NIE TAKI SĄSIAD- HOLENDER STRASZNY, JAK GO MALUJĄ

Poznaliśmy naszych nowych sąsiadów: i tych z lewej i tych z prawej strony. Poszliśmy wreszcie się przedstawić. Zabraliśmy ze sobą „prezenty”, tzn pełne skrzynki 🍅. Ale po kolei…

Jak już wcześniej pisałam, przed nami mieszkali tu inni Polacy. Od tych ostatnich słyszeliśmy, że małżeństwo sąsiadów z prawej jest super. Ci po lewej, nie odpowiadali nawet na „dzień dobry” i non stop skarżyli się na hałasy. No to ja sobie myślę, że jakiś powód tej niechęci do Polaków skądś się wziął… Pan Mąż mówi tak: „Dobra, zaczynamy urlop i trzeba iść się przedstawić i przywitać”. Ja byłam, przyznam się, pełna obaw. A już na pewno w stosunku do tych sąsiadów nieprzychylnych Polakom. Ale dobra, poszliśmy zaraz po pracy. Najpierw do tych miłych. Otworzyła nam pani uśmiechnięta i ciut zaskoczona, bo nie wiem, czy nas obserwowała z okna, gdy znosiliśmy klamoty. Możliwe, że jednak tak, bo Holendrzy podobno lubią wiedzieć dużo na temat swoich sąsiadów. Przedstawiliśmy się i powiedzieliśmy skąd jesteśmy i że teraz tu będziemy mieszkać, bo kupiliśmy dom. Pani na to, że wie, że jest jej miło i od razu zapraszała nas na kawę. Była sama, bo mąż w pracy. Grzecznie podziekowalismy i odmówiliśmy, bo my ledwo po pracy. I jeszcze chcieliśmy przecież iść do tych drugich „niemiłych”. Powiedziała, że rozumie i się cieszy z nowego towarzystwa 🙂 Fajnie, super, miło, nie? I potem z duszą na ramieniu zapukalismy do kolejnych drzwi. Ja miałam myśl typu: „Kurwa zamkną nam drzwi przed nosem i będzie siara”… Ale nie! Rozmowa była krótka i miła. Spokojni, fajni ludzie. Podziękowali za warzywa i nawet stwierdzili, że będzie się dobrze mieszkać. A! I też wiedzieli kim jesteśmy i że kupiliśmy dom.

W piątek, ostatni dzień przed urlopem. Przyjechaliśmy po pracy, parkujemy a tu wychodzi sąsiad (ten, co wcześniej był w pracy i nie poznał nas osobiście). Najwidoczniej czekał na nas. Przedstawił się i mówi, że widzi nas w przyszły weekend na kawie. Ok, przyjdziemy 🙂 W pierwszy tydzień urlopu nawet nie dobiło jeszcze weekendu a tu dzwonek do drzwi. Wróciliśmy akurat dopiero co z zakupów i jedliśmy kapsalony. Pan Mąż otwiera, a tu sąsiad „od kawy”. Mówi, że mamy wpaść teraz na kawę i piwo. Coooo? Przecież umówieni byliśmy na weekend. Ale ok. Poszliśmy. 2 godzinki zleciały przy kawie i rozmowie. Mili, sympatyczni, weseli. Wiele nam opowiedzieli o jeszcze dużo wcześniejszych lokatorach 😬 Np to, że raz mieszkało tu przed nami 9 facetów! Pracowników z Polski. Wesoło nie było. Tzn sąsiadom, bo ci panowie podobno co weekend bawili się wybitnie 😣 No i co się potem dziwić Holendrom… Wychodzi na to, że po prostu wystarczy mieszkać „po ludzku”, być spokojnym, miłym, mówić „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia” a przekonają się tubylcy i do obcokrajowców 🙂

CO CIEKAWEGO WYNALAZŁAM W KRINGLOOPIE

Pojechaliśmy dzisiaj z Panem Mężem do ulubionego sklepu ze starociami. Ja miałam w planach poszukać niedużej osłonki na doniczke i dużej doniczki na przesadzenie kwiatka…

Jak to zazwyczaj bywa, wyszłam ze sklepu z paroma innymi rzeczami. A że była dostawa nowego towaru, to miałam w czym przebierać 🙂 W oko wpadły mi drewniano- metalowe stojaki na gazety. Stwierdziłam, że jeszcze nie będę tego kupować a teraz żałuję. Jak zawsze zresztą, bo zamiast brać od razu, to się rozmyślam i potem już tego czegoś upatrzonego nie ma :/ A ja taki gazetnik chcę mieć, mimo że gazet nie czytam, tylko książki. Jest to fajna ozdoba domu. Szkoda, że nie zrobiłam zdjęcia. Oglądałam też żyrandole. Musimy zmienić jeden w toalecie na dole, bo jest przepalony. Jak na złość w tym temacie wyboru dużego nie było. Przeważały kinkiety. Dobrze, że w miasteczku mamy jeszcze jeden krongloop, więc na pewno coś znajdziemy. A to, co wygrzebałam dzisiaj:

Metalowa puszka w kwiaty za 2 euro. Szukałam takiej większego rozmiaru, bo muszę trzymać gdzieś papuzie ziarno. Z torebek się wszystko wysypuje. Natrafiłam na tą i ją wzięłam. Zmieściło się i ziarno i proso.

Dynia na Halloween 🎃 Jest szklana a z tyłu ma otwór na wkład świeczki. Fajny gadżet nawet na jesień. Lubię Halloween, więc taka dyńka się przyda 🙂

Były trzy obrazki: Nowy Jork, Paryż i Londyn. Żałuję, że nie wzięłam wszystkich trzech :/ Mamy w korytarzu przy drzwiach wbity haczyk na klucze. Stwierdziłam, że taki obrazek będzie się w tym miejscu dobrze prezentował. Chyba jutro kupię pozostałe, bo już widzę, że będą fajnie razem wyglądać. Obrazek pochodzi z Ikei.

Ta osłonka najbardziej mi się podobała. Parę napisów, kawałek oplecionego wokoło sznurka i fajny kolor.

Szklany dzbanek w krowy 🙂 Szukałam takiego na łyżki kuchenne i jest! To już drugi w krówki, jaki posiadam. Świetna ozdoba kuchni.

Zegar za 7,50 euro. Spodobał mi się od razu. Jest otwierany, w środku ma trzy półeczki na jakieś pierdoły. Bardziej spodziewałam się haczyków na klucze 😉 Znalazłam za to zapasową baterię. Wymieniłam i chodzi 🙂

2 doniczki w kształcie skorupek jajek. Idealne, jako ozdoba na Wielkanoc. Już widzę w nich posadzone małe żółte żonkile 🙂

Spora doniczka jest mi potrzebna do przesadzenia kwiatu, który tak mi się pięknie (odpukać) rozrósl, że szkoda aby się dalej męczył. Wypuścił odnożkę, więc muszę ją wsadzić do tej donicy. Szkoda, że ziemi zapomniałam kupić :/ Ogólnie w donicach nie było wyboru. Dobrze, że trafiłam na taką chociaż. Kolor mi odpowiada, bo w większości posiadam białe doniczki.

Dopiero zaczęłam urlop, więc jeszcze mam dużo czasu na bieganie po kringloopach 🙂

KUCHENNE GADŻETY I SPRZĘT, KTÓRY BYM CHCIAŁA

Stwierdziliśmy z Panem Mężem, że jeszcze nie będziemy robić remontu kuchni, tj wymiany mebli, płytek itp. Nie podoba mi się jej żółty kolor, ale nie jest w tragicznym stanie, więc odpuścimy a zajmiemy się innym pomieszczeniem.

Powoli doprowadzam kuchnię do porządku. Czyszcze szafki i próbuję w nich upychać swoje rzeczy. I nie jest to łatwe, bo w poprzednim mieszkaniu, kuchnia miała więcej większych szafek. Tutaj jest 5palnikowa kuchenka (!) z ogromnym okapem. Była wcześniej wymieniana i jest niedopasowana do mebli. Z obydwu stron są szpary i jedzenie z garów śmiało wpada w te dziury 😒 Nam takich rozmiarów gazówka i okap, nie są potrzebne. W tą przestrzeń można dołożyć więcej blatu i szafkę u góry. No, ale jakoś się przeżyje. Oglądałam w internetach zdjęcia fajnych rzeczy, które mogłyby dodać tej kuchni trochę „ładności” 🙂 I wybrałam kilka, które wpadły mi w oczy 👀

Magnesy na lodówkę

Lubię magnesy a im bardziej kolorowe i fajne, tym lepiej. Mam ich kilkanaście, ale są to np z odwiedzonych przez nas miejsc. Chcę też jakieś śmieszne. W mieszkaniu lodówkę mieliśmy zabudowaną. Magnesy wylądowały na okapie i niezbyt mi się to podobało. Teraz lodówka będzie wolnostojąca i tam się je przyczepi 🙂

Dzbanki na łyżki kuchenne

Tutaj są tylko dwie szuflady. W dodatku płytkie i wąskie. Nie mogę włożyć wszystkich łyżek i łych do mieszania w garach. Dobrze, że na sztućce miejsce jest. U Holendrów podpatrzyłam w kuchni emaliowane dzbanki z ładnymi obrazkami, do których wkładane są różnej maści „mieszadła” i wygląda to naprawdę ładnie. Od czego mam kringloopy? Tam jest mnóstwo takich dzbanków za centy 🙂

Chlebak

Nie chodzi o taki chlebak zwykły plastikowy, jakich pełno było kiedyś. Chcę drewniany, a najlepiej z bambusem 🙂 Do tej pory chleb trzymaliśmy w siatce w szafce, bo na blacie miejsca mało. Teraz mam ( o dziwo ) gdzie ten chlebak postawić, więc na pewno go kupię.

Suszarka do naczyń

Nie plastikowa! Nie lubię plastiku. Najlepiej drewniana, bambusowa. Lubię bambus 🙂 Tu też jest zmywarka. Ale podobno po włączeniu jej, wywala korki w chacie 😬 Pan Mąż musi ją sprawdzić. Zresztą trzeba ją najpierw porządnie doczyścić, bo pleśni trochę jest. Narazie trzeba zmywać gary ręcznie. Gdyby okazało się, że nie jest już sprawna, to ta suszarka się przecież przyda.

Grafiki kuchenne

Świetna ozdoba kuchennej ściany! Podobają mi się grafiki vintage, jak i te nowoczesne: np przeliczniki kuchenne. W naszej kuchni jest spory kawałek wolnej, czystej ściany, więc będą pasowały jak ulał 🙂

Pojemniki kuchenne

Szczególnie upodobałam sobie te metalowe (ten pierwszy) na ziemniaki czy cebulę. Warzywa nie walają się w reklamówkach i nie gniją. A takie pojemniki są dodatkowo fajną ozdobą i nie muszę być schowane 🙂 Wydaje mi się, że pasują do każdej kuchni.

Czajnk bezprzewodowy

Kiedyś podobały mi się proste czarne czajniki. Teraz coś mi się odmieniło i stawiam na fajny ciekawy kształt, kolor a nawet wzór 🙂 Widziałem np czajnik vintage w kolorowe kropki. Będę na pewno szukać jakiegoś nietuzinkowego kształtu.

Lodówka SMEG

Wcześniej jakoś kolor czy kształt lodówki nie miały dla mnie znaczenia. Wiedziałam na pewno, że chcę sprzęt niezabudowany, bo muszę mieć gdzie wieszać magnesy 🙂 Potem stwierdziłam, że nie chcę białej lodówki, ale srebrną. Bajery typu kostkarka do lodu, nie są mi potrzebne. Od jakiegoś czasu, w oko wpadły mi lodówki marki SMEG- kultowe, vintage, o pastelowych kolorach. Zresztą w holenderskich domach, sprzęt tej marki ( roboty kuchenne czy czajniki ) można często spotkać. Zobaczyłam tę w kolorze czarnym i oszalałam 😉 Jak pastelowa by mi nie pasowała, tak czarna owszem. Lodówki są cholernie drogie, bo ok 2 tys euro, ale wiem, że na pewno będę ją miała. Ta na zdjęciu jest niska, a są też te wysokie z dużym zamrażalnikiem na dole. Mnie akurat przypadła do gustu ta mniejszych rozmiarów. Zobaczymy, jakie znajdziemy w tutejszych sklepach 🙂

NASZ JEST TEN KAWAŁEK ZIEMI…

Wcześniej był balkon, teraz dorobiliśmy się ogródka 🙂 W zasadzie, to podwórka. Tutaj wiele osób mówi na ten mały plac- ogród. Ja mówię po prostu ogródek.

Oczami wyobraźni widziałam już mini taras z palet, krzaki bzu i mały warzywniak. Teraz jedyne, co chcę, to pozbyć się chwastów i śmieci. Jak wcześniej pisałam, mieszkali tu pracownicy firm. Dlatego nie dziwię się, że „ogród” jest w tak opłakanym stanie. Dobre jest to, że poprzedni właściciel na pół z sąsiadem, postawili nowe ogrodzenie z prawej strony. To jedno jest z głowy.

W ogródku rosną dwa drzewa liściaste i jedno małe iglaste. Nie wiem niestety, co to są dokładnie za drzewka. Ja się cieszę, że w ogóle jakieś są 🙂 Na całą szerokość domu, przy drzwiach wyjsciowych, wyłożone są płyty chodnikowe. W tym miejscu dobry by był podest podświetlany z palet 🙂

Znalazło się nawet miejsce na małe oczko wodne. Niestety nie nadaje się na ozdobę ogródka. Woda czarna, pływa w niej jakaś biała plastikowa kaczka, wokoło kupa chwastów,dwie smętne lampki solarne, nad wodą latają komary ( teraz już wiem, skąd mamy ich tyle w chacie 😒), a dzisiaj zauważyłam, że zrobiły się w tym bajorku ślimaki! Po wyczyszczeniu oczka, pójdą mieszkać do kanału 🐚🐚

Rośnie też resztka bambusa. Piszę „resztka”, bo wczesniej było go tu od groma, ale przy stawianiu ogrodzenia został wytargany z ziemi. Podobno jest to kłopotliwa roślina, a mnie się od zawsze podobała… Obok jest paproc i chyba ją akurat zostawię, bo też mi się podoba 🙂

No i oprócz tych chwastów i innych roślin, znalazłam kupę śmieci m.in zdezelowany stolik ogrodowy z podniszczonymi krzesłami, stary dmuchany basen, grill, jakieś papierki i słoik z petami :/ Do tego, odkryłam na ścianie domu drewnianą drabinkę ( zapomniałam jak się to fachowo nazywa) do pnących roślin 🙂

Na urlopie będziemy mieć tu dużo roboty. Cieszę się, że od przyszłego tygodnia będzie ciepło i bez deszczu. Na jesień elegancko wysprzątamy ogródek i ponownie wrzucę zdjęcia na bloga. Potrzebna będzie też mini szopka- tuinhuis, bo niestety zabrakło jej tu a jest naprawdę przydatna. Bo gdzie schowam rower, doniczki, i inne takie? Wiem na pewno, że nie chcę „wychodnikowanego” podwórka, jak to w zwyczaju mają Holendrzy. Trawka musi być 🙂 Poniżej trzy przykłady ogrodu bez trawy. Ładnie urządzone, ale jak dla mnie, za dużo betonu :/

Jak to się mówi: ciasny (ogródek), ale własny 😊

KILKA „PEREŁEK” Z NOWEGO DOMU

Wczoraj, przez cały dzień, robiliśmy porządki w domu. I nadal jest bajzel na kółkach. Dom kupiliśmy od właściciela firmy, który pośredniczy w oferowaniu pracy Polakom i innym obcokrajowcom. Są tutaj jeszcze meble i rzeczy, które firma zabierze w przyszły weekend. Dla nas, to nie problem, bo mamy na czym spać i lodówkę 🙂 Nasze łóżko i szafę zostawiliśmy w poprzednim mieszkaniu nowym lokatorom. I tak były już starawe, bo z kringloopa. Lodówka nie była naszą własnością. A w tej chwili korzystamy z tej firmowej.

Przed nami mieszkało tu wielu Polaków. Sama kiedyś też korzystałam z firmowych domów. Na szczęście tylko trzech i wybyłam potem na prywatne- wynajmowane, bez żadnych współlokatorow. Cisza, spokój i czysto. No właśnie- o czystość mi głównie chodzi. Mieliśmy świadomość, że znajdziemy tu niespodzianki po poprzednich lokatorach, bo widzieliśmy na własne oczy, że ludzie tutaj nie dbają o porządek na firmowych mieszkaniach. Nie wszyscy oczywiście, bo znam osoby, które o czystość walczyły z brudasami. Wiem, że ludzie po pracy zmęczeni itp. Ale jeśli się mieszka np w 4 czy 5 osób, to posprzątanie syfu w weekend jest szybkie. Poza tym, gdyby każdy dbał o porządek wokół siebie i po sobie zawsze sprzątal, to wtedy jest jeszcze prościej. Niszczenie firmowych rzeczy, to druga sprawa. Po co szafka na ubrania ma mieć drzwi? Najlepiej je wyrwać i wyrzucić na podwórko. Potem zrobić z niej prowizoryczny stolik lub ławkę, którą i tak się przypali papierosami. Ludziom niektórym się nie przetłumaczy. Wolą sobie żyć w takim burdelu, bo przecież za parę tygodni czy miesięcy i tak zjadą do Polski a inni niech się męczą z tym syfem i go sprzątają. Smutne to, ale niestety prawdziwe: wielu Polaków nie dba o miejsce, z którego korzysta…

My mieliśmy pozwolenie na przewiezienie naszych rzeczy jeszcze przed wizytą u notariusza. Więc wiedzieliśmy, że firma nie zdąży zabrać gratów i posprzątać. Zresztą uzgodnilismy między sobą, że zabiorą to, gdy będą tylko mogli. Sprzątać zaczęliśmy sami, ale i tak nie są to wielkie porządki. Te zostawimy na urlop 🙂 Natknęlismy się na dwie niespodzianki po dawnych właścicielach domu- Holendrach i dwie właśnie po Polakach. I jak te po Holendrach nie są takie brzydkie, tak te po naszych rodakach- niezbyt przyjemne 😦

Napis na ścianie. Ładny cytat, zresztą Boba Marleya lubię, ale nie jestem zwolenniczką liter na ścianie. Nie podobają mi się takie naklejki z różnymi maksymami, czy obrazkami. Wiem, że to modne i że Holendrzy je sobie upodobali, ale ja jestem na nie. Gdybym już musiała zgodzić się na takie coś, to tylko napis: hakuna matata 😁

Jak Holender weźmie się za podłogi, to mucha nie siada 😂 Widziałam już dużo, ale paneli położonych na wykładzinę jeszcze nigdy. Mało tego! Paneli brakło, więc nie jest to skończone i tak sobie zostało. Kiedyś widziałam ścianę bez kawałka tapety. Pewnie też brakło. No więc zastawili szafą i po problemie. Tu pewnie było tak samo: łóżko, szafa i nie widać.

Kupa jedzenia w pokoju na podłodze- normalne dla niektórych. Dla mnie, nie. Dla mnie logicznym jest odkurzanie też pod łóżkiem. Ale po co? Najlepiej wrzucić chrupki i papierki pod i „pozamiatane”. A to czerwone coś, to damska koronkowa koszulka nocna. Nawet ładna. Szkoda, że babka jej nie zabrała.

A tu chyba jakieś oświadczyny się odbyły. On poprosił ją o rękę a ona wyryła w tapecie odpowiedź. Wcześniej zastanawiała się ze 2 dni. Potem zrobiła napis i kazała mu go znaleźć. Ot, taka historyjka mi się nasunęła 😅 Dobrze, że te tapety brzydkie i wszystko będzie zrywane.

Cieszę się, że TYLKO takie niespodzianki były. Że nie znaleźliśmy np zużytych prezerwatyw. A piszę to dlatego, że już raz się zdarzyło. Kiedyś firma poprosiła nas (mnie i kilka koleżanek z pracy) o pomoc w sprzątaniu kilku mieszkań po pracownikach. To był grudzień, ludzie zjechali do Polski. Pojechaliśmy, bo przecież to też zarobek. Na 5 mieszkań, tylko jedno było naprawdę czyste. Reszta, to obraz nędzy i rozpaczy, Sodoma i Gomora, syf- malaria. I w jednym takim, pod łóżkiem leżały sobie gumki… Ohyda. Doszłam do wniosku, że na takie tematy, to mogę już książkę napisać 😉 Jeszcze tydzień i urlop. Urlop+ wielkie sprzątanie= ulga 🙂

KUPILIŚMY DOM- CZY BYŁO TRUDNO?

I tak i nie. Tak, bo był problem ze znalezieniem odpowiedniego domu. Nie, bo formalności po znalezieniu wreszcie domu, to przysłowiowa bułka z masłem. Warto też zasięgnąć opinii i wybrać dobrą firmę pośredniczącą w kupnie, która pomoże w załatwieniu kredytu hipotecznego. Chyba, że kupujemy bez pośredników, ale to już inna sprawa. My korzystaliśmy z ich pomocy 🙂

Od początku zależało nam, żeby dom kupić w Hellevoetsluis. Mieszkamy tu już od 6 lat i bardzo nam to miasto przypasowało. Starania o kupno rozpoczęliśmy rok temu. Zgłosilismy się do bardzo znanego w Holandii pośrednika. Zresztą od nas z pracy, z jego pomocy korzystała koleżanka i sporo doradziła też w tej sprawie. Oglądaliśmy już wiele domów, ale żaden nie przypadł nam do gustu. A przecież nie będziemy kupować pierwszego lepszego, bo to inwestycja na lata. Schody zaczęły się, gdy tej koleżance sąsiad zalał mieszkanie… Zero pomocy od firmy. Okazało się, że pośrednik stawia na ilość a nie jakość usług. Nie zdążyliśmy jeszcze z nimi podpisać umowy i zapłacić. Zrezygnowaliśmy z ich usług. Polecono nam mniej znaną firmę i to był strzał w 10 🙂

Zadzwonilismy do firmy i umówiliśmy się na wspólne oglądanie domu. Mogliśmy iść w sumie sami, bo to był „otwarty dom” dla potencjalnych klientów. Każdy zainteresowany wchodził i oglądał kiedy chciał od godz. 10:00 do 16:00. Sympatyczna pani pośrednik przywiozła nam umowę, którą omówiła z nami na kanapie w tym domu i odpowiedziała na każde pytanie. Dowiedzieliśmy się m.in że teraz nastał raj dla sprzedających a kupujący mają pod górkę. Dlaczego? Oprocentowanie w banku niskie i mnóstwo chętnych na kredyt i kupno. Dużego wyboru w domach nie było a ludzie się o nie niemal zabijali. Po wyliczeniu nam zdolności kredytowej, teoretycznie było nas na dom stać. Ale… Przy ogłoszeniach widniały ceny wyjściowe. Czyli np kwotę 250 tys euro należało przebić. Ale jak, skoro bank może pożyczyć „tylko” np 260 tys euro. Kto może więcej dac, ten przebija. Dlatego nawet bardzo zniszczone domy szły za duże pieniądze. Druga sprawa jest taka, że bank przyzna kredyt nie większy, niż wynosi wartość domu, który wycenia rzeczoznawca. Czyli nawet jeżeli mamy zdolność na 300 tys euro, a wartość nieruchomości wynosi np 250, to tyle pożyczy bank. Resztę można dopłacić z własnej kieszeni + wkład własny. Trzecia sprawa, to właśnie ten wkład własny. Słyszałam historie o tym, że kiedyś to nie trzeba było go w ogóle mieć albo tylko z 5 tys euro. W praniu wyszło, że potrzebujemy 7 % od wartości domu. Mieliśmy pieniądze, ale domu nie. Szukaliśmy dalej…

W międzyczasie podpisaliśmy oczywiście umowę z pośrednikiem, odbyło się też drugie spotkanie, podczas którego dobrali nam odpowiednie raty ( co parę lat malejące), ubezpieczenie nieruchomości i na życie ( wypełniliśmy specjalną ankietę dotycząca naszych przebytych i ewentualnych chorób i jeżeli za x czasu np mąż by zmarł wcześniej ode mnie, to ubezpieczyciel spłaca całą hipotekę a ja już raty mam z głowy) i ogólnie ubezpieczylismy się na wszystkie 3 możliwości, np jeżeli poszlibyśmy do kogoś w odwiedziny i z naszej winy doszłoby np do zniszczenia telefonu gospodarza, to ubezpieczenie pokrywa naprawę. Wybrano dla nas też bank- Ing, bo to w nim mamy od początku założone konta.

Wreszcie znalazł się dom 🙂 Znajomy Holender chciał pozbyć się domu. Dogadaliśmy się i zadzwonilismy do pośrednika. Jako, że sami znaleźliśmy dom, to firma nie pobrała całej kwoty za pomoc. Ale zajęła się oczywiście resztą formalności i sprawy potoczyły się bardzo szybko. Decyzja z banku z pozytywnym rozpatrzeniem przyszła w niecały tydzień. Przysłano nam na maila papiery do wydruku i podpisu. Wpłaciliśmy na podane konto kwotę na wkład własny, z którego poszła zapłata m.in na notariusza i tłumacza przysięgłego. Spotkanie w urzędzie odbyło się 1 września i trwało ok pół godziny. Parę podpisów i mamy dom i kredyt na 30 lat w Holandii 🙂 Na korzystnych warunkach 🙂 I tak np dom możemy sprzedać za 10 lat ale bank oddaje nam część zapłaconych rat. Nie zostajemy z niczym. Dostaliśmy nawet jeszcze niższe oprocentowanie z racji posiadania kont w tym banku.

Jesteśmy zadowoleni 🙂 Domek jest w Hellevoetsluis, w spokojnej dzielnicy z parkiem i w środku wszystkie pomieszczenia nam odpowiadają 🙂 Z własnego doświadczenia wiemy, że wystarczy chcieć i mieć trochę cierpliwości, żeby „dorobić się” tutaj chaty 🙂

MINĄŁ SIERPIEŃ…

Jak szybko się zaczął, tak szybko się skończył. Dla mnie, to już w zasadzie koniec lata, mimo, że w Holandii pogoda jeszcze dopisuje. A my z Panem Mężem jesteśmy już cholernie zmęczeni… Ale po kolei 🙂

Sierpień był gorący, więc udało nam się wreszcie wybrać na plażę. Siedzieliśmy tam niemal cały dzień: raz na kocu, raz w wodzie i pływając na pontonie. Oczywiście musiałam spalić ciut biedną skórę, bo inaczej „plażing” by był nieudany 😉 Dobrze, że ratował mnie żel aloesowy. Miałam potem dosyć upałów, więc patrzyłam w niebo, bo czekałam na nawet mały deszcz. Owszem, chmury się zbierały, ale ulew z nich nie było 😦

W Actionie jesień pełną gębą, bo można już kupić mnóstwo ozdób do domu i ogrodu, związanych z tą porą roku. Zobaczyłam i stwierdziłam, że chyba już wystarczy lata, że chcę więcej chłodu i deszczu i tej słoty za oknem. Poza tym, te gadżety jesienne są naprawdę bardzo ładne 🙂

W sierpniu bank oficjalnie przyznał nam kredyt na kupno domu 🙂 Mogliśmy powoli zaczynać myśleć o pakowaniu naszych rzeczy. A że mieliśmy wizytę u notariusza umówiona na 1 września, to mogliśmy znosić pudła do mieszkania i wkładać do nich te klamoty, które nie były pierwszej potrzeby. No, ale co innego teoria a co innego praktyka… Przede wszystkim, zrezygnowaliśmy z urlopu w Polsce. Ciężko było, marzyło mi się pójście do lasu na grzyby i spacer z psem. No, ale w tej chwili ważniejszy nowy dom i przewóz rzeczy. Minął 1 września, klucze mamy, śpimy już drugą noc w nowym domu i nadal przewozimy graty. Przerosło nas to okrutnie. Mieliśmy pozwolenie na przewóz jeszcze w sierpniu i meble pojechały busem pierwsze, a reszta „drobnicy” jeździ do tej pory z nami. Sami to pakujemy i wozimy. Do tego praca a po pracy kolejna robota, bo trzeba to jakoś upychać. Koszmar, ledwo ogarniamy a do urlopu jeszcze półtora tygodnia. No nic, jakoś to przeżyjemy a potem pierwsze, co zrobię, to się wyśpię 🙂 A jakbym jeszcze miała mało kwiatków do zwożenia, to przytargałam takiego do kolekcji 😁

I nasze koszmarne pakowanie 😒

Składowisko mebli i pudeł w nowym domu. Jak to potem ogarnąć? Jesteśmy zapudłowani 🙂

Musieliśmy też w międzyczasie podjechać do marketu budowlanego Gamma po parę rzeczy. Natknęłam się na kamienie i gresy na ścianę. Jeszcze nie wszystko przewiezione i rozpakowane, ale już układają nam się w głowach pomysły na remont 🙂

Dzisiaj zauważyłam u sąsiada kota, który leżał w słońcu na koszu na śmieci z tak obojętna miną, że się zastanawiałam, czy jest znudzony życiem, zmęczony i ma wszystko w nosie. Nawet nie zwiał, gdy podeszłam i robiłam mu zdjęcie 🙂 Ja tak będę wyglądać po przeprowadzce 😂

Aż chce się go pogłaskać… 🙂

A ja kota mieć nie mogę i nawet nie chcę, bo mam dwa ptaszyska 🙂

Teraz pozostaje tylko zakasać rękawy, ogarnąć ten bajzel i myśleć nad zmianą wnętrz, bo urlop spędzimy, jak typowi Polacy, czyli robiąc remont 😛 Do następnego!

DZIEŃ POLSKIEJ ŻYWNOŚCI + ANEGDOTA

Jak ja się cieszę, że tu, w Holandii, jest taki ogrom polskich sklepów 😊 W mojej mieścinie jest tylko jeden, ale dobrze zaopatrzony. Ale już w takim Rotterdamie, czy Hadze, polskie markety można spotkać na każdym kroku.

Inicjatorem tego święta są twórcy Ogólnopolskiego Programu Promocyjnego „Doceń polskie”. Przedsięwzięcie ma na celu propagowanie rodzimych artykułów spożywczych i ich twórców. Egzotyka chyba już nam się przejadła 😉 Od kiedy otworzyły się granice, Polacy zwiedzają świat i kosztują innych, często egzotycznych produktów. Ale na koniec i tak okazuje się, że nie ma jak polskie 🙂 Nasza żywność zyskała już dawno uznanie nas samych, a także jest doceniana na całym świecie 🙂 Z badań wynika, że do najpopularniejszych polskich produktów należą: wędliny, pieczywo i sery. Na stronie Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi znajduje się lista, na której jest 1919 tradycyjnych produktów, np : dolnośląski twaróg sudecki, kujawski groch z kapustą, lubelskie miody, łódzka kiełbasa chłopska, małopolski oscypek, opolska rolada wołowa, kaszanka po kaszubsku, czy śledzik kołobrzeski.

Co tu dużo mówić… Ta pyszna polska żywność jest dla nas, Polaków, żyjących i mieszkających na obczyźnie, towarem bardzo ważnym i potrzebnym. Bo, nie oszukujmy się, holenderskie jedzenie nie podchodzi nam tak ogólnie. Nawet w supermarkecie Albert Heijn, w mieście, gdzie mieszkam, jest regał z polską żywnością: dżemy, miody, kiełbasy, ryby w puszce… Niestety nie zrobiłam wcześniej zdjęcia. Ale towar schodzi, więc smakuje Holendrom 🙂 Mogą to potwierdzić na pewno panie, które pracują w polskich marketach. Wiem, że Holendrzy zaglądają po wędliny 🙂

Znajomi Holendrzy także chwalą nasze potrawy. Jedna dziewczyna tak lubi Polaków, naszą kulturę i jedzenie, że sama często w domu gotuje, np barszcz czerwony. Uwielbia też pierogi i gołąbki 🙂 Inna ubóstwia nasze kiełbasy i makowca. Potrafi to powiedzieć po polsku. Mało tego, kiedyś stwierdziła, że nauczy się piec to ciasto 😁 Przepis miała tłumaczony na angielsko- holenderski i produkty z polskiego sklepu. Co powiedział do niej mąż? „Po co się uczysz piec makowca? To ciasto umieją piec TYLKO Polacy” Problem w tym, że ja akurat nie umiem 😂 Mój szef lubi polskie piwo „Lech” i… bigos. Kiedyś jadł pierwszy raz u pewnych Polaków. Pytał się mnie, ile czasu gotuję bigos. Ja na to, że najkrócej, to dwie godziny, bo potem się go odgrzewa i jest jeszcze lepszy. Zresztą, za każdym razem wychodzi mi bardzo dobry, bo to przecież prosta potrawa i sekret tkwi w podgrzewaniu właśnie. A on na to, że źle, że trzeba gotować nawet pięć godzin! Wtedy jest dobry. No proszę, jaki znawca się znalazł 😂

A ja osobiście lubię nasze sery, wędliny, chleb, ciasta, bigos, śledzie, kluchy śląskie, kopytka, schabowego i zupy 😋😊

WNĘTRZE W JEDNYM KOLORZE

Kiedyś pisałam, że Holendrzy lubią kolor w domu. Jeśli podoba się kolor np czerwony, to potrafią pomalować ściany w tym kolorze, albo wstawić takie meble do kuchni 🙂 Dzisiaj kilka zdjęć domu, gdzie dominuje kolor zielony i jego odcienie: pistacja i mięta 🌿

Gdzieś przeczytałam, że Polacy lubią beże, brązy, wszelkie ecru, barwy kości słoniowej, czy popiele. Raz ciemniejsze, raz jaśniejsze. I podobno wnętrza w tej kolorystyce nie sprawdzają się, bo są nudne i nijakie. Coś w tym jest, bo w polskich domach często można spotkać te kolory. Ale nie uważam, że są nudne. Sądzę, że odpowiednio dobrane, sprawiają, że wnętrze wygląda elegancko. Ja nie jestem fanką dzikich kolorów. Wolę właśnie te opatrzone beże 🙂

W tym domu, Holendrzy postawili na kolory wiosenne, rześkie, czyli zieleń i jej odcienie. A jest to kolor ludzi spokojnych, zrelaksowanych, dbających o ład w swoim otoczeniu. Zachowanie takich ludzi jest racjonalne i niezbyt emocjonalne. Wnętrza w jednej barwie odbierane są jako te nowocześnie urządzone. Nie do końca się z tym zgadzam. Poza tym, trzeba tak zestawić odcienie, żeby uniknąć monotonii. A kazda barwa ma dużą ilość odcieni, więc kombinacji też jest dużo 🙂

Pisałam wyżej, że ja akurat lubię spokojne i bezpieczniejsze kolory, np te oklepane beże i brązy. Poniżej zdjęcie znalezione w internetach: połączenie zielonych ścian z brązowymi dodatkami 🙂

Prezentuje się super 🙂

HOLENDERSKA JADALNIA

Patrząc na holenderskie wnętrza, jadalnie mogę podzielić na te duże i małe. Zależy to m.in od wielkości posiadłości. Wiadomo, że salon niemal w każdym domu jest sporych rozmiarów i w jednej jego części stoi zestaw wypoczynkowy a w drugiej ogromny, zazwyczaj drewniany stół z krzesłami. Krzesła to mało powiedziane. O ile blaty stołowe zazwyczaj mi się podobają: drewno jest piękne 🙂 To już „siedziska” niekoniecznie, bo często nie są typowymi, lekkimi drewnianymi krzesłami, a fotelami, które wg mnie dają wrażenie ciężkości. Jeżeli dom jest naprawdę duży (nie typowa szeregówka), to i kuchnia jest spora. I tam można znaleźć drugą mini jadalnię. Często jest to mały, okrągły lub kwadratowy stół z max 4 drewnianymi krzesłami. I takie lubię najbardziej 🙂 Poniżej kilka przykładów typowej jadalni 🙂

Tu raczej nie widać nowoczesności. Jest salon połączony z jadalnio-biblioteką. Na podłodze pstrokaty dywan, który rzadko można spotkać w holenderskich salonach. Stół i krzesła całe w drewnie, jak z góralskiej chatki. Z tego wszystkiego najbardziej podobają mi się retro puszki na regale, drewniana podłoga i okna 🙂

Przykład połączenia kuchni z jadalnią. Ale widać, że jest to spory kawał kuchni, bo i stół duży: drewniany blat+metalowe nogi. Krzesła też nowoczesne, nawet nadawałyby się do jakiegoś biura. Fajna lampa 🙂 A takie wielkie lampy, wiszące nad stołem, to częsta ozdoba jadalni.

Kolejne połączenie z dużą kuchnią, która „wychodzi” zazwyczaj też na salon. Przyjemne pastelowe kolory no i ten stół… 🙂 Mój gust: prosty, drewniany z równie prostymi krzesłami. Plus oczywiście wisząca nad stołem lampa 🙂

I oto jest to, o czym wcześniej pisałam. Czyli ogromny drewniany blat, z topornymi nogami i krzesła- fotele. Podoba mi się tylko blat. Fotele, do tego w białym kolorze, w jadalni odpadają. Na plus zasługuje dywan i kolor ścian 🙂

Typowa jadalnia w typowym salonie. Z tym, że krzesła w miarę normalne. Piszę: w miarę, bo nie mają wyglądu foteli. Nawet ten ażurowy wygląd bym zniosła, ale białego koloru już nie. Czarne mogłyby być 🙂 Stół jest ok.

Jadalnia połączona z kuchnią. Krzesła pod kolor mebli- drewniane, tak jak stół. Chyba najbardziej przypadła mi do gustu ta mała ławeczka 🙂

I kolejne coś, co jest dla mnie dziwne: coś, co przypomina kanapę i dwa (znowu białe!) fotele na przeciwko. Jedynie stół ujdzie. Nawet ten kryształowy żyrandol mnie nie przekonuje, bo to nie mój gust. Fajne są za to, plakaty sztućców oprawione w ramy. Pasują idealnie. No dobra, ramy też bym zmieniła 🙂

Przykład jadalni w kuchni, ale ciut większych gabarytów, bo stół z ciężkim blatem i nogami. Do tego krzesło- fotele. Co mi się podoba? Wieszak na ściereczki kuchenne- sztućce (mimo, że należy do kuchni) i fajna ceglana ściana. A, i jeszcze ta żarówa przytwierdzona do tej ściany 🙂

Te meble ( nie tylko stół i krzesła) ale też te szafki pod ścianą, przypominają mi trochę te nasze polskie z czasów PRLu 🙂 Dlatego jestem w stanie „przełknąć” nawet te krzesła. Ale teraz z innej beczki, bo na uwagę zasługuje też świetne biurko z równie świetnym fotelem 🙂

Fajne, przytulne wnętrze, bo w drewnie. Do tego oczywiście drewniany prosty stół. Krzesła typowo biurowe, w kolorach, ale nawet mi się podoba…

Masywny blat z równie masywnymi krzesłami. Jadalnia w jasnych barwach, dużo światła i spore roślinki na parapecie. Dla mnie największy plus dostają te lampy wiszące nad stołem. Pasują idealnie- odwrócone wiklinowe koszyki 🙂

Przestronna jadalnia, również w jasnych barwach. Ponownie drewniany stół plus krzesła i ława tym razem, niczym z chatki w górach. A lampy nad stołem, w nowoczesnym wydaniu.

Przykład małego stołu w kuchni z czterema „siedziskami”. Dla mnie oczywiście wyglądają, jak fotele. Nie mój gust, ale tak na marginesie: ta wbudowana w ścianę, szklana witrynka jest super 🙂

Tym razem okrągły stół, przykryty nawet białym obrusem 🙂 W wazonie kwiaty. Fajne drewniane krzesła. Mimo, że sprawiają wrażenie masywnych, to nawet mi się podobają. Do tego biała komoda z bibelotami, talerze na ścianie w niebieskim, delfickim kolorze i biały regał z koszykami. Jest sielsko. Wygląda mi to na dużą „hacjendę” na wsi 🙂 Jest to całkiem przyjemna mała jadalnia.

Moje małe podsumowanie: drewniane stoły- TAK! Masywne krzesła o wyglądzie foteli- NIE!