BYŁO, MINĘŁO…

W listopadzie było urwanie głowy. Jak co roku w pracy. Na dobre zakończył się sezon i zaczęła tzw likwidacja, czyli po prostu sprzątanie szklarni przed sadzeniem nowych pomidorów. I tym razem miałam i mam dość.

Żeby nie było, ja zawsze mówiłam, że lubię likwidację. Chyba jako jedyna. Dlaczego? Bo nie mam wtedy stojącej pracy, niemal codziennie wykonuje się inne czynności i mam zakwasy a to znaczy, że czuję że żyję 🙂 Do tego wreszcie jest chłodno a często i nawet wręcz zimno w szklarni a ja jako jedyna i tak biegam w krótkich spodenkach. Aby zachować balans, to mam bluzę z długim rękawem. I ani nie zmarznę i ani się nie spocę. W sam raz. Inni oczywiście marudzą, że zimno (tak jakby w Holandii o tej porze spodziewali się minimum 20°C) i ubierają się na cebulkę. Dobrze, że już przestali mi zadawać pytanie, czy mi nie zimno w tych krótkich gaciach…

W tym sezonie było mniej Polaków u nas a więcej Rumunów i Bułgarów. Na szczęście obyło się bez większych dram. Może trochę niektórzy Bułgarzy mieli problem do Rumunów i dwa razy do bójki niemal doszło. Ale nawet nie wiem o co. Dziewczyny spokojne i sympatyczne. Wszyscy jakoś ze sobą o dziwo współpracują. Niektórzy odeszli już całkiem, inni zjechali na dłuższy urlop a inni zostali do końca roku i planują wrócić już w lutym. Szef kilkoro pracowników chce z powrotem a to się rzadko zdarza.

Stare planty, które wciąga maszyna i mieli.

Po usunięciu starych roślin nastąpiło generalne czyszczenie szklarni. Najbezpieczniej dla nowych sadzonek jest, pozbycie się całkowicie starych owoców i liści a nawet śmieci. Nie grozi to wirusem. Z pięcioma dziewczynami zostałyśmy oddelegowane do czyszczenia końców szklarni. Lubię tę pracę, bo nikt się nie wtrąca, jest cisza i spokój a my po prostu musiałyśmy dokładnie wszystko usunąć. Naliczyłyśmy przy tym 12 puszek po piwie plus jedna butelka. No cóż, niektórzy na kacu musieli sobie pomóc a inni pili browary, bo gorąco…

Potem z dwoma innymi dziewczynami poszłam sprzątać swoje stanowisko pracy, czyli magazyn/ sortownię pomidorów. W sezonie co piątek dokładniej sprzątałyśmy po pracy, więc teraz nie było takiego bajzlu. Jeden chłopak w innej części magazynu mył chlorem wózki a my musiałyśmy umyć nawet kosze na śmieci, które stoją na szklarni. Wszystko musi być czyste.

Potem szef powiedział, że to nie koniec, bo trzeba było dokładnie wysprzątać na górze biura, umyć okna, szatnie, korytarze itp. Ogólnie zeszło nam na to 4 dni. Pod koniec miałam już dość, bo nawet w domu tyle ostatnio nie sprzątałam. Tym bardziej, że 3 soboty pod rząd były pracujące.

Widok po wyjściu z pracy.

Baniek z różnymi płynami miałyśmy pod dostatkiem. Dobrze, że nie dali nam niczego z chlorem, bo oczy pieką i bolą. Nie jest to bezpieczne, ale brud schodzi. Myjąc umywalkę, miałam w ręku takie mleczko a la Cif. Z tym, że ja Cif nie lubię. Nie jest skuteczny i zostawia osad. A to, czego ja używałam, nie jest mi znane. Fajnie czyści i do tego przyjemnie pachnie. Szukałam dopiero w dwóch sklepach. Nie ma. Jeśli nie znajdę stacjonarnie, to poszukam w necie.

I na koniec, odnośnie mojej pracy. Czuję, że doszłam do muru. Że mam dość. 10 lat na szklarni, to szmat czasu a ja wiem, że stanęłam w miejscu. Były właściciel sprzedał firmę i teraz nadchodzą zmiany, które wprowadza nowa firma. Miało ich nie być dużo a zapowiada się, że będą ogromne. I niekoniecznie na naszą korzyść. Nasz kierownik zachowuje się, jak w amoku. Chce, żeby wszystko było perfect. Momentami drze mordę i wszystkich stresuje. Jak nie on. Jeśli tak ma być, to odejdę z firmy szybciej. Bo takie mam plany. Chciałam zostać do końca likwidacji i tak zrobiłam a teraz żałuję. Bo nie jest fajnie. Grudzień minie a ja zamierzam szukać nowej pracy. Spokojniejszej i 5 dni w tygodniu. Bo na szklarni nigdy nie wiadomo ile będzie tej pracy. Rozumiem pracowników sezonowych: jak najwięcej godzin= więcej kasy. Ale ja tu mieszkam i oprócz pracy mam jeszcze życie. Od przyszłego roku chcę dużo zmienić i trzymam kciuki aby wszystko się udało. Uff!

Na zdjęciu powyżej, dom przed którym zawsze na jesień jest piękna dekoracja. Właściciele nie żałują dyń. U mnie do tej pory stoją zdechłe już chryzantemy ale wrzosy za to dobrze się trzymają. Mam nadzieję, że w sobotę wszystko posprzątam. W domu też jeszcze jesienne ozdoby stoją na półkach. Czas do pudła. A od 6 grudnia powoli będę dodawać ozdoby zimowe.

Pogoda w Holandii dała w listopadzie czadu. Z tym, że tego negatywnego. To znaczy, mnie to nie rusza. Może lać. Był też przymrozek. Słońca niemal zero. Pewnego dnia był nawet mix: raz rzęsisty deszcz a po chwili słońce+ mżawka. Tęczy nie widziałam. Nie przeszkodziło to Holendrom wieszać już na zewnątrz ozdób świątecznych.

Całkiem przyjemne niebo 😉

Teraz czas na moje małe odkrycie. Lubię paluszki. Z polskich, to te Beskidzkie. To te, których produkcja została chwilowo wstrzymana z powodu wybuchu pożaru w 2024 roku. Właściciel szybko wznowił pracę, żeby nie zostawiać pracowników bez pensji i spotkało się to z dużym odzewem ludzi, którzy wykupowali paluszki, aby fabryka dalej pracowała. Do Holandii (polskiego sklepu) także przyjechała partia paluszków z napisem „Dziękujemy” 🙂 Holenderskie paluszki jadłam chyba tylko raz. Wolałam raczej precelki. Ale w markecie Jumbo natknęłam się na paluszki o smaku orzeszków ziemnych, które też bardzo lubię. I proszę, taki mix mi się trafił! Uwielbiam 🙂

W Lidlu pojawiły się zapachy do szafy. Kupiłam dwa opakowania i jedno powiesiłam w szafie. Zapach bardzo przyjemny i długotrwały. Drugie opakowanie niestety uszkodziłam, bo urwałam tekturowy haczyk do mocowania na drążku. Więc postawiłam tę zapachową torebkę na półce z butami w korytarzu. Czuć ją nawet w salonie. Szkoda, że nie wypuścili takiego zapachu do auta.

Zapachowa świeca i patyczki też kupiłam, bo już się przekonałam, że te lidlowskie odświeżacze są trwałe i ładne. Tym razem padło na wanilię. Lubię ten zapach, ale niektóre wonie są za mocne i czuć bardziej chemię, niż delikatny powiew. Ten set mam zamiar odpalić w święta.

Od około dwóch miesięcy mam fazę na wrapy. Niemal zawsze jem je w pracy zamiast tradycyjnej kanapki. Idę jednak na łatwiznę i smaruję placki tortilli jakimś serkiem kanapkowym, do tego sałata albo mix, piersi kurczaka gotowe (kawałki upieczone i doprawione z Lidla), pomidor, ogórek lub papryka. Sosu nie dodaję. I nie zapiekam tortilli. Ostatnio plastry ogórka były bardzo wystraszone i chyba krzyczały…

Jak tu jeść?

Zrobiłam też pierwszy raz szakszukę, która biła swego czasu rekordy popularności na TikToku. Wszystko by było dobrze, gdyba nie to, że przeoczyłam moment wyłączenia w odpowiednim momencie potrawy. I niestety jajka wyszły na twardo. Mimo to, danie bardzo mi smakowało. Lubię połączenie jajek i pomidora. Pan Mąż nie bardzo. On preferuje tradycyjną jajecznicę. Więc zjadłam jego porcję 🙂

A w kwiaciarni zobaczyłam takie ozdoby świąteczne:

Na koniec mem, który mnie bardzo rozśmieszył. Pokazałam koleżance i stwierdziliśmy, że zamiast psychiatryka, można wstawić zakład pracy.

Do następnego 🙂

2 myśli na temat “BYŁO, MINĘŁO…

  1. Charaktej mojej pracy sprawia, że jest mi wiecznie zimno. Ruszam się prawie tyle co nic. Czasem zastanawiam się czy nie poprosić, aby się przenieść na produkcję, bo tam i jest cardio i cieplej się czułam. Na moim dziale dzieje się niewiele to i tempo jest wolniejsze, praca bardziej żmudna, bo jak coś robimy, to czasem i cały tydzień jedno i to samo.
    Rozumiem Twoją potrzebę zmiany pracy. U nas zawsze było przekonanie, że jak chcesz zarobić szybko i robić jak dziwi wół to idź na kapustę lub paprykę, a jak chcesz mieć pracę cały rok, ale mniej godzin, to idź na kwiaty. W szczycie sezonu przychodzą uczniowie i pracuje się do 15. Jak jest ciepło to do 12:30. jak ktoś więc chce wyjechać na lato to u nas kokosów nie zarobi.
    Rozumiem też ciebie, że nie rozwijasz się. Ludzie czasami mają takie wyobrażenie, że w każdej branży można się wspinać. Ale jeśli Twoja firma jest taka jak moja, to szefów jest 4, kierowników po jednym na dziale i to od 20 lat te same osoby, a cała reszta to zwykli pracownicy. Niektórzy są bardziej techniczni, inni bardziej produkcyjni, inni szukają wirusów [najniebezpieczniejszy w szklarni z alstromeriami jest wirus pomidora!], ale wszyscy są na niemal tej samej pensji a już na pewno tym samym szczeblu. I tak na przykład ja po 10 latach mam takie same warunki zatrudnienia jak nowy pracownik, który dopiero co się uczy. Potrafi to zniechęcić, choć ja akurat mam wiele powodów, aby zostać u siebie w pracy.
    Myślałaś, jakie kierunki kariery masz od najmniej do najbardziej pożądanych?

    Dzięki za opis likwidacji. Wygląda to zupełnie inaczej niż u nas – z uwagi na to, że macie hydroponikę, a my w gruncie.
    Co do pogody… Nie wychodzę z domu. Pewnie poniekąd dlatego. W tygodniu światla slonecznego nie widuję, a w wekendy fotel, książka, film, kocyk – wszystko jest ciekawsze od chęci sprawdzenia czy na wsi się coś nie dzieje.
    Piszesz, że zmienił się właściciel – myślę, ze to dobry czas by uciekać z firmy. Kilkoro znajomych pracowało [i pracuje] w firmach, gdzie zmienił się właściciel i zawsze to były zmiany na gorsze. Większe obłożenie pracą. Dodatkowe obowiązki. U koleżanki na przykład zwolniono firmę sprzatającą i teraz pracownicy linii produkcyjnej muszą dodatkowo sprzątać maszyny. Wydłużają godziny pracy. Mobbing. Dużo z tych osób znam, bo uciekly do nas przed tym co się tam działo.

    Polubione przez 1 osoba

    1. Uważam, tak samo jak Ty: że będzie tylko gorzej. Robię w pracy mnóstwo rzeczy a mam wrażenie, że nowi mają lżej i zarabiają tyle co ja. W takiej pracy zmian na lepsze niestety nie widzę. Nie mam zasranej motywacji i już mieć nie będę. Przeglądam oferty i jest ich sporo. Przede wszystkim nie chcę już pracy na szklarni. I chciałabym pracować też z Holendrami. Ćwiczyć język. Poza tym moja praca mnie nudzi. Gdyby nie podcasty, to bym chyba zwariowała 😆 W nowym roku mam zamiar już wysyłać cv. Wierzę, że dla chcącego nic trudnego a zmian się nie boję. A moja wymarzona praca, to ta w zakładzie pogrzebowym.

      Polubienie

Dodaj odpowiedź do Traszka Anuluj pisanie odpowiedzi