DZIWACTWA W HOLENDERSKICH DOMACH

Wystrój domów polskich i holenderskich różni się bardzo. Polacy mają inny gust. Holendrzy lubią płytki, cegłę, mnóstwo ozdób i nierzadko meble, jak wyjęte ze starego zamczyska. Sypialnie dla odmiany są skromnie urządzone, ale reszta pomieszczeń posiada różne ozdoby i dziwaczne kolory. Oto kilka przykładów na widok których się mocno zdziwiłam 🙂 I na pewno nie będę miała takich „ozdób” w domu.

Duuużo drewna w łazience. Podobają mi się dodatki drewniane, np lustro w takiej oprawie, czy umywalka wbudowana w drewnianą szafkę. Ale całe ściany w boazerii? Ja jestem na nie.

Jeśli Holender ma ulubiony kolor, to więcej niż pewne, że znajdzie się w całym domu. I nie trzeba zgadywać, co to za kolor, bo zobaczymy go na ścianach, meblach np kuchennych i w łazience 🙂

Wc to nie tylko sedes i umywalka. Często znajdziemy tam ogrom ozdób, ozdóbek… Jak dla mnie- koszmar. I weź to potem sprzątaj…

Jak widać, każde miejsce jest dobre na przechowywanie różnych rzeczy 😀 Zasiedzisz się na sedesie- otwierasz butelkę 😉

Sypialnia połączona z łazienką… Koszmar, którego nie potrafię zaakceptować. Już pal licho te okropne płytki na podłodze, ale wanna?! Nie!

Sypialnia z umywalką to bardzo częsty widok. Ma to zaletę: wstajesz rano i od razu myjesz twarz i zęby, nie czekając w kolejce do łazienki. W holenderskich sypialniach oprócz łóżka i szafy, rzadko znajduje się więcej rzeczy, ale umywalka pojawia się bardzo często. Zresztą dla Holendra sypialnia służy tylko do spania, nie przesiadują w niej, więc taki wystrój to dla nich norma.

ZDOBYCZE Z KRINGLOOPA

Akcja

Akcję, którą popieram: zostań w domu, staram się przestrzegać. Wczoraj poszłam po chleb. Musiałam. I co zobaczyłam? Otwarty kringloop! No trzeba wejść. A widziałam, że okno wystawowe w nowych kolorach (co nowa dostawa, to inna gama kolorystyczna), więc polazłam.W środku na szczęście przestrzegano przepisów, czyli dezynfekcja 🙂 To była w sumie szybka akcja. Przeleciałam półki ze szkłem. Oto,co wygrzebałam:

Pszczółki- 0,75 centów szt.

Pszczoły- nasze dobro na Ziemi. Trzeba to to chronić, bo inaczej wyginiemy. Jestem za! To po pierwsze. Po drugie- wiosna kojarzy mi się z kolorem żółtym. I zobaczyłam te piękne żółte filiżany (bo są wielkie) z pszczółkami 🙂 Myślę: bierę!!!! I wzięłam 🙂

I te piękne niebieskie saboty (klompen), wiatraki (molen), tulipany (tulpen) 🙂 Zobaczyłam i przepadłam! Myślę: biere! I kupiłam. Jedna kosztowała 1euro. A mam 3 🙂

Szklane naczynie- takie coś idealnie wygląda w łazience. Jako pojemnik na waciki sprawdziłoby się idealnie. Moja łazienka jest zwykła, prosta. Dlatego to szkło wrzuciłam do kuchni.

I na koniec wazon w kolorze żółtym. Wygląda jak pęknięta skorupka jajka. Idealna dekoracja na święta Wielkanocy 🙂

Życzę spokojnej niedzieli 🙂 I zapraszam też na Instagram 🙂

DELFT, CZYLI MAŁY AMSTERDAM

Do Delft wybraliśmy się pewnej letniej, gorącej soboty. Słyszałam sporo o tym miasteczku, oglądałam zdjęcia i postanowiłam: jedziemy, bo co tu innego robić 😉 Delft leży nad rzeką Schie, na południe od Hagi. Od końca XVI w jest jednym z głównych europejskich ośrodków produkcji fajansu a później porcelany. Stare miasto z dużym rynkiem Grote Markt, poprzecinane jest licznymi kanałami, okolone starymi topolami i uroczymi kamienicami. Na rynku i w bocznych uliczkach znajdują się liczne knajpki i sklepiki z pamiątkami, w których kupimy m.in magnesy, widokówki i oczywiście porcelanę i inne lokalne produkty. Delficki rynek jest jednym z najpiękniejszych w Europie. Najbardziej rozpoznawalnym punktem rynku jest renesansowy ratusz z okiennicami w czerwonym kolorze. Istnieje już od 1200r. Dalej znajdują się kościoły: Nieuwe Kerk (Nowy Kościół, wybudowany w latach 1397-1496) i Oude Kerk (Stary Kościół, z 1250r). Postanowiliśmy wejść na wieżę widokową Nowego Kościoła. To druga najwyższa wieża w Holandii o wysokości 115m i 376 schodów. Bilet kosztował 4,50 euro. Przy kasie biletowej znajduje się sklepik z pamiątkami i szafka na plecaki i większe torebki. Schody są baaardzo wąskie, wchodzi się małymi grupkami bez plecaków, bo się po prostu człowiek nie zmieści. No więc po kupnie biletu heja na górę… I błędem było włażenie tam w taki upał :/ No, ale jak się powiedziało A… Wchodziliśmy i wchodziliśmy… Pot koszmarny i drżące nogi. A przy samym końcu poczułam, że nie dam rady- mdliło mnie 😮 A gdzie tu jeszcze zejść? Ja prawie zeszłam, ale w drugą stronę 😉 Weszliśmy na pierwszy balkon, a jest jeszcze wyżej drugi. Kto da radę, ten wejdzie 🙂 Wysiłek się opłacił! Widok świetny!

Tam, gdzie zegar- drugi balkon
Ratusz

Z Delft pochodzi malarz Jan Veremeer, autor „Dziewczyny z perłą”. Na każdym kroku można zobaczyć obrazki, widokówki i inne pamiątki z jej podobizną. Oprócz tego oczywiście sklepy z piękną porcelaną w niebieskim kolorze 🙂

Trafiliśmy także na pchli targ 🙂 Stoiska rozłożone były wzdłuż kanału. Wygrzebałam piękny duży kosz piknikowy za 10 euro.

Kiedy będzie już po całej epidemii, świat się uspokoi i będzie można wreszcie wyjść i pozwiedzać, to zachęcam do wizyty w Delft 🙂 Jest pięknie!

PYSZNA PASTA DO KANAPEK

Czasem jest tak, że już nie wiem, co zjeść. Unikam holenderskie wędliny, ale i czasem w polskim sklepie nie ma zbyt dużego wyboru… Dlatego zawsze mam w domu jajka i rybę w pomidorach 🙂 I robię z nich bardzo smaczną pastę do kanapek. Kto lubi ryby i jajka, temu posmakuje. Do tego ketchup- nasz Kotlin i posiekana cebula. Ja trochę zmodyfikowałam przepis, który polecam!

Filety śledziowe ze zdjęcia pochodzą oczywiście z polskiego sklepu, ale te holenderskie też są w sumie smaczne. Zamiast śledzia, można użyć makreli w pomidorach. Jajka (4 -5 szt) gotuję na twardo. Żeby szybciej i łatwiej się obierały, warto dodać do wody trochę zwykłego octu 🙂 Po ugotowaniu siekam w drobną kostkę, solę, pieprzę. Potem dorzucam rybę i ketchup- taką ilość ketchupu, żeby nie było za suche i zbyt lejące.

I teraz mała modyfikacja, bo ja zamiast cebuli dodaję szczypiorek, który hoduję na parapecie w kuchni. Ja po prostu wolę szczypiorek 🙂 Tnę nożyczkami, bo to zawsze szybciej i prościej. Oprócz zieleniny daję starty żółty ser i „bełtam” to wszystko elegancko widelcem 🙂

I taka pasta jest idealna do chleba. Smakuje świetnie! Podejrzewam, że sprawdziłaby się nawet na imprezie, np do krakersów 🙂 Przechowujemy oczywiście w lodówce w zamkniętym pojemniku! Smacznego!

CZYSTEK

Mamy epidemię. Wirus zaatakował i zewsząd napływają informacje, jak się leczyć. Co wolno a czego nie. Chciałam dzisiaj pokazać roślinę, która jest znana ze swoich leczniczych właściwości i można pić z niej herbatkę dzień w dzień. Ja piję od ok 4 lat. 4 lata temu zachorowałam na grypę i pozamiatało mnie mocna. Ledwo na nogach stałam. Wyleczyłam się i od tamtej pory zero przeziębienia 🙂

Czystek jest niewysokim krzewem z delikatnymi różowymi lub białymi kwiatami. Pochodzi z krajów bałkańskich. W starożytności otrzymywano z niego miękką i lepką żywicę. Stosowano ją przy biegunce, chorobach dróg oddechowych i na trudno gojące się rany. Dziś czystek na nowo zdobywa popularność i można go dostać w sklepach zielarskich np w formie suszu, który ja używam.

Czystek zawiera bardzo dużo polifenoli, czyli substancji neutralizujących wolne rodniki. Dzięki temu hamuje rozwój stanów zapalnych, zwalcza drobnoustroje chorobotwórcze. Doskonały w okresie przeziębień. Pomaga oczyścić ciało z toksyn i metali ciężkich (polecany dla palaczy), poprawia kondycję skóry. Przeciwdziała powstawaniu miażdżycy, chroni przed kleszczami i komarami. Podobno u ludzi pijących czystka, wydziela się substancja odstraszająca te owady. Pomocny przy boreliozie.

Czystka najlepiej kupić w formie suszu ze sprawdzonego źródła. Chodzi o dobrą jakość. Sprawdźmy też dobrze skład, bo jeżeli oprócz liści znajdziemy dodatkowo zmielone łodygi, to smak herbatki będzie bardziej gorzki. Jak parzymy? Ja sypię do dzbanka i zostawiam pod przykryciem 5-8 min. Można też wsypać do kubka łyżeczkę suszu i zalać wrzątkiem. Jeżeli smak niezbyt odpowiada, to polecam dodać miodu lub 1-2 plastry cytryny 🙂

MADURODAM, CZYLI HOLANDIA W MINIATURZE

Wiosna rozkwita w Holandii, słońce świeci, ptaszki ćwierkają 🙂 Niestety pojawił się przebrzydły wirus i nie chcemy nigdzie się szwędać. Jeździmy tylko do pracy. Trzeba przeczekać, więc odświeżę sobie wycieczkę z zeszłego roku z maja. Byliśmy w Hadze w Parku Miniatur. Znajomy Holender powiedział, że przynajmniej raz w życiu każdy mieszkaniec Holandii powinien tam być i zobaczyć na własne oczy Madurodam. I ja mu przyznaję rację, bo jest co oglądać! Nawet bym tam znowu pojechała 🙂

Co to dokładnie jest? To interaktywny park miniatur, nazywany Holandią w miniaturze, znajdujący się w dzielnicy Hagi- Scheveningen. Znajdują się tam najważniejsze budowle i zabytki Holandii, odtworzone w skali 1:25. W 2012 roku Madurodam obchodził 60 rocznicę swojego istnienia i z tej okazji został poddany rekonstrukcji. Można tam zobaczyć wszystko to, z czego słynie Holandia. Na liście miejsc do zobaczenia, należy dopisać park 🙂 Oficjalne otwarcie parku odbyło się 2 czerwca 1952 roku. Nazwa Madurodam pochodzi od nazwiska studenta Georgea Maduro, który zginął w obozie koncentracyjnym Dachau.

Co zobaczymy w Madurodamie? Jest m.in lotnisko Schipol, Amsterdam, Gouda i targ serowy, szklarnie z kwiatami, Rijksmuseum (przez szklany dach można zobaczyć nawet obrazy!), stadion piłkarski, wesołe miasteczko, Europort, wiatraki i oczywiście kanały. A w kanałach pływają ogromne karpiowate 🙂 Żałowałam, że nie wzięliśmy chleba, bo rybki się nie boją i podpływają do ludzi i wystawiają mordki. Nawet głaskałam 🙂

Bilety kupiliśmy w kasie na miejscu. Dostaliśmy też mapkę. Płaciliśmy też oczywiście za parking. Taniej jest przez internet. Spędziliśmy tam ze 3 godziny. Informacje bieżące i bilety są na stronie https://www.madurodam.nl/nl/tickets.

Polecam taką wycieczkę i gdy tylko opuści nas wirus, to trzeba się wybrać tam, bo pogoda zaczyna sprzyjać 🙂

SMACZNE Z LIDLA

Bardzo często robimy zakupy w Lidlu. W Polsce lubię chodzić do Biedry i Netto. Tu jest jeszcze Aldi, ale w tym sklepie nie byłam od wieków. W Lidlu mam kilka ulubionych produktów, które zawsze kupuję, bo są naprawdę pyszne 🙂

Loempia”s– lumpie, czyli po naszemu „lumpy” 🙂 Można je określić mianem nadziewanego mięsem i warzywami krokieta. Są wegetariańskie, mini, z kurczakiem i szynką. Te na zdjęciu to kip i ham, czyli kurczak i szynka. Ja zawsze je rozmrażam, potem na patelnię i taki podpieczony lump najbardziej mi smakuje. Lumpie można spotkać w każdym supermarkecie. Pakowane po dwie, lub pojedynczo. Ja zazwyczaj kupuję te w Lidlu przy okazji innych zakupów.

Skrzydełka kurczaka– podobno w Polsce takich nie ma, a na pewno nie w Lidlu. Naszej rodzinie zaserwowaliśmy je do obiadu i zrobiły furorę. W Polsce ich nie znaleźli. Szkoda, bo są naprawdę dobre. Znaleźć je można w 2óch wersjach: łagodnej i pikantnej. Ja wolę te pierwsze. Wykładamy je na blachę (wyłożoną folią aluminiową) i pieczemy wg instrukcji na opakowaniu. Skrzydełka mają dużo mięsa, więc są syte. Serio. Po zupie na drugie danie (bez ziemniaków) jak znalazł 🙂

Kawa– w Polsce piłam Maxwell House, potem tutaj w Holandii Douwe Egberts czerwoną. Stwierdziłam, że jest kwaskowata i próbowałam inne. Na pewno musiała być czarna, fusiasta 🙂 Trafiłam na kawy lidlowskie. Najpierw była czarna marki Bellarom, a teraz przerzuciliśmy się na niebieską Bellarom Decaf. I smakuje najbardziej. Koszt chyba ok 3 euro, ale opakowanie starcza na długo (500 g).

Vla– co to jest vla? Chyba po prostu budyń, tyle, że na zimno 🙂 Ja budynie uwielbiam i zaskoczona byłam, że można to jeść zimne i jest pyszne! Vla spotkamy w każdym markecie. Smaki waniliowe, czekoladowe, waniliowo- czekoladowe, straciatella, waniliowe z czekoladowymi groszkami…W Lidlu marka Milbona. Lubię waniliowo- czekoladowy smak. Vla znajdziemy w dużych opakowaniach jak mleko. Są też w małych, jak jogurty. Te są podobno podawane pacjentom w szpitalach do obiadu, na deser. Ja dostałam 🙂 Polecam spróbować vla 🙂

Twarożek– też marki Milbona. Jeśli lubicie nasz polski serek wiejski z Piątnicy, np ze szczypiorkiem, to ten też polubicie. Te akurat ze szczypiorkiem nie są. Są z niczym, ale są (tak mi się wydaje) bardziej słone od wiejskich. To akurat mi pasuje. W polskim sklepie kupowałam wiejski, a znajomi polecili mi lidlowski. Tańszy i ciut większy. A że szczypior hoduję w domu, to zawsze dorzucam do tego serka i jest pyszny. Następnym razem spróbuję też dodać rzodkiewkę.

Kremowy serek ze szczypiorkiem– taki faktycznie jest: kremowy, o delikatnym smaku, ze szczypiorkiem. Idealny do smarowania kanapek, świetnie zastępuje np serek topiony. A że mnie jest zawsze mało szczypiora, to dodaję jeszcze więcej 🙂 Są też inne smaki serka, np paprykowy, ale wg mnie najlepszy jest ten, powiedziałabym- uniwersalny 😉 Świrnie nadaje się jako podkład np pod wędlinę, ogórka, czy pomidora 🙂

Jogurty greckie– marki Milbona. Oczywiście jest wiele innych jogurtów, ale te są chyba najlepsze. Smaki: malinowy, jeżynowy, truskawkowy i naturalny. Miałam fazę na truskawkowe, teraz przyszedł czas na jeżynowe i malinowe. Z tym, że jeżyna wygrywa bezapelacyjnie 🙂 Polecam!

UROKLIWA BRUGIA

Brugia (po holendersku Brugge), to miasto w północno- zachodniej Belgii, leżące we Flandrii Zachodniej. Nazywane jest flamandzką Wenecją, bo posiada mnóstwo kanałów i zachowało historyczny wygląd.

Brugia otrzymała prawa miejskie w 1128 roku. Wtedy zbudowano nowe mury i kanały. Kiedyś miasto posiadało bezpośredni dostęp do morza, ale stopniowe zamulanie kanałów spowodowało odcięcie. Dopiero sztorm w 1134 roku umożliwił ponowny dostęp i stworzył naturalny kanał w Zwin. Od ok 1500 roku kanał zaczynał się zamulać i miasto straciło znaczenie handlowe. Pałeczkę przejęła Antwerpia. W drugiej połowie XIX wieku, Brugia stała się miastem turystycznym. A w drugiej połowie XX wieku miasto zaczęło odzyskiwać dawną sławę. Boom turystyczny nastąpił po powiększeniu w latach 70 i 80 portu Zeebrugge i w 2002 roku Brugia została wybrana Europejską Stolicą Kultury.

Historyczne centrum Brugii znajduje się od 2002 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Brugia stanowi przykład średniowiecznej zabudowy, która zachowała historyczną strukturę. Nakręcono tu nawet film z Colinem Farrellem i Ralphem Fiennesem pt „In Brugge”, a po polsku „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Po filmie turystów zaczęło przybywać i wyczytałam nawet, że miejscowym się ten natłok ludu w ogóle nie podoba. Jednak stwierdziłam (po obejrzeniu zdjęć w sieci), że tam jest pięknie, nie mamy daleko, no i że trzeba zobaczyć te belgijskie sklepiki z czekoladą, oraz spróbować osławionych frytek 🙂

Więc pewnego dnia wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy. Zaparkowaliśmy niedaleko centrum (parking płatny). I poszliśmy się szwędać, bo tu wręcz trzeba to zrobić, żeby zobaczyć urok miasteczka. Był to październik i myślę sobie: pewnie nie będzie wielu turystów… Taaaa… Pierwsze co, to trzeba mieć oczy dookoła głowy. Brugia jest mała i małe jest historyczne centrum. I po tym centrum jeździ mnóstwo rowerzystów, dorożek i aut. Z tym, że rowerzyści nie patrzą uważnie na pieszych, trzeba uciekać. Dookoła rynku jest mnóstwo pięknych uliczek ze sklepikami czekoladowymi i mnóstwo turystów robiących mnóstwo zdjęć. Także trzeba tak cykać fotki, żeby nie uchwycić czyjejś twarzy na swoim zdjęciu. Ciężko… Na rynku stoją przyczepki z barem frytkowym 🙂 Piwa nie próbowaliśmy. Chcieliśmy frytki. Wszędzie kolejki i nie można płacić kartą. Warto mieć drobne i to nie mało, bo fryty drogawe- zapłaciliśmy chyba ok 4 euro za średnią porcję. Ale smak wyborny 🙂

Na rynku Grote Markt znajdziemy piękne kamieniczki, ratusz i wieżę Belfort, na którą można wejść (bilet chyba 10 euro). Jest to średniowieczna dzwonnica z wieżą widokową, do której prowadzi 366 stopni. Ma 83 metry i 47 dzwonów! Jest piękna, ale nie wchodziliśmy na nią, a szkoda. Może innym razem. Podobno przy okazji zwiedzania browaru De Halve Maan, można zobaczyć równie piękny widok na miasto i bez kolejki, bo na wieżę może wejść jednorazowo 7 osób. Co jeszcze warto zrobić? Zrobić rejs łódką po kanałach. No i tu zonk, bo mieszkam w kraju kanałów i jeszcze nie płynęłam! Ale nadrobię i Brugię też nadrobię 🙂

Jeżeli nie chcecie chodzić po muzeach, pływać po kanałach, to trzeba chociaż przejść się tymi pięknymi uliczkami. Są tu pocztówkowe miejsca i wg mnie Brugia to chyba najpiękniejsze miasto w Belgii 🙂 Polecam!

Grote Markt
Wieża Belfort

HOLENDERSKIE SYPIALNIE


Jak już wcześniej wspomniałam, holenderskie mieszkania, szczególnie te w szeregówkach, nie są ogromne. Holendrzy próbują wykorzystać sensownie każdą przestrzeń, żeby się pomieścić. Wielu z nich posiada jednak ogromne domy na ogromnych działkach. Mimo to, w ich sypialniach nie ma wielu rzeczy. Stawiają na minimalizm. Dlatego ich pokoje wydają się przestronne. Dodajmy do tego jasne wnętrza, ale i czasem mocne kolory, duże okna i mamy typowy styl holenderski. Co jeszcze wyróżnia styl holenderski? Powiedziałabym, że naturalne materiały, dużo drewna i rattanu, czy obrazów. I chociaż niektóre rzeczy na pierwszy rzut oka nie pasują do siebie, to po przyjrzeniu się, okazuje się, że jakoś wszystko fajnie do siebie pasuje i jest funkcjonalne 🙂 Warto zatem zainspirować się np holenderskimi sypialniami i przerzucić parę pomysłów do własnych wnętrz.

Nie potrzeba nawet stolików nocnych 🙂
Jedna z dziwniejszych sypialni, jakie widziałam 🙂
Niebieskie akcenty- Holendrzy lubią walnąć mocnym kolorem 🙂
Stolik i mapa na ścianie, czyli nawiązanie do mojego ulubionego stylu kolonialnego 🙂
Tutaj biała ściana+błękitna komoda i mamy styl hampton 🙂 Kolejny, który lubię 🙂
Tutaj wisienką na torcie jest chyba toaletka 🙂
Tutaj zupełna odmiana- na ciemno i glamour 🙂
Niby nic, a wrażenie robi 🙂
Skrzynia!
Duuużo drewna i piękna komoda z lustrem 🙂

UPOLOWANE W KRINGLOOPIE

Kringloopwinkels- czyli „kringloop” to recykling a „winkels”- sklepy. Nie należy ich mylić ze sklepem z używaną odzieżą, bo te kupują towar (np odzież) a kringloopy się w niego zaopatrują. Wygląda to tak, że ludzie oddają do takich punktów niepotrzebne rzeczy, a inni przychodzą szukać perełek i za nie płacą. Nie są to oczywiście wygórowane ceny. Czasem naprawdę świetne rzeczy dobrej jakości można nabyć już od 50 centów 🙂 Kringloopy powstały w latach 80tych XXw. Ich ideą jest nadawanie drugiego życia niepotrzebnym przedmiotom: segregowanie, naprawianie, czyszczenie. Takie sklepy powstały po to, aby:

dbać o środowisko- bo przecież po co kupować za kupę kasy coś nowego, skoro w „starociach” można wynaleźć świetne rzeczy dobrej jakości za rozsądną cenę. Mowa tu też o meblach 🙂

pomagać ludziom, którzy są w trudnej sytuacji materialnej. Są osoby, których po prostu nie stać na nowe wyposażenie np kuchni. A w kringloopach znajdziemy niezniszczone kubki, talerze, półmiski, czy garnki

dać pracę nisko wykwalifikowanym pracownikom, osobom starszym, które mają problem ze znalezieniem innej posady, wiele takich sklepów jest miejscem pracy socjalnej. Pracują w nich nawet wolontariusze a utargi są przeznaczane na cele charytatywne 🙂

W Holandii istnieje ponad 1700 takich sklepów i znajdziemy je niemal w każdej miejscowości, a w większych miastach nawet 3 i więcej kringloopów. Uważam (i nie tylko ja), że idea tych sklepów jest świetna. Uwielbiam grzebać w tych wszystkich rzeczach i szukać 🙂 W Hellevoetsluis mam 2 kringloopy 🙂 Pokażę, co ostatnio wyszperałam. Od razu zaznaczam, że to nie są rzeczy nowe. Niektóre są odbarwione, lekko podniszczone, ale mnie to absolutnie nie przeszkadza. Zdaję sobie sprawę, ze w normalnych sklepach ceny są zawrotne a tu za całkiem przyzwoicie wyglądające przedmioty zapłaciłam „grosze”. Zdjęcia robię telefonem, nie retuszuję i wszystko wygląda, tak jak naprawdę wygląda 🙂

Pierwszy na tapetę idzie mały plakat w ramce, który nadaje się tylko do łazienki 🙂 Lubię takie grafiki. W tej chwili obrazek stoi na półce nad wanną, ale w nowym domu zawiśnie już oczywiście na ścianie

Kosztował 1 euro

Wygrzebałam też 2 małe doniczki o ciekawym wzorze. Jedna stoi pusta, a druga robi za tymczasowy wazon 🙂 Do tego 2 kubki z logo Route 66. A na punkcie kubków mam bzika 🙂 Zawsze przytargam do domu jakiś kubełek. O kubkach, jakie można w kringloopach znaleźć, napiszę osobny post. Spodobał mi się także mały komplecik: cukiernica+ dzbanuszek na mleko. Prosty wzór, a la rybie łuski.

Jedna doniczka- 50 centów, 2 kubki- 2 euro, a komplet…nie pamiętam…

Kuchenne pojemniki, które zawsze się przydają i do tego wyglądają 🙂 Są dosyć ciężkie, z grubego szkła, z drewnianymi „przykrywkami” i napisami. Te 3 małe stoją jeszcze bezużyteczne, bo po prostu jeszcze nie mam na nie miejsca. A ten duży służy do przechowywania małych batonów, cukierków… Czyli tego, co niedojedzone 😉 Najdzie ochota na słodkie- wiadomo, gdzie szukać.

Uroczy dzbanek w krowy i salaterka w liście kapusty. Takie dzbanki robią teraz furorę. I nie są używane do mleka. Zauważyłam, że ludzie traktują je jako wazony, lub trzymają w nich łyżki. Ja do swojego wsadziłam drewniane łychy do mieszania w garach i ładnie się to prezentuje. Salaterek nigdy nie za mało. Miski służą do przygotowania np sałatki, a salaterka do podania. Ta akurat wygląda świetnie 🙂

Jabłko szklane- pojemnik. Stoi w kuchni na okapie i jest fajną ozdobą. Trzymam w nim np gumki recepturki, które nie raz były mi akurat w kuchni potrzebne. Jabłko kosztowało chyba 1 euro. Zwróćcie uwagę na tacę. Nie mam jeszcze na nią pomysłu, ale musiałam ją mieć, mimo, że nie jest w extra stanie. Ma odbarwienia, plamy i obtarcia. Ale przypomina mi beczki, które można znaleźć na statku. A to, co kojarzy mi się z morzem, statkami, itp, to dla mnie jest skarbem 🙂 Wydaje mi się, że taca świetnie się nadaje do salonu: postawić na niej wazon z kwiatami, parę świec i voila! Ozdoba gotowa 🙂