GADŻETY DO KUCHNI

W sobotę po pracy, wstąpiłam do kringloopa. W internecie sprawdziłam godzinę zamknięcia i okazało się, że teraz otwarty jest dłużej, bo do 16:00. Chciałam kupić tylko jeden pojemnik…

Ale jak to zwykle bywa, wyszperałam parę innych rzeczy. Tylko do kuchni i tylko takich, które na pewno mi się przydadzą. Na pierwszy ogień poszedł szklany pojemnik z zakrętką, przypomina raczej słoik. Potrzebowałam takiego na kaszę jęczmienną, bo trzymałam do tej pory w torebce. A ta zawsze może się przerwać albo otworzyć i cała szafka do sprzątania. Kaszę gryczaną i ryż kupuję w torebeczkach. Teraz doszłam do wniosku, że przydadzą mi się jeszcze dwa takie słoiki na produkty sypkie.

Podkładki pod gorące garnki- dwie sztuki. Mam korkowe, a te drewniane jednak ładniejsze:)

Silikonowa foremka na kostki lodu. Już dawno chciałam kupić, ale wyleciało mi z głowy. Teraz natknęłam się na kilka różnych sztuk i wybrałam tę w kształcie ananasa.

Ozdobna deska z napisem na ścianę w kuchni. Napisy naklejone bezpośrednio na ścianę, nie podobają mi się. Ale takie w ramkach, czy właśnie na deskach, owszem. Teraz wisi obok zegarka w kształcie patelni. Na kuchenną ścianę trafił też drewniany termometr przywieziony z Polski.

A Pan Mąż kupił sobie dwa duże drewniane spinacze 🙂

Zakręciłam się też koło ubrań, ale nic ciekawego nie było. Dużo za to było torebek i torebeczek.

Pan Mąż wypatrzył autko nakręcane na kluczyk 🙂

Sprzęt AGD, wielkie dzbany, które nie wiem do czego służą i mnóstwo koszyków.

Ozdoby, najczęściej serca, którymi Holendrzy lubią ozdabiać okna:

Na koniec meble i filiżanki:)

Ach! Bym zapomniała o wazonach i taka gratka: nawet Oscar był do kupienia. Wprawdzie nie oryginalny, bo ten był dużo mniejszy i nie złoty, a w brokacie w kolorze złota:)

Do następnego 🙂

MINĄŁ PAŹDZIERNIK…

Na przełomie września i października byliśmy na urlopie w Polsce. Wróciliśmy i nadszedł czas na pracę. Nic ciekawego się nie wydarzyło. Złego na szczęście też nie.

Październik okazał się bardzo ciepłym miesiącem. Pod koniec było u nas nawet 20°C. Jesień była piękna i złota. W ogóle nie miałam na sobie wtedy żadnej kurtki. Mało tego, zdarzyło się wyjść z pracy w krótkim rękawku. Zresztą Holendrzy byli tak samo rozebrani. Wrzucę klika zdjęć- będzie to bardziej fotorelacja z zeszłego miesiąca 🙂

Gdzieś w Niemczech- powrót z Polski do Holandii:

A tak powitała nas Holandia- zachód Słońca:

Poszliśmy z Panem Mężem na jesienny spacer tam, gdzie nas jeszcze nie było, ale blisko naszego miasteczka. Po drodze spotkaliśmy sporej wielkości plastikowe konie, figurki krasnali na drzewach a nawet Smerfa w budce.

Mnóstwo łabędzi pływających po kanałach. Młode już odchowane.

Pastwisko z bryczkami i kurki uciekinierki. Trzeba uważać, żeby nie rozjechać.

W mojej szkole, a w zasadzie w miejscu, gdzie mamy lekcje, pojawiło się mnóstwo jesiennych ozdób. Na paletach przed szklarnią z roślinami zostały wystawione ogromne dynie. Każda po 15€ i każda ważyła grubo ponad 20kg. Jedna z nich pojechała z nami do domu i została wycięta na Halloween. Na palecie stał też champion. Dynia w kolorze szarym, która jest najwieksza. Ma wyrzeźbiony napis.

Na koniec zdjęcie drzewa, które chyba jako pierwsze ma jesienią taki kolor liści. Aplikacja powiedziała mi, że to klon palmowy. Jest ich u mnie w mieście mnóstwo. Gdy reszta drzew jest jeszcze w miarę zielona, on jest już czerwony:

Do następnego 🙂

HALLOWEEN

W weekend zrobiliśmy imprezę. W zeszłym roku zrobiliśmy Halloween u nas i w tym też chciałam. Z tym, że teraz była z większym rozmachem.

Jak to wygląda w Holandii? Już około 3 tygodni przed, w skrzynce na listy znalazłam wydrukowaną karteczkę. Wrzucane są takie kartki na osiedlach, które informują o tym, że dzieciaki będą chodzić po domach. W tym roku padło na sobotę, 29 października. Jeżeli się chce, aby odwiedziły dom, to od godziny 19:00 należało zostawić jakieś światełko przed domem. Skrzyknęłam kilka osób i powiedziałam, że się przebieramy. Każdy musiał kombinować. Już wcześniej kupiłam ozdoby i powoli przystrajalam dom.

Przed domem stanęła ogromna wycięta dynia z lampionami w środku, powiesiłam pajęczynę i szkielety. Miotłę z kringloopa ozdobiłam światełkami- dyniami.

W środku także nie brakowało ozdób. Nietoperzom z papieru przykleiłam oczy, wieszalismy mnóstwo balonów i innych „strasznych” rzeczy 🙂

Słodycze dla dzieciaków zostały kupione, my mieliśmy stół zastawiony pysznym jedzeniem- każdy coś przyniósł. Koleżanka na przykład zrobiła rękę z mięsa mielonego i jajka faszerowane z pająkami z oliwek.

Byliśmy przebrani i wyglądaliśmy, jakbyśmy uciekli z psychiatryka. Ubaw po pachy 🙂

Zaraz po 19:00 rozległ się pierwszy dzwonek do drzwi. Zamysł był taki, żeby wyskakiwać z wrzaskiem i straszyć 😁 Udało się, bo kilkoro dzieciaków zwiało a inne płakały. Reakcje rodziców? Śmiech. Tutaj umieją się bawić w Halloween i byli niemal wszyscy świetnie przebrani. Dla nas też to jest fajna zabawa. Uwielbiam Halloween. Ja nawet nie traktuję tego jako święta. Po prostu rozrywka i tyle. Ale bardzo mi się podoba zwyczaj strojenia domów przez Amerykanów. Tutaj nie ma takiego rozmachu, ale ważne jest to, że obchodzą Halloween i nikt nie robi z tego problemu.

W Polsce coraz częściej też jest obchodzone i znam ludzi, którzy robią imprezę z kostiumami, a potem idą grzecznie na cmentarz we Wszystkich Świętych. Rozumiem to i też bym potrafiła to pogodzić, z tym, że akurat w tym czasie nie ma mnie w Polsce. Zawsze, gdy odwiedzam kraj, to idziemy na cmentarz, zazwyczaj wieczorem. Pamiętam o tym. Poza tym, lubię nekropolie. Wielu ludzi się oburza, że Halloween, to pogańskie święto, satanistyczne święto. Bzdura! Powstało w chrześcijańskiej Irlandii. Znaczy Wigilia Wszystkich Świętych. Wtedy też ludzie chodzili po domach i zbierali ciastka, tzw duszki. Amerykanie przejęli to święto i zaczęli dodatkowo dekorować domy. W Polsce były za to Dziady i chyba bardziej niebezpieczne niż Halloween, bo wywoływało się duchy. Ja wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie lubi takich zabaw, to ich po prostu nie robi i nie trzeba od razu krytykować. Trochę więcej luzu 🙂

MUMINKI

Moja ulubiona bajka z dzieciństwa. Będąc na urlopie w Polsce, niestety nie dałam rady odwiedzić mojego ulubionego antykwariatu i Empiku w Częstochowie. Ale wskoczyłam do miejscowej księgarni, bo nigdy nie wracam do Holandii bez książki.

Znalazłam kilka ciekawych pozycji- kryminały i thrillery, które zostawiłam Mamie, bo cierpi na książkowe braki. Niestety kilka księgarni jest zamkniętych, w zasadzie zlikwidowanych, w tym ulubiony Matras. I to nie dlatego, że Polacy nie czytają. Wręcz przeciwnie, uważam, że teraz mnóstwo ludzi czyta. Więcej niż kiedyś. Pani w jedynej ocalałej księgarni powiedziała, że niemal każdy korzysta teraz z elektronicznych książek i kupuje przez internet, dlatego sklep jest biednie wyposażony. Ja jednak coś kupiłam.

Moje oko wypatrzyło dwa tomy „Muminków” 😊 Właściciele księgarni zamówili te książki dla swojej wnuczki, ale mi je sprzedali, stwierdzili, że zamówią ponownie 🙂 Autorką „Muminków” jest Tove Jansson.

Tove Marika Jansson- fińska pisarka, malarka, ilustratorka i rysowniczka komiksowa pochodzenia szwedzkiego. Urodzona 9 sierpnia 1914r w Helsinkach. Znana jest najbardziej jako autorka ilustrowanych przez siebie książek dla dzieci o Muminkach, które przetłumaczono na ponad 30 języków. Zmarła 27 czerwca 2001r w Helsinkach.

Pierwsza część znanej na całym świecie serii książek Tove Jansson o Muminkach ukazała się w Finlandii w 1945r, polscy czytelnicy jednak zapoznali się z nią dopiero 50 lat później – w 1995r dzięki przekładowi Teresy Chłapowskiej. Nie było to pierwsze spotkanie z sympatycznymi trollami, gdyż 31 lat wcześniej nakładem Instytutu Wydawniczego „Nasza Księgarnia” ukazał się, jako pierwszy w Polsce, trzeci tom z cyklu: „W Dolinie Muminków”. Pierwszą tłumaczką oraz promotorką twórczości Tove Jansson w Polsce była Irena Szuch- Wyszomirska. W drugiej kolejności została wydana część piąta- „Lato Muminków”, 1967, następnie szósta- „Zima Muminków”, 1969, siódma- „Opowiadania z Doliny Muminków”, 1970.

Po śmierci tłumaczki spolszczenia pozostałych książek z serii podjęła się Teresa Chłapowska. Przełożyła nie tylko dwa ostatnie tomiki (Tatuś Muminka i morze, 1977 oraz Dolina Muminków w listopadzie, 1980), lecz także pominięte części początkowe (Kometa nad Doliną Muminków, 1977, Pamiętniki Tatusia Muminka, 1978, i na końcu tom pierwszy: Małe trolle i duża powódź, 1995).

„Nasza Księgarnia” publikuje te książki do dziś. W ubiegłym roku wszystkie tomy ukazały się w nowej szacie graficznej z barwnymi okładkami. Obecnie, z okazji setnych urodzin wydawnictwa, powstało dwutomowe wydanie zbiorowe całej serii. Idealny prezent dla fanów Muminków.

Moją ulubioną postacią z bajki był m.in. Włóczykij. To chyba najbardziej tajemnicza postać. 23 lipca jest zresztą obchodzony Dzień Włóczykija 🙂

Lubię też Bobka. Mała menda społeczna, która dokuczała wszystkim 🙂 Mendą była też Mała Mi, ale ona akurat trzymała z Muminkami. Kolejną fajną postacią jest Czarownica, babcia Alicji, która zaprzyjaźniła się z Muminkami, ale babcia zabraniała jej się z nimi kumplować. Fajny miała głos i próbowałam go naśladować:)

Do następnego 🙂

NIE BYŁAM…

dawno w kringloopie. Kringloopie w moim mieście. Moim ulubionym kringloopie. Dzisiaj piątek i mieliśmy wolne w pracy, bo miała przyjechać maszyna usuwająca liście z podłoża. Pojechaliśmy do „dziada” szukać krzeseł na imprezę, bo niestety nie posiadam aż tylu.

Organizujemy Halloween i będzie nas w sumie 8 osób. Potrzebuję trzech krzeseł, najlepiej rozkładanych. Znalazłam w kringloopie tylko jedno. No nic, będę kombinować dalej… Oprócz krzesła, znalazłam mnóstwo świątecznych ozdób, bo w kringloopie o tej porze królują bożonarodzeniowe gadżety. Oczywiście, nie przeszłam obok nich obojętnie 😁 Teraz „mam fazę” na dekorowanie domu na Halloween, ale już myślę nad Bożym Narodzeniem. Uwielbiam ozdabianie chałupy! Gorzej potem że sprzątaniem ozdób… Kilka zdjęć, co tam można znaleźć:

I mnóstwo świątecznych ozdób:

A to nasze zdobycze:

Minichoinka stanie na komodzie w sypialni.

Panu Mężowi spodobały się ptaszki na choinkę.

Ja znalazłam świeczkę w kształcie choinki i wazon/doniczkę- buty Św. Mikołaja. Są naprawdę urocze.

A to świeczki na baterie, które będą włożone do środka dyni. Duża po 1€ a mała 50 centów. Mialam kupić w Actionie i pewnie by były droższe.

Miotła za 2,50€. Bez kija. Muszę coś wymyślić. Mam kijki bambusowe, trochę za cienkie, ale coś się wykombinuje. Miotła stanie przed domem obok dyni.

4 fajne kieliszki do jajek. Czasem udaje nam się je ugotować na miękko, ale nie było ich w co włożyć żeby wygodnie zjeść. Teraz już mam muchomorki 🍄. Pojemnik na kawę. Pijemy tylko czarną, fusiastą. W sumie tylko ja, bo Pan Mąż ma też ciągoty do cappuccino, takiego w saszetkach i to na tę kawę ten pojemnik. Jest na nim napisane, że pochodzi z angielskiej kolekcji (West Sussex) Lauren Ann Hunter Collection established 1916. W internecie jest mnóstwo rzeczy tej marki, np pojemniki na cebulę, cukier, mleczko do kawy. Bardzo ładna kolekcja. Marzy mi się taki zestaw. W tej chwili mam zbieraninę, ale próbuję zebrać komplet. A mężowe saszetki z kawą będą w jednym miejscu 🙂

Do następnego 🙂

DZIEŃ GIER PLANSZOWYCH

Planszówki wróciły do gry. Kiedyś grałam w Eurobusines. Zresztą do tej pory lubię tę grę. Ale oprócz tego, wkręciłam się z Panem Mężem w inne gry. A jest ich mnóstwo.

Dzień Gier Planszowych, to coroczne święto miłośników planszówek obchodzone 10 października. Inicjatywa jest wspierana przez wydawców, sklepy, media, szkoły, kluby i inne miejsca dla graczy. Jest to bardzo fajny sposób na spędzanie czasu. Jesienne wieczory wręcz zachęcają do gry. Oprócz świetnej zabawy, można się czegoś nauczyć, wysilić mózg, pomyśleć. Zależy jaka gra, a tych jest do wyboru, do koloru. Holendrzy spędzają tak często Sylwestra. My też się tak bawiliśmy. Mamy kilka gier, które kupiliśmy w Polsce.

Gloom

To jest idealna gra na Halloween. W Gloomie cel jest smutny, ale prosty: spraw, by Twoja dziwaczna rodzina doświadczyła największych możliwych tragedii, zanim przejdzie na tamtą stronę. Ogólnie rzecz ujmując, trzeba wszystkich wpędzić do grobu. Postacie muszą cierpieć najgorsze tragedie, np choroby, atak mięsożernych myszy… Próbowaliśmy w to grać, ale przyznam, że początek wcale nie jest łatwy. Z pomocą przyszły filmiki na YouTubie. Jeszcze do końca wszystkiego nie rozumiemy, ale będziemy próbować, bo gra ciekawa 🙂

Szarada

Bardzo lubię tę słowną grę planszową. Polega ona na układaniu na planszy wyrazów. Celem gry jest zdobycie jak największej ilości punktów za utworzone słowa. Można samemu ustalić jakie wyrazy są dopuszczane, czy tylko polskie, czy obcojęzyczne. Czy tylko rzeczowniki. Czy układamy na skos, czy tylko pion-poziom. Czasem wychodzą naprawdę dziwne słowa:)

Milionerzy i bankruci

Nowość, którą teraz kupiliśmy będąc w Polsce. Jeszcze w to nie graliśmy. Gra polega na licytacji i blefowaniu. Gracze- milionerzy rywalizują o najcenniejsze dobra luksusowe. Aby wygrać, trzeba rozsądnie inwestować swoje miliony oraz unikać złodziei i problemów podatkowych.

Grunt to zdrowie

Gra planszowa ilustrowana rysunkami Andrzeja Mleczko, którego lubię. W kolejce do lekarza dzikie tłumy. A o świcie chcesz być pierwszy w rejestracji. Nic z tego! Pozostali pacjenci tylko czekają na twój błąd, aby wyprzedzić cię w drodze do specjalisty. Masz owsiki, łupież a może haluksy? Więc trzeba wziąć udział w zabawie, w której spostrzegawczość jest tak samo ważna jak planowanie. Zdrowie jest w tej rozgrywce najważniejsze. Granie dopiero w planach. Sądzę, że to będzie dobra zabawa 🙂

Karty Dżentelmenów i (nie) powinieneś

To jest to, co zrobiło furorę w zeszłym roku w Halloween! Można boki zrywać ze śmiechu. Jeśli ktoś ma dystans do siebie i świata, zna się na żartach, to gra jest dla niego. Jest to typowa imprezowa gra karciana. Kart Dżentelmenów jest chyba 6 części. My mamy dopiero jedną. Te dwie gry różnią się tylko nazwą. Chodzi w nich o to, żeby jak najlepiej dobrać odpowiedź do wylosowanego pytania, czy urwanego zdania. Odpowiedzi są chamskie, nieprzyzwoite, rasistowskie i często z przekleństwami. Polecam, bo zabawa świetna!

Do następnego 🙂

MINĄŁ WRZESIEŃ…

Wrzesień był dla mnie urlopem, który spędziliśmy w Polsce. A urlop był imprezą. Najpierw ślub i wesele brata a tydzień później chrzest synka Pana Męża siostry.

Na wesele się niestety spóźniliśmy. Dlaczego? Bo nie było szans na szybsze opuszczenie pracy. Wyjechaliśmy w piątek o godzinie 20:00, w sobotę około 14:00 położyliśmy się spać na trzy godziny. Potem szykowanie i w tango. Na ślubie nie byliśmy a na sali weselnej pojawiliśmy się dopiero o godzinie 21:00. Nie lubię tańczyć a jednak tańczyłam a potem były zakwasy. Szpilki zamieniłam na trampki i to była najlepsza decyzja 🙂

Przed urlopem wreszcie się ochłodziło w Holandii. Było ciepło, ale już nie upalnie. Pewnego wieczora nadciągnęły ciężkie i ciemne chmury a z nimi ulga od duchoty. Pojawiła się burza i porządny deszcz. Od tamtej pory pogoda zaczęła mi odpowiadać.

W sklepach pojawiły się cebulki tulipanów, żonkili, krokusów i innych takich, które trzeba wsadzić we wrześniu i na wiosnę zakwitną. Kupiłam tego sporo i zawiozłam do Polski w ramach prezentu. Teraz wożę dla rodziny pomidory i rośliny cebulkowe 🙂

W Actionie pojawiły się dekoracje na Halloween. W tym roku, tak jak poprzednio, organizujemy imprezę u nas. Każdy musi się przebrać. Uwielbiam tę zabawę. Mam już kilka gadżetów, w tym ten świecznik:)

A poniżej holenderski wrzesień: było trochę słońca i trochę deszczu. W miejscowości obok odbywał się nawet koncert jazzowy.

Gdy wyjeżdżaliśmy w piątek wieczorem, było ciepło i padał delikatny deszcz. Po całonocnej jeździe, na granicy zatrzymaliśmy się na kawę i śniadanie. Najbardziej smakowała mi kiełbaska:)

A po weselu nadszedł czas na najlepszy sport Polaków, czyli grzybobranie! Uwielbiam! Uwielbiam zbierać i jeść grzyby. Wpadłam do lasu i niemal od razu natrafiłam na grzyby. Było ich całkiem sporo. Nazbieraliśmy z Panem Mężem naprawdę dużo. Poszły do zamrożenia i przyjechały z nami do Holandii. Będzie zalewajka i sos.

Odwiedziliśmy też ulubioną pizzerię. Objadłam się pizzy na zapas. Naszą ulubioną jest ta z serem, szynką i pieczarkami, ale tym razem spróbowaliśmy z dodatkiem papryki i salami. Sądzę, że pizze są jeszcze lepsze, bo zmienili grubość ciasta. To jest fajne, cieniutkie. Pycha!

Pan Mąż skorzystał z okazji i poszedł na hod-doga a potem na polski specjał, czyli zapiekankę do ulubionej budki z fast foodem. Ja jem tam tylko frytki. Zapiekanka była w dwóch wersjach: standardowo z pieczarkami i drugi wariant z surówką, taką jaka jest zazwyczaj w hod-dogach. Samą zapiekankę lubię, z surówką nie dla mnie.

Przed końcem urlopu musieliśmy się zaopatrzyć w polskie wędliny. W Holandii nie ma aż tak dużego wyboru. Kolejka była długa, bo przywieźli swojskie kiełbasy. Kupiliśmy m.in zapas cienkiej.

A to jeden z ostatnich ciepłych wieczorów w Polsce. I jeden z ostatnich dni urlopu:

Do następnego 🙂

OGRÓD IDZIE SPAĆ…

Nadszedł wreszcie ten czas, gdy robimy porządek z roślinami przed zimą. Chcieliśmy zrobić dużo więcej, ale jak już zaczęło padać, to długo nie przestawało. Zrobiliśmy minimum.

Ogród ogólnie zarósł. Ciężko było kosić trawę, gdy wszystko było w deszczu. I tak mamy w planach na wiosnę usunąć część kostki, bo chcę pas trawy. Zrobiłam przegląd roślin. Część jeszcze kwitnie, np fuksja.

Mam nadzieję, że bez problemów przezimuje i zakwitnie znowu, bo akurat tej się to udało. Hortensje przetrwały upały. Kwiaty zbladły, ale roślina wypuściła nowe listki. Agrest Jacuś w tym roku nie został obgryzione przez małe liszki. A ogólnie – odpukać- mało mam ślimaków. Raz na jakiś czas jakaś menda się pojawi. Może faktycznie sól je odstraszyła.

Moje ulubione goździki ogrodowe też sobie radzą. Jak zawsze pewnie przetrwają zimę i na wiosnę i lato będą kwiatki wypuszczać.

Szafirkom się za to coś pomyliło i nie czekały do wiosny. Wyszły znowu 🙂

Palmy mrozoodporne i agawy (mam po dwie sztuki) odzyskały kolor i siły po suszy. Wypuściły nowe liście.

Najgorzej skończył groszek cukrowy, bo niestety usechł. Zaczął się powoli piąć po kratce, ale niestety nie dał rady. Dzisiaj znalazłam jednak jedną samotną roślinkę, która próbuje rosnąć. Nie wiem, czy coś z tego będzie…

Za to zielistka od sąsiadki zaszalała. Wypuściła mnóstwo pędów z kwiatkami. Ogólnie rozrosła się. Jutro jeszcze zostanie na dworze. Przed urlopem zawędruje do domu. I tu już przezimuje.

Tak w ogóle, to już poczułam jesień na całego. Byliśmy w Actionie. Kupiłam kilka ozdób jesiennych: liście sztuczne i lampki w kształcie dyń. Wsadziłam do wazonu a światło daje przytulny i ciepły efekt.

Po drodze do sklepu, zatrzymaliśmy się przy minisklepiku przydrożnym, gdzie można kupić różne rośliny, ale akurat w tym momencie były dynie i tykwy. Tykwy są piękne. Wybrałam zieloną- wężową i postawiłam ją z resztą ozdób przed domem. Do tego w sprzedaży był ładny stroik jesienny . Teraz stoi na stoliku przy kanapie 🙂 A w miejscu, gdzie wisiał kwiat, powiesiłam teraz latarenkę metalową. Wygląda to naprawdę fajnie. Mam w planach kupno świec pomarańczowych i czarnych. Włożę je do dwóch latarni ogrodowych, które do tej pory stały w ogrodzie. Planujemy Halloween, więc będzie pasowało.

Do następnego 🙂

SOS I OGÓRKI

Co zrobić z nadmiarem pomidorów, które są do wyrzucenia? Przerobić na sos pomidorowy. Ogórki też się przydadzą.

W zeszłym roku robiłam ogórki w curry i sałatkę warzywną w słoikach a teraz postanowiłam zrobić sos pomidorowy i kiszone. Oczywiście to też był pierwszy raz. Kiszone podobno zawsze wyjdą. No to ok. Trzeba zrobić. W internecie znalazłam co i jak. Potrzebny był chrzan, czosnek, koper i oczywiście ogóry. W przepisach często był podawany liść dębu lub winogrona. Po lesie biegać i szukać dębu nie zamierzałam. Korzenia chrzanu też nie miałam. Świeży koper i czosnek już tak. Ale w polskim sklepie znalazłam specjalną mieszankę do ogórków kiszonych. Do większego słoja i dwóch mniejszych, litrowych słoików upchnęłam ogórki, wsypałam mieszankę, dodałam koper i ząbki czosnku a następnie zalałam gorącą wodą z solą. I sobie ładnie kisną.

W pracy mamy teraz bardzo dużo pomidorów, które nie nadają się na sprzedaż. Kupuję je pan Turek i cholera wie co z nimi tam sobie robi… Ja zbierałam tzw „bulwy”, czyli te największe, z których do tej pory robiłam zupę. Przynosiłam codziennie po pudełku. Zachciało mi się sosu pomidorowego, który nada się i do pizzy i do spaghetti. Przepis oczywiście z internetu. Kupiłam suszone oregano, świeżą bazylię, czosnek już miałam i do gara.

Najpierwej je wyparzyłam w gorącej wodzie i obrałam za skórki. Potem pokroiłam na kawałki i do blendera. W garnku o grubym dnie gotowałam i doprawiałam na bieżąco. Z gotowaniem było ciężej, bo robiłam to przez dwa dni po pracy. Z rzadkiego soku, musiała powstać dosyć gęsta papka. No i była:

Wlałam ją potem do słoików i jeszcze do pasteryzowania. 15 minut i można wyjmować. Usłyszałam pyknięcie, więc słoiki się zamknęły.

Ostatnio otworzyliśmy jeden mały słoik, bo Pan Mąż robił spaghetti. Wyszło pyszne. Gdy nie wykorzystujemy całego słoika, na wierzch wlewa się troszkę oliwy i do lodówki. Na pewno nie spleśnieje. Robiłam tak kiedyś z koncentratem pomidorowym i faktycznie działa. Doszłam do wniosku, że robienie słoików na zimę bardziej mi się podoba, niż np.pieczenie ciast. Wkręciłam się w to. Nie jest trudne 🙂

Do następnego 🙂

JESIEŃ JUŻ BLISKO, CZYLI DYNIE I DEKORACJA PRZED DOMEM

Postanowiliśmy się wziąć za porządki w ogrodzie przed jesienią i naszym urlopem. Trzeba wszystko posprzątać i uporządkować, bo potem będą już tylko wiatr i deszcz.

Doszłam do wniosku, że w tym sezonie nie kupię dyń w centrum ogrodniczym, bo po co przepłacać. Pomyślałam, że znajdę tutejszego farmera. Szukałam i znalazłam 10km od naszego miasta, w miejscowości Geervliet, gospodarstwo ogrodnicze. Jest to rodzinny biznes. Zaczęli już sezon na dynie. Bingo! W sobotę otwarte do 15:00. Jedziemy. Okazało się, że zrobili wystawę w stodole. Na snopkach słomy i drewnianych stołach było mnóstwo dyń i tykw. Różnej wielkości. Do tego w koszach mniejsze. Można było też kupić jesienne stroiki i suszone bukiety. I pojedyńcze kwiaty. Wstawione były też drewniane ławki że stolikami, przy których klienci pili kawę i herbatę. Właściciele bardzo mili. Mogłam bez problemu zrobić zdjęcia.

Teraz już wiem, gdzie będę jeździła co roku 🙂 Kupiłam kilka dyń. Zrobiłam też stroik na drzwi. W Actionie kupiłam kółko, do którego przykleiłam sztuczne liście, dynie i jabłka. Wykorzystałam klej modelarski Pana Męża. Póki co, wszystko się trzyma. Ozdoby miałam jeszcze z zeszłego roku, które były stroikiem domowym. Stwierdziłam, że nie będę tego w domu trzymała, będzie dobre na zewnątrz.

Przed domem zmieniłam wystrój. Hortensję wyniosłam na podwórko. Został krasnal i wiewiórka. Przesadziłam wcześniej kupione chryzantemy i wrzosy. Dodałam dynie. Wcześniej spryskałam je lakierem do włosów, może nie zgniją tak szybko.

Szukając dyniowej farmy, znalazłam holenderskie blogi, na których można co nieco o dyniach się dowiedzieć:)

O świętach i nie tylko.

https://oktoberdots.com/blog/. Tutaj jest mnóstwo ciekawych przepisów kulinarnych 🙂

A na koniec dwie piękne dekoracje z mojego miasta 🙂

Do następnego 🙂