UROKLIWA BRUGIA

Brugia (po holendersku Brugge), to miasto w północno- zachodniej Belgii, leżące we Flandrii Zachodniej. Nazywane jest flamandzką Wenecją, bo posiada mnóstwo kanałów i zachowało historyczny wygląd.

Brugia otrzymała prawa miejskie w 1128 roku. Wtedy zbudowano nowe mury i kanały. Kiedyś miasto posiadało bezpośredni dostęp do morza, ale stopniowe zamulanie kanałów spowodowało odcięcie. Dopiero sztorm w 1134 roku umożliwił ponowny dostęp i stworzył naturalny kanał w Zwin. Od ok 1500 roku kanał zaczynał się zamulać i miasto straciło znaczenie handlowe. Pałeczkę przejęła Antwerpia. W drugiej połowie XIX wieku, Brugia stała się miastem turystycznym. A w drugiej połowie XX wieku miasto zaczęło odzyskiwać dawną sławę. Boom turystyczny nastąpił po powiększeniu w latach 70 i 80 portu Zeebrugge i w 2002 roku Brugia została wybrana Europejską Stolicą Kultury.

Historyczne centrum Brugii znajduje się od 2002 roku na liście światowego dziedzictwa UNESCO. Brugia stanowi przykład średniowiecznej zabudowy, która zachowała historyczną strukturę. Nakręcono tu nawet film z Colinem Farrellem i Ralphem Fiennesem pt „In Brugge”, a po polsku „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”. Po filmie turystów zaczęło przybywać i wyczytałam nawet, że miejscowym się ten natłok ludu w ogóle nie podoba. Jednak stwierdziłam (po obejrzeniu zdjęć w sieci), że tam jest pięknie, nie mamy daleko, no i że trzeba zobaczyć te belgijskie sklepiki z czekoladą, oraz spróbować osławionych frytek 🙂

Więc pewnego dnia wsiedliśmy w auto i ruszyliśmy. Zaparkowaliśmy niedaleko centrum (parking płatny). I poszliśmy się szwędać, bo tu wręcz trzeba to zrobić, żeby zobaczyć urok miasteczka. Był to październik i myślę sobie: pewnie nie będzie wielu turystów… Taaaa… Pierwsze co, to trzeba mieć oczy dookoła głowy. Brugia jest mała i małe jest historyczne centrum. I po tym centrum jeździ mnóstwo rowerzystów, dorożek i aut. Z tym, że rowerzyści nie patrzą uważnie na pieszych, trzeba uciekać. Dookoła rynku jest mnóstwo pięknych uliczek ze sklepikami czekoladowymi i mnóstwo turystów robiących mnóstwo zdjęć. Także trzeba tak cykać fotki, żeby nie uchwycić czyjejś twarzy na swoim zdjęciu. Ciężko… Na rynku stoją przyczepki z barem frytkowym 🙂 Piwa nie próbowaliśmy. Chcieliśmy frytki. Wszędzie kolejki i nie można płacić kartą. Warto mieć drobne i to nie mało, bo fryty drogawe- zapłaciliśmy chyba ok 4 euro za średnią porcję. Ale smak wyborny 🙂

Na rynku Grote Markt znajdziemy piękne kamieniczki, ratusz i wieżę Belfort, na którą można wejść (bilet chyba 10 euro). Jest to średniowieczna dzwonnica z wieżą widokową, do której prowadzi 366 stopni. Ma 83 metry i 47 dzwonów! Jest piękna, ale nie wchodziliśmy na nią, a szkoda. Może innym razem. Podobno przy okazji zwiedzania browaru De Halve Maan, można zobaczyć równie piękny widok na miasto i bez kolejki, bo na wieżę może wejść jednorazowo 7 osób. Co jeszcze warto zrobić? Zrobić rejs łódką po kanałach. No i tu zonk, bo mieszkam w kraju kanałów i jeszcze nie płynęłam! Ale nadrobię i Brugię też nadrobię 🙂

Jeżeli nie chcecie chodzić po muzeach, pływać po kanałach, to trzeba chociaż przejść się tymi pięknymi uliczkami. Są tu pocztówkowe miejsca i wg mnie Brugia to chyba najpiękniejsze miasto w Belgii 🙂 Polecam!

Grote Markt
Wieża Belfort

HOLENDERSKIE SYPIALNIE


Jak już wcześniej wspomniałam, holenderskie mieszkania, szczególnie te w szeregówkach, nie są ogromne. Holendrzy próbują wykorzystać sensownie każdą przestrzeń, żeby się pomieścić. Wielu z nich posiada jednak ogromne domy na ogromnych działkach. Mimo to, w ich sypialniach nie ma wielu rzeczy. Stawiają na minimalizm. Dlatego ich pokoje wydają się przestronne. Dodajmy do tego jasne wnętrza, ale i czasem mocne kolory, duże okna i mamy typowy styl holenderski. Co jeszcze wyróżnia styl holenderski? Powiedziałabym, że naturalne materiały, dużo drewna i rattanu, czy obrazów. I chociaż niektóre rzeczy na pierwszy rzut oka nie pasują do siebie, to po przyjrzeniu się, okazuje się, że jakoś wszystko fajnie do siebie pasuje i jest funkcjonalne 🙂 Warto zatem zainspirować się np holenderskimi sypialniami i przerzucić parę pomysłów do własnych wnętrz.

Nie potrzeba nawet stolików nocnych 🙂
Jedna z dziwniejszych sypialni, jakie widziałam 🙂
Niebieskie akcenty- Holendrzy lubią walnąć mocnym kolorem 🙂
Stolik i mapa na ścianie, czyli nawiązanie do mojego ulubionego stylu kolonialnego 🙂
Tutaj biała ściana+błękitna komoda i mamy styl hampton 🙂 Kolejny, który lubię 🙂
Tutaj wisienką na torcie jest chyba toaletka 🙂
Tutaj zupełna odmiana- na ciemno i glamour 🙂
Niby nic, a wrażenie robi 🙂
Skrzynia!
Duuużo drewna i piękna komoda z lustrem 🙂

UPOLOWANE W KRINGLOOPIE

Kringloopwinkels- czyli „kringloop” to recykling a „winkels”- sklepy. Nie należy ich mylić ze sklepem z używaną odzieżą, bo te kupują towar (np odzież) a kringloopy się w niego zaopatrują. Wygląda to tak, że ludzie oddają do takich punktów niepotrzebne rzeczy, a inni przychodzą szukać perełek i za nie płacą. Nie są to oczywiście wygórowane ceny. Czasem naprawdę świetne rzeczy dobrej jakości można nabyć już od 50 centów 🙂 Kringloopy powstały w latach 80tych XXw. Ich ideą jest nadawanie drugiego życia niepotrzebnym przedmiotom: segregowanie, naprawianie, czyszczenie. Takie sklepy powstały po to, aby:

dbać o środowisko- bo przecież po co kupować za kupę kasy coś nowego, skoro w „starociach” można wynaleźć świetne rzeczy dobrej jakości za rozsądną cenę. Mowa tu też o meblach 🙂

pomagać ludziom, którzy są w trudnej sytuacji materialnej. Są osoby, których po prostu nie stać na nowe wyposażenie np kuchni. A w kringloopach znajdziemy niezniszczone kubki, talerze, półmiski, czy garnki

dać pracę nisko wykwalifikowanym pracownikom, osobom starszym, które mają problem ze znalezieniem innej posady, wiele takich sklepów jest miejscem pracy socjalnej. Pracują w nich nawet wolontariusze a utargi są przeznaczane na cele charytatywne 🙂

W Holandii istnieje ponad 1700 takich sklepów i znajdziemy je niemal w każdej miejscowości, a w większych miastach nawet 3 i więcej kringloopów. Uważam (i nie tylko ja), że idea tych sklepów jest świetna. Uwielbiam grzebać w tych wszystkich rzeczach i szukać 🙂 W Hellevoetsluis mam 2 kringloopy 🙂 Pokażę, co ostatnio wyszperałam. Od razu zaznaczam, że to nie są rzeczy nowe. Niektóre są odbarwione, lekko podniszczone, ale mnie to absolutnie nie przeszkadza. Zdaję sobie sprawę, ze w normalnych sklepach ceny są zawrotne a tu za całkiem przyzwoicie wyglądające przedmioty zapłaciłam „grosze”. Zdjęcia robię telefonem, nie retuszuję i wszystko wygląda, tak jak naprawdę wygląda 🙂

Pierwszy na tapetę idzie mały plakat w ramce, który nadaje się tylko do łazienki 🙂 Lubię takie grafiki. W tej chwili obrazek stoi na półce nad wanną, ale w nowym domu zawiśnie już oczywiście na ścianie

Kosztował 1 euro

Wygrzebałam też 2 małe doniczki o ciekawym wzorze. Jedna stoi pusta, a druga robi za tymczasowy wazon 🙂 Do tego 2 kubki z logo Route 66. A na punkcie kubków mam bzika 🙂 Zawsze przytargam do domu jakiś kubełek. O kubkach, jakie można w kringloopach znaleźć, napiszę osobny post. Spodobał mi się także mały komplecik: cukiernica+ dzbanuszek na mleko. Prosty wzór, a la rybie łuski.

Jedna doniczka- 50 centów, 2 kubki- 2 euro, a komplet…nie pamiętam…

Kuchenne pojemniki, które zawsze się przydają i do tego wyglądają 🙂 Są dosyć ciężkie, z grubego szkła, z drewnianymi „przykrywkami” i napisami. Te 3 małe stoją jeszcze bezużyteczne, bo po prostu jeszcze nie mam na nie miejsca. A ten duży służy do przechowywania małych batonów, cukierków… Czyli tego, co niedojedzone 😉 Najdzie ochota na słodkie- wiadomo, gdzie szukać.

Uroczy dzbanek w krowy i salaterka w liście kapusty. Takie dzbanki robią teraz furorę. I nie są używane do mleka. Zauważyłam, że ludzie traktują je jako wazony, lub trzymają w nich łyżki. Ja do swojego wsadziłam drewniane łychy do mieszania w garach i ładnie się to prezentuje. Salaterek nigdy nie za mało. Miski służą do przygotowania np sałatki, a salaterka do podania. Ta akurat wygląda świetnie 🙂

Jabłko szklane- pojemnik. Stoi w kuchni na okapie i jest fajną ozdobą. Trzymam w nim np gumki recepturki, które nie raz były mi akurat w kuchni potrzebne. Jabłko kosztowało chyba 1 euro. Zwróćcie uwagę na tacę. Nie mam jeszcze na nią pomysłu, ale musiałam ją mieć, mimo, że nie jest w extra stanie. Ma odbarwienia, plamy i obtarcia. Ale przypomina mi beczki, które można znaleźć na statku. A to, co kojarzy mi się z morzem, statkami, itp, to dla mnie jest skarbem 🙂 Wydaje mi się, że taca świetnie się nadaje do salonu: postawić na niej wazon z kwiatami, parę świec i voila! Ozdoba gotowa 🙂

HELLEVOETSLUIS- MIASTO, W KTÓRYM MIESZKAM

Hellevoetsluis, to niewielka miejscowość w prowincji Zuid- Holland, leżąca ok 30 km od Rotterdamu nad rozlewiskiem Renu. Posiada własny port i liczne atrakcje. Jest bardzo malowniczym miasteczkiem. Co roku, latem przybywa tu mnóstwo turystów, którzy zwiedzają miasto jeżdżąc np dorożkami. Spotkać ich można najczęściej na Starym Mieście, bo właśnie tutaj jest najwięcej atrakcji.

Oprócz licznych knajpek i barów znajdujących się przy porcie, można iść na kręgle. Obok jest nawet coffeshop. Ale to sam port jest najpiękniejszy 🙂 Mnóstwo statków, łodzi i jachtów robi wrażenie. Wartym odwiedzenie jest Museum Kade z trzema statkami. Ja jeszcze ich niestety nie zwiedziłam, mimo, że mieszkam przy porcie 😮 Zawsze mówię, że mam za daleko 😉 Na prawo od muzeum znajduje się suchy dok- Jan Blanken. A na przeciwko znajdziemy Narodowe Muzeum Straży Pożarnej. Znajduje się ono w budynku, który był wcześniej używany przez marynarkę wojenną, a teraz został odrestaurowany, z dużą kolekcją pojazdów i materiałów z przeszłości do teraźniejszości. W muzeum znajduje się marka Meester. Wyjątkowym samochodem strażackim jest Arend Fox, wcześniej używany przez straż pożarną w Nowym Jorku. Ze względu na swój wygląd, jest wyjątkowy. Muzeum znajduje się na 3 piętrach i pokazuje także historię pożarów, które toczyły się w średniowieczu. Jest to, krótko mówiąc, edukacyjna wycieczka 🙂

Charakterystycznym symbolem miasta, jest bez wątpienia latarnia morska. Znajduje się ona bezpośrednio przy wejściu do starego portu. Hellevoetsluis miało kiedyś bezpośrednie połączenie z otwartym morzem, którego latarnia jest dobrym przykładem. Okrągła, biała i ceglana, posiada 2 piętra i wysokość 18,1 m. Zbudowana została w 1822 roku. Po zakończeniu budowy, została wyposażona w 3 odbłyśniki paraboliczne. Optykę wymieniono w 1933 roku, a całą latarnię odnowiono w 1965 roku. Latarnia jest znanym punktem orientacyjnym, nie tylko na lądzie, ale i z wody. Podobno gmina nie ma funduszy na utrzymanie tej wieży i być może w przyszłości przestanie ona istnieć 😦

Kolejnym symbolem jest wiatrak 🙂 Nie może być przecież inaczej. Wiatrak musi być i kropka 🙂 Można go zwiedzić w środku. My byliśmy tam tylko raz, wiosną. Nie pamiętam w jakie dni i w jakich godzinach jest otwarty. Wstęp był wolny. W środku na ścianach wiszą zdjęcia innych wiatraków z całej Holandii. Można dowiedzieć się co nieco o mieleniu ziarna, pracy ludzi. Do tego wpisać się do księgi i podarować datek na rzecz utrzymania budynku.

Hellevoetsluis posiada także Fort Haerlem i liczne bunkry z armatami. Wokół bunkrów jest zielono, można wspiąć się na nie i z góry podziwiać plażę i port. Albo wybrać spacer ścieżkami wokół bunkrów.

Wrażenie robią także budynki w kolorach tęczy 🙂 Są to po prostu domy, w których mieszkają ludzie. Znajdują się na przeciwko mariny. Warto urządzić sobie tam spacer.

I jeszcze kolejna porcja zdjęć przedstawiająca m.in plaże, a te są latem oblegane. Woda jest czysta i szybko się nagrzewa, gdyż jest płytko. Jest to idealne miejsce na spędzanie weekendów. Można poleżeć na piasku, lub posiedzieć na skałach. Ja uwielbiam morze i morskie klimaty, więc ta miejscowość mi bardzo odpowiada 🙂 Miasto urokliwe, szczególnie wiosną i latem, z licznymi atrakcjami 🙂

Ratusz
Widok z bunkra
Jeden z licznych parków

CO WYRÓŻNIA HOLENDERSKIE DOMY

Chodzi tutaj o typowe szeregówki, których mnóstwo w każdym mieście i miasteczku. Mieszkają w nich typowe holenderskie rodziny z dziećmi. Pierwsze, co można zauważyć, to to, że domy są bardziej wyższe, niż szersze. Miejsca w Holandii mało, więc trzeba się jakoś pomieścić. I Holendrom się to udaje 🙂

Ogromne okna w salonach

Holendrzy, mimo tych małych domów, posiadają salony z wielkimi oknami, które najczęściej wychodzą na ulicę (czasami na małe podwórko, a okno kuchenne na ulicę). W Polsce się kiedyś mówiło pokój gościnny i można było w nim spać. Tutaj to typowy salon z kanapami i fotelami. Okna wpuszczają mnóstwo światła, a Holendrzy chyba go potrzebują, bo przecież domy są ciasno zbite, wąskie ulice (można sąsiadowi z na przeciwka zajrzeć do salonu), mało przestrzeni. No i to wiecznie zachmurzone niebo… Różne krążą opinie na temat potrzeb takich okien. Mężowie- marynarze chcieli mieć oko na swoje czekające w domu żony. Z morza?! Ze statku?! Albo kazirodztwo. Służby sprawdzały, co się dzieje w domach z ulicy. Ale przecież były pokoje na górze z małymi oknami i są nadal. Więc na piętrze też mogły się różne rzeczy dziać. Bez sensu. Kiedyś zapytałam Holendra o te okna. Dlaczego takie? Odpowiedział, że to po prostu tradycja 🙂 Do mnie przemawia to, że oni po prostu lubią światło i go potrzebują zawsze więcej 🙂

Strome schody

Oooo, te schody to przekleństwo. Ale trzeba je jakoś upchnąć w domu, żeby nie zajmowały miejsca. Teraz już wiem jak po nich wchodzić i schodzić, żeby nie pieprznąć. A zdarzyło mi się… Najczęściej obite są wykładziną, która po pewnym czasie zbija się i staje się po prostu śliska. Dodać do tego wyślizgane kapcie i zjazd na tyłku gotowy.

Płytki nie tylko w łazience

Płytki kojarzą mi się z zimnym pomieszczeniem. Kojarzą się ze szpitalem, brrr… W łazience są ok, wręcz powinny być. W kuchni w sumie też są ok. Ale tutaj wykładają je we wszystkich korytarzach i korytarzykach a nawet w salonie! Holendrzy naprawdę lubują się w płytkowatych podłogach. I nie tylko w jasnych kafelkach, ale i szarych, błyszczących i tych w stylu hiszpańskim. Ja tam wolę panele, albo podłogi, np dębowe 🙂

Malutka kuchnia na wprost (najczęściej) drzwi wejściowych

Kuchnie są zazwyczaj tyci tyci. W polskich mieszkaniach w blokach to normalne. W domach z podwórkami są już ogromne kuchnie ze stołami. Tutaj w kuchni zmieszczą się może ze dwie osoby i nie ma mowy o jedzeniu w nich posiłku. Dlatego stoły typowe dla jadalni, znajdują się w salonach. Po jednej stronie salonu mamy kanapę, fotele i tv, a po drugiej nierzadko ogromny stół z 6 krzesłami. Da się? Da się. Kuchnia zazwyczaj znajduje się na przeciwko drzwi wejściowych. Oddziela je korytarz. Na lewo od wejścia do domu są te koszmarne schody, a na przeciwko, na całej długości- salon.

Drzwi w kuchni na ogródek

Kuchnie malutkie, ale drzwi muszą być. Dlaczego? Bo w salonach bardzo często od strony ogródka są tylko okna. Czyli na przeciwko wielkiego okna wychodzącego na ulicę. Te drugie, też są takie duże. A na podwórko- ogródek trzeba jakoś wyjść. A skoro w kuchni i tak się tylko gotuje i jest mało miejsca ogólnie, to tam porobili drzwi i jest ok. Czas spędza się w salonie. W Polsce kuchnia jest raczej ważnym pomieszczeniem, gdzie ludzie spędzają mnóstwo czasu (nie tylko gotując).

Toaleta na dole

Wc jest na dole. Malutkie pomieszczenie zaraz obok drzwi wyjściowych i schodów. Znajduje się tam zawsze umywalka z zimną wodą, bo Holendrzy wychodzą z założenia, że zanim z kranu poleci ciepła, to już ręce będą umyte. No i w ten sposób oszczędza się też wodę 🙂 Na górze, przy pokojach sypialnianych natomiast, znajduje się łazienka. Posiada nawet malutkie okienko, wc, szafkę z umywalką, prysznic albo wannę. Na wypasie to nawet to i to 🙂

Zatrzaskiwane drzwi wejściowe

Tak, tak… Zostawisz klucze w domu, wyjdziesz, zamkniesz i… już nie wejdziesz. Umarł w butach! Trzeba się pilnować. Ja na początku nie mogłam się do tego przyzwyczaić i jakbym mogła, to bym klucze na szyi nosiła. Z drugiej strony jest to nawet wygodne. Jeśli się spieszysz, to nie musisz wkładać klucza w zamek, przekręcać. Trzaśniesz lekko drzwiami i możesz iść. Z wejściem wiadomo- klucz trzeba włożyć. Takie drzwi są chyba wszędzie. I w normalnych domach i blokach.

Małe podwórko z szopką

Na koniec podwórko 🙂 Wiadomo dlaczego małe. Czasami, jeśli okno kuchenne wychodzi na ulicę, nie salonowe, to komórka znajduje się z przodu. Ale najczęściej jest na tyłach. Na tyłach, gdzie znajduje się także wyjście z podwórka- furtka. Przy tych szopkach często jest miejsce na grilla. A przy drzwiach do domu stół i krzesła ogrodowe. Kto lubi zieleń, sadzi trawę, kwiatki, drzewka, krzewy. Dodaje różne ozdoby. Widziałam nawet oczka wodne 🙂 A niektórzy tylko płytki 😮 W sumie, co się dziwić. Wg mnie brzydko to wygląda, ale o gustach się nie dyskutuje, Holendrzy tak lubią. Na pewno zdziwili by się widząc polskie podwórka 🙂

Holenderskie domy można podsumować tak: ciasne, ale miejsca jest. Życie toczy się w salonie. Goście siedzą w salonie. Nie muszą biegać po piętrze w poszukiwaniu wc. Piętro zarezerwowane jest dla domowników: tam jest łazienka i sypialnie. Jak dla mnie, całkiem dobrze to wygląda i funkcjonuje 🙂

5 CIEKAWYCH KSIĄŻEK

Bardzo zróżnicowane pozycje! Dwie o Dubaju dokumentalne, przy czym jedna z nich nawiązuje do polskich dziewczyn. Kolejna (można powiedzieć, że dramatyczna) dotycząca polskich służących, a pozostałe dwie, to coś dla mody i urody 🙂

„Dubaj prawdziwe oblicze”- Jacek Pałkiewicz

Słyszał ktoś o Jacku Pałkiewiczu? Przybliżę jego osobę. Urodził się w niemieckim obozie pracy, dzieciństwo i młodość spędził w Ełku. Karierę podróżniczą zaczął, jako oficer na statkach. Pracował też w kopalni złota i diamentów. Ukończył szkołę dziennikarską w Mediolanie i od tego czasu pracował, jako dziennikarz. Jest autorem kilkunastu książek i filmów dokumentalnych. Publikuje reportaże w licznych magazynach europejskich. Ja posiadam 3 jego książki 🙂

W tej książce Jacek Pałkiewicz obala wiele mitów na temat Dubaju, np brak swobód obywatelskich i niewolnicze warunki pracy najemnych robotników (szokujące!). Opinie na temat książki są podzielone. Jedni uważają, że świetnie napisana, bo pokazuje „zgniły środek” Dubaju a nie tylko jego błyszczącą otoczkę. Drudzy twierdzą, że autor za bardzo skupił się na wychwalaniu swojej osoby, czego to nie osiągnął, czego nie widział, itp… Mnie akurat to absolutnie nie przeszkadza. Lubię Jacka Pałkiewicza i dowiedziałam się z tej książki wielu ciekawych rzeczy 🙂

Rozdział pt „Zagłębie prostytucji”

„Służące do wszystkiego”- Joanna Kuciel- Frydryszak

Wiedziałam, że kiedyś służba w domach była na porządku dziennym. Ale myślałam, że tylko w bardzo bogatych domach…. A ta książka opowiada o polskich „białych niewolnicach”, zapomnianych kobietach z najniższego szczebla hierarchii służby domowej, żyjących w przedwojennej Polsce. Niedoceniane, upokarzane, wykorzystywane. Wiejskie dziewczęta, które zaczynały pracę często w wieku 15 lat. Bez prawa urlopu, wypoczynku. Książka opisuje ich życie, co robią, gdy mają wychodne, jak pracują, ile zarabiają, w jakich skandalicznych warunkach mieszkają, jak są traktowane przez chlebodawców, nierzadko molestowane…

Jest to pierwsza w naszym kraju książka, która opowiada o losach tych biednych kobiet. Mocna. Polecam!

„Dziewczyny z Dubaju”- Piotr Krysiak

Ponownie Dubaj, ale w innej odsłonie. Pamiętacie „aferę dubajską” z 2015 roku? Książka oparta na faktach, odsłaniająca jej kulisy. Dotyczy zorganizowanej prostytucji Polek z arabskimi klientami. Autor opisuje jak wyglądał proceder werbowania modelek, piosenkarek, celebrytek, oraz jak jako „luksusowe prostytutki” arabskich szejków, spędzały czas i zarabiały ogromne pieniądze. Opisał przypadki sutenerek, które zostały prawomocnie skazane. Autor nie podaje w niej nazwisk a swoją książkę oparł w dużej mierze na dokumentacji sądowej.

Gdy czytam jakąś książkę (nawet horror), sprawdzam wiele informacji w internecie-np, czy jakieś miejsce istnieje naprawdę. Potem wiem, skąd autor czerpał inspirację. W trakcie czytania tej, wiele razy wpisywałam w wyszukiwarkę imiona dziewczyn, które brały najpierw udział w np sesji do Playboya, a potem lądowały na imprezach z szejkami. Nie trzeba być geniuszem, żeby znaleźć zdjęcia tych kobiet. Zobaczcie to: https://viva.pl/ludzie/newsy/uczestniczka-top-model-justyna-i-inne-modelki-za-seks-z-szejkami-uprawialy-defekacje-stawki-29996-r3/

„Francuski szyk”- Isabelle Thomas i Frederique Veysset

Wiem- Francuski znane są z tego, że potrafią się dobrze ubrać i nie potrzebują kupy ciuchów. I wiem też, że nigdy jakoś specjalnie nie interesowałam się francuską modą, stylem ubierania się i ogólnie Francją. Nawet w tym kraju nie byłam. Wg mnie Paryż jest przereklamowany. Ale nie wiem, dlaczego kupiłam tą książkę. To było już jakiś czas temu i chyba gdzieś ją widziałam na jakimś blogu. Stwierdziłam pewnie, że: a co tam, zobaczę co tam radzą. Owszem, jest sporo rad dotyczących w co warto zainwestować, co nosić z czym, jak łączyć, jakie buty, torebki dobrać. Czego nie zakładać w żadnym wypadku, ubiór odpowiedni do wieku, co lubią nosić Francuzki, czego unikają. Jest coś o makijażu i fryzurach. Początek banalny: jak zrobić porządek w szafie. Czyli wyrzucić za małe/ za duże łachy, zniszczone, niemodne, itp. Są też wywiady z guru mody. Nigdy nie podążałam ślepo za modą. Ba! Ja chyba nawet nie posiadam swojego stylu i wiecznie nie mam się w co ubrać! Mimo to, czytam ze 2 modowe blogi, które są (na szczęście) nie tylko o modzie 🙂 A tak w ogóle, to uwielbiam trampki. A podobno żadna francuska dama nie założy nigdy tenisówek po 30 roku życia, bo to karygodne! No i tu już zonk, bo ja się jednak szykownie ubrać nie umiem…

Kto kocha modę, ma swój styl, potrafi się ubrać, to jest to pozycja obowiązkowa. Jest w niej mnóstwo porad i zdjęć. Ja przeczytałam z ciekawości 🙂

Rozdział 13 może być, bo lumpeksy lubię 🙂

„Sekrety urody Koreanek”- Charlotte Cho

Na pewno wszyscy widzieli, jak wyglądają dziewczyny z Azji, jak młodą mają skórę i dziewczęcy wygląd. Czasami, patrząc na zdjęcia w necie, nie wiadomo, czy to matka, czy córka. Potem zrobił się szał na koreańską pielęgnację, czyli jak dbać o skórę, żeby była idealna. Potem gdzieś przeczytałam, że w Azji jest tyle klinik operacji plastycznych, że to się w głowie nie mieści i dlatego m.in Koreanki tak młodo wyglądają. W co wierzyć?

Sięgnęłam po tą książkę, bo chciałam się dowiedzieć ile wiem na temat mojej skóry i czy dobrze o nią dbam. O k***wa! Mało wiedziałam! Przykład? Proszę bardzo. Używałam toniku przecierając skórę nasączonym wacikiem. A guzik, bo powinno się wklepywać tonik w odpowiednio oczyszczoną skórę. Kolejny. Najpierw demakijaż i potem mycie twarzy żelem (mydła na szczęście nie używałam do tego). To nie jest mycie. Najpierw olejek myjący, bo olej się zmiesza z tłustą twarzą, połączy i oczyści. Potem zmyć (ciepłą!) wodą i dopiero żel. No logiczne przecież, że woda z np kremowym żelem nie oczyści twarzy. Sama na to nie wpadłam. Kolejny. Najpierw lekki krem, albo serum, potem coraz cięższy preparat. Jeśli będzie odwrotnie- to ten lekki nie przebije się do skóry. Logiczne.

Autorka opisuje w prosty i ciekawy sposób wpływ słońca na skórę, jakich masek, czy serum używać. Jakich składników w kosmetykach szukać. Najważniejsze, to poznać swoją skórę i jej potrzeby. Wtedy można odpowiednio ją pielęgnować. Oczywiście nie da się tego zrobić od razu. Ale im szybciej tym lepiej. Wiadomo. Ja widzę na swoim przykładzie poprawę odkąd myję twarz olejkiem i nakładam maski w płachcie 🙂 Polecam książkę, bo to w sumie niezła kopalnia wiedzy 🙂

Od starzejących się z godnością Francuzek, wolę koreańską pielęgnację 🙂

UPOLOWANE W HEMIE

Uwielbiam maseczki w płachcie! I to nie tylko za swoje właściwości. Bo oprócz tego, działają, to jeszcze fajnie wyglądają, no i nie są czasochłonne: nakładam, leżę, czytając książkę, zdejmuję, resztę wmasowuję w skórę 🙂 Zawsze, gdy jestem w jakiejś drogerii, kupuję zapas płacht. A w łazience, trzymam je w koszyczku i wybieram w zależności od potrzeb. Lubię się maskować! I widzę, że regularne nakładanie maseczek, przynosi rezultaty 🙂 W Hemie wybrałam 6 masek.

Stroopwafel- pyszne holenderskie ciastko z karmelem, ale też maseczka z edycji limitowanej 🙂 Zapewnia, że skóra jest oczyszczona i miękka w dotyku. Po aplikacji maseczka sama się nagrzewa i pachnie właśnie tym ciastkiem! Koszt 1,70 euro.

Kolejna, to maseczka z ogórka. Do każdego rodzaju skóry, oczyszczająca. Po użyciu, cera jest odświeżona. Cena, to 1,70 euro.

Maseczka tygrysia 🙂 Ekstrakt z zielonej herbaty i wit. E. Maska przywraca miękkość i nawilża skórę. Cena to 2,50 euro.

Maska niedźwiedzia- morela i ekstrakt z zielonej herbaty. Nawilża, przywraca miękkość i blask skórze. Cena także 2,50 euro.

Maska panda- z niacynamidem, czyli wit B3 i wyciągiem z ogórka. Witamina zmniejsza przetłuszczanie się cery, redukuje ilość wyprysków, zmniejsza pory i wycisza stany zapalne. Ogórek odświeża i oczyszcza. Idealna dla cery tłustej i mieszanej. Cena 2,50 euro.

Maska kot- z lukrecją i ekstraktem z zielonej herbaty. Maska uspokaja i nawilża skórę, sprawia, że znów lśni. Cena 2,50 euro.

Wart uwagi jest także puder brązująco- rozświetlający. Wystarczy odrobina, aby skóra lśniła. Idealny na lato, a także na imprezę. Cena pudrów to ok 5-6 euro.

Kupiłam także krem pod oczy, z ekstraktem z różowego pomelo, filtrem 15, który używam na noc. Wystarczy wklepać kilka kropelek, a skóra wokół oczu jest nawilżona i odżywiona.

Dobrze jest założyć konto na stronie sklepu, gdyż oferuje on sprzedaż wysyłkową i nie tylko. Jeżeli zrobimy zakupy on-line do 21:30 w dzień roboczy i zapłacimy ponad 10 euro, to możemy odebrać swoją paczkę w najbliższym sklepie za darmo w ciągu 1-2 dni roboczych. Sklep wysyła nam maila, kiedy produkty są gotowe do odbioru 🙂 Więcej na stronie https://www.hema.nl/mooi-gezond/persoonlijke-verzorging/gezichtsverzorging

3 NAJPOPULARNIEJSZE SKLEPY Z KOSMETYKAMI W HOLANDII

Zacznę od tego, że tylko jeden z tych 3ech sklepów wygląda jak typowa drogeria. W pozostałych 2óch znajdziemy kupę innego asortymentu. W praktyce wygląda to tak, że idziemy po szampon a wychodzimy z dziesięcioma innymi rzeczami. I to niekoniecznie kosmetykami. Także trzeba uważać, żeby nie wydać bez sensu np 50 euro (!) Zacznę od najmniejszego moim zdaniem sklepu, czyli typowej drogerii:

Zdj z internetu

W Etosie pachnie jak w perfumerii, są wyspy z kolorowymi kosmetykami, np Maybelline, L” oreal, itp. Znajdziemy tam także perfumy i to nie byle jakie, kosmetyki do włosów, kremy,balsamy, żele, toniki… Jednym słowem wszystko, co akurat potrzebne. Marki, jakie zobaczymy, to np Nivea, Kneipp, Schwarzkopf ale także z wyższej półki, np Clinique. Drogeria posiada także własną markę, po którą często sięgam, bo przystępna cena a produkty nie odstają jakościowo od innych. Moim ulubieńcem jest dwufazowy olejek do makijażu. Oprócz kosmetyków znajdziemy biżuterię, ale w małych ilościach. Latem często oferowane są okulary przeciwsłoneczne i klapki japonki. Na zdjęciu wyżej widzimy także apaszki ( też mała ilość) i koszyki, w których można znaleźć produkty w promocji 🙂

Drugim popularnym sklepem (nie całkiem drogerią) jest Kruidvat.

Tam już trzeba uważać, żeby nie ogołocić portfela. Ja nie przepadam za Kruidvatem, bo po prostu się tam gubię. Oprócz kosmetyków typu krem do twarzy (wg mnie- mały asortyment), znajdziemy szafy z kolorowymi (tu akurat duży wybór), mnóstwo preparatów do włosów (duuuży + ), mały dział męski i wieeele innych rzeczy. A są to np. płyny do prania, płukania, ubrania, leki, słodycze na wagę, zabawki, akcesoria dla dzieci, biżuteria, okulary przeciwsłoneczne, chemia gospodarcza, zapachy do domu, poszewki na poduszki, koce i zależnie od pory roku- ozdoby świąteczne. Oczopląs murowany. Wszystko na półkach poupychane i przez klientów przekopane w cały świat, niestety :/ Plusami sklepu są własna marka dobrej jakości, liczne promocje typu 1+1 gratis, albo 5 dezodorantów Rexona, lub żeli pod prysznic Fa (opakowanych w folię) za ok 10 euro. Mnie się takie promocje opłacają 🙂 Sklep posiada także mały dział z miniaturami produktów- idealne w podróż.

I ostatni sklep, a mianowicie Hema.

Tu już jest wyższa szkoła jazdy, bo sklepy sieci Hema są bardzo duże. Pierwszy sklep powstał w 1926 r w Amsterdamie. W tej chwili znajdziemy go także w Niemczech, Belgii, Luksemburgu, czy Francji. Najwięcej jednak jest ich w Holandii. Hema charakteryzuje się gamą produktów do codziennego użytku oraz asortymentem, który jest specjalnie produkowany dla tej sieci. W sklepie znajdziemy np serwis fotograficzny, jedzenie (coś na kształt baru z kiełbaskami), dział z ubraniami (dziecięce, męskie, damskie), akcesoria dla dzieci, rzeczy dla domu, biura, gadżety, biżuterię i wreszcie dział z kosmetykami. Jak wcześniej wspomniałam, asortyment jest specjalnie produkowany dla Hemy, więc sklep ma własną markę. Do wyboru mamy ogrom kolorówki (lubię ich pudry), pędzelki do makijażu, a także kremy do rąk, balsamy, preparaty do włosów i oczywiście maseczki w płachcie!

KOLOR MORZA, CZYLI SERIA GDANSKIN ZIAJA

Ktoś pamięta serię Ziaja Sopot? Teraz furorę (przynajmniej u mnie) robi seria GdanSkin. Nie dość, że moja ulubiona polska marka pochodzi z Gdańska, to jeszcze ma w swojej ofercie takie fenomenalne produkty 🙂 Oczywiście, zawsze wracam z Polski do Holandii z naręczem kosmetyków Ziaji. I nie zawsze jest to TYLKO ta seria, bo zaopatruję się w różności.

Moimi faworytami ostatnio są olejki myjące do twarzy. A ten z Ziaji skradł moje serce całkowicie. Dlaczego? Bo zrobił porządek z moją cerą. Od „wieków” borykałam się z niedoskonałościami. Przeczytałam co nieco o koreańskiej pielęgnacji, czyli m.in o tym, że po zmyciu tapety, przed żelem do twarzy, pierwszy idzie olejek! Wystarczy trochę wypompować go na dłoń i rozsmarować (połączyć warto z masażem). Olejek dokładnie rozpuszcza sebum i czyści porządnie skórę. Spłukujemy ciepłą wodą i możemy nakładać żel myjący. I faktycznie: cera jest lepiej oczyszczona, nawilżona, bo pory się zmniejszyły, zniknęły wypryski, skóra jest gładsza. To działa!

Kolejny świetny kosmetyk, to mgiełka do twarzy. Absolutny must have! Mega przydatna podczas kilkugodzinnej jazdy autem. Elegancko nawilża i odświeża. A Ziaja w swojej ofercie posiada też inne mgiełki 🙂

Hydrożelowa maseczka do twarzy i serum. Maseczka jest na noc, bez spłukiwania. Ma fajny delikatny zapach. Nakładam ją bardzo często co wieczór, czekam aż się wchłonie. Czasem poprawiam serum, które świetnie nawilża. Jest dobre pod makijaż.

Krem rozświetlający na dzień, to jeden z moich ulubionych kremów. Delikatny zapach, wydajna tubka i oczywiście piękne rozświetlenie, bo posiada drobinki. Najczęściej nakładam go tylko na policzki.

Kolagenowy krem na noc, wygładzający zmarszczki. Osobiście nie wierzę w podział kremów na noc i na dzień. Fakt- może te nocne są cięższe, ale spotkałam się już z lekkimi z dobrym składem. Tego kremu jeszcze nie testowałam. Wykończę opakowanie innego LEKKIEGO używanego na noc i wezmę się za ten. Mogłabym w sumie go nie kupować, ale jak seria, to seria 😉

I mój „przyokazyjny” mały nabytek apteczny (bo lubię takie), to kosmetyczna lanolina firmy Ziaja 🙂 100% lanolina do pielęgnacji przesuszonej skóry dzieci i dorosłych. Przynosi ulgę i łagodzi podrażnienia. Można stosować kilka razy dziennie, w zależności od potrzeb. Po ochłodzeniu tubki, produkt twardnieje. Jeszcze nie miałam okazji do użycia, ale zbliża się lato, skóra się wtedy przesusza i na pewno znajdzie się w użyciu. Więcej o produktach dowiecie się z https://ziaja.com/

Taka mała tubka, a jak ładnie wygląda 🙂

ROŚLINY OCZYSZCZAJĄCE POWIETRZE, KTÓRE MAM W DOMU

Codziennie wdychamy „koktajl” z substancji chemicznych, jak np: benzen, amoniak, ksyleny, trichloroetylen i aldehyd mrówkowy. Te substancje znajdują się m.in w plastikach, detergentach, tuszach do drukarek, klejach, torbach i ręcznikach papierowych, dymie tytoniowym, czy środkach do mycia okien. Ostatnio przeczytałam, że 1989 roku NASA przebadała i wybrała grupę roślin, które najskuteczniej oczyszczają powietrze 🙂 Za oczyszczanie powietrza w dużej mierze odpowiada system korzeniowy rośliny. Naukowcy podkreślają, że na 10m kw pomieszczenia, powinna przypadać co najmniej jedna roślina. Oto lista 18 roślin, które „sprzątają” skutecznie:

  1. daktylowiec niski
  2. nefrolepis wyniosły
  3. nefrolepis obliterata
  4. zielistka Stenberga
  5. aglaonema
  6. dypsis lutescens
  7. figowiec Benjamina
  8. epipremnum złociste
  9. anturium Andrego
  10. liriope szafirkowata
  11. rapis wyniosły
  12. gerbera Jamesona
  13. dracena wonna
  14. bluszcz pospolity
  15. sansewieria gwinejska
  16. dracena odwrócona
  17. skrzydłokwiat
  18. chryzantema wielkokwiatowa

Z proponowanych przez NASA roślin, posiadam 3. Są to:

Zielistka Stenberga
Sansewieria gwinejska
Fikus Benjamina

Oprócz tych roślin, które dobrze oczyszczają powietrze i warto mieć je w domu (jak ja) są także:

Grubosz, czyli drzewko szczęścia 🙂
Trzykrotka
Aloes