Ostatnio widziałam filmiki, na których ludzie pokazują, co ciekawego kupili w Actionie. Zauważyłam, że u mnie w mieście nie ma niektórych produktów, które są w Polsce. I muszę przyznać, że sieć sklepów Action jest tam dobrze wyposażona.
My w Actionie pojawiamy się raz w miesiącu. Zaopatruję się wtedy w wielkie butle żelu pod prysznic Sanex a Pan Mąż w zapas żelu Adidas. Kupujemy też papier toaletowy i ręczniki papierowe, bo są naprawdę porządne. Teraz zawiesiłam oko na szamponach. Kupiłam farbę do włosów, które też mi pasują, bo są mocne i kolor się szybko nie zmywa. Oprócz szamponu wpadło oczywiście kilka innych rzeczy.
Często puszą mi się włosy. Ten szampon jest z keratyną i olejem arganowym, więc powinien nawilżać. Jeszcze go nie używałam. Mam nadzieję, że litrowa butelka nie pójdzie na marne.
Spray utrwalający makijaż. Kiedyś w ogóle nie używałam. Okazuje się, że ma więcej zastosowań. Ostatnio miałam z Bielendy. Teraz kupiłam actionowy i sprawdza się dobrze.
Lubię pudry brązujące. Większość z nich posiada błyszczące drobinki. Tego akurat nie lubię. Nie lubię się aż tak błyszczeć. Idealny puder bez drobinek znalazłam w Kruidvacie. Teraz skusiłam się jeszcze na ten, bo opalam się natryskowo, lato nadchodzi a ten puder jest i do twarzy i do ciała. Więc dekolt można ozłocić. Plusem jest to, że drobinki ma bardzo drobne 🙂
Paletka do brwi, którą używa osoba z rodziny i poleca. Lubię przyciemniać brwi, więc ją wypróbuję.
Używam podkładów matujących, bo mam cerę mieszaną. Do tej pory moim ulubionym był ten z Lirene. Postanowiłam wypróbować actionowy. Kolor naturalny, bo używam samoopalacza. Zobaczymy, czy dobrze matuje.
Kolorem ust niemal nigdy nie maluję. Lubię bezbarwne pomadki. Za najlepsze uważałam te z Lidla, waniliowo- miodowe. Niestety ostatnio ich nie ma. W Actionie zauważyłam aloesowe. Są bardzo dobre. Dobrze nawilżają. Po dwie w opakowaniu, więc mam i ja i Pan Mąż, bo też używa.
Odświeżacze powietrza zawsze kupuję w Actionie. Jest tam naprawdę szeroki wybór. Te o zapachu niebieskiego Menora dają czadu. Pewnie po jakimś czasie nos się przyzwyczai i nie będę czuła, ale w tym momencie czuję zapach niemal w całym domu, bo uruchomiłam wszystkie trzy.
To moje odkrycie i ten spray już chyba że mną zostanie. Używam go w łazience. Starcza na długo, ale jego najlepszą zaletą jest zapach. Bardzo przyjemny i maskuje inne zapachy. Sądzę, że byłby dobry do odświeżenia np starego domu. Wcześniej używałam kwiatowego a teraz kupiłam ten karmelowy. Pachnie pięknie.
Był szał na Facebook. Założyłam go z dużym opóźnieniem, bo nie było mi śpieszno do tego. Potem nadszedł czas na Instagram. Utworzyłam konto z jeszcze większym opóźnieniem. Pamiętam początki, jak to wyglądało i jak jest teraz.
Przede wszystkim, nie zarabiam na Instagramie w żaden sposób. Nie interesuje mnie to i nawet nie umiem tego robić. Nie obserwuję mnóstwa kont. Najmniej interesują mnie celebryci. Owszem, podglądam kilka znanych osób, ale to persony bez parcia na „byle gówno” i które mają coś sensownego do powiedzenia i pokazania. Ja sama nie dążę do tego, aby mnie tysiące osób obserwowało. Coś tam czasem wrzucę, jakiś opis zrobię i tyle. Wolę pisać na blogu. Doszły mnie słuchy, że blogowanie się nie opłaca, że odchodzi do lamusa, bo teraz wszyscy siedzą na Instagramie. Ja nadal wolę prowadzić bloga i czytać inne. Dlaczego? Bo to moja strona i w niej zamieszczam co chcę.
Jest kilka rzeczy, które zaczęły mnie irytować na Instagramie. Powstał on głównie do wrzucania ładnych zdjęć, które by były inspiracją dla innych. I tak, na początku oglądałam i wysyłałam serduszka. Teraz ludzie wrzucają wszystko jak leci, szczególnie celebryci, którzy są wręcz słupami reklamowymi. Chyba nigdy nie kupiłam nic, co reklamuje jakaś celebrytka znana z tego, że jest znana. Ja rozumiem, że one na tym teraz zarabiają, bo takie czasy. Ale nawet nie daję się na to nabrać i nie kupuję. Jeśli ma się profil, gdzie w opisie jest np gotowanie, to tego się powinno trzymać i czasem jakąś prywatę wrzucić. A te wszystkie influencerki niedługo pokażą zawartość muszli klozetowej. Skoro dobrze im idzie nagrywanie filmików, na których płaczą, bo jakaś drama, to co jeszcze pokażą? I te kłótnie i wylewanie wiader pomyj pod zdjęciami w komentarzach… Druga sprawa, to golizna. Ok, wiem, że na Instagramie udzielają się też modelki. Wchodzę w wyszukiwarkę, gdzie automatycznie wyskakują różne zdjęcia z różnych kont. I co widzę? No k…wa co czwarte zdjęcie to wypięta dupa i cycki. Gdzie większość z tych „modelek” jest zmieniona przez operacje plastyczne. To nie ten modeling co kiedyś i mnie naprawdę te kobiety nie interesują. Z filtrami też niektóre przesadzają. Trzecia rzecz, to opisy. Dlaczego takie długie? Zamysł był taki, że główną rolę miały odgrywać zdjęcia. A teraz ludzie dodają litanię różnych informacji, których nie chce się często czytać. Kolejna rzecz, to filmiki. Niektórzy mają profile, gdzie one wręcz królują. Sama mam może z pięć na profilu i nie mam zamiaru wrzucać ich non stop. Od tego jest teraz TikTok. Wolę zerknąć na zdjęcia. Lubię za to oglądać relacje. Krótkie, treściwe, wiadomo o co chodzi 🙂
To takie moje małe narzekanie. Mogę, bo to mój blog 🙂 Na swoim Instagramie w opisie mam książki, miejscówki głównie z Holandii, czasem z Polski plus krótkie opisy. Tyle mi wystarczy. Nie pokazuję wszystkiego, bo to głupie jak dla mnie, mimo że ludzie lubią podglądać, jak żyją inni homo sapiens. Kogo ja obserwuję? M.in dwa- trzy konta dotyczące kulinariów, bo mimo że przy garach stać nie lubię, to zawsze coś tam podejrzę smacznego i pokażę Panu Mężowi (który Ig w ogóle nie posiada). Do tego make-up, bo mnie to interesuje. Uczę się malować. Książki- wiadomo. Ogólnie konta, z których dowiem się coś ciekawego o świecie. Obserwuję też kilku znajomych i mnóstwo dziewczyn, które mieszkają w Holandii i dzielą się kadrami z życia tutaj. Ciekawe profile. To tak w skrócie. Poniżej wrzucam kilka kont, które są dla mnie interesujące:
Ten profil przypomina mi dzieciństwo. Wojtek wrzuca zdjęcia rzeczy, które dobrze pamiętam z dziecięcych lat. Jego bloga również czytam.
Profile związane z książkami są dla mnie bardzo ważne. Dodawane są polecajki z opisami (te opisy są akurat potrzebne 🙂), do tego lubię oglądać zdjęcia księgarń. Obserwuję również mojego ulubionego mistrza horroru, czyli Grahama Mastertona
Profile z ciekawymi miejscówkami w Holandii też mnie interesują. Jest np konto, gdzie można znaleźć fajne domki do wynajęcia nad morzem i nie tylko.
Oprócz stylu kolonialnego podoba mi się też wiktoriański. Na tym profilu można podziwiać architekturę wiktoriańską:
Andrzej rysuje – profil, który w karykaturalny sposób w punkt pokazuje, co się dzieje w Polsce i na świecie:
Ostatnio dużo się dzieje. Dzisiaj mieliśmy przedostatni egzamin (trwał około trzech godzin), ale o tym napiszę przy podsumowaniu miesiąca. Przyjechał do nas też mój brat z żoną i…kotem. Tak, mamy kota, ale o tym też innym razem.
Dzisiaj przedstawię historyjkę o tym, jak szukać kanapy, busa do jej przewozu, a na koniec targać ją na przyczepce. Zacznę od tego, że nie mamy całkowicie wykończonych pokojów. Tzn ten najmniejszy nie służy jako pokój dla gości, bo w nim stoi namiot i maszynka do opalania natryskowego. W drugim Pan Mąż ma swoje „zabawki”, czyli regały z modelami. Ale jest tam na tyle sporo miejsca, że łóżko można wstawić. Z tym, że najpierw to łóżko trzeba znaleźć. W tym pomaga Marketplace. Na początku rodzina musiała spać w salonie na rozkładanej kanapie. Nie jest to najlepsze rozwiązanie, ale nie było wyjścia. Dlatego postanowiłam wziąć się za szukanie jakiejś porządnej rozkładanej kanapy do pokoju. Szukałam w naszej prowincji, żeby nie było daleko. Znalazłam fajny mebel, niemal nowy. Okazało się, że sprzedaje go Polka. Niedaleko Goudy. Miała kilku chętnych, ale raz dwa wpłaciłam zaliczkę. I teraz najgorsze i najważniejsze: transport. Dałam ogłoszenie na Fb, że szukam kogoś z busem. Dostałam namiar i zadzwoniłam. Pan poprosił o adresy, skąd dokąd w smsie. Napisałam. Miał oddzwonić i zero odzewu. Reklamę miał full wypas, w weekendy też mógł przewóz zrobić (to była sobota). I potencjalną klientkę miał w dupie. Szukałam więc dalej. Drugi gość zaśpiewał taką kwotę, że prędzej bym na plecach tę kanapę przytargała. Kolejny w weekend nie pracuje, mimo że w ogłoszeniu było napisane coś innego.
Przypomniała mi się sytuacja, gdy przeprowadzaliśmy się po kupnie domu. Mogliśmy to zrobić tylko w weekend, bo mieliśmy wtedy wolne. Szukałam więc kogoś z busem dostępnym w weekend. Znalazłam i zadzwoniłam. Pan powiedział, że ciężko będzie, bo jest sam, jego współpracownicy w weekendy mają wolne. To po jaką cholerę w ogłoszeniach polecają się też na weekend?! I człowiek dzwoni i znowu dupa. Wreszcie stwierdziłam, że dzwonię do ostatniego i pieprzę to. Wymyślę coś innego, bo uparłam się, że ta kanapa będzie i koniec. Odebrał (sądząc po głosie) starszy pan. Był konkretny i powiedział, że pomoże, ale dopiero wieczorem, około godziny 17:00, bo ma cały bus załadowany sprzętem AGD, który musi rozwieźć. Jeżeli do tej pory sobie poradzę, to prosił o telefon, żeby sobie mógł zaplanować resztę dnia.
Potem wpadłam na pomysł, żeby znaleźć kogoś z hakiem przy aucie i przyczepką. Okazało się, że brat ma hak przy aucie. Zapytałam się więc znajomego, czy zna kogoś z przyczepką. Pytałam się zresztą wszystkich znajomych. Dał mi namiary na wypożyczalnie przyczepek, która znajduje się w moim mieście. Tyle razy koło tego zakładu przejeżdżaliśmy i nawet o tym nie wiedzieliśmy. Można tam też wypożyczyć różne narzędzie np do remontu. Poszło szybko. Wpłaciliśmy zaliczkę i w drogę. Kanapa dotarła bez problemu. Przy okazji odwiedziliśmy bardzo przyjemne miasteczko.
Udało się więc wszystko załatwić, bo dla chcącego nic trudnego. Pan od busa z AGD zadzwonił do mnie, gdy wracaliśmy i zapytał, czy jest nadal potrzebny. Podziękowałam za telefon i powiedziałam, że już załatwione. A my? Podziękowaliśmy już facetom, którzy ogłaszają się z transportem i nic z tego nie wynika. Zakładamy hak do golfa i będziemy sami wszystko wozić gdy nadejdzie taka potrzeba.
Ale tylko na początku, bo potem się do nich człowiek przyzwyczaja. Nawet z czasem zachowujemy się tak jak oni. Ja tak przynajmniej mam.
Cechy charakteru Polaków, wiadomo jakie są. Nowo przybyli do kraju wiatraków często są zdziwieni zachowaniem lokalsów. Znam wiele osób, które się naśmiewają ze stylu bycia i życia Holendrów. I za każdym razem myślę sobie: skoro tak ci się nie podoba, to po co tu jesteś? Wychodzę z założenia, że jeśli żyjesz w jakimś kraju, to powinieneś chociaż spróbować żyć, tak jak tutejsi. Nie mówię o całkowitej zmianie, ale o detalach. Bo przecież wtedy i tobie i reszcie jest lepiej. A Holendrzy potrafią docenić to, że obcokrajowiec próbuje się zasymilować ze społeczeństwem, uczy się języka, pracuje, (a nie pobiera zasiłek dla bezrobotnych).
Skoro mowa o stylu życia Holendra, to mam 4 przykłady, które na początku i mnie zdziwiły, bo w Polsce są rzadko spotykane albo wcale. Tutaj jest to normą, ale w ogóle nie jest czymś złym. Wręcz przeciwnie. Dwie z tych rzeczy przydałyby się w Polsce.
Holendrzy nie tańczą. Za to lubią śpiewać. Niemal na każdej szklarni są głośniki i wali z nich holenderskie radio. Nieco się zdziwiłam, gdy usłyszałam pierwszy raz wydzieranie się Holendrów do wtóru z radiem. Znają dobrze język angielski, więc i znają różne przeboje. Jeśli wpadnie im jakaś piosenka w ucho, to w ogóle się nie przejmują, czy ktoś jest obok, czy mają dobry głos. Po prostu głośno śpiewają i pracują. A muszę przyznać, że głosy mają dobre. Kobiety dźwięczne a mężczyźni donośne. Ja nie śpiewam, bo po pierwsze nie lubię a po drugie mam głos jak świni kaszel. Więc to nie dla mnie. Druga sprawa, to taniec. Będąc nie raz w barze z muzyką na żywo, widziałam stojących i pijących Holendrów. Nikt nie skakał w rytm muzyki. No może niektórzy lekko się bujali. Ogólnie stoi się pod sceną, albo przy stolikach, pije i rozmawia. Mnie pasuje, bo tańczyć też za bardzo nie lubię. Nawet nie umiem 😆
Masz urodziny? Składają gratulacje twoim członkom rodziny. Pamiętam sytuację, gdy miałam urodziny a Gerda – kobieta pracująca z nami na magazynie powiedziała do Pana Męża: „Gefeliciteerd” czyli „Wszystkiego najlepszego” albo „Gratuluję”. Zdziwiliśmy się, bo przecież to solenizantowi się składa życzenia. Otóż nie tylko. Jeśli np czyjeś dziecko ma urodziny, gratuluje się też jego rodzicom i rodzeństwu. Druga sprawa, to ciastko. Pan Mąż kiedyś pracował przy bukszpanie. Na pierwsze śniadanie, oprócz kanapek, wyjął jakieś ciastka i poczęstował szefa. A on zdziwiony pyta, czy mąż ma urodziny. Pan Mąż z kolei też się zdziwił, bo przecież nie trzeba mieć urodzin żeby zjeść ciastko 🙂
Częste pytanie: „Alles goed?” Czyli, czy wszystko dobrze, w porządku. I tu sprawa powinna być jasna: Holender nie oczekuje, on wcale nie chce, żeby mu opowiadać o swoich problemach. Najlepiej odpowiedzieć, że tak, wszystko dobrze. Jak to wygląda w praktyce? Do pracy przychodzi się uśmiechniętym, z nastawieniem zrobienia swojego i wyjściem do domu. Praca, to nie czas na opowieści dziwnej treści i narzekanie na życie, czy marudzenie. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Holendrzy w pracy rozkręcali jakieś dramy. Nawet jeśli coś ich trapi, mają chandry i problemy, czy zły dzień (kto tego nie ma?), to nie pokazują tego po sobie. Robią swoje, uśmiechają się, gadają o pierdołach i wracają do domów. Praca to praca, a nie fotel u psychologa. Tu się nie narzeka na choroby czy złe relacje w rodzinie. Niestety niektórzy Polacy tego nie rozumieją. Tacy zawsze widzą wszystko w czarnych barwach, nic im nie pasuje, mają mnóstwo problemów z dupy wyjętych, wymyślonych chorób i zawsze znajdą kogoś, kogo nie znoszą i muszą się z tym kimś kłócić. Ileż ja się takich sytuacji naoglądałam i nasłuchałam. Głowa mała. Dlatego Holendrzy z grzeczności pytają, czy wszystko dobrze, ale oczekują pozytywnej odpowiedzi, bo czyjeś problemy to nie ich sprawa. Skoro jesteś dorosły – radź sobie.
Nie znają cię, ale pozdrowiają na ulicy. I to jest fajne. Nie raz wychodząc rano z domu, spotykałam obcych ludzi na spacerach z psami, którzy witali mnie, mówiąc po prostu: dzień dobry. Też tak robię. Można powiedzieć też „hoi” albo „hallo”. Spacerując np w parku, można natknąć się na osoby, które pierwszy raz cię widzą (i odwrotnie) i pozdrawiają cię z uśmiechem. W Polsce, jeśli kogoś nie znasz, nie odzywasz się nic. A przecież dobre wychowanie nakazuje np powiedzieć choćby „dzień dobry” wchodząc do windy pełnej obcych ludzi.
W ogródku małe zmiany. Nie ma już choinki. Niestety schła w zastraszającym tempie i trzeba było ją wyciąć. Posiane rośliny powoli wschodzą a tulipany przekwitają. Jaśmin ma małe pączki a agrest owoce.
Dzisiaj słonecznie w Zuid Holland. Nawet rano się dało wyjść bez kurtki, której potem zapomniałam zabrać z pracy. Dzisiaj też mieliśmy drugi egzamin z języka holenderskiego. I udało mi się nawet powiedzieć coś innego, niż zamierzałam.
Trzeba było opowiedzieć o swojej wymarzonej pracy. Wszystko szło ładnie, pięknie aż dotarłam do niemal końca. Chciałam powiedzieć, że najpierw muszę zrobić odpowiednie kursy, żeby móc wykonywać zawód. Wyszło mi, że muszę zrobić kursy i potem wszystko popsuć 😳 Jakim cudem? Nie wiem, ale musiałam mówić od nowa 😀 Tam, gdzie mieliśmy lekcje, ruszyła produkcja roślin. W tym miesiącu można już kupić np bratki.
Młodziutkie warzywa i zioła też już są. W zeszłym miesiącu były zresztą „drzwi otwarte” wszystkich szklarni wokoło. Ludzie mogli wejść i zobaczyć, jak wygląda praca, co się produkuje itp. Atrakcji dla dzieci też podobno nie zabrakło. W naszej „szkole” stanął nawet taki wiatrak:
W miejscowości obok- Brielle, odbywał się festyn z okazji wyzwolenia miasteczka spod rąk Hiszpanów. Organizuje się taki co roku. Pojechaliśmy z Panem Mężem zobaczyć, co tam się dzieje. Parady i stragany z pamiątkami były około godziny 11:00-12:00. My byliśmy po południu i zastaliśmy mnóstwo ludzi w barach i przed. Holendrzy świętowali z pompą. Jak wygląda taki festyn? Domy ozdobione są siatkami rybackimi i różnymi napisami. Mieszkańcy są przebrani w dawne stroje a piwo leje się strumieniami.
Dlaczego wywieszane są też ubrania? Tego nie wiem 🙂
Stragany się zwijały, ale udało mi się kupić wypalany w drewnie statek. Zawisł w salonie.
Ten po lewej podobał mi się najbardziej 🙂
W mieście zakwitły magnolie. Jest ich tu mnóstwo. To chyba najpopularniejsze drzewo w Hellevoetsluis.
Rzadko zaglądamy do supermarketu Jumbo, ale ostatnio się zdarzyło. Zajrzałam na dział z winami i wzięłam z półki pierwsze lepsze. Okazało się bardzo dobre. Lubię wytrawne wina, takie żeby gębę wykrzywiło. To takie jest. A w Lidlu znalazłam świetny dip pomidorowy do krakersów.
W kwietniu był też oczywiście Dzień Króla, czyli najważniejsze święto w Holandii z licznymi paradami i koncertami. Mnóstwo osób ma wolne od pracy. My pracowaliśmy do 12:00. W naszym mieście odbywa się co roku pchli targ. Zresztą w wielu miejscowościach takie są i wtedy handlują nawet dzieci. W tym roku dzieciaków było mnóstwo i w większości można było kupić zabawki. Nic ciekawego nie znaleźliśmy, więc poszliśmy na pizzę.
W parkach pojawiło się ptactwo z młodymi:
Rozmrożone, uzbierane wcześniej grzyby w Polsce przydały się wreszcie na sos, który chodził mi po głowie od dawna. Wyszedł pyszny.
Widok ze szklarni- łąka usiana pierwszymi stokrotkami 🙂
Nie jest to dosłownie taki typowy sklep z warzywami, jakich mnóstwo w Polsce. Jest to sklep turecki. Ostatnio został nawet przebudowany i powiększony. Chodzimy tam często po owoce i warzywa.
W środku znajduje się standardowo kebab, ale ja tego nie jem, bo po prostu nie lubię. Oprócz tego są regały z dużym wyborem tureckiego pieczywa i innych produktów: od ryżu, przez marynowane papryki, słodycze, po sery. Tam zaopatruję się w zieloną herbatę, bo lepszej nie piłam. Na zewnątrz pod parasolami znajdziemy szeroki wybór warzyw: rzepy, buraki, paprykę czy kiełki i owoców: arbuzy, melony, truskawki. Zioła też są i przyprawy. Lubię ten sklep.
A teraz do rzeczy. Chodzi o ceny. Gdy dzwonię do Polski, to często słyszę narzekanie, że wszystko podrożało. I ilekroć mówię, że w Holandii też zrobiło się drożej, to zero reakcji. Tak jakby tylko w Polsce ceny podskoczyły. Otóż nie tylko. Ostatnio z ciekawości weszłam na stronę internetową (popularną do kupna mieszkań). Do wynajęcia domy i mieszkania też są. Gały wywaliłam, gdy zobaczyłam o ile podniosły się czynsze. Gdy my wynajmowaliśmy mieszkanie, płaciliśmy prawie 800€ / miesiąc + opłaty typu gaz i woda. Teraz w naszej okolicy za mniej niż tysiąc, nic się nie znajdzie. Taniej jest (o dziwo) w Rotterdamie. Gaz i benzyna też w górę. No i wiele produktów spożywczych jest droższych. Szkoda, że nie trzymałam paragonów, bo teraz bym porównała zakupy z Lidla. Ostatnio musieliśmy podskoczyć właśnie do „Turka”, bo brakło warzyw na zupę. Zazwyczaj kupujemy to samo, czasem coś więcej. Przed podwyżkami cen płaciliśmy za zakupy zazwyczaj około 19€.
Na paragonie nie ma niestety wydrukowanych nazw produktów. Jest wyszczególniona cena za sztukę lub kilogram i cena, którą zapłaciłam. Co kupiliśmy: jajka- 30 sztuk, akurat były w promocji, bo kosztowały 3€
Marchewka była nieco przywiędła, ale trzeba było wziąć. Do tego, jak zwykle 2 pory, rzodkiewka, natka, papryką i cytryny.
Do koszyka trafił też seler i dwa kalafiory i pamiętam, że one w sumie kosztowały 6€. Dorzuciłam też 4 tureckie wafelki, które okazały się pyszne. Dwa kokosowe (niezbyt słodkie, jak polska Princessa) i dwa orzechowe, w smaku podobne do Prince Polo.
Nasze zakupy zazwyczaj wyglądają bardzo podobnie. Wcześniej, zamiast wafelków brałam np winogrona lub mandarynki. Zdarzała się połówka arbuza. Warzywa niemal cały czas te same. I zauważyliśmy, że teraz płacimy trochę więcej. Nie jest to może ogromną suma, jak na holenderskie zarobki, ale różnicę widać. Jak już wspomniałam: wcześniej było około 19€ a teraz:
Mam pomysł, żeby zrobić wpis o cenach popularnych warzyw i owoców. Chcę pokazać, jak to teraz tu wygląda i można porównać do tych w Polsce.
…przeczytanych w tym roku książek i jest na dzień dzisiejszy dupa. Jak sobie wymyśliłam, że będę czytała jeszcze więcej, tak szybko sobie uświadomiłam, że teraz jest jeszcze więcej pracy no i szkoła.
Dzisiaj była ostatnia lekcja- 3 godziny przygotowania do egzaminów. Trzeba było opowiedzieć o swojej wymarzonej pracy i rozmowa ze sprzedawcą telefonu. Chodzi o zwrot w sklepie towaru. Oddaliśmy też uzupełnione segregatory z naszymi ćwiczeniami. Mam dzisiaj jeszcze trochę siły, żeby zrobić wpis, bo trzy książki się uzbierały do opisania 🙂
„Zimne ognie”- Simon Beckett
Do tej pory przeczytałam kilka części kryminałów z antropologiem Davidem Hunterem Simona Becketta. Zaintrygował mnie ten thriller i muszę napisać, że wart jest dwóch dni, bo tyle czasu go czytałam. Główną bohaterką jest Kate Powell, która odnosi sukcesy zawodowe. Jest singielką, sama o sobie decyduje. Ostatnio jednak czegoś jej brakuje. Chce mieć dziecko, ale po nieudanym związku nie zamierza szukać partnera. Chce zrobić to inaczej. Na swój sposób. Postanawia znaleźć dawcę, lecz na własnych warunkach. Musi wiedzieć kim będzie ojciec. Zamieszcza więc ogłoszenie. Alex Turner wydaje się być doskonałym kandydatem. Przystojny, nieco wstydliwy i inteligentny. Pierwsze wrażenie może być jednak mylące. Niebezpiecznie mylące. Fabuła wciągająca. Thriller psychologiczny, w którym poruszone są dwie rzeczy: dziecko bez partnera (może się okazać, że to nie takie proste jakby się wydawało) i stalking, który potrafi zrujnować życie. Do tego dodajmy niebezpieczną ludzką psychikę i dobry materiał na książkę jest.
„Wokół zbrodni”- Mariola Kłodawska
Nie słyszałam wcześniej o tej autorce a szkoda. Prowadzi kanał „Kartoteka” i opisuje przerażające sprawy kryminalne, te rozwiązane i te, które czekają jeszcze na odkrycie. W książce większość z nich pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, gdyż autorka interesuje się nimi od wielu lat. Fascynuje i nurtuje ją fakt, że pomimo ogromnego rozwoju kryminalistyki i kryminologii, wciąż nie zna się odpowiedzi na wiele pytań. A ja się zastanawiam, dlaczego, mimo rozwoju tych dwóch dziedzin ludzie dalej mają odwagę zabijać… Książka jest o prawdziwych zbrodniach, które wstrząsnęły światem. O niektórych słuchałam podcastów lub czytałam. Estibaliz Carranza po zamordowaniu i rozczłonkowaniu ciał partnerów trzymała ich szczątki w piwnicy pod swoją lodziarnią. Jenelle Potter nakłoniła najbliższych do zabicia młodych rodziców, tworząc fikcyjną postać Chrisa – agenta CIA. Co się stało z Ann Gotlib, która zaginęła w wieku 12 lat z terenu centrum handlowego w Louisville w stanie Kentucky 1 czerwca 83roku? I na koniec sprawa, która jest jedną z tych zapadających w pamięć. Gertrude Baniszewski wciągnęła grupę dzieci w zbrodnię, w trakcie której torturowali i zmęczyli na śmierć 16-letnia Sylvię Likens. W tej książce opisane jest to chyba najdokładniej, bo w podcastach nie wszystkie szczegóły były ujawniane.
„Jestem mordercą”- Max Czornyj
Doskonale napisana powieść z przerażającej perspektywy mordercy. Aż ciężko uwierzyć, że jeden człowiek mógł tak namieszać i dokonać takich zbrodni. Johann „Jack” Unterweger urodził się w 1950 roku w Austrii. Nazywany był „Dusicielem z Wiednia”. W 1974r zabił 18latkę, bo przypominała mu matkę. Został skazany na dożywocie. W więzieniu napisał i wydał m.in autobiografię, wiersze i pisał sztuki teatralne. Rozpoczęła się batalia o uwolnienie Unterwegera. Jest to prawdziwa historia jednego z najbardziej bestialskich seryjnych morderców świata. Dewianta, który zadrwił z biegłych psychiatrów i wymiarów sprawiedliwości kilku państw. Psychopaty i ulubieńca mediów. Czytając, ciężko było uwierzyć, że taki ktoś wywinął się w taki sposób policji i sądowi. Z ciekawości obejrzałam kilka materiałów na YouTube. To trzeba zobaczyć.
A ja zapisuję w notesie przeczytane od Nowego Roku książki. Narazie tylko 5. Zobaczymy, jak pójdzie dalej.
To słowa holenderskiej naukowiec, która też jest pisarką- Louise O. Fresco. O co dokładnie chodzi? O to, że Holendrzy postanowili bardziej zadbać o środowisko. Chcą osiągnąć w tym temacie jeszcze wyższy poziom.
To, że jeździ się tu głównie rowerami, co jest zdrowsze i dla ludzi i dla środowiska, to wiadomo od dawna. Ale nie o rowerach będzie mowa, bo to temat długi i na inny wpis. Na początek napiszę, że w szkole oprócz języka, uczymy się o życiu w Holandii (m.in o rządzie, organizacjach, tolerancji). Jednym z zadań było wypunktowanie rzeczy z naszej pracy, które są przyjazne środowisku. Można je określić słowem „duurzaam”, czyli coś zrównoważonego, względnie przyjaznego dla środowiska, oszczędzającego zasoby. Słowo to, często można usłyszeć w radio. I jest kilka rzeczy, które są duurzaam. Po pierwsze nie mamy na kantynie naczyń plastikowych. Wszystko jest szklane- od kubków, do talerzy. Sztućce metalowe. Jest zmywarka. Zero papierowych ręczników. Wszystkie ściereczki i ręczniki do rąk są takie, jakie mamy w domach i prane w pralce energooszczędnej. Zresztą nasze ubrania też. Nie przynosimy ich do domu (tu głównie chodzi o wirusa). Gdy sprzątam magazyn, szefowa zawsze przynosi mi reklamówkę wypchaną ścierkami zrobionymi ze starych t-shirtow swoich dzieci. Wiem, że są kantyny, gdzie stoją automaty do kawy z plastikowymi kubkami. Ile to jest śmieci…
A jak Holendrzy radzą sobie z ochroną środowiska? Idzie całkiem dobrze. Wymienię kilka rzeczy, które można zauważyć. Przede wszystkim kaucja za plastikowe butelki. Władze Holandii chcą, by 9/10 butelek trafiało do recyklingu. Najpierw były to duże butelki PET (0,75l) i 25 centów za sztukę. Od 2021r można zwracać też małe butelki. Dąży się do zmniejszenia ilości odpadów komunalnych, liczba plastikowych śmieci maleje, bo są zwroty do 80%. Butelki wrzuca się do specjalnych automatów, które są w każdym supermarkecie. Okrągły otwór na plastiki, a na dole „właz” dla kraty z butelkami po piwach. Po naciśnięciu przycisku, wyskakuje bon na którym widnieje kwota, którą odliczy pani kasjerka od zakupów.
W każdym markecie są też pojemniki podzielone na dwie części: zużyte baterie i żarówki. Oprócz tego miejsca przeznaczone na tekturowe pudełka po towarach. Ludzie używają ich jako torby na zakupy, lub zabierają do domu, bo przydają się do pakowania różnych rzeczy.
Specjalne pojemniki przy centrach handlowych i supermarketach. Jest ich kilka i są podzielone na papier, plastik i szkło (białe, zielone, brązowe). Niejednokrotnie czytałam w internecie, że dzielenie szkła na kolory nie ma sensu, bo i tak wszystko wpada do jednej komory. Nie wydaje mi się. Kiedyś (wyrzucałam słoiki) i kontener był popsuty. Z ciekawości zajrzałam do środka i był wyraźny podział na trzy części.
Wspomnę tutaj o pojemniku „restafval”.Do niego wrzuca się to, co nie poszło do kontenerów recyklingowych. Ale nie jest to takie proste, bo pojemnik jest szczelnie zamknięty a do jego otwarcia potrzebna jest specjalna karta, na której zapisywane jest otwarcie i zamknięcie. I nie za darmo, bo to 1,20€. Niby nic, ale w ciągu roku sumka się uzbiera. U nas na osiedlu jest taki jeden i widzę że ludzie korzystają. Widzę też, że każde domostwo posiada 3 kontenery: niebieski na papier, zielony na odpady zielone i czarny na resztę. Trzeba pilnować, aby odpady były umieszczone w odpowiednich pojemnikach. Inaczej grożą mandaty za nieprzestrzeganie segregacji i służby komunalne mogą nie opróżnić kosza. Kiedyś mieliśmy czarny kontener wypchany po brzegi i trochę się nie domykał. Został opróżniony, ale zawieszona była kartka z informacją, że musi być domknięty, inaczej nie będzie opróżniony.
Kosze na śmieci dla rowerzystów. Mają odpowiedni kształt, żeby łatwo było wyrzucić śmieci.
Ubrania. Czytałam, że przemysł odzieżowy emituje więcej CO2 niż lotnictwo i transport morski. I nachodzi mnie taka myśl: po jaką cholerę te wszystkie celebrytki tworzą swoje marki odzieżowe i jednocześnie gadają o ochronie środowiska? Ciuchów jest od groma. I wiem, że nigdy nie kupię od takiej osoby nawet chusteczki do nosa. Wiele swoich ubrań się pozbyłam. Mam te naprawdę potrzebne. W Polsce jak i Holandii są specjalne kontenery na tekstylia. To w nich wylądowały moje ciuchy.
Można też oddać do kringloopa. Tam znajdziemy fajne rzeczy z drugiej ręki i jest to tu popularne. Co nie znaczy, że każdy Holender tam kupuje. Niektórzy lubią Action, gdzie chińszczyzna rządzi i przyznają się bez problemów, że balony urodzinowe kupują na Alliexpress.
Kilka słów o kanałach. Płaci się tu wysokie podatki, żeby było czysto. Wiadomo, w miastach w kanałach znajdziemy śmieci, nawet dużych gabarytów. Rowery i wózki sklepowe to norma. U nas w miejscowości i okolicach kanały są regularnie czyszczone i rolnicy korzystają z ich wód do podlewania pól. Kolejna rzecz: nie ma rozwijającej się betonozy. Parki i zieleń miejska wszędzie. Utrecht jest przykładem. Dodatkowo, na dachach przystanków autobusowych sadzone są rośliny dla pszczół. To cieszy, bo ileż to razy czytałam o niszczeniu/ paleniu pasiek np w Polsce. Nie pojmuję, jak ludzie mogą być tak głupi i podli!!! Wiadomo czym to grozi.
Popularne są tu też panele fotowoltaiczne. Holandia jest jednym ze światowych liderów jeśli chodzi o ilość paneli na dachach. Wzrost cen energii doprowadził do tego, że ludzie decydują się je zakładać, z tym że teraz czas oczekiwania jest dłuższy, bo od 8 do 14 tygodni. My też w to wchodzimy. Gmina pożycza pieniądze. Złożyliśmy wniosek. Firma wyliczyła nam 4 panele za prawie 5 tysięcy. Będziemy spłacać je po 30€ przez kilkanaście lat. Czekamy na odpowiedź z gminy.
Co jeszcze robimy dla lepszego środowiska? Są to drobiazgi, ale jednak. Przede wszystkim nie śmiecimy. Plastikowe butelki oddajemy do recyklingu. Segregujemy śmieci jak nakazano. Nie zużywamy dużo wody, bo kąpiele są krótkie. Na zakupy bierzemy swoje szmaciane torby, lub wielkie papierowe z Lidla. Są wytrzymałe. Ja zrezygnowałam z jednorazowych wacików. Dobra decyzja. Światło nie pali się niepotrzebnie. Nie mamy suszarki do prania. Wolę jak samo schnie, bo w domu ładniej pachnie 🙂 Nie kupuję wody. Mam jedną butelkę, do której leję kranówę, bo tu jest pyszna. Czasem Pan Mąż kupuje sobie wodę gazowaną. Wtedy plastik idzie do automatu. Nie kupujemy niepotrzebnych klamotów. To są małe kroki, ale jednak zbiera się ich sporo 🙂
Kolejne święta spędziliśmy w Holandii. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz byliśmy w Wielkanoc w Polsce. Tutaj nie obchodzimy jej dokładnie tak, jak w ojczyźnie.
Przede wszystkim nie ma tutaj tradycji chodzenia z koszyczkiem do kościoła. Słyszałam, że gdzieś tam odbywa się świecenie pokarmów dla Polaków, ale nas to nie interesuje. Nie posiadamy małego koszyczka, ale w polskich sklepach można się bez problemu zaopatrzyć np w baranka czy babeczkę. W sobotę było ciepło i słonecznie, więc wyszliśmy na zewnątrz żeby zrobić porządki w ogrodzie i przed domem. Pan Mąż wziął się za chwasty. Kupił wcześniej w Actionie sprzęt, który ma usuwać chwasty. Podłącza się to do prądu, wydziela się ciepło i chwasty więdną. Uważam, że więcej z tym roboty niż pożytku. Stoi się z tym czymś nad chwastem, stoi i stoi, powietrze gorące dmucha, dookoła śmierdzi spalenizną a chwast uschnięty zostaje i i tak trzeba go wyrwać. Bez sensu. Koniec końców chwasty zostały usunięte ręcznie. Wyniosłam wrzosy na tył domu, a obok drzwi wejściowych zostawiłam iglaka w donicy, nowo kupioną chortensję i poustawiałam bratki i niezapominajki. Do tego jeden krasnoludek i jest wiosenne.
W domu też znalazło się kilka świąteczno- wiosennych dekoracji. Mimo, że nie obchodzimy tych świąt typowo, to jednak zawsze staram się żeby nie brakło kurczaka, czy jajek.
Kupiłam w polskim sklepie farbki i naklejki na jajka. Skorzystałam tylko z farbek. Nie chciało mi się kleić. Wrzuciłam 4 białe jajka do barwników. Wyszły delikatne kolory i takie też chciałam, bo moim zamysłem było namalowanie na jajkach twarzy. Pomysł zaczerpnięty z internetu i poniżej efekt 🙂
Nie robiliśmy śniadania wielkanocnego. Wspólnie z parą znajomych ustaliliśmy, że czas na pierwszego w tym roku grilla, tym bardziej że pogoda dopisała i w słońcu było wręcz gorąco. Pan Mąż zajął się szaszłykami a ja zrobiłam żur z białą kiełbasą.
Była też zwykła, cienka kiełbasa, sałatki i faszerowane jajka. Znalazłam w zamrażarce paluszki krabowe surimi. Wpadłam na pomysł zrobienia z nich nadzienia do jajek. To byłoby coś innego. Posiekałam paluszki, żółtka rozgniotłam widelcem, doprawiłam solą i pieprzem, wymieszałam z odrobiną majonezu i farsz gotowy. Okazał się bardzo smaczny. Na wierzchu położyłam kapary.
Pomysł na sałatkę zaczerpnięty z TikToka okazał się strzałem w dziesiątkę. Dawno nie jadłam tak dobrej sałatki z selerem naciowym ze słoika. Potrzebny jest słoik selera, 2-3 jajka na twardo (w kostkę), ogórek konserwowy (w kostkę), żółty ser starty, wędlina drobiowa (w kostkę), kukurydza z puszki (opcjonalnie, bo tego w oryginalnym przepisie tnie było), majonez, sól i pieprz. Wyszła pyszna mieszanka.
Poniedziałek wielkanocny leniwy i wolny od pracy, tak jak w Polsce. To znaczy nie wszyscy, bo np Lidl w święta otwarty. To Śmigus Dyngus, który bardzo lubię, więc o 6:00 rano było lanie wodą. Pan Mąż pierwszy mnie zaskoczył. Lany Poniedziałek, więc słońce zniknęło, od rana chmury i wreszcie pojawił się deszcz. Do następnego 🙂
Dziwny ten miesiąc był. Ni to zima, ni to wiosna… Drzewa wypuściły mnóstwo pąków, wszędzie żółto od żonkili, ale słońca brak, deszczu ogrom i czasem rano przymrozek.
Kurtkę zimową odłożyłam. Wystarczy. Za to przydał się nie raz parasol, bo dawno tak mokro tu nie było. Jak nie ulewa, to mżawka. Lubię deszcz, ale już prawie człowiek zgnił. Za to wracając z Belgii, widoki fajne:
Początki wiosny, czyli żonkile nad kanałami, konie i paw z drewna.
Założyłam sobie TikToka. Wiem, już dawno stał się jednym z ważniejszych mediów społecznościowych, ale ja zawsze jestem z takimi rzeczami do tyłu. Obserwuję kilka ciekawych osób, w tym prowadzących lekcje holenderskiego. Ale oprócz przydatnych rzeczy, znajdują się tam też głupkowate aplikacje. Jakie? Ano np do zrobienia twarzy Jasia Fasoli 🙂 Czego to ludzie nie wymyślą… Planuję post z kontami, które obserwuję na Instagramie i TikToku. A to ja:
Podczas spacerów lubię oglądać dekoracje i rośliny przed domami Holendrów, bo mają fajne pomysły.
Czarny kogut szwendający się z kurami, czyli jak to się mówi: „ze swoim haremem” chociaż harem to w ogóle coś innego.
Coraz bardziej czerwono. Do pełnego zbioru jeszcze trochę daleko. Już w domu mam z pracy kilka pomidorów, bo te tylko mi smakują. Może dlatego, że za darmo…? 😀
W kwiaciarniach mnóstwo wielkanocnych ozdób i stroików:
Mamy w mieście jedną taką ładną ulicę. Jest mnóstwo zieleni, duże piękne domy (ale nie z tych nowoczesnych) i zawsze są tam wyeksponowane przydomowe ogródki. Jest na co popatrzeć. Ostatnio przed jednym z takich domów stanęła sporych rozmiarów drewniana świnia.
A tu podczas zajęć praktycznych w szkole. Było akurat o owadach (głównie o szkodnikach pomidorów) i to akurat mnie najmniej interesowało. Łapałam za to nowe słówka.
Miałam urodziny. Wymyśliłam sobie, że z tej okazji kupię jedną babeczkę (tort to za dużo), świeczki- cyfry i sobie zdmuchnę. Wspomniałam o tym Panu Mężowi a potem zapomniałam. W dzień urodzin poszedł do sklepu (pod pretekstem kupna piwa) i wrócił z babeczką i dużą świeczką ( cyfr nie było) i kazał mi dmuchać 🙂
Pewnego dnia rano, na pasach spotkaliśmy takiego jegomościa 🙂 Nawet nie miał zamiaru się ruszyć. Stał sobie tak i nawet przejeżdżające auta mu nie przeszkadzały 🙂 Na ptaki tu trzeba uważać. Kaczki spacerujące po ścieżkach rowerowych, łabędzie na drogach, to tu norma.
A na sam koniec mina porannej kawy, kiedy zobaczyła jaka paskudna pogoda za oknem 🙂