Jako, że jest to blog między innymi o tym, jak żyje mi się na holenderskiej ziemi, to nie mogę nie wspomnieć o tutejszym pieczywie. Od dawna większość Polaków twierdzi, że holenderski chleb jest nie dla nich. Teraz ja się wypowiem.
Często zadaje się Polakom pytanie: czego brakuje ci w Holandii? W tym momencie moja odpowiedź jest jedna: grzybobrania. Kiedyś rodacy odpowiadali najczęściej: polskiego chleba. Piszę, że kiedyś, bo teraz w Holandii polskich sklepów jest od groma. W samym Rotterdamie można spotkać ich kilkanaście. Albo i kilkadziesiąt, więc polskie pieczywo jest. Zanim w moim mieście powstał polski market, przywoziłam zamrożone chleby z Polski, a gdy się skończyły, to kupowałam holenderskie. I w sumie szło się przyzwyczaić. Gdy pierwszy raz spróbowałam tutejszego chleba, stwierdziłam, że jest jak wata. To często spotykana opinia wśród Polaków. Nie ma typowej chrupiącej skórki i jest bardziej w kształcie prostokąta. Typowy polski chleb, to kształt owalny. Z holenderskiego chleba można szybko i bez problemu zrobić kulkę. Z tym, że ja nie twierdzę, że jest zły w smaku. Da się go zjeść, całkiem smaczny. Ale żeby kanapka była syta, to zawsze kładłam liść sałaty, wędlinę, pomidora, lub ogórka i ser żółty. A tak poza tym, najbardziej smakują mi z tego chleba tosty. W konsystencji bardzo przypomina zwykły chleb tostowy.
Chleby są już pokrojone. Często posypane są np sezamem, lub innymi ziarnami. Bardzo często można spotkać chleby bardzo podobne do naszych, które można samemu pokroić w specjalnej maszynie. Trzeba zaznaczyć, że ten rodzaj jest droższy tutaj od zwykłego chleba. Zdjęcie poniżej przedstawia chleb- watę ciemny z ziarnami, ale to akurat nie mój gust.
Było o chlebie, to teraz będzie o bagietkach. Te kupuję zawsze w Lidlu. Bardzo lubię, tym bardziej, że są wypiekane na miejscu (zresztą tak, jak inne bułki). Z czym lubię je jeść? Po prostu z masłem. Muszę wspomnieć też o tym, że tutaj jest ogromny wybór różnego rodzaju bułek, które zapieka się w domu. Holendrzy zresztą mają małe piekarniki i kupują „surowe” pieczywo i w domu mają ciepłe. Ja nigdy tak nie robiłam.
Bardzo polubiłam bułki pampuchy. To taka moja nazwa. Są prawie okrągłe, puszyste (ciężko się je kroi i można też z nich zrobić kulkę), pakowane np po 10 sztuk. Mają lekko maślany i troszkę słodki smak. Według mnie najlepsze są z serkiem śmietankowym albo pasztetem 🙂 Tak wygląda ostatnio moje śniadanie.
Znajdziemy też bardzo podobne, z tym że trochę podłużne – dobre do domowej roboty hot-dogów.
A czy są tu np kajzerki? Są i nie tylko. W Lidlu znalazłam bułki niemal identyczne, jak polskie „dupki” z przedziałkiem. Są trochę mniejsze. Kajzerki, jak to kajzerki- trzeba szybko zjeść, bo po dwóch dniach są jak guma, a potem jak kamień. Gdy zostaną nam jakieś kamienie, to nie wyrzucamy. Mamy starą poczciwą, ręczną maszynkę do mięsa (polski hit) i Pan Mąż mieli w niej te kamienie na bułkę tartą.
Muszę też wspomnieć o croissantach. Są dwa rodzaje: z masłem i z nadzieniem szynkowo – serowym. Są smaczne, ale jakiś czas temu kupowaliśmy je często i teraz się przejadły. Te dwa rodzaje są niemal identyczne. Cena zależy od zawartości, więc kasjerki przy nabijaniu na kasie, często się pytają jaki rodzaj wzięliśmy.
Będzie też wpis o bułkach słodkich, bo mam kilkoro ulubieńców. Te holenderskie są naprawdę pyszne, więc warto poświęcić im kilka słów.
P.S. Nie będę robiła wpisu pt. „Minął luty”, bo po prostu nie ma o czym. Cieszę się, że już minął, bo źle się ostatnio czułam. Zmęczenie i bóle głowy dały o sobie znać, więc krótki urlop (tylko tydzień) był jak zbawienie. Wyspałam się, przeczytałam dwie książki i nabrałam sił. Teraz będzie lepiej 🙂
Skończyłam czytać drugą część bestsellerowej serii z Davidem Hunterem. Jedyny minus, mały minus, jest taki, że nie czytałam po kolei. Grunt, że mam prawie wszystkie części.
Autorem tej serii jest Simon Beckett. W 2022r jako dziennikarz najważniejszych brytyjskich gazet, zbierał materiał do artykułu w Ośrodku Badań Antropologicznych przy Uniwersytecie Tennessee, gdzie policjanci śledczy szkolą się w medycynie sądowej na ludzkich ciałach w stanie rozkładu. Dzięki wiedzy tam zdobytej, Simon Beckett został pisarzem, który stworzył jedną z najciekawszych postaci literackiej ostatnich lat- doktora Davida Huntera- antropologa sądowego. Thrillery Becketta wywołują dreszcz, trzymają w napięciu, są mroczne z ciekawym zakończeniem a jednocześnie relacjonują fakty, zdarzenia i zjawiska chemiczne.
1.”Chemia śmierci”
Minęły trzy lata odkąd David Hunter, wybitny antropolog sądowy, przeprowadził się do prowincjonalnego miasteczka, uciekając przed londyńskim zgiełkiem, pracą i tragedią, która go spotkała – jego żona i córka zginęły w wypadku. Spokój w życiu Davida zostaje zburzony, gdy pewnego dnia w okolicznym lesie zostają znalezione zwłoki kobiety. Hunter- specjalista od badań ludzkich szczątków, niechętnie zgadza się na współpracę przy policyjnym śledztwie. Gdy jednak znika kolejna kobieta, doktor nie może dłużej stać z boku. Sprawa dotyka go osobiście. Bestialskie metody zabójcy i miasteczko opętane podejrzliwością. Czas ucieka a David musi podążać za makabrycznymi wskazówkami aż do przerażającego końca.
2.”Zapisane w kościach”
Dr David Hunter tym razem przybywa na odległą wyspę, aby zbadać przerażające odkrycie. Mimo, że wiele razy był świadkiem śmierci, jest zszokowany tym co zobaczył: niemal całkowicie spalone ciało. Miejscowa policja twierdzi, że to nieszczęśliwy wypadek, ale antropolog nie jest przekonany. Badając spalone szczątki, natrafia na dowody, które nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Doszło do morderstwa. Wkrótce w wyspę uderza burza: nie ma prądu, ustaje komunikacja ze światem zewnętrznym a zabijanie zaczyna się na dobre.
3.”Szepty zmarłych”
David Hunter, który wie o śmierci wszystko- w niespełna rok po kolejnym śledztwie, którego omal nie przypłacił życiem – wraca tam, gdzie uczył się zawodu. Tam, gdzie „wszędzie wokoło leżały ludzkie ciała w różnym stanie rozkładu”- na Trupią Farmę. Tam, na prośbę swego mentora rozpoczyna dochodzenie w sprawie makabrycznego morderstwa. Znajdzie się w miejscu jeszcze bardziej przerażającym niż Trupia Farma.
4.”Wołanie grobu”
Przed ośmiu laty, David Hunter był członkiem ekipy dochodzeniowej, która prowadziła śledztwo w sprawie serii okrutnych morderstw. Schwytany wtedy mężczyzna przyznał się do zbrodni. Nie odnaleziono jednak zwłok ofiar, choć podejrzewano, że mogły być zakopane na wrzosowiskach. Po latach psychopatyczny morderca ucieka z więzienia i zamierza dopaść tych, którzy go zamknęli. Doktor Hunter znów znajduje się w centrum wydarzeń. Prawda o głośnej sprawie sprzed lat może się okazać całkiem inna.
5.”Niespokojni zmarli”
Tej części niestety jeszcze nie mam, więc jej nie opiszę. Ale nie spocznę dopóki jej nie dostanę 🙂 Znajdzie się na pewno w mojej biblioteczce.
6.”Zapach śmierci”
Tę książkę posiadam (chyba o tej części nawet pisałam), ale w tej chwili jest w Polsce, bo moja mama cierpiała na brak dobrej lektury, więc jej ją zostawiłam do przeczytania.
Pewnego wieczoru, David Hunter odbiera telefon od dawnej znajomej z pracy. Kobieta potrzebuje opinii w pewnej sprawie. W opustoszałym szpitalu Świętego Judy, gdzie zbiera się margines miasta, znaleziono zmumifikowane zwłoki. Nawet Hunter nie potrafi określić, jak długo tam leżały. Wiadomo, że to ciało młodej, ciężarnej kobiety. Po zapadnięciu się podłogi, wychodzą na jaw kolejne mroczne sekrety szpitala. Śledczym ukazują się łóżka, w których nadal ktoś leży… Śledztwo zamienia się w koszmar.
Czytając książki, zawsze wiem, czy lubię głównego bohatera, czy nie. Doktor David Hunter jest takim bohaterem, którego uwielbiam. Okrutnie doświadczony przez los, wrażliwy, inteligentny człowiek. Jego praca jest tak fascynująca, że książki czyta się jednym tchem. Piszą, że każdą z powieści można przeczytać oddzielnie i w dowolnej kolejności – ale jeśli przeczyta się jedną, człowiek musi sięgnąć po następną. Coś w tym jest, bo ja tak miałam. Mimo to, trochę żałuję, że nie czytałam po kolei. Thrillery są tak mroczne, że chwilami naprawdę się bałam a wyobraźnia pracowała. I mam nadzieję, że powstaną kolejne części 🙂
Ten wpis jest z poślizgiem, ale jest 🙂 Mam kilka zdjęć ze stycznia i je pokażę. Szału nie ma, bo i też nic ciekawego się nie wydarzyło.
Skończył się styczeń i nadszedł najbardziej dla mnie depresyjny miesiąc w roku. Nie lubię lutego. Wprawdzie jest to najkrótszy miesiąc, ale też nieprzyjemny. Jeszcze jest czas zimy, ale człowiek już by chciał wiosnę. Im bliżej marca, tym dla mnie lepiej. W lutym jestem jakaś przymulona, nic mi się nie chce i często boli mnie głowa. Luty, żegnam!
Minął Nowy Rok, Holendrzy jak zwykle wywalili w powietrze kupę euro, ale oni to lubią. Mimo to, fajerwerki w Rotterdamie, nad mostem Erasmus były odwołane przez silne wiatry. Po Sylwestrze na ulicach można było spotkać kupki prochu i śmieci po sztucznych ogniach. Nie minął tydzień, a wszystko było posprzątane.
W Actionie, standardowo po Nowym Roku pojawiło się mnóstwo ozdób wielkanocnych. Lubię Wielkanoc, bo mnóstwo ozdób tego święta jest powiązanych z drugą moją ulubioną porą roku, czyli wiosną.
A my zjedliśmy ostatni słoik sosu pomidorowego, który robiłam latem. Pan Mąż wykorzystał go oczywiście do spaghetti. Czekam na pomidory, bo chcę zrobić kolejne przetwory.
W Lidlu znalazłam pyszną sałatkę: papryka, pomidor, zioła,oliwa z oliwek i kulki mozarelli. Bardzo dobra, ale byłaby lepsza (dla mnie), gdyby była bardziej doprawiona solą. Gdy tylko pojawią się u nas pomidory, to spróbuję taką zrobić.
W styczniu były silne wiatry, deszcz, dwa razy burza i mróz. Udało nam się pójść do parku i dać ptakom trochę ziarna.
Wyszło nawet słońce 🙂 W drodze do sklepu.
21 stycznia, to Narodowy Dzień Tulipana w Holandii. Jest to początek sezonu kwiatowego w tym kraju. Rozpoczyna się na placu Dam w Amsterdamie. Z tej okazji w wazonie musiały się pojawić moje ulubione kwiaty.
Nie mogłam przejść obojętnie obok cebulek żonkili i hiacyntów. Teraz już kwitną, a na jesień pójdą do ogródka.
W parku widzieliśmy piękną rasę kota. Zatrzymał się na chwilę i zdążyłam zrobić mu zdjęcie. Niestety aparat oddala i nie widać dokładnie jak wygląda. Nam przypominał trochę rysia. Pierwszy raz takiego kocura widzieliśmy.
Tak się czyści dach szklarni.Było kilkukrotne skrobanie szyb w aucie.
Pod koniec stycznia wyszło słońce, było go u nas nawet sporo. Wyszło też więcej zwierzątek. Na kanałach pojawiło się więcej kaczek: białych, czarnych, dzikich. Wszędzie było słychać: kwa kwa kwa 🙂
Łabędzie odchowały swoje młode. Teraz młode są duże i jeszcze szare. Całymi gromadami siedzą na łąkach. I właśnie w styczniu pierwszy raz w życiu zobaczyłam czarnego łabędzia! Stał sobie sam jeden wśród białych. Niestety był daleko i na zdjęciu nie było by go widać. Szkoda, ale ja gołym okiem widziałam jego czerwony dziób. Łabędzi jest też mnóstwo nad kanałami przy domach. Spacerują i jedzą trawę.
Jedno z większych domostw w miejscowości obok naszej – Brielle. Jest duży ogród, przedzielony malutkim kanałem z mostkiem. Fajnie to wygląda.
We wsi, w której pracuję znajduje się mnóstwo szklarni, całe skupiska. Obok szklarni często pasą się owce, kozy, kaczki czy kury. Taki widok można spotkać:
Stwierdziłam, że potrzebuję porządnej pary spodni. Konkretnie chodziło o jeansy. Stwierdziłam też, że nie pójdę do sklepu sieciowego. Wpadłam na pomysł, że poszukam spodni w kringloopie.
Jeansy były, a jakże. Różne modele i te z prawdziwego jeansu też. Ale co z tego, skoro nie było mojego rozmiaru. Koniec końców wyszłam bez spodni, ale jak zawsze nie z pustymi rękoma. Od razu w oczy- stała na wystawie- rzuciła mi się lampa. Nie należała do małych, z porządnym abażurem i z drewnianą nogą. Według mnie super. Zauważyłam, że Holendrzy bardzo lubią stawiać lampki na parapetach okien. Bardzo mi się to podoba, bo dom wydaje się wtedy przytulny. I ja też chciałam mieć lampę na parapecie w salonie. Ta jest idealna, bo daje przyjemne ciepło żółte światło.
Kupiłam też dwa słoiki na produkty sypkie. Zbieram takie, bo podoba mi się ich metalowe zamykanie i po prostu wyglądają estetycznie w kuchni zamiast np pudełka z kaszą.
Widziałam też ciekawe naczynie na ser żółty. Na początku myślałam, że to maselniczka, ale gdy podeszłam bliżej, to okazało się, że wieko jest w kształcie sera z dziurkami. Mnie takie coś w sumie niepotrzebne, bo kupujemy ser w plastrach lub już starty.
Było też oczywiście mnóstwo talerzy, półmisków i innych naczyń kuchennych.
Zerknęłam też na doniczki i wazony, ale nic ciekawego mi w oko nie wpadło. Na wiosnę zrobię przegląd, zniszczone wyrzucę i pewnie wyląduje w kringloopie w poszukiwaniu kolejnych.
A to jeszcze inne rzeczy:
Metalowe pojemniki i pudełka.ŚwiecznikiWięcej lamp i lampeczek.Zestawy koszy i koszyków.
Mebli nowo dostarczonych też trochę było. Podobała mi się szczególnie szara kanapa i komplet: czarny stół plus krzesła.
Zanim pojawi się wpis pt „Minął styczeń”, napiszę o tym, co się działo od października zeszłego roku. Przygotowałam go już dawno, ale dopiero teraz czuję wenę, żeby naskrobaćco ciekawego się działo.
Będzie trochę o mojej pracy, trochę o ludziach, z którymi pracowałam i z którymi pracuję i trochę zdjęć. Zacznę od tego, że we wrześniu zawsze jest łamanie „głów” plantów pomidorów. Chodzi o to, żeby urwać czubki, żeby dalej już nie rosły. Od tego momentu na plancie zostaje około 5-6 trosów z pomidorami i przez 5-6 tygodni wszystko jest wycinane i tym sposobem zbliża się likwidacja, czyli czyszczenie szklarni i przygotowanie na nowy sezon. Po powrocie z urlopu, moja praca głównie polegała na przebieraniu najgorszego sortu pomidorów. Oczywiście nadal się waży dobre skrzynki, po które przyjeżdżają jeszcze tiry, ale oprócz tego, trzeba pozbyć się najgorszego gówna. Wtedy wyrzuca się nie tylko zgnite warzywa. Trzeba oddzielić dobre zielone, pomarańczowe i czerwone od tych złych, z plamami, z pęknięciami itp. Tego jest ogrom i przyjeżdżają do nas pełne plastikowe skrzynki. W kontenerze lądują kilogramy pomidorów nienadających się na sprzedaż.
W międzyczasie opuścili nas rumuńscy koledzy. Niektórzy zjechali już po prostu do ojczyzny, bo koniec sezonu. Zarobili i cześć. Niektórzy zostali wyrzuceni z pracy. I o tych parę słów. Pisałam już wcześniej, że oni bardzo chcą pracować. Upał? Im to nie przeszkadza. Liczą się pieniądze. I szef im pozwalał zostawać. Niestety na drugi dzień trzeba było po nich sprzątać. Nie zadbali o to, żeby wyłączyć wózki, inaczej szybko się rozładowują. Mieli gdzieś porządek na betonie. Pracują, owszem, ale na odpierdol. Dokładność i czystość nie są ich mocną stroną. Ale potrzebowaliśmy pracowników, więc szef się z nimi użerał. Jeden z nich popis dał w pewien piątek. W piątki, po pracy niemal zawsze jest na kantynie piwo. Zasada jest taka, że puste butelki zawsze z powrotem do skrzynki, bo te są zwrotne. Rumuni mieli to gdzieś i zawsze któryś z nich zabierał piwo do domu. Po co? Przecież mógł sobie kupić. No, ale jak za darmo… Trzeba plecak napchać. Nie przetłumaczysz. Do rzeczy. Koleżanka (Polka, młoda dziewczyna) do pracy przyjeżdżała swoim własnym fajnym rowerem górskim. Ludzie siedzieli na ławkach na zewnątrz, palili i pili. Roweru nigdy nie przypinała. Jeden z Rumunów podszedł i po prostu wsiadł na rower bez pytania i zaczął jeździć po placu przed szklarnią. Koleżanka się wkurzyła, zabrała mu rower, a on w odwecie polał ją piwem… Gdyby to ona wzięła jego rower, to co by zrobił? Połamał jej kości?!
Nie ma już plantów. Maty, na których rosły pomidory zostały zrzucone na plandeki, które ciągnie specjalna maszyna. Po tym następuje sprzątanie podłoża.
Innym razem, poraz kolejny w piątek było piwo, ale że pod koniec sezonu było mnóstwo pracy, więc pracowaliśmy też w sobotę. Okazało się, że nikt nie zabrał na magazyn skrzynki z butelkami piwa, a było tam jeszcze kilka pełnych. Przerwa o godzinie 10:00. Co zrobiło trzech Rumunów? Do śniadania otworzyli sobie po piwku. Nie wiem, jakie są zasady w Rumunii, ale w Holandii jest zakaz spożywania alkoholu w czasie pracy. No, ale piwo było, więc trzeba było wypić. Po co czekać do końca. Oczywiście panowie zakończyli dniówkę o godzinie 10:00, chociaż jeden z nich upierał się, że nie wypił ani kropli. No cóż, my widzieliśmy coś innego. Wszyscy poszliśmy dalej pracować, a ci trzej w odwecie wypili resztę piw i pojechali do domu. Nie wiem, co chcieli tym udowodnić, ale pewnego dnia miarka się przebrała i dwóch z nich dostało jeby za to, że kompletnie nic nie robią. Szef się wściekł i ich wyrzucił. U nich zasada jest taka: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Więc zebrali się całą grupą i wyszli. Chyba wszyscy mieli ich dość. Jeszcze wspomnę o tym, że hałas to ich drugie imię. Podczas pracy wydzierali się, jak małpy w zoo (nie obrażając małp), brali ze sobą głośniki i podczas pracy puszczali z telefonów swoją rumuńską muzykę, a raczej jakieś dzikie zawodzenie. Na każdej szklarni jest radio. Głośniki wiszą wysoko i gra muzyka. Jeśli komuś się nie podoba, może mieć słuchawki, byle nie zagłuszać innych. Rumuni tego nie rozumieli, albo nie chcieli rozumieć. Ich muzyka musiała być najważniejsza. Naprawdę specyficzny naród. Nie wiem, czy szef zatrudni w tym roku kogoś z Rumunii w ogóle. Zobaczymy…
Zdjęcie wyżej przedstawia wyczyszczoną szklarnię. Nie mogło być ani jednego starego pomidora, ani jednego liścia, śmiecia. Wszystko zebrane, pozamiatane. Chodzi o wirusa. Poprzedni sezon nie może „stykać się” ze starym. Nowe planty muszą być bezpieczne. Myte są te białe półki, na których będą rozłożone maty z watą dla plantów. Myta jest cała szklarnia specjalnymi zraszaczami w środku i na zewnątrz. Potem jest gazowanie. Nikogo z pracowników nie może być na szklarni. Pamiętam, gdy trzy lata temu, w piątek skończyliśmy pracę wcześniej, bo miało być właśnie gazowanie. Widziałam, jak wjechały trzy małe pojazdy (coś na kształt wozów opancerzonych :). W środku siedzieli panowie, których było widać tylko przez malutkie szybki i to oni tymi „pojazdami” gazowali. Przez weekend szyby w dachu były otwarte, żeby wietrzyć. Ale w poniedziałek i tak było czuć chlor.
Wschód słońca 🙂 Grudzień. Szklarnia czysta, folia w obawie przed wirusem, tym razem położona wszędzie. Nowe maty na półkach. To właśnie w tym momencie przyjeżdżają nowe planty pomidorów i następuje sadzenie, czyli po prostu ustawiamy je na tych matach. Prosta, spokojna praca. W naszej szklarni nie ma lamp, czyli górnego oświetlenia. W innych firmach jest i słyszałam, że ludzie pracują wtedy nawet na trzy zmiany i jest bardzo gorąco. Nie dla mnie. My zimą, przed sadzeniem często zaczynaliśmy pracę, gdy było jeszcze ciemno. No i chłodno. Mnie pasuje 🙂
Przed wschodem słońca 🙂 Te światła w oddali, to lampy, które znajdują się tylko nad betonem, który oddziela szklarnię na dwie części.
W tym roku pojawiło się u nas zadziwiająco dużo pracowników z Polski. Do tej pory były braki, dlatego szef zatrudnił Rumunów. A woli pracować z Polakami. Niektórzy po likwidacji i sadzeniu odeszli sami, niektórzy zostali i pojechali na urlop- wrócą na sezon a kilkoro ludzi jest z nami cały czas. Jest nas dosłownie garstka, bo i mało pracy. O dziwo, dobrze mi się z nimi pracuje. Piszę: o dziwo, bo z doświadczenia wiem, że rodacy potrafią zaleźć za skórę, obgadać i kłócić się o byle gówno. Jest z nami nowa para: on Polak, ona Słowaczka. Fajni ludzie. Z tą dziewczyną od razu się dogadałam. Tzn ona bardzo dobrze mówi po polsku, ale chodzi mi o jej charakter. Bardzo miła dziewczyna. Opowiadała mi, że miała „przeboje” z Polakami. Nawet tu, u nas. Mówiła, że jedna dziewczyna (jest na urlopie) najpierw zachwycała się jej znajomością polskiego, a potem miała z tym problem, bo przecież Słowaczka wszystko rozumie, co mówią na palarni. No straszne! Czy to naprawdę musi być problem, że obcokrajowiec dobrze mówi w naszym ojczystym języku? Ja zawsze się cieszę i chwalę, że ktoś zna nasz trudny język. Dlaczego Holendrzy zachęcają Polaków do nauki ich języka i cieszą się, że ktoś z innego kraju dogada się z nimi po niderlandzku, a Polak szuka dziury w całym? Nie wszyscy mają z tym problem oczywiście, ale wkurzają mnie tacy, co to myślą, że jeśli ktoś innej narodowości zna polski, to już wróg, trzeba unikać, mówić szeptem, itd. Bo co? Bo nie można bardziej obgadać? Tak, Polacy obgadują wszystko i wszystkich tu na potęgę. Takie zagraniczne hobby. Powiedziałam Łucji (tak ma na imię ta Słowaczka), żeby się nie przejmowała Polakami, bo niektórzy są naprawdę wredni i nie warto z nimi rozmawiać. Ja też nie wszystkich lubię. Spojrzała zdziwiona, ale taka prawda. Chcesz poznać rodaka? Wyjedź za granicę.
Przed przyjazdem nowych pomidorów, na szklarni pracowałam ogólnie bardzo mało. Do moich zadań należało m.in sprzątanie magazynu, czyli mojego miejsca pracy. Robię to co roku. Siedzę wśród kurzu, pajęczyn i pająków. Ale wiem co i jak, więc potem mam czyste stanowisko pracy. Gdy już uporam się z tym syfem, czyszczę każdy wózek, paleciaki i wózki widłowe. Nie może być nigdzie brudu z poprzedniego sezonu.
Sprzątam razem z koleżanką, z którą na co dzień pracuję na sortowni. Nasze pracownicze piloty też muszą być zdezynfekowane.
Jakby mało było sprzątania, to tym razem na mojej głowie było także ogarnięcie powierzchni biurowych nad szklarnią: płytki, okna, podłogi. Niemal wszystko. Zresztą nie tylko na mojej głowie, bo było nas cztery. Sporo pracy, ale efekt końcowy zadowalający. Swoją drogą, dziwię się, że księgowa firmy mogła pracować pośród tyłu pajęczyn 🙂
Nowe, małe planty posadzone. Jest czysto i zielono. Są coraz większe. Rosną jak na drożdżach a na większości pojawiły się już pierwsze pomidory. Szybciej niż w zeszłym roku. Początek sezonu coraz bliżej. I znowu pytanie: z kim tym razem przyjdzie nam pracować?
Ten wpis miał powstać w listopadzie zeszłego roku, ale jakoś mi umknął. Byliśmy wtedy w kringloopie w poszukiwaniu nowych krzeseł do salonu. Krzesła fajne się znalazły. Ale nie o tym będzie, bo znaleźliśmy z Panem Mężem jeszcze coś…
Chodziliśmy między regałami z różnymi klamotami i trafiliśmy na naprawdę świetną rzecz. Chodzi o grę Badminton. Konkretniej o cały zestaw w pudełku. Kosztowało to 10€ i jest w idealnym stanie. A że tę grę bardzo lubimy, to nie wahaliśmy się kupić.
Wikipedia mówi, że nazwa gry pochodzi od nazwy angielskiej posiadłości VIII księcia Beaufort, leżącej w hrabstwie Gloucestershire niedaleko Bristolu, która nazywała się właśnie Badminton. To tam około roku 1870 odbył się pierwszy pokaz gry opartej na podbijaniu rakietką lotki wykonanej z korka i piór z zastosowaniem reguł zbliżonych do współczesnych. Po kilku latach przyjęto jednolity zbiór przepisów gry, w których do dzisiaj niezmiennie pozostały długość i szerokość boiska oraz wysokość siatki. Z biegiem czasu gra stawała się coraz bardziej popularna. Z tego powodu powołano Międzynarodową Federację Badmintona. Na świecie Badminton najbardziej popularny jest w krajach wschodniej Azji a w Europie w Danii, Wielkiej Brytanii, Niemczech i Szwecji. Należy do konkurencji olimpijskiej od 1992r. Pierwsze Mistrzostwa Świata w Badmintonie rozegrały się w 1977r w szwedzkim Malmo. Rozgrywane są też drużynowe mistrzostwa mężczyzn (Thomas Cup) i kobiet (Uber Cup).
Komplet, który my zdobyliśmy znajduje się w niezniszczonym etui. W środku są cztery rakietki, dwie lotki, słupki i siatka.
Ta kartka, to dokładna instrukcja obsługi dotycząca budowy „boiska” i zasady gry 🙂
Dodatkowo Pan Mąż wyszukał oryginalną rakietkę Adidasa w etui. Czyli w sumie mamy pięć rakietek.
Teraz pozostaje czekać na ładną bezwietrzną pogodę. Mamy obok domu park, niedaleko są plaże, więc będzie gdzie grać 🙂
Nie jestem osobą, która bardzo przepada za słodkim jedzeniem i codziennie musi jeść cukier. Muszę mieć na niego ochotę. Owszem, kawę i herbatę trochę słodzę. Ale nie potrzebuję każdego dnia zjeść ciastka.
Zdarza mi się w polskim sklepie kupić kawałek ciasta. Słodyczy raczej nie tykam. Kupuję je czasem w holenderskim markecie. Mam kilka ulubionych i raz na miesiąc coś tam podjem. Nie będę wspominała o lodach, bo te lubię o każdej porze roku i z każdego sklepu 🙂 Dzisiaj pokażę kilka pozycji, które mi naprawdę smakują. Ogólnie w holenderskich słodyczach rządzi marcepan. Wiadomo, że to z migdałów (same orzechy lubię), ale marcepan jest dla mnie za słodki. Ale to wcale nie znaczy, że bym tego nie tknęła. Zdarza się coś tam skubnąć raz na rok z marcepanem. Mnie bardzo smakują tutejsze ciastka.
Są to zwykłe, maślane ciastka jakich pełno w sklepach. Niezbyt słodkie, do kawy i herbaty idealne. Lubię też kokosowe. Są dużo słodsze. Mają w sobie wiórki kokosowe i są z jednej strony polane grubo czekoladą.
Moimi ulubieńcami są „serniczki” – tak je nazywam. Często je kupuję. Są w każdym supermarkecie. W smaku przypominają mi wilgotne ciasto z twarogiem zmielonym na gładką masę z budyniem. Są w tym stylu ciasta w Polsce. Te ciastka „serkowe”, są z ciasta śmietankowego na maśle. Są więc słodkie i tłuste, ale pyszne. Wzór śmietankowy może komuś przypominać liście marihuany, ale nie ma to z nią nic wspólnego.
Kolejną dobrą rzeczą są sklepowe gofry. Te nad morzem mi nie smakują mimo, że to już kultowe „morskie żarcie”. Te tutejsze, sklepowe czasem zjem. Mam dwa rodzaje ulubionych. Pierwsze, okrągłe są słodkie, maślane i polane z jednej strony obficie czekoladą – pyszne. Drugie- kwadratowe, cienkie i mniej słodkie. Mają czekoladę tylko w okienkach. Bardzo mi smakują z herbatą.
Czy ktoś kojarzy Ciastka Holenderskie? Są dostępne pod taką nazwą w Polsce. Kruche, okrągłe ciastko, polane z jednej strony czekoladą. Tutaj też są i różne rodzaje. Bardzo dobre.
No i słynne stroopwafels. Czyli dwa cienkie wafelki połączone ze sobą za pomocą karmelu. Pisałam o nich kiedyś na blogu. To chyba najbardziej znane i powszechne ciastko w Holandii. Kładzie się je kubku z np gorąca herbatą. Ciastko się nagrzewa, mięknie a karmel ciągnie. Jest bardzo słodkie, ale ten smak to dla mnie niebo w gębie. Wcześniej jadłam często, teraz już mi się przejadły. Mimo to, bardzo lubię.
Na koniec wspomnę o ciastach. Dokładniej to o tortach. W Polsce robi się je często z biszkoptu nasączonego alkoholem, do tego z gęstymi kremami, które dla mnie są mdłe i ciężkie, dlatego nigdy za nimi nie przepadałam. Nie wiem jak jest z tym teraz, bo daaawno nie jadłam. Spróbowałam za to tortu holenderskiego i dla mnie bomba. Cienki biszkopt przełożony bitą śmietaną i do tego różne owoce i często ozdoby z czekolady. Nie są mdłe i ciężkie. Są naprawdę pyszne!
Jeśli dla kogoś cały tort to za dużo, do wyboru są połówki. Holendrzy mają też ciasta serowe albo z jabłkami. Całkiem dobre. Bardzo smaczne są też delikatne ciastka przełożone kremem, który smakuje jak ten karpatkowy. Coś w stylu polskich kremówek.
Czekolad też jest mnóstwo. Najpopularniejsza to chyba Tony’s. Jem bardzo rzadko. W sumie, to nie pamiętam kiedy zjadłam ostatnio chociaż okienko czekolady. Czekolady Tony’s są smaczne i mają kolorowe opakowania. Będąc w Holandii, warto się w kilka sztuk zaopatrzyć.
Dawno mnie tutaj nie było, ale miałam kilka ważnych rzeczy na głowie i zero weny na pisanie, mimo, że piątki ostatnio były wolne bo mało pracy. Taki okres, ale nie o tym mowa.
Mam kilka wpisów i zdjęć przygotowanych i w ten kolejny, długi weekend nadrobię. Będzie też o pracy. W tej chwili mam za sobą przeczytane dwie komedie. Na książki zawsze znajdę czas. Dlatego dzisiejszy wpis będzie o książkach. Jak to wcześniej czasem mi się zdarzyło – najpierw obejrzałam film, a potem sięgałam po książkę. Tak było i tym razem. Stanęło na komediach, bo po tych wszystkich trillerach i kryminałach musiałam wziąć się za coś lżejszego.
„Dziennik Bridget Jones”
Nie jest to pierwsza część serii. Jest to któraś tam z kolei pt „Dziecko”. Kiedyś obejrzałam tylko dwie pierwsze części i nie powiem- pośmiałam się. Nie pamiętam skąd mam tę książkę. O czym jest? Seria niespodziewanych, lecz typowych dla Bridget zdarzeń doprowadza do upragnionej ciąży. Jak zwykle nie wszystko idzie po myśli bohaterki. Oczekiwanie na potomka staje się dla Bridget pasmem niecodziennych wyborów żywieniowych, dziwacznych rad pijanych singiel i dętych mamusiek, wygłupów, radości i smutków. Pozostaje tylko jedno wyjątkowo niezręczne pytanie: kto jest ojcem? Jak książka ma się do filmu? Do dupy. Jak podczas oglądania dwóch pierwszych części się śmiałam, to podczas czytania tej części – niemal nic. Lubię humor brytyjski, ale czasem nie rozumiałam dialogów bohaterek. Poza tym, mnóstwo przekleństw i non stop pijane towarzystwo. Ok, rozumiem że niektórych by to śmieszyło, ale dla mnie nie było aż tak zabawne. Mimo to, czyta się szybko. To oczywiście moje zdanie i w tej kwestii wolę jednak film.
„Niania w Nowym Jorku”
Autorki tej książki pracowały jako opiekunki do dzieci u ponad 30 rodzin nowojorskich. Historia ta została zainspirowana ich przeżyciami i tym, czego się nauczyły. Jednak książka to fikcja literacka i nie przedstawia żadnej prawdziwej rodziny. „Niania w Nowym Jorku” to historia dwudziestokilkuletniej Nanny, która jako opiekunka 4-letniego chłopca staje się świadkiem rodzinnego piekiełka Państwa X. Film obejrzałam kilka razy, traktując go bardziej jako komedię. Książka to natomiast tragikomedia, bo pod pozorami normalności kryje się gorzkie życie matki- pozbawionej uczuć zakupoholiczki, nieobecnego, zajętego biznesem i romansami ojca i tęskniącego za rodzicami syna. Autorki z ironią ukazały współczesny model rodziny, w której rządzi konsumpcjonizm,”co ludzie powiedzą” i rywalizacja matek. Jest to powieść pełna ciętego humoru, wzruszająca i prawdziwa. Z jednej strony jest to wariackie opis licznych perypetii a z drugiej satyra życia, gdzie największą wartość ma mamona. Polecam książkę, potem film. Czyta i ogląda się bardzo dobrze.
Pojechaliśmy znowu w Ardeny. Ale nie na szlak, nie w las. Chcieliśmy zobaczyć jedno z najładniejszych belgijskich miast, czyli Dinant. Czytałam o tym miejscu same ochy i achy. Tutaj opiszę, co widzieliśmy i co sądzę o mieście.
Dinant znajduje się w południowej Belgii, w prowincji Namur nad rzeką Mozą, przy granicy z Francją. Teren obecnego Dinant był zamieszkany już w czasach rzymskich. Pierwsza wzmianka o mieście pochodzi z VII w. Z powodu położenia, Dinant było narażone na ciągłe bitwy i grabieże. W 1466r Filip III Dobry, książę Burgundii i Karol Zuchwały ukarali miasto, topiąc 800 jego mieszkańców w Mozie i podpalając je. W tym okresie Dinant specjalizowało się w obróbce metali, produkcji świeczników i innych religijnych przedmiotów. W XVI i XVIIw z powodu wojen między Francją i Hiszpanią, miasto ucierpiało: zniszczenia, głód, epidemia. W 1914r zostało ponownie zniszczone w trakcie I wojny światowej. Po wojnie zostało odznaczone Krzyżem Wojennym.
Z Dinant pochodzi m.in Andre Buzin – malarz i projektant znaczków pocztowych, Dominique Pire – urodzony 10 lutego 1910r, belgijski zakonnik, dominikanin, laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 1958r za działalność na rzecz uchodźców. Najbardziej znaną osobą z Dinant jest chyba Adolph Sax- urodzony w 6 listopada 1814r belgijski budowniczy instrumentów muzycznych, konstruktor saksofonu. Na deptaku znajduje się jego rzeźba a tuż za nią jest muzeum saksofonu- wstęp free.
Rozpoznawalnym punktem miasta jest Charles de Gaulle Bridge. Most biegnący przez Mozę, jest hołdem dla muzyki i saksofonów. Znajdują się na nim ogromne instrumenty dedykowane krajom Unii Europejskiej. Na każdym saksofonie można zobaczyć mozaiki nawiązujące do danego kraju. Jest np Polska, Francja, ale nie znalazłam Holandii. Widok z mostu jest bardzo ładny.
W mieście znajduje się ogólnie 28 saksofonów.
Kolejnym punktem jest Kolegiata Najświętszej Marii Panny. Została przebudowana w stylu gotyckim na starych fundamentach po tym, gdy w 1227 r spadające z pobliskich klifów kamienie częściowo zniszczyły poprzedni romański kościół. Powyżej kościoła wznosi się pionowa skała z ufortyfikowaną Cytadelą. Została ona wybudowana by kontrolować dolinę Mozy. Biskup Liege przebudował i powiększył Cytadelę w 1530r. Została ona zniszczona w 1703r przez Francuzów. Istniejąca do dziś budowla powstała po przebudowie w 1821r gdy Dinant należało do Królestwa Zjednoczonych Niderlandów. Na Cytadelę można się dostać za pomocą 408 schodów lub kolejką linową. My niestety nie zdążyliśmy. Czynne było do 16:30. Chciało nam się jeść i teraz żałujemy, że nie odłożyliśmy posiłku na później. Widziałam w internetach, że widok z góry zapiera dech. A ja lubię podziwiać miasta z góry, mimo że mam lęk wysokości.
Największe wrażenie zrobiła na nas Skała Rocher Bayard. Znajduje się przy wjeździe do miasta. Ulica Rue Defoin przedziela ją na pół. Skała ma prawie 40 metrów i jest jakby przyklejona do klifu nad Mozą. Legenda mówi, że skałę przepołowiło kopyto konia Bayarda należącego do synów Aymona – bohaterów średniowiecznego poematu rycerskiego.
Dla tych, którzy chcą zwiedzać miasto pływając po Mozie, czekają specjalne łodzie. Na deptaku przy rzece znajdują się co kilkaset metrów budki z biletami. My chodziliśmy pieszo. Auto zostawiliśmy na parkingu knajpki znajdującej się ok 2 km od Skały Rocher Bayard. Poszliśmy też do tamtejszego Carrefoura. Marsz trochę ciężki, bo pod górę.
Napiszę teraz, jak ja widzę to miasto. Jest ładne, owszem, ale mnie aż tak nie powaliło na kolana. Byliśmy już kilka razy w Belgii i będziemy pewnie jeszcze nie raz. Co zauważyliśmy po wjeździe do tego kraju? Przede wszystkim rzucają się liczne śmieci przy szosach. Tablice informacyjne są zdarte. W lasach ardeńskich jest czysto- wiadomo przyroda itp. W Brugii śmieci nie rzucały się w oczy. W Dinant natomiast było ich naprawdę dużo. Nie mówiąc już o parkingu przed supermarketem. Trzeba też uważać na chodnikach, bo można wdepnąć w psią kupę. Liczyć się trzeba też z tym, że mimo iż to turystyczne miasto, to mało kto mówi po angielsku. Poza hotelami. Słyszałam, że tubylcy albo nie chcą albo faktycznie mają gdzieś ten język i nie umieją. W sklepie młody chłopak nam pomógł po angielsku a z resztą ludzi- na migi 🙂
Gdzie jedliśmy? Spotkaliśmy na swojej drodze restauracje: meksykańską, chińską, tajlandzką. Niektóre były akurat zamknięte. Szukaliśmy pizzerii. Trafiliśmy na niepozorną knajpkę na rogu ulicy. Małą, ale było w niej sporo ludzi. Menu bogate. Od hamburgerów przez wrapy, po sałatki. Weszliśmy. Dogadaliśmy się w miarę po angielsku. Jedzenie dobre i syte. Frytki belgijskie też musiały być 🙂 Aha, i belgijska woda mineralna jest naprawdę pyszna!
Co przywieźliśmy że sobą? Pan Mąż piwa belgijskie, ja natomiast ser, magnes na lodówkę i trzy francuskie kosmetyki: żel pod prysznic, tonik i mydło cytrynowe, które pięknie pachnie. Te rzeczy są tam naprawdę tanie.
Czyli zakończył się rok. Oczywiście ogromnych planów na 2023 nie mam. Ale i tak mam nadzieję, że będzie lepszy. Do Polski, myślę, że nie będziemy musieli jechać, bo wszystkie sprawy zamknęłam i myślę bardziej o urlopie pod palmami.
Przed Bożym Narodzeniem byliśmy w Polsce i trafiliśmy na piękną zimę. Dawno takiej nie widziałam a na widok śniegu cieszyłam się jak dzieciak. W Holandii cały rok potrafię chodzić w trampkach, więc w Polsce też z nich nie zrezygnowałam. Nie umiem chodzić już w kozakach.
A tu strażnicy posesji 🙂
Gdy wracaliśmy do Holandii, zatrzymaliśmy się na nocleg we Wrocławiu. Nie było zwiedzania tym razem. Chcieliśmy po prostu odpocząć, bo droga i jazda była koszmarna. Padło na hotel Novotel. I to był dobry pomysł. Pokój był fajny a śniadanie jeszcze lepsze. Każdy by znalazł coś dla siebie.
Na telewizorze, po włączeniu wszystkie informacje były przejrzyście opisane, np gdzie można uprasować ubranie, hasło do Wi-Fi, czy wypożyczenie planszówek. W łazience znajdowała się informacja o tym, że można kupić w hotelu ich kosmetyki. Był tam m.in żel do mycia+ szampon w jednym. Kupiłam, bo włosy miałam miękkie po tym żelu.
Granicę przekraczaliśmy jak zawsze w Zgorzelcu. I często zatrzymujemy się w restauracji Picaro na ciepły posiłek. Jedzenie jest tam domowe i bardzo smaczne. Duży wybór, bo są np trzy zupy i dania główne w bemarach. Do tego pyszny kompot.
Jedna z przerw w podróży i widok na niemieckie Kassel.
Nie chciało mi się stroić domu na święta. Nie czuję już tego klimatu. Pan Mąż się uparł i zrobił niemal wszystko sam. W weekend musimy rozebrać choinkę. Dla mnie już czas.
Pozbyłam się jednego regału z salonu. Wylądował w najmniejszym pokoju. Znalazło się miejsce na drzewko. Chcę tu potem wstawić inny regał, dużą roślinę i fotel. Drzwi wejściowe i schody też zostały ozdobione.
U nas na choince wiszą nie tylko tradycyjne bombki. Mamy też zrobione na zamówienie z postaciami z horrorów. Wisi sobie np taki Pennywise albo Predator. Kolejne zdjęcie, to „czekoladowe” bombki z marketu budowlanego.
Prezent znaleziony pod choinką. Gra się fajnie.
W święta nadrobiłam podcasty. Ten z kanału „Piąte nie zabijaj” o sprawie Iwony Cygan ma aż 8 części i Justyna Mazur zrobiła naprawdę dobrą robotę. Wszystko jest bardzo dokładnie omówione i niestety jeszcze nie wyjaśnione.
W Lidlu pojawiły się holenderskie pączki, czyli oliebollen. Do tej pory nie miałam odwagi na zabawę z ciastem drożdżowym, więc znowu kupiłam.
Takiego garbusa spotkaliśmy pod supermarketem 🙂
Ostatnio moja ulubiona filiżanka na kawę 🙂 Jeszcze kilka słów o jedzeniu. Każdy chyba zna polską zupę „flaczki” i nie każdy ją lubi. Kiedyś nie lubiłam. Nie przepadam też za imbirem, a dodaje się go do tej zupy. U znajomej jadłam inną, lżejszą wersję tej zupy i jest pyszna. Też taką zrobiłam. Prosta sprawa. Gotujemy rosół np na udach kurzych. Doprawiamy. Potem mięso rozdrabniamy i wrzucamy do wywaru. W polskim sklepie kupiłam przyprawę do flaków, suszony imbir i gałkę muszkatołową. Przyprawiłam po swojemu. Nie na ostro. Zupa ma delikatny smak flaczków no i mięso kurze bardziej mi odpowiada. Do tego kromka chleba z masłem i w zimny dzień, rozgrzewający obiad jak znalazł. Polecam!