HOLENDERSKI MARKET I POLSKIE PRODUKTY

Jedynym z najpopularniejszych supermarketów w Holandii jest Albert Heijn. Trzeba też zaznaczyć, że jest to niderlandzki market, powstały właśnie w tym kraju. Jego nazwa charakteryzuje się niebieską czcionką.

Ma opinię dosyć drogiego sklepu, ale idzie za tym jakość produktów. Poza tym jest tam zawsze czysto i towar należycie poukładany. Jego nazwa pochodzi od założyciela i jest z tym związana ciekawa historia. Ale zanim ją opowiem, to napiszę kilka słów o produktach. Ale nie holenderskich a polskich. Właśnie w „Albercie” znajdują się z nimi trzy regały. Jest to spożywka, którą znajdziemy w każdym polskim sklepie. Nie znalazłam jednak informacji dlaczego akurat Albert Heijn zdecydował się na nasze produkty.

Trochę historii

W 2011r zmarł Albert Heijn. Jego dziadek (także Albert) dał imię największej i najpopularniejszej sieci supermarketów w Holandii. Albert Heijn senior urodził się już zamożny. W dniu swojego ślubu, w 1887r jego ojciec – Jan podarował mu sklep spożywczy we wsi Oostzaan koło Zaandam. Po ojcu odziedziczył też 60 tys guldenów. Jego żona Neetje de Ridder była córką bogatego margrabiego grobelnego (holenderska posada prezesa zarządu gospodarki wodnej w danym regionie kraju), który pozostawił córce 21 tys guldenów. Interesy szły dobrze i 8 lat później Albert otworzył nowy sklep w Purmarend. Rozpoczął także produkcję wyrobów spożywczych. W domu rodzina piekła ciasteczka a na zapleczu palono kawę i sprzedawano ten towar z powodzeniem w sklepie.

W czasie I wojny światowej Albert jeździł limuzyną Buick, oddzielony od kierowcy ścianą. Swojemu wnukowi nie żałował prezentów (projektor filmowy, kawalerka w Amsterdamie lub domek letniskowy w Bergen an Zee). W wieku 55 lat w roku 1920, przekazał sieć sklepów swoim dzieciom- Janowi i Gerrit Heijn. W roku 1927 sieć liczyła 107 sklepów i obchodziła 40lecie istnienia.

Po wojnie siecią sklepów kierował wnuczek założyciela (syn Jana i Gerrit)- Albert Junior (zm. w 2011r). Podpatrując Amerykanów, w 1952r otwarto pierwszy samoobsługowy sklep w Schiedam (dla porównania: w 1962r otwarto taki sklep w Polsce, w Białymstoku – Supersam). Wydawano nawet miesięcznik AllerHande- gratis dla klientów a w latach 60tych wprowadzano coraz więcej własnych marek. W 1978r powstało przedsiębiorstwo handlowe Ahold, pod którym znajdują się m.in sklepy monopolowe Gall &Gall, drogerie Etos, Albert.nl.

Albert Junior rozstał się z firmą w 1989r po tragicznych wydarzeniach. We wrześniu 1987r Holandią wstrząsnęła wiadomość o porwaniu brata Alberta- Jana Heijna. Porywacz- 45letni bezrobotny inżynier zaplanował precyzyjnie porwanie i w jego dniu zamordował Jana w lesie koło Arnhem. Porywacz- skontaktował się z rodziną zadając okupu w wysokości 7,7 mln guldenów (3,5mln €). Po zapłaceniu okupu kontakt z porywaczem się urwał. Dopiero w 1988r policja aresztowała mordercę śledząc źródło wydawanych z okupu pieniędzy. Sprawca wskazał miejsce, gdzie zakopał ofiarę.

Albert Heijn ostatni raz odwiedził sklep w Zaanse Schaans i powiedział, że największą różnicą między wcześniejszym sklepem a dzisiejszym jest to, że kiedyś wszystkie artykuły sprzedawano luzem. Dzisiaj wszystko jest popakowane i najlepiej sprzedają się produkty stojące na półkach na wysokości oczu klienta.

Dzisiaj chyba w każdym centrum handlowym znajduje się AH zwany też „appie”. Holandia liczy 850 tych marketów. Koncern Ahold jest też posiadaczem internetowego Bol.com. W 2019r AH posiadał 35% holenderskiego rynku supermarketów. Na drugim miejscu stoi sieć Jumbo, dalej Lidl i Aldi. Ahold wszedł na polski rynek w 1995r i rozrósł się zakładając sieć 179 sklepów Albert i 26 marketów Hypernova. W 2008r Ahold sprzedał wszystkie sklepy w Polsce za 375 mln € francuskiemu Carrefour.

A to polskie produkty w Albercie:

soki Tymbark- 0,99€

polski i pyszny wafelek Prince Polo – 0,79€

zupki „chińskie” Amino- 0,99€

flaki wołowe „Pudliszki”- 3,59€

słoiki firmy Pamapol: gulasz wieprzowy- 4,35€, fasolka po bretońsku -3,29€, pulpety w sosie pomidorowym- 3,29€, gołąbki -2,99€

słynny pasztet z kogutkiem z pieczarkami, pomidorami i drobiowy- 1,09€

sałatki obiadowe „Edmal” np kiszona kapusta z marchewką – 2,29€

musztarda sarepska firmy „Roleski”-1,29€

chrzan „Krakus”- 1,39€

smalec z mięsem „Pamapol”-2,19€

buraki tartę z chrzanem „Edmal”- 1,49€

makaron Lubelski jajeczny (nitki)- 1,49€

piwo Warka strong- 1,69€

Żubr – 1,85€

Dębowe- 1,85€

To nie są oczywiście wszystkie produkty. Zrobiłam zdjęcia tylko niektórym dla przykładu 🙂 Zauważyłam, że największym powodzeniem cieszą się piwa, słodycze i sałatki obiadowe.

Do następnego 🙂

GANDAWA

W sobotę trzeba było ruszyć tyłki z domu. Chciałam znowu gdzieś pojechać, coś zobaczyć, zwiedzić. Padło znowu na Belgię. Miałam do wyboru: Gandawa albo Antwerpia. Padło na Gandawę. I nie żałuję.

Do tej pory oglądałam miasto na zdjęciach w internecie. Od razu mi się spodobało. Skoro na zdjęciach wyglądało bajkowo, to na żywo pewnie jeszcze lepiej. I faktycznie tak jest. Gandawa jest szalenie fotogeniczna. Z każdego miejsca można zrobić piękne zdjęcia. Spacer po mieście (centrum) może zająć kilka długich godzin. Co mówi Wikipedia?

Gandawa- miasto w północno – zachodniej części Belgii w regionie Flandria. Leży przy ujściu rzeki Leie do Skaldy, przez kanał Gandawa- Terneuzen. Region Gandawy był zamieszkany od czasów Celtów. Nazwa miasta pochodzi od celtyckiego słowa „ganda” oznaczającego miejsce zbiegu, połączenia np dwóch rzek. Ważnym momentem w historii miasta było przybycie tu francuskiego mnicha Amanda, którego misją było nawrócenie na chrześcijaństwo mieszkańców Gandawy. Legenda głosi, że mnich przypłynął rzeką i gdy chciał wyjść na ląd, wrogo nastawiony tłum wrzucił go do wody. Gdy pewnego dnia powieszono skazańca, Amand zdjął jego ciało z szubienicy i w swoim małym klasztorze przywrócił go do życia. Inne źródła podają, że Amand przywrócił do życia kobietę, która popełniła samobójstwo, wieszając się na własnym welonie. Dopiero ten „cud” przekonał do nowej wiary mieszkańców Gandawy, którzy zaczęli przyjmować chrzest. Jakiś czas potem Amand ze swoim przyjacielem Bawonem założyli dwa klasztory: Świętego Bawona i Sint Pieters. Ciężkie czasy dla miasta przyszły wraz z inwazją Wikingów, którzy dwukrotnie napadali na Gandawę. Splądrowali klasztory a miasto zniknęło z mapy. Gandawa powoli odzyskiwała swój status, głównie dzięki hrabiom Flandrii-. Pierwszym z nich był Baldwin I Żelazne Ramię. Jego syn – Baldwin II Łysy wybudował w mieście umocnienia na lewym brzegu Leie. To tu gromadzili się mieszkańcy i powstał pierwszy rynek. Wokół niego szybko rozwijał się gród. Około 1100roku Gandawa otrzymała od hrabiego Flandrii prawo do własnej rady miejskiej. Bogaciła się w szybkim tempie. W 1180 roku, hrabia Filip van de Elzas wybudował twierdzę Gravensteen. W okresie od XII do XV wieku największe zyski przynosiła produkcja sukna i handel nim. Gandawa stała się też miejscem kultury i ważnym ośrodkiem naukowym. W mieście było np 5-6 aptekarzy i każdy z dyplomem uniwersyteckim. W połowie XVIII wieku, pod rządami cesarzowej Marii Teresy Gandawa osiągnęła status największego miasta w Belgii. Pojawiły się cukrownie, pierwsze fabryki i zakłady przemysłowe a wraz z nimi bogactwo mieszkańców. 28 września 1837 roku przyjechał do Gandawy poraz pierwszy pociąg parowy. Od 1874r miasto ma też tramwaje. Końcowa faza II wojny światowej przyniosła ciężkie walki o wyzwolenie miasta. W dniach 11-14 września 1944r brała w nich udział polska 1 Dywizja Pancerna Generała Stanisława Maczka.

Wchodząc do centrum, natknęliśmy się na twierdzę Gravensteen. Robi wrażenie. Czytałam, że znajduje się tam sala tortur i bardzo chciałam ją zobaczyć. Bilety kupiliśmy na miejscu. Musieliśmy poczekać na swoją godzinę wstępu (czyli ok 20minut). Napisać muszę, że twierdza otoczona jest wodą i śmierdzi szambem.

W środku w pierwszej i największej komnacie wyeksponowano w gablotach zbroje rycerskie i broń. Reszta pomieszczeń (kierunek zwiedzania pokazują strzałki) jest pusta. W sali tortur wisiały tylko malowidła pokazujące owe tortury. Można było wejść na górę i podziwiać panoramę miasta (także przez lunetę). Wiało okrutnie, ale warto było. Dziedziniec też piękny.

Potem poszliśmy na słynny ze zdjęć Most Sint Michielsbrug. Jest to łukowaty kamienny most zbudowany w latach 1905- 1909 według projektu Louisa Cloqueta.

Po zejściu z mostu trafiliśmy na kasę z rejsami łódką po rzece Leie. 50 minut z przewodnikiem, który opowiadał o mieście w języku francuskim, angielskim i holenderskim. Świetna wycieczka, mimo że zmarzliśmy. Dowiedzieliśmy się m.in o tym, że jednym z ulubionych zajęć turystów jest picie alkoholu i sikanie do wody. To chyba powód szambowego zapaszku… Nie mogłam się napatrzeć na te wszystkie kamienice. Niektóre opuszczone, wyglądały jakby miały się zapaść do wody, ale mają swój urok. W większości z nich mieszczą się restauracje i bary, co widać było od tyłu.

Ratusz też robi wrażenie. Jest imponujący.

Nad miastem królują 3 wieże: dzwonnica zwana „smoczą wieżą”, wieża kościoła Świętego Mikołaja i Katedry Świętego Bawona:

W Gandawie można napić się lokalnego piwa, np Delirium Tremens albo Troubadour. Widzieliśmy sklepy z asortymentem piwnym. Ja swoje kroki skierowałam do sklepu z pamiątkami, bo magnes musi być. Oprócz tego, znajduje się tam dużo galerii z ciekawymi rzeczami. Witryny sklepowe fajnie i ciekawie wyeksponowane. Dodam jeszcze, że turystów mnóstwo i oczywiście trzeba uważać na rowerzystów i psie kupy na chodnikach. Chciałabym wrócić do Gandawy, ale wieczorem, bo podobno jest jeszcze piękniej.

Do następnego 🙂

BRATKI I NIEZAPOMINAJKI

We czwartek przywiozłam do domu nowe rośliny. Kupiłam je w centrum ogrodniczym, tam gdzie mamy lekcje. Widziałam, że uprawa nowych roślin już ruszyła a na sprzedaż było mnóstwo bratków.

Dzisiaj pracę skończyliśmy około 12:00, więc zaplanowałam, że posadzę nowe kwiatki do doniczek. A dokładniej, do drewnianych skrzynek i koszyków z zeszłego roku. Kupiłam sześć sztuk różnokolorowych bratków za 5€ i dwie rośliny o drobnych niebieskich kwiatkach. Wydawały mi się znajome. Myślałam, że to niezapominajki i dla pewności sprawdziłam w aplikacji. Dobrze myślałam. Już zapomniałam, że takie kwiatki istnieją a są przecież naprawdę ładne.

W Lidlu dotrwałam jeszcze begonię i sparaxis trójkolorowy. Begonia poszła do wiszącego koszyka a sparaxis podzieliłam na dwie części, bo sporo cebulek było. Posadziłam trochę pod płotem i trochę pod drzewem. Mam nadzieję, że coś wyrośnie, bo to ładna roślina.

Część bratków i niezapominajki ostatecznie zostaną przeniesione przed drzwi wejściowe. Z tym, że najpierw trzeba zrobić porządek, czyli zgrabić suche liście, wyrwać chwasty, zamieść chodnik. W tej chwili piździ okrutnie, że łeb chcę urwać i co jakiś czas pada. Zresztą od tygodnia. Musiałam wszystko w ryzach trzymać, gdy przesadzałam bratki, bo wiatr przeszkadzał. Poczekamy do lepszej pogody.

Agrest i jaśmin wypuszczają listki, tulipany pąki a szafirki wybiły w górę po obcięciu liści.

Nie kupiłam nowej ziemi. Używam często tej z zeszłego roku. Pod płotem robię kopiec ze starej ziemi. Jest przeze mnie oczyszczona i spulchniona przez dżdżownice. Fiołki, bratki i inne rośliny ogrodowe dobrze na niej rosną.

A to kilka zdjęć ze szklarni centrum ogrodniczego:

Do następnego 🙂

KSIĄŻKA HANNY BAKUŁY

Tytuł to „Seks na kredyt, czyli jak dostać gratis”. Tę książkę dostałam. Pewnie bym jej nawet nie kupiła, chociaż autorkę znam (nie osobiście rzecz jasna). A że ja wszystkie swoje książki muszę przeczytać, więc się za nią wzięłam.

Książka ma aż 76 rozdziałów, ale są krótkie i czyta się szybko. Zanim napiszę więcej o książce, to kilka słów o autorce. Hanna Bakuła, to malarka i pisarka, autorka kilkunastu książek. Pisała felietony do „Playboya” i „Urody”. Obecnie pisze bloga i publikuje felietony w miesięcznikach m.in „Skarbie”. Jest absolwentką wydziału malarstwa warszawskiej ASP. Portretowała np Daniela Olbrychskiego i Agnieszkę Osiecką. Całe lata 80te spędziła na Manhattanie. Projektowała kostiumy i scenografię do spektakli na Brodwayu, za które wyróżnił ją „New York Times”. Oprócz polskiego, ma też obywatelstwo amerykańskie. Na wizytówce ma napisane „osoba kontrowersyjna”. Prowadzi fundację propagującą kulturę polską za granicą, wspiera dwa domy dziecka, organizuje festiwale muzyki Franciszka Schuberta. Mówi o sobie, że jest soft- feministką. Z opinii w książce można wywnioskować, że to zdrowy feminizm. Nie jest z tych feministek, o których słyszy się w negatywnym kontekście. Przykład? Jedna z nich chciała pokazać jak to uprzedmiotowane są kobiety i dlatego poszła grać w filmach dla dorosłych…

O czym dokładnie jest książka? To satyryczne spojrzenie na relacje damsko- męskie wynikające z obserwacji obyczajów nowobogackiej Polski. Autorka w śmieszny sposób opisuje zachowanie panów wobec pań i odwrotnie, chociaż tutaj w dużej mierze obrywa się facetom. Podanych jest mnóstwo przykładów, które wzięte są z życia pani Hanny jak i jej znajomych z Polski i z Ameryki. Fakt, czasy się zmieniły, kobiety ruszyły do przodu a faceci czasem stoją w miejscu albo się cofają. Nie wszyscy oczywiście 🙂 Mimo to sporo zachowań można jeszcze zaobserwować. Opisane są rewelacyjnie i często jest to strzał w 10. Lektura dla facetów i babek.

Żeby bardziej zobrazować o co chodzi, to napiszę parę słów na temat dwóch rozdziałów. Pierwszy to „Pałeczka”.

Mowa o sztafecie i podawaniu pałeczki. Z tym, że tutaj pałeczką jest mężczyzna. Jeżeli zawodniczka jest mądra, trzyma pałeczkę faceta do minimum 18tki i dalej niech się z nim męczą inne zawodniczki. Najgorsza jest matka- kwoka, która tego faceta dogląda i kontroluje do usranej śmierci. Taki potem nie potrafi nic. Trafi na kobietę – żonę i dalej krąży mamusia. Autorka miała do czynienia z obcymi kulturami i zna samodzielnych mężczyzn, którzy bardzo dobrze funkcjonują bez kontroli kobiet. Wydaje mi się, że wzięło się to z wielopokoleniowych polskich domów. Młodzi brali ślub (często w bardzo młodym wieku, bo tak wypadało, bo 21 lat, to już stara panna i kawaler, bo co ludzie powiedzą), nie zdążyli się najpierw dorobić swojego domu, więc najlepsze wyjście (raczej najgorsze, co wychodziło po jakimś czasie), to przeprowadzka do domu męża. I wiadomo, jak się potem kończy. Na ten temat można by osobną książkę napisać. W takiej np Holandii nie ma pokoleniowych domów. Dzieci dorastają i fora że dwora. Praca, kredyt na dom i radzić sobie. Rodzice się nie wtrącają. Moja sąsiadka ma córkę i syna. Z córką ma dobry kontakt, która często odwiedza rodziców z dziećmi. A syn? Powiedziała mi, że związał się z kobietą, której ona nie lubi, nie toleruje. I co w tej sytuacji? Sąsiadka widuje się z nimi baaaardzo rzadko (a w zasadzie tylko z synem) i absolutnie nie ingeruje w ich życie, bo to nie jej sprawa. W Polsce pewnie taka matka by nie odpuściła. Jedyną bolączką tych czasów jest brak mieszkań dla młodych. Holandia się buduje, bo dzieci wyfruwają z gniazd i też muszą gdzieś mieszkać a wiem, że rodzice narzekają na to, że ich dzieci nie mają dobrego startu w życie, bo domów do kupna nadal jest za mało.

Drugi rozdział, to „Vice versa, czyli na odwrót”. Ciekawy temat, bo tutaj jest mowa m.in o dawaniu prezentów. I to takich, które jasno pokazują, że miejsce kobiety jest w kuchni.

To znowu obrazuje, jak kiedyś były postrzegane żony, matki. Bez pracy, za to wiecznie z dziećmi i w garach. Mąż dał pieniądze albo i nie i jeszcze popił i przyłożyć potrafił, bo zupa za słona. Najpiękniejszy prezent dla żony? No oczywiście komplet garów, pralka albo nowy mop. Gdybym ja takie prezenty od Pana Męża dostawała, to by tym garem w łeb dostał. Dlaczego? Bo dom wspólny i wyposażenie też. Czyli ta pralka służy też jemu, bo ma czyste ciuchy. W garnkach ma obiad, więc też z nich korzysta. No chyba, że bym prała i gotowała tylko sobie. To zmienia postać rzeczy. Ale w naszym przypadku, to częściej Pan Mąż gotuje i nawet by mi nie przyszło do głowy, żeby mu garnki nowe kupić. Zresztą ostatnio on sam kupił (nam) nową patelnię. Od dzieciaka jesteśmy uczeni, że to facet powinien mieć lepszą pracę i więcej forsy. Kobieta to nawet nie powinna pracować. A potem zostaje z niczym. Facet może wyjść z kolegami do knajpy, uchlać się na amen i wrócić w nocy albo po tygodniu. Kobiecie nie wypada, bo ludzie powiedzą, że pewnie się puszcza, a jak są dzieci to musi z nimi siedzieć uziemiona. Bo co to za matka. Facet może mieć hobby, np wędkowanie, grzebanie z kumplami przy piwku w aucie, albo latanie za innymi babami. Kobiece hobby to odrabianie z dziećmi lekcji, sprzątanie, gotowanie i praca (o ile jakaś jest). I oczywiście musi być wypoczęta, zrelaksowana i usługiwać mężowi, bo on przecież ciężko pracuje. Jakiś czas temu, na demotywatorach widziałam przykład (dzisiejszej!!!) książki do ćwiczeń w Polsce. Były tam dwa zadania. Chłopiec był tam przedstawiony, jako ten, co pracuje, ma hobby i zwiedza świat. Miał napisać, co by chciał robić w przyszłości i gdzie pojechać. Dziewczynka, jako kura domowa miała zapytać się mamy, jak się robi rosół i to opisać. Książkę tę napisał pewnie ktoś, kto żyje mentalnie jeszcze w średniowieczu. Pamiętam też swój podręcznik. A dokładniej obrazek. Przedstawiał typową polską rodzinę z czasów PRLu. Nawet meble się zgadzały. Co robiły postaci? Młodsze dziecko- syn bawił się na podłodze klockami, ojciec na kanapie czytał gazetę a starsza córka i matka nakrywały do stołu. I taki to wzorzec miały kobiety, tego były uczone. Już od dawna powinno być odwrotnie. To Jasio powinien pomagać nakrywać do stołu a Marysia czekać, aż jej podadzą obiad pod nos. Marysia powinna iść na balety a Jasio niech dziećmi i domem się zajmuje. Przykłady można mnożyć. Czytałam też ostatnio ciekawy wywiad z panią, która sprzątała domy. Podała przykład pana, który umiał utrzymać porządek, nie miał bajzlu, czyli potrafił sprzątać. Pani przychodziła do niego raz na jakiś czas, na generalne porządki. Gdy pan się związał z dziewczyną, nagle utracił umiejętność sprzątania. I był burdel na kółkach. Oczekiwał, że partnerka teraz będzie sprzątać. Ale nie dała się, bo sama też pracowała i nie miała czasu. Więc pani od sprzątania zaczęła przychodzić częściej. Kombinowanie mu nie wyszło. Musiał za to więcej płacić za usługę. Grunt, że teraz wszystko się zmienia, bo babki przejrzały na oczy. Faceci się zdziwili, ale musieli zaakceptować ten stan rzeczy, bo by zginęli. Związek partnerski i podział obowiązków, to klucz do sukcesu.

Do następnego 🙂

2 PRZYSMAKI NA CHLEB…

… które mnie zaskoczyły. Dawno temu, podczas mojej pierwszej wizyty w Holandii zobaczyłam coś, co jedzą Holendrzy na śniadanie i się zdziwiłam.

Od razu zaznaczę, że ja tych rzeczy z chlebem jeszcze nie jadłam, ale ogólnie próbowałam. A wiem, że to zawsze dziwi Polaków, zanim poznają zwyczaje kulinarne Holendrów. Po jakimś czasie stwierdziłam, że oni by się zdziwili gdyby zobaczyli, że w Polsce je się chleb z masłem i cukrem lub śmietaną i cukrem. Sama za dzieciaka też tak jadłam. Teraz bym tego nie tknęła, bo za słodkie.

Pierwszy przysmak, którym Polak by raczej ozdobił ciasto, niż posypał nim chleb, jest hagelslag. Są to podłużne, słodkie w smaku granulki z czekolady, którymi posypuje się kromki chleba lub sucharki uprzednio posmarowane masłem. Są one typowym niderlandzkim produktem spożywczym.

Spożywane tradycyjnie przez Holendrów na śniadanie lub podczas lunchu. Produkcja polega na rozwałkowaniu do długich, cienkich wałeczków masy przygotowanej z kakao, mleka w proszku i cukru i po ostudzeniu pocięciu ich na drobne kawałeczki. Tak otrzymane granulki zostają posypane warstwą cukru, która nadaje im połysk.

W sprzedaży dostępne są różne rodzaje: z czekolady gorzkiej, mlecznej, białej oraz mieszanki o różnych smakach, np gorzka czekolada ze smakiem waniliowym. Hagelslag znajdziemy też w postaci płatków lub kuleczek. Holendrzy często zabierają zapas na wakacje.

Ekstremalnym smakiem (ale nie dla Holendrów) jest posypka o smaku lukrecji lub anyżu. Jest zarezerwowana na świętowanie narodzin i nazywana „muisjes” (myszki). Posypuję się więc chleb lub tost różowym lub błękitnym anyżowym hagelslag i w tej odsłonie serwuje gościom. Jest to ważna tradycja. Anyż był kiedyś uważany za element stymulujący laktację u matek a także miał odpędzić źle duchy i uroki. Holendrzy konsumują rocznie ok 14 mln kg posypki!

Drugim dziwnym przysmakiem jest chleb kokosowy. Jest to rodzaj nadzienia do kanapek, którego głównym składnikiem jest kokos. Pokrojone plastry można położyć na kanapce lub zjeść jako przekąskę.

Jedna z teorii mówi o tym, że suszone kokosy z Indonezji trafiły do Holandii prawdopodobnie w okresie europejskiej kolonizacji. W 1954r rodzina Theunisse założyła fabrykę wyrobów cukierniczych, która w miarę wzrostu popularności skupiła się na produkcji chleba kokosowego. Polega ona na zmieszaniu suszonego kokosa z ciastem chlebowym i cukrem. Powstają bloki, które tnie się na cienkie plastry. Można powiedzieć, że je się chleb z chlebem 🙂 Fabryka nadal znajduje się w Hardewijk.

Składniki: orzech kokosa (miąższ), glukoza bezglutenowa, skrobia pszenna, syrop kukurydziany, cukier, wołowa żelatyna, naturalne aromaty. Dostępny jest w różnych smakach i kolorach, np biały- naturalny kokosowy, brązowy z kakao lub różowy – kwas karminowy.

Do następnego 🙂

OWCE

Lubię owce. To bardzo przyjazne zwierzęta. Poza tym mój znak zodiaku to baran. Dzisiaj miałam okazję przyjrzeć się im naprawdę z bliska.

W piątek zazwyczaj pracujemy krócej. Po pracy jest piwo. Zostaliśmy na kantynie dłużej i Holender, który pracuje ze mną na magazynie, zapytał się, czy chcę zobaczyć owieczki. Okazało się, że za szklarnią budują barak dla tych zwierząt i on w tych pracach pomaga, bo to jego rodzina. Poszliśmy więc tam. Przyszedł do nas właściciel i przyniósł po piwie. Radio grało, żeby się lepiej pracowało, a ja mogłam zrobić zdjęcia i głaskać owce. Dowiedziałam się, że młode rodzą się na wiosnę, że kolory na ich wełnie są po to m.in żeby wiedzieć które jagnię jest czyje. Koszt młodej owieczki, to 150€. Jagnięta mieszane: urodziły się i maciorki i baranki.

Dorosłe owce podchodziły blisko z zaciekawieniem i pozwalały się głaskać. Młode były płochliwe. W zasadzie niemal nie zwracały na mnie uwagi, bo wolały pić mleko, brykać po grzbietach matek, albo bawić się między sobą.

Zaczęłam trochę czytać w internetach na temat owiec i znalazłam wiele ciekawych faktów 🙂

  1. Nie na Wyspach Owczych, ale na Falklandach przypada aż 350 owiec na jednego człowieka.
  2. Lata współistnienia z ludźmi sprawiły, że owce straciły umiejętność samodzielnego zrzucania futra. Gdyby nie strzyżenie, owce by zarastały niemal w nieskończoność. Z kolei strzyżenie sprawia, że pozostałe owce nie rozpoznają wygolonego członka stada i musi minąć kilka dni, zanim na nowo ustali się hierarchia.
  3. Owca jest w stanie zapamiętać „twarze” 50 innych owiec, jak również twarz swojego pasterza.
  4. Powiedzenie o baranach prowadzonych na rzeź nie wzięło się znikąd. Potwierdza to przypadek, który miał miejsce kilkanaście lat temu w Turcji. Jedną z owiec zrobiła o jeden krok za daleko i spadła z klifu ginąc na miejscu. Wypadek. Za nią ruszyło jednak całe stado- 400 sztuk. Następnemu (bo owce skakały w najlepsze dalej) udało się przeżyć upadek, lądując na stosie martwych zwierząt.
  5. Pierwsze prezerwatywy wytwarzane były z owczych jelit. W końcu ktoś postanowił je zastąpić znacznie bardziej higienicznym lateksem. Kto uczulony na lateks, ma alternatywę owczą. Wada- nie chroni przed chorobami wenerycznymi.
  6. Manx Laaghtan, to jedna z dziwniejszych ras, której przedstawiciele są w stanie wyhodować nawet 6 rogów. Rasa ta występuje tylko na wyspie Man (archipelag Wysp Brytyjskich). Hodowana jest głównie na mięso, które uważane jest za przysmak. Liczebność tych owiec nie jest duża.
  7. Owce mają pole widzenia ok 300°, widzą więc co jest za nimi bez konieczności obracania głowy. Ich źrenice są podłużne i poziome. Niesamowite oczy. Co ciekawe, zauważyłam to tylko u dorosłych osobników.
  8. Chiny mają największą liczbę owiec na świecie. Zaskoczenie dla mnie.
  9. Egipcjanie uważali owce za święte. Znaleziono je nawet zmumifikowane.
  10. Na świecie jest ponad 1 miliard owiec.
  11. Owce zostały udomowione ponad 10 tysięcy lat temu w Azji Środkowej.
  12. Samice są bardzo troskliwymi matkami i rozpoznają swoje młode po zawołaniu, gdy te zawedrują za daleko.
  13. Kolumb w 1493 roku przywiózł do Ameryki owce i kozy.
  14. Owce nie mają zębów w górnej przedniej szczęce.
  15. Prezydent Woodrow Wilson wypasał owce na trawniku Białego Domu.
  16. Jagnięta chodzą już zaledwie kilka minut po urodzeniu.
  17. Owce są niezwykle inteligentne. Mają IQ podobne do bydła i są mądre jak świnie.
  18. Dojrzałe owce ważą od ok 35 do 180 kg.
  19. Owce są znane z samouzdrawiania się. Gdy chorują na jakieś choroby, zjadają określone rośliny, które mogą je wyleczyć.
  20. W USA jest ponad 40 ras owiec i ok 900 różnych ras na świecie.
  21. Dzikie owce są zwykle większe od gatunków udomowionych, z których największa ma 1,2 m wysokości.
  22. Przykładowe rasy: walliserska czarnonosa, merynosy (pod ochroną), Suffolk (czarne głowy), Texel, owca kameruńska, Hampshire, owca romanowska, Reyland, Polypay, Scottish Black Face, Barbados czarnobrzuchy, owca szetlandzka, Karakuł. Mnie najbardziej podobają się te z czarnymi łebkami 🙂

HISTORIA PEWNEJ PIOSENKI, CZYLI…

„Alice?! Who the fuck is Alice?!” Ci, którzy znają i lubią stary, dobry rock, wiedzą zapewne, że kiedyś świetny, angielski zespół Smokie nagrał przebój o kobiecie o imieniu Alice. Ale nie każdy może wiedzieć, gdzie i jak powstała inna wersja tego utworu.

Natknęłam się ostatnio na informacje dotyczące tej piosenki i trochę się zdziwiłam. Zespół znam, oryginał utworu znam, przeróbkę znam i bardzo mi się zresztą podoba, ale nie znałam historii jej powstania. A jest ciekawa, więc napiszę parę słów na ten temat 🙂

46 lat temu, 5 lutego 1977r zespół Smokie osiągnął sukces piosenką „Living next door to Alice”.

Na jeszcze większy sukces „Alicji” trzeba było czekać 18 lat. W 1995r ponownie znalazła się na szczycie list przebojów, ale w nieco zmodyfikowanej wersji. Wszystko to dzięki dj Onno Pelserowi z pubu Gompie w holenderskim mieście Nijmegen (jeszcze tam nie byłam). Pelser miał w zwyczaju ściszać dźwięk podczas odtwarzania piosenki w momencie, gdy padło imię Alice. Ludzie w tym czasie krzyczeli: „Alice?! Kto to kurwa jest Alice?!”. Rob Peters, dyrektor firmy fonograficznej RPC, pewnego wieczoru obejrzał to widowisko i stwierdził, że to może być hit. Następnie zwrócił się do swojego przyjaciela Petera Koelewijna, który nagrał piosenkę pod pseudonimem Gompie. Rezultatem był ogromny hit, który stał się numerem 1 w europejskich rozgłośniach radiowych.

Sukces Gompie był dla członków Smokie sygnałem do powrotu na scenę. Ponownie nagrali „Alice” wspólnie z brytyjskim komikiem Royem Chubbym Brownem. Szczegółem był fakt, że słowo „fuck” było dla Anglików trochę za mocne, więc zastąpiono je „BLEEP”. Oryginalnego piosenkarza zespołu- Chrisa Normana zastąpił wtedy Alan Barton. Jeszcze zanim singiel odniósł sukces, zginął on w wypadku. Autokar zespołu wypadł z drogi przy złej pogodzie w Niemczech. Członkowie grupy przekazali dochód z singla wdowie po Bartonie.

W tym miejscu, w Nijmegen mieścił się nieistniejący już (szkoda) pub Gompie:

Poniżej tekst piosenki z tłumaczeniem:

https://www.tekstowo.pl/piosenka,smokie,who_the_f____is_alice_.html

Do następnego 🙂

NIEDZIELNY SPACER

Wczoraj było słońce, dzisiaj chmury i wiatr, ale bez opadów. Pojechaliśmy z Panem Mężem do polskiego sklepu, który znajduje się blisko naszego wcześniej wynajmowanego mieszkania. A mieszkanie jest przy porcie, więc poszliśmy na spacer, zobaczyć co tam się zmieniło.

Nie było nas dosyć dawno w tamtych stronach. Trochę zmian zaszło. Oprócz tego, nad „zatoką” wybitnie wiało. Miałam kaptur od kurtki, ale żałowałam, że nie wzięłam nauszników. Spacerowaliśmy około godziny i zrobiłam trochę zdjęć.

Hellevoetsluis to historyczne, ufortyfikowane miasto. Posiada największą przystań w Holandii (nie mylić z portem). Jest tu sporo atrakcji, o czym świadczy mnóstwo turystów w lato. Jedną z nich jest twierdza Hellevoetsluis. Była ona w ostatnich stuleciach głównie bazą wojskową i portem morskim. Budynki, które się tam znajdują, to koszary Fortu Haerlem. Od kwietnia do października organizowane są wycieczki z przewodnikiem. Twierdza została zbudowana na początku XVII w. Kanał portowy został przekopany ok 1830 r. dla ożywienia handlu i przejścia do Rotterdamu.

Na plaży już od dłuższego czasu, można podziwiać betonową rzeźbę jesiotra. Obok stoi tablica informacyjna, z której można się m.in dowiedzieć, że jesiotr może dorastać do ponad 3 metrów długości i ważyć 300kg. We francuskiej rzece Gironde, program hodowlany obejmujący ostatnią populację jesiotra europejskiego, zapewnia te ryby m.in w rzece Ren. A oprócz tego, dowiemy się jakie ryby tutaj występują. Są to np: jesiotr, okoń, fint, łosoś, śledź, węgorz, węgorz szklany, szprot, troć, aloza, ciernik, a także spotkamy foki i bieliki, które żywią się tutejszymi rybami.

Kolejną atrakcją jest wiatrak o nazwie De Hoop. Rok budowy, to 1801. Jest to stellingowy, kamienny młyn zbożowy. Dirk Jacobsz Goutswaart wymieniany jest jako pierwszy młynarz. Potem był nim Jan Willem Hage. Od 1 stycznia 2023r właścicielem jest gmina Voorne aan Zee. Obecnie młyn jest nieczynny. Ale można go zwiedzać za darmo w sobotę i niedzielę od godz. 12:00-16:00. Byliśmy w nim kiedyś. Można wrzucić symboliczną kwotę i wpisać się do księgi pamiątkowej. Młyn zaczęto odrestaurowywac w latach 1963- 1992. W tamtych czasach mieścił się w nim złotnik. W latach 2001/2002 przeprowadzono gruntowną renowację. A jesienią 2015r przeprowadzono gruntowny remont. Naprawiono m.in wiatrołap zniszczony przez zgniliznę. W 2022r naprawiono dach i osłonę przeciwwiatrową.

Latarnia morska jest już od dawna zamknięta dla turystów (nie wiem dlaczego).

Stare mury miasta

Kolorowe domki przy przystani dla jachtów. Tam mieszkają ludzie. Nie mają wielkich metraży, ale zawrotne ceny już tak.

I kilka zdjęć jachtów:

Ulubiony bar z muzyką na żywo:

Ratusz i obok gmina (od tyłu, od strony parku)

Powstało też kilka apartamentowców. W Holandii jest niedobór mieszkań, dlatego buduje się domy i bloki gdzie tylko można.

Do następnego 🙂

CO W OGRODZIE PISZCZY…

Sobota- dzień wolny od pracy. W tygodniu pojawiły się w Holandii opady śniegu. U nas z deszczem. Tego deszczu było naprawdę mnóstwo. A dzisiaj za oknem słońce i bardzo ładna pogoda. Wreszcie było czuć powiew wiosny.

Posprzątałam dom, nawet okno kuchenne umyłam, bo pod nim jest zlew i zawsze jest uwalone. A że nie padało (cud), to wyszłam umyć je też na zewnątrz. Nie ubierałam się grubo (tak, jak stałam, czyli spodenki, skarpetki, t- shirt a na to zarzuciłam bezrękawnik), bo w słońcu było bardzo ciepło. W sumie nawet ten bezrękawnik był niepotrzebny. Korzystając z pogody, wyszłam do ogródka. Na rabacie sporo chwastów, więc wyrwałam te największe. Mimo, że ziemia mokra, szło opornie. Przez śnieg, moje rośliny powoli budzą się do życia. U żonkili widać już żółte płatki.

Tulipany też się pojawiły. Dają radę. Bałam się o chortensje, bo wydawały mi się w ostatnim czasie totalnie pozbawione życia. Jak gdyby usnęły na amen w pacierzu. Przypomniał mi się jeden z odcinków „Muminków”. Zima minęła, wiosna się pojawiła, Włóczykij też a Muminki spały jak zabite. Dlaczego? Jedną z przyjaciółek trolli była Alicja- wnuczka złej czarownicy z lasu, która nie lubiła Muminków i zabraniała dziewczynce się z nimi bawić. Ta oczywiście nie słuchała, co wkurzało babkę. Więc wiedźma rzuciła czar na Muminki, żeby się nie obudziły. Wiadomo, że wszystko się dobrze skończyło i z moimi chortensjami też jest ok. Wypuściły nowe listki.

Malwa od mojej babci się przyjęła i ma się dobrze. W donicy- koszu, pojawiły się młode listki. Nie jestem pewna, co tam rosło, ale obstawiam, że pojawia się ponownie frezja.

Palmy i juki wypuszczają nowe liście. Rozrastają się zadziwiająco szybko. Narazie są w donicach, ale niebawem chyba będę musiała je przesadzić do gruntu. Palmy pewnie rozwalą donice. Kiedyś, gdy pierwszy raz je zobaczyłam tu w Holandii, to postanowiłam, że chcę je też mieć w ogrodzie.

Przetrwały też fiołki z zeszłego roku i oczywiście moje ulubione, małe goździki. Bardzo fajne roślinki – nie są kłopotliwe, kupione w sklepie i przesadzone do ogrodu zawsze się przyjmą i kwitną niemal cały rok. U mnie zawsze się pojawia jakiś różowy kwiatek.

Szafirkom odbiło późną jesienią i wypuściły liście. Dzisiaj zobaczyłam, że ledwo w tych czuprynach widać kwiatki. Obcięłam je, żeby słońce do nich dotarło, bo są maleńkie.

Czas na trzy rzeczy ogrodowe, które niezbyt mi się podobają. Pierwsza i zarazem najgorsza, to usychająca choinka. Nie mamy pojęcia, jaki jest powód tego, że żółknie i gubi igły. Ona cały czas rośnie ale razem z nią kolor rdzawy. Niestety 😩 Myślimy nad tym, żeby ją wyciąć, bo chyba w tym przypadku nic nie pomoże.

Druga sprawa, to bajoro w miejscu, gdzie było kiedyś obrzydliwe oczko wodne. Jeśli przez dłuższy czas notorycznie pada deszcz, w miejscu zasypania oczka pojawia się stojąca woda. Owszem, trawa tu rośnie jak szalona, ale takie błotko nie wygląda estetycznie.

Kratka, po której miał się piąć groszek pachnący. Groszek padł. Myślę teraz, co by tu posadzić, żeby sukcesywnie się pięło. Róża? Niezbyt lubię. Muszę pomyśleć i pogrzebać w internetach.

Kupiłam kilka sztuk różnych nasion kwiatów. Bratki x 2, bo zawsze dobrze u mnie rosną i ładnie wyglądają. Czekam na koniec marca, początek kwietnia.

Mam też chęć na trzy rodzaje roślin, których wcześniej nie miałam a jedną z nich poznałam tutaj w Holandii- pachnie podobno czekoladą!! Te trzy kwiaty po prostu wpadły mi w oko tak bardzo, że nie chcą wyjść. Są piękne:

Robiąc ten wpis, na niebie pojawiły się znowu ciemne chmury. Mam nadzieję, że śnieg się już nie pojawi.

Do następnego 🙂

KOSMETYCZNE HITY Z ACTIONA

Action na swojej stronie reklamuje się jako najszybciej rozwijających się sklep niespożywczy w Europie. Jest to holenderska sieć sklepów i właśnie tutaj spotkałam go poraz pierwszy. Przez te kilka lat zauważyłam, że w sklepie pojawia się dużo fajnych rzeczy.

Action posiada ponad 2100 sklepów w 10 krajach. Ma ponad 65 tysięcy pracowników 124 narodowości. W asortymencie jest ponad 6 tysięcy produktów. Co tydzień sklep zaskakuje 150 nowościami. Przez wielu był (może i nadal jest) kojarzony z chińską tandetą. Ale przecież wiele innych sklepów sprowadza towar z Chin. W Polsce też już powstał Action. Ja ten sklep lubię i chętnie zaglądam na dział kosmetyczny, bo można tam znaleźć świetne rzeczy. Ja kilku używam już parę lat i mogę polecić. Zresztą na facebookowych rolkach, czy TikToku znajdziemy mnóstwo filmików, na których dziewczyny buszują wśród kosmetyków i pokazują rzeczy warte uwagi.

Moim numerem jeden jest tonik różany. Wiem, że zbiera i dobre recenzje i wiem też, że nie wszystkim przypadł do gustu. Ja osobiście różanego zapachu nie lubię. Ale wodę różaną już tak. Miałam kilka a ta pasuje mi najbardziej. Nie ma ostrego zapachu i zaletą jest to, że dobrze nawilża moją skórę. A w okresie zimowym skóra szybko mi się przesusza i odpada z ryja. Ten tonik ją ratuje. Drugą zaletą jest to, że buteleczka (150ml) ma spray. Trzecia- zmieści się do podręcznej torby. Zawsze ją mam pod ręką, gdy jedziemy np do Polski. Długa droga, dopada zmęczenie, więc pryskamy się z Panem Mężem w twarz i pomaga, orzeźwia. Używam jej codziennie rano i wieczorem. Czwarta zaleta- można dokupić zapas wody i przelewać a do tego dołożyli żel do mycia twarzy 🙂

Kolejnym fajnym sprayem jest mgiełka wodna do twarzy i ciała. Pojemność to 300ml. Idealna na lato. Odświeża.

Maseczki w płachcie. Pisałam o nich już nie raz. Jestem od nich uzależniona. Często przywożę ze sobą kilka sztuk polskich firm z Polski. A najczęściej kupuję w Actionie, bo wybór naprawdę duży: od oczyszczających, przez nawilżające, do odmładzających. I najlepsze jest to, że one naprawdę działają. Ja nakładam je na twarz co drugi dzień. Najbardziej lubię nawilżające, ale odkryłam złotą maskę łagodząco – zmiękczającą, która regeneruje suchą skórę. Do tego zostawia lekko złotą poświatę na twarzy. Świetna do opalonej skóry, makijaż niepotrzebny 🙂

Jeśli chodzi o oczyszczanie twarzy, to wyszukałam taki kolorowy komplet, który składa się z trzech kosmetyków: toniku, który rozszerza pory, maski żelowej pell-off i kremu nawilżającego. Stosuję raz w tygodniu na strefę T, bo tu mi się twarz przetłuszcza. Ściąganie maski daje uczucie zrywania skóry 😀 Przykleja się to to mocno i mocno też trzyma. Mnie boli trochę, ale pory czyści.

A co do włosów? Mam ulubieńców, których używam od lat. Są to: olejek- serum, który nawilża moje suche końcówki i spray nabłyszczający.

Olejek jojoba. Nadaje się do skóry i włosów. Odżywia i nawilża. Można go stosować do usuwania makijażu i jako maskę do włosów (nałożyć na włosy na 10 minut i umyć łagodnym szamponem). Ja stosuję go na końcówki, bo uparcie mi się puszą.

Puder do wykończenia makijażu, który stał się viralem. Dziewczyny „biją się” o niego i stał się głównym bohaterem kosmetycznych filmików. Jako, że interesuję się makijażem, więc mam go i ja. Mój to mango, ale widziałam też kokosowy. Mango faktycznie ładnie pachnie i dobrze utrwala makijaż. Chwalony jest za dobrą cenę i właściwości. U mnie w Actionie zniknął z półek i jestem ciekawa, czy jeszcze się pojawi.

Próbuję zrezygnować z bawełnianych płatków kosmetycznych. Albo chociaż w połowie zrezygnować, bo maluję czasem paznokcie i muszę zmyć czymś lakier. Kupiłam opakowanie małych ręczników z mikrofibry w cukierkowych kolorach na cały tydzień. Producent obiecuje, że usuwają całkowicie makijaż bez użycia środków chemicznych. Kolejna rzecz, to 10 sztuk płatków kosmetycznych, wielorazowego użytku. Przed pierwszym użyciem należy je wyprać w dołączonym woreczku, ale bez płynu zmiękczającego.

Do następnego 🙂