnie pięknie brzoskwiniami i kwiatem hibiskusa. Dodatkowo świetnie natłuszcza skórę, a zapach na niej pozostaje. Dla mnie- rewelacja 🙂

Dorwałam wakacyjną plażową torbę 🙂 W słonecznym kolorze, w czerwone paseczki. Pojemna z małą kieszonką na zewnątrz. Ma solidne uszy i jest zamykana na suwak. Przyda się nie tylko na plażę 😉

Jak widać, w Lidlu da się upolować fajne rzeczy za przystępne ceny 🙂

MIEJSCE NA GRILLOWANIE

Holendrzy uwielbiają barbecue. Na ich podwórkach- i tych małych i większych- znajdzie się zawsze kącik, w którym stoi grill elektryczny lub węglowy. Gdy tylko nadejdą ciepłe i słoneczne dni, niemal w każdy dzień tygodnia poczuć można zapach pieczonych kiełbasek i mięcha. W Polsce grilluje się zazwyczaj w weekendy i robi się z tego imprezę. Pojawia się alkohol i sporo znajomych. Tutaj robienie grilla traktuje się jak coś powszedniego- taki obiad na świeżym powietrzu. Sami domownicy, w weekend piwo Heineken 🙂

Ale zanim zasiądzie się do obiadu-bbq, trzeba miejscówkę przygotować 🙂 Holendrzy wyciągają swoje grille (stoją całe lato), zestawy ogrodowe, nierzadko z parasolem i robią klimat na podwórku. A podwórko takie, to nie tylko trawa i parę kwiatków. Zestawy ogrodowe, czyli krzesła,leżaki, stoły, fotele i kanapy, stoją na specjalnie zrobionych drewnianych podestach, lub płytach. Bardzo często są zadaszone, zrobione na wzór tarasów. Dookoła rozstawiane są liczne lampki, świece. Na płotach i murach dojrzymy dekoracje typu obrazki, figurki buddy, sztuczne motyle, doniczki z kwiatami. Mało tego, wielu ludzi posiada półeczki zrobione z drewnianych skrzynek, a na nich poustawiane są różne bibeloty. I w takich, stworzonych przez siebie klimatycznych kącikach, siedzą, jedzą i rozmawiają. Poniżej parę zdjęć, na których widać jak wyglądają podwórka latem 🙂

CO WARTO PRZYWIEŹĆ Z HOLANDII

Będąc w kraju tulipanów, wiatraków i rowerów, trzeba koniecznie rozejrzeć się za pamiątkami. A tych znajdziemy mnóstwo. W każdym mieście są sklepiki z różnymi gadżetami w typowo holenderskie wzory. Dla każdego coś fajnego 🙂 Kupimy dla siebie, jak i sprawimy prezent dla kogoś bliskiego. Poniżej kilka propozycji 🙂

Parasolka w tulipany i wiatraki z napisem Holland. Bardzo kolorowa, do tego posiada rączkę w kształcie tulipana. Nie jest może zrobiona z super materiału, ale do zdjęć i małego deszczu pasuje jak ulał 🙂

Magnesy i widokówki. Magnesy kupuję zawsze i z każdego miejsca, które odwiedzam. Uwielbiam je i powiększam moją jeszcze małą kolekcję. Widokówki kiedyś zbierało wiele osób, a jeszcze więcej wysyłało. Ja ostatnio kilka przypięłam do małej tablicy w kształcie liścia monstery. Kupiłam je, bo są na nich naprawdę piękne widoki. Więc jeśli ktoś lubi, to magnes i widokówka są super pamiątką.

Stroopwafels, czyli słynne holenderskie ciastka z karmelem. Z tym, że nie te kupione w markecie zapakowane w folię. Proponuję poszukać takich w ozdobnej puszce, jak np na zdjęciu wyżej. Puszka w kolorze pomarańczowym, czyli w kolorze Holandii. Do tego ta piękna grafika: rowery, saboty, wiatraki, krowa…

Kubeczek vintage- uwielbiam kubki a ten z czerwony z napisem tulips from Holland jest uroczy. W sam raz do kawy. W sklepach są także inne kolory.

Świeca- tą kupiłam akurat podczas ostatniej wizyty w Utrechcie. Poszłam po magnes i wyszłam też ze świecą. Przedstawia oczywiście wieżę Domotoren. Znaleźć je można w różnych rozmiarach i kolorach.

Skarpety i saboty– jak widać wszystkie w fantastycznych kolorach. Ja za skarpetami akurat nie jestem, ale saboty, czyli słynne drewniane buty są ok 🙂 Z tym, że te tutaj nie są z drewna a z pluszowego materiału. Takie typowe bambosze do chodzenia po domu. No i te holenderskie symbole… 🙂

Tulipany- wiadomo, cebulki kwiatowe znajdziemy niemal wszędzie i to trzeba nabyć. Przecież z tego słynie Holandia. Trzeba tylko dokładnie obejrzeć, czy są dobrej jakości, zdrowe i czy nie czuć pleśni. Fajne są także sztuczne tulipany. Ale nie plastikowe! Proponuję te drewniane 🙂

Sery- wiadomo, Holandia słynie z serów i to nie byle jakich. Wiele rodzajów znajdziemy w marketach. Ale to nie to samo, co ser kupiony w Goudzie, czy Edam. W tych miastach organizowane są prawdziwe targi serowe, gdzie można podziwiać i kupić wielkie okrągłe sery. Oprócz tego, trafić można na jarmarki (ten na zdjęciu powyżej był w Goudzie), gdzie kupimy lokalny przysmak. Z braku laku, w większych centrach handlowych, spotkać można serowe sklepy, gdzie zaopatrzymy się w żółte trójkąty 🙂

Będąc w większym mieście typu Rotterdam, Amsterdam czy Utrecht, warto zajrzeć do kringloopa 🙂 A tych jest mnóstwo. W Utrechcie natknęlismy się na 2 w centrum. A dokładnie, po dwóch stronach Starego Kanału. Oczywiście weszliśmy. Myślałam, że ceny będą dosyć wysokie, a tu niespodzianka 🙂 Fakt, sklep mały, ale za to bardzo tani. Jeżeli szukacie fajnych, ciekawych rzeczy, to trzeba koniecznie zajrzeć do sklepu z używańcami 🙂

UTRECHT- MIASTO, KTÓRE TRZEBA ZOBACZYĆ

To była nasza trzecia wizyta w tym mieście. Będzie jeszcze kolejna, bo wszystkiego nie zdołaliśmy zobaczyć. Tym razem udało się pojechać w miesiącu letnim. Pogoda dopisała i poszliśmy się powłóczyć po mieście. Teraz, gdy jest ciepło, pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to to, że Utrecht tonie w zieleni 🙂 Oprócz dużych skupisk drzew, można iść do parku przez który płynie oczywiście kanał, usiąść na zielonej trawie i po prostu posiedzieć. Zresztą widziałam ludzi, którzy siedzą tam, leżą albo ćwiczą. Albo pływają łódkami po kanałach.

Głównym celem naszego ostatniego przyjazdu do Utrechtu, było zwiedzenie Muzeum Kolejnictwa. Zostawiliśmy auto na parkingu muzeum i poszliśmy pieszo pod katedrę. Droga prosta, jak „mordę strzelił”. Prosta, w sensie tym, że się nie można zgubić 🙂 Ale za to można spacerkiem przejść się uroczymi uliczkami. Wszystko, co chcieliśmy zobaczyć, znajduje się w jednej kupie i nie da rady zabłądzić. Mimo, że to była sobota, centrum miasta było spokojne i ciche. Jedynie nad kanałem Oudegracht (Starym Kanałem) było dużo ludzi, którzy siedzieli w kawiarnianych ogródkach. W Utrechcie jest wiele kanałów, ale ten jest zdecydowanie naj 🙂 A wykopany został podobno w XI wieku. Architektura miasta powala. Zdjęcia zdecydowanie nie oddają całego uroku. Te budynki trzeba zobaczyć na własne oczy!

Kaczki w ogóle się nie bały. Przyzwyczajone do turystów. Staraliśmy się mimo to, przejść możliwie jak najdalej od nich. Powiedziałam nawet do nich grzecznie: „Przepraszam kaczki, że przeszkadzamy, ale musimy przejść” 😀 Nie wiem, czy zrozumiały, bo to jakby nie patrzeć, holenderskie ptaki, ale odpowiedziały: „Kwa, kwa, kwa” 😀 Na zdjęciu niżej znajduje się chyba najwęższa uliczka w Utrechcie! No chyba, że jeszcze gdzieś jakieś takie są… Po obu stronach budynków, znajdują się okna i sąsiad sąsiadowi może elegancko zajrzeć do chałupy!

Dotarliśmy po ok 10 minutach pod Katedrę Świętego Marcina. To druga nasza wizyta tam. Pierwszy raz byliśmy w zeszłym roku. Pojechaliśmy na LegoWorld i stwierdziliśmy, że zobaczymy też katedrę. Budynek robi oszałamiające wrażenie. Nawiązuje stylem do gotyku francuskiego. Jego budowa rozpoczęła się w 1254 roku i trwała do XVI wieku. W 1572 r w wyniku nadchodzącej fali reformacji dokonano wielu wandalizmów i duża liczba ornamentów wewnętrznych i zewnętrznych została zniszczona. Z ogromnej katedry zachowała się tylko część wschodnia, w pobliżu wieży Domotoren. W 1674 r w czasie burzy zawaliła się nieukończona nawa, dlatego dziś wieża stoi kilkadziesiąt metrów od reszty katedry. Wieża ma 112m i podobno jest to najwyższa kościelna dzwonnica Holandii. Na wieżę do tej pory nie weszliśmy z braku czasu. W tej chwili wokoło wieży rozstawione są rusztowania, ale wejść na nią można. Tylko z przewodnikiem! Wcześniej trzeba zrobić rezerwację, gdyż ustalone są godziny wejścia, np 13:30. Na przeciwko znajduje się informacja turystyczna. Informację na ten temat można znaleźć też w internecie. Jeżeli chodzi o katedrę, to niestety była zamknięta dla zwiedzających (wirus:/ ). Udało nam się zobaczyć dziedziniec z ogrodem w zeszlym roku. Katedrę można zwiedzać za darmo.

Zdjęcie z zeszlego roku

I ciekawostka z Utrechtu 🙂 Jak już wcześniej wspomniałam, miasto jest zielone. Dodatkowo, na dachach przystanków autobusowych, zasadzono miododajne rośliny specjalnie dla pszczółek 🙂

Zdjęcie zrobione z auta, ale po lewej stronie widać przystanek z porośniętym dachem 🙂