6 URODZINY BLOGA

Zapomniałam zupełnie,  że to w lutym założyłam swoje małe miejsce w internecie.  Dostałam dzisiaj przypomnienie z życzeniami od wordpress. 

Pamiętam teraz ten dzień,  gdy siedziałam jeszcze wtedy w wynajmowanym mieszkaniu, na zwolnieniu przez 5 tygodni. Miałam zoperowany palec i gips po łokieć.  Już dużo wcześniej planowałam założyć bloga i pisać swoje wypociny na temat mojego życia tutaj w Holandii i nie tylko. Tylko plany swoje a czas i umiejętności swoje. Bo ja o zakładaniu bloga miałam pojęcie żadne.  Czytałam ( i czytam nadal) blogi innych ludzi i wiedziałam,  że też chcę sobie coś tam pisać.  I tak na tym zwolnieniu miałam wreszcie czas, żeby nad tym posiedzieć.  Przekopałam mnóstwo stron internetowych i filmików na YouTube, z których uczyłam się zakładania strony. Często szlag mnie trafiał i miałam ochotę wyjebać laptopa przez balkon. Ale się zawzięłam i ukończyłam to. Mam ten blog i sobie wreszcie piszeswoje wywody. I tak pykneło 6 latek 🙂

Z tego powodu zrobiłam w swoim kajecie  kolaż w mini wersji w miesiącu luty, który jest na głównym zdjęciu.  Upiekłam też cynamonki z zestawu kupionego jakiś czas w Lidlu. Wcześniej nie miałam na to chęci,  bo ciasto drożdżowe to nie moja bajka. A teraz stwierdziłam,  że raz kozie śmierć- może coś z tego wyjdzie. W opakowaniu znajdował się płat ciasta drożdżowego i słoiczek z cynamonowym nadzieniem. Nie wyszły olbrzymy,  jak u Kingi Wierzbickiej z TikToka. Ot,  7 mini bułeczek,  które ułożyłam w blaszce w cały świat.  Piekłam kilkanaście minut w 180° . Końcowy efekt,  to jedna wielka buła.  Polewę zrobiłam sama i bardzo mi to coś smakowało 🙂

Wracając do bloga.  Ma tę samą nazwę w adresie internetowym,  ale nowe logo na stronie głównej.  Będzie jeszcze kilka zmian. Postaram się je zrobić jak najszybciej. Podsumowanie miesiąca Będzie się teraz nazywała „fotorelacja ” + dodany miesiąc. Mam już mnóstwo pomysłów na nowe wpisy. I mam nadzieję,  że w tym roku będzie się działo jeszcze więcej niż w poprzednim.

Do następnego 🙂

COMMONPLACE  JOURNAL

Jest bullet journal, booking journal, czy po prostu wyklejanie kolaży. I tak sobie oglądałam na Instagramie, TikToku i Pintereście te wszystkie kolorowe zeszyty i pomyślałam, że dobrze by było mieć wszystko w jednym. I można przecież takie coś stworzyć i nazywa się to „commonplace”.

Nie powiem, wkręciłam się w to. I zamiast kupować gotowe boulety np do czytania książek, to można stworzyć własny i nawet więcej. Za wyklejanie kolaży już wzięłam się wcześniej. Ale to za mało dla mnie. A nie potrzebuję prowadzić trzech kajetów. Oglądałam filmiki, na których dziewczyny pięknie opisują i ozdabiają zeszyty opisując różne rzeczy. A niektóre mają naprawdę wyobraźnię i piękne pismo. Kaligrafia też mnie interesuje. I tak, w starym zeszycie z zeszłego roku zaczęłam prowadzić nowy journal.

Zostawiłam strony z różnymi utworami do nagrania nowej płyty, która przyda się podczas np długiej podróży do Polski. Poza tym, jest też dosyć długa lista książek, które bym chciała mieć w swojej biblioteczce.

Na kolejnych stronach mam spisane części serii książek, żebym pamiętała które mam a które muszę dokupić. Zostawiłam też listę „aż” pięciu książek, które zawzięcie przeczytałam w poprzednim roku i zrobiłam pod nimi napis „dupa”, czyli nic z wyzwania nie wyszło. Za to w tym roku rozpoczynam kolejne i zrobiłam sobie regał, na którym oznaczam książki. Pierwsza już jest.

Dalej mamy listę z tytułami przeczytanych książek, autora i miejsce akcji. Na koniec mojego czytelniczego wyzwania wybiorę najlepszą książkę roku 🙂

Będę też prowadzić listę pozycji zakupionych w tym roku, bo na pewno coś kupię. Inaczej będę chora. Trzeba regały dowalić. U innych dziewczyn zobaczyłam tzw „cmentarz”. Narysowałam więc 4 nagrobki, bo przypuszczam, że tyle książek mi braknie do wyzwania. Może być oczywiście mniej lub więcej.

Zrobiłam też zakładkę z napisem Nowy Rok 2026. Za nią są strony oznaczone każdym miesiącem. Co na nich się znajdzie? Wszystko to, co działo się, zdarzyło w danym miesiącu. Np w styczniu sporo śniegu spadło, odebraliśmy auto od mechanika i to właśnie w obrazkach, naklejkach, opisach zawarłam. I tak każdy miesiąc.

Zaczęłam też oglądać więcej filmów. Mamy pakiet na SkyShowTime i żal nie korzystać. Pojawiają się tam i starsze jak i nowsze filmy.

Z filmami mam dwie strony. Tę drugą z popcornem wypatrzyłam na Pinterest. Obok wykleiłam i zrobiłam napis nawiązujący do zagłady pszczół. To hasło bardzo mi się spodobało.

Nie zrezygnowałam z kolaży. Wyklejam sobie rzeczy, które lubię. I tak np znalazło się morze i plaża, ulubiona pora roku, czyli jesień. W planach mam jeszcze grzyby, kawę czy książki. Jednym z motywów będą też tulipany i wiatraki Holandii.

Mnóstwo dziewczyn robi też tzw „mapę marzeń”. Moja jeszcze nie jest skończona, bo potrzebuję więcej naklejek i obrazków. Nie są to jakieś ogromne marzenia. Wyklejam z ciekawości, bo opinie mówią że działa. Coś jak potęga podświadomości.

Na końcu zrobiłam tzw „weather tracker”. Chodzi w tym o to, żeby zrobić tabelkę z miesiącami i dniami i kolorować okienka wg oznaczeń pogody, np słońce – okienko na żółty kolor, deszcz- niebieski, itd. Na koniec roku wychodzi podsumowanie pogodowe. Z tym podchodziłam ze trzy razy, bo zawsze coś spieprzyłam, ale udało się wreszcie tabelkę zrobić.

Zeszyty z naklejkami kupuję w Actionie i na Temu. Do tego wycięłam różne obrazki ze starych gazet. Uzbierało się trochę tego. W każdym razie bardzo mnie relaksuje tworzenie takiego zeszytu. Codziennie po pracy coś tam wyklejam. W koszyku na Temu mam już wybrane stikery. A w internecie jest mnóstwo inspiracji. Ktoś może powiedzieć, że to głupie i dziecinne. Nic bardziej mylnego. Potem fajnie będzie zajrzeć do zeszytu i zobaczyć co tam się ciekawego wydarzyło. Póki mi się nie znudzi, będę to prowadziła.

Do następnego 🙂

„MOTYW ZBRODNI” – KATARZYNA BESTER

Jeden miesiąc – jedna książka. Takie mam wyzwanie i styczniowa pozycja ukończona. Nie mam tyle czasu żeby czytać częściej. Zaczęłam kolejną książkę i tym razem grubszą a luty ma tylko 28 dni. Będzie pewnie skończona w marcu. Znowu z poślizgiem. No, ale nic. Będę robić, co tylko w mojej mocy, żeby w każdym miesiącu pykła jedna książka.

Katarzyny Bester nie znałam. Zaintrygował mnie tytuł tej książki i opis fabuły z tyłu. Dopiero podczas czytania zorientowałam się, że napisała ją Polka. To teraz kilka słów o autorce. Katarzyna Bester na co dzień mieszka w Rzeszowie, jest właścicielką dwóch kotów i wielką fanką kawy. Fascynuje ją Nowy Jork, dlatego chętnie rzuca tam swoich bohaterów. Zadebiutowała w 2020 roku i grono jej czytelników rośnie. Jej książki znane są z zaskakujących zwrotów akcji.

Kupując „Motyw zbrodni”, oczywiście nie zauważyłam, że to drugi tom serii. Głównym bohaterem jest detektyw Winters. Akcja książki dzieje się w Nowym Jorku, co mnie cieszy, bo podoba mi się to miasto. Mam nadzieję, że kiedyś się tam pojawię i zwiedzę je na żywo 🙂 Nowy Jork atakuje śnieżyca. Detektyw Aidan Winters spędza dzień z rodziną, gdy dzwoni telefon. Winters jest potrzebny na moście Brooklińskim. Znaleziono tam zwłoki młodej studentki Nory Walton, która była córką znanego w mieście adwokata. Rozpoczyna się śledztwo. Niestety każdy podejmowany przez detektywów trop zdaje się prowadzić do nikąd, a osoba która może udzielić odpowiedzi na wiele pytań, zapadła się pod ziemię. Pojawia się wiele pytań: Kim jest Jason? O czym Nora nie mówiła rodzicom? Czy klucz do rozwiązania zagadki znajduje się w ręku jednego z klientów znanego adwokata? Tymczasem nad Nowym Jorkiem nie przestają gromadzić się śniegowe chmury, co znacznie utrudnia szukanie dowodów. Wtedy morderca uderza ponownie…

W tej książce nie ma nudy. Czyta się naprawdę przyjemnie, bo świetnie jest opisana akcja i to, jak detektywi po nitce do kłębka rozwiązują zagadkę. I oczywiście rozwiązanie okazuje się zaskakujące. Ja zaczęłam czytanie serii od dupy strony, bo od drugiej części. Będę musiała poszukać i kupić pierwszą część pt „Tamtej nocy”. Trzecia część jest w przygotowaniu. Wiem też, że jestem już fanką książek Katarzyny. To jest czwarta seria tomów, którą polubiłam i będę zbierać. Pierwszą jest Grahama Mastertona, drugą Simona Becketta, trzecią – Maxa Czornyja.

Do następnego 🙂

FOTORELACJA

Myślałam, że już chyba usunę bloga. Potem stwierdziłam, że założę nowego i będę sobie dalej pisać swoje wypociny. Dlaczego? Bo wiele rzeczy mi się tutaj pozmieniało i szlag chciał mnie trafić. Ale jednak coś tam ogarnęłam.

Zmieniłam swoje logo. Mam zamiar jeszcze popracować nad menu, bo to mnie wyjątkowo denerwuje. W każdym razie blog działa dalej, ale parę rzeczy muszę zmodyfikować żeby to miało ręce i nogi. Zajmie mi to trochę czasu, bo jestem laikiem i sama muszę do tego dojść. Powiedzmy, że styczeń był miesiącem próbnym w nowym roku i zaczynam od lutego, którego nie lubię. Żeby nie było aż tak wesoło, to telefon też mi się już pierniczy. Mam wprawdzie od jakiegoś czasu nowy aparat w ramach abonamentu, ale nie znoszę zmieniać telefonu, bo i nie znoszę uruchamiać od nowa aplikacji. Nie mam cierpliwości. A do starego sprzętu jestem poza tym przyzwyczajona. Niestety zajechałam go już chyba całkiem i nie mam wyjścia – nowy pójdzie w ruch. Jakoś to ogarnę. Dobrze , że Pan Mąż się zna.

Zima w styczniu pojawiła się w Holandii i to taka (jak na te rejony) całkiem porządna. Jak ja się cieszyłam! Oczywiście nadal w trampkach biegałam i skarpetach – stopkach. Spotykałam mnóstwo bałwanów ulepionych i przez dorosłych i przez dzieci. Paraliż na drogach był, a jakże, ale odśnieżarki dawały radę. Tutaj każdy wie, że śnieg zaraz znika.

Mam sporo godzin na plusie, które muszę odebrać. Mnie tam pasuje, dlatego bez problemu wzięłam dzień wolny (piątek) i złożyłam choinkę i ogólnie dom posprzątałam. Ciężko mi jednak było się ogarnąć po świętach. Jak to jest, że kościół sobie wymyślił, że Jezus urodził się w grudniu a potem mamy Sylwester,  Nowy Rok i potem trzeba ruszać z kopyta. Wiadomo, postanowienia, zmiany, lepsze życie i co tam jeszcze się chce realizować… O tej porze przyroda śpi. Odpoczywa. A ludzie muszą inaczej. Bo trzeba się wziąć za życie od nowego roku. Dlaczego nie można tego zaczynać od wiosny, gdy wszystko się budzi? Człowiek od razu by miał większe chęci do działania a nie robienie rzeczy jak śnięta ryba, ledwo patrząc na oczy. Chyba sobie Sylwestra na wiosnę przełożę  🙂

Po wybuchach sylwestrowych, natknąć się można było na duże ilości pozostałości po fajerwerkach. Na zdjęciu wyżej widać nawet uszkodzony kosz na śmieci. Widziałam nawet znak drogowy rozwalony. Tym razem było więcej strat niż do tej pory. No ale teraz wszystko jest posprzątane i naprawione. W styczniu wreszcie został naprawiony nasz samochód. Jebło coś w skrzyni biegów. Mechanik miał termin dopiero w nowym roku, więc piątego biegu długo nie można było wrzucić. Nigdzie zatem nie jeździliśmy, bo na trasie 80km/h się nie pojedzie. Wycena naprawy, to aż 2000€. Koniec końców wyszło 1700. O trzy stówy mniej, chociaż nadal dużo. I tak zresztą wolimy iść do Holendra (mamy już sprawdzonego i dobrego mechanika), niż do Polaka, bo słyszeliśmy historie, jak to dymali innych rodaków na kasę a nawet perfidnie zamieniali części z nowych na stare.

Zainteresowałam się bardziej koreańską pielęgnacją. Skóra w zimie i po, nie wygląda super ekstra, szczególnie jak ma się 40 lat. Moja jest trochę przesuszona i poza tym źle spałam ostatnio, bo co rusz się budziłam i kusiło mnie, żeby patrzeć na zegarek. Najgorsze było ponowne zasypianie a po chwili dzwonił budzik. Człowiek nieprzytomny. Mam nadzieję, że teraz będzie lepiej. Zmęczona jestem tym styczniem, mimo że lubię tę ciemność i tę pogodę.

Ostatni weekend był na plusie, trochę słońca wyszło, więc i Holendrzy wyszli z domów. Najwyraźniej im też zima dokopała. Widziałam, jak przed kilkoma domostwami siedzieli przy grillach i koksownikach i zapalonych lampkach ogrodowych. Na przeciwko nas zrobiono też małe party i do 22:00 puszczali rocka, np Deep Purple „Smoke on the water” 🙂 Chyba w lutym, gdy będzie cieplej, też odpalimy grilla. Mam chęć gdzieś poza tym wyjść, jechać. Ileż można w chałupie siedzieć…

Moje storczyki w łazience ponownie zakwitły. Nie poddają się i co rusz wypuszczają nowe pędy z kwiatami. Tym razem zupełnie inne kolory. Dobrze im tam. Ogólnie prawie wszystkie rośliny w domu mają się dobrze. Ostatnio tylko aloesy zrobiły się ciężkie i jeden po prostu pękł. Nie dało się już nic zrobić.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Czekałam na koniec tego miesiąca. To były ostatnie podrygi roku. Należało wszystko zamknąć i w życiu i w pracy. I teraz ruszamy z kopyta dalej, bo mam kolejne plany.

Poprzedni rok był taki pół na pół. I były jego dobre strony i te kiepskie. Nie będę tutaj robić podsumowania roku. Będzie pokazany miesiąc w obiektywie. Jak zawsze. W pracy zakończyliśmy sadzenie nowych pomidorów i rozpoczęły się prace pielęgnacyjne. Większość ludzi wróciła do swoich krajów, do swoich domów. W tej chwili jest nas dziewięcioro pracowników plus dwóch szefów. Lubię, jak jest taki spokój. Zaczynamy pracę o godzinę ósmej, więc jest jeszcze ciemno. Przywiązywaliany rośliny do sznurków i niektórzy zakładali lampki czołowe.

Ja 24 grudnia miałam wolne. Mam sporo godzin na plusie, więc szef się zgodził, żebym została już w domu. Miałam czas, żeby wszystko ogarnąć i posprzątać. Ale już wcześniej zaczęłam oglądać filmy świąteczne. Coś tam sobie robiłam a w tle leciały różne komediowe i romantyczne filmy. Nie zdawałam sobie sprawy, że jest ich aż tyle.

Przeczytałam nawet przepis na świąteczny film i brzmiał on mniej więcej tak: ona/ on mieszkają i pracują w wielkim mieście i nie mają czasu na nic. Znajdują chwilę, aby wyrwać się na święta w rodzinne strony. Miło spędzają czas i spotykają swoją dawną miłość. Jest ok, dopóki nie pokłócą się o jakąś pierdołę. Ona lub on postanawiają wyjechać, ale w ostatniej chwili zmieniają decyzję. Na koniec jest całus i napisy końcowe 🙂 Okładki filmów w większości w kolorach czerwono- złotych. Te filmy nie są porywające i wysokich lotów, ale raz w roku można obejrzeć. Ja lubię popatrzeć na te pięknie wystrojone świątecznie domy.

Ptaszki na dworze dostały jedzenie. Cały czas przylatują sikorki a nawet rudzik. Dzisiaj widziałam srokę. W drewniany domek włożyłam słoik z masłem orzechowym z ziarnami m.in słonecznikiem. Ogólnie wyłożyłam trzy opakowania, które kupiłam w Lidlu.

Moje ptaszyska mają się dobrze, ale wiem że nie pasuje im ta pora roku. Późno wychodzą z klatki i wcześniej do niej wchodzą. Rozkręcają się, gdy wracamy do domu i nie są wtedy same.

W Jumbo znalazłam sernik. Nie wiem, czy on jest tylko na święta, czy cały czas. Muszę się zorientować. Jest przepyszny. Ser ma lekki smak cynamonu. Zawsze ta przyprawa pasowała mi do jabłek a tu niespodzianka: z serem jest bardzo dobry.

Podczas zakupów warzywnych u Turka, Pan Mąż stwierdził, że ma ochotę na kebaba. Ja nie rozumiem fenomenu tego dania, gdzie w Polsce jest on na każdym kroku. W Holandii też tego nie jem. A w takich przybytkach zawsze jest multum ludzi.

Za to podczas zakupów obserwowałam pewnego pieska. Siedział grzecznie przy drzwiach, przywiązany i czekał na właściciela. Nie reagował nawet na lekkie zaczepki innych klientów. Wypatrywał tylko oczami swojego pana. Psy w Holandii ogólnie są dobrze wychowane. Rzadko szczekają na obcych, bez smyczy chodzą grzecznie przy nodze. Popularne są tu szkoły dla psów.

Ja standardowo poszłam do kranu z oliebollen i kupiłam 4 sztuki zwykłych z cukrem pudrem i dwie sztuki dubai. W zeszłym roku dubai z kremem pistacjowym bardzo mi smakowały. W tym roku się nie popisali. Krem był mdły a pączki suche. Ale zjadlam, bo centów to nie kosztuje.

Zajrzeliśmy też do centrum ogrodniczego, żeby zobaczyć świąteczną makietę. I to była ostatnia chwila, bo pracownicy już ją rozmontowywali. Towar świąteczny był przeceniony. Kupiliśmy iglastą girlandę na poręcz schodów.

Były właściciel szklarni postanowił pozbyć się domu, w którym mieszka. Stoi on obok szklarni a do emerytury (czyli jeszcze chyba ten rok) będzie z nami pracował. Potem się wraz z żoną przenoszą do miejscowości obok. Kupili willę za ponad 2 mln €. Dom jest naprawdę okazały. Stoi pośród drzew, ma ogromny basen i ogród. Nie ma to jak taka emerytura za harówkę przez niemal całe życie. Właściciele szklarni zazwyczaj zostają milionerami a mimo to, ciężko im rozstać się z pracą.

W Sylwestra pracowaliśmy niemal do końca. Nie mieliśmy planów nigdzie wychodzić a tym bardziej kogoś zapraszać. W piżamach graliśmy w Globalistę.

Ja znalazłam na platformie filmowej „Smerfy”. Zupełnie o tym filmie zapomniałam. Włączyłam i nie rozczarowałam się. Z wioski zostaje uprowadzony Papa Smerf a reszta akcji dzieje się w Paryżu. Jednym z głównych bohaterów jest… brat Gargamela i widz poznaje historię Smerfetki.

W Sylwestra Holendrzy przeszli samych siebie. Co roku walą niemiłosiernie. Ale od tego roku rząd zabrania całkowicie fajerwerków i ludzi poniosło. Strzelali aż do 3 w nocy! Ja rozumiem, to tradycja i nie warto całkowicie zabraniać, ale wystarczy strzałów na max pół godziny. Fajerwerki były jak zawsze piękne. Szkoda tylko, że są po nich straty. U nas w mieście z dymem poszły 4 auta, pojawił się pożar w dwóch domach i jednym bloku mieszkalnym. Ludzie, to naprawdę debile.

Do następnego 🙂

NASZE ŚWIĘTA I PREZENTY

Szczerze? Nie chciało mi się ubierać choinki i ogólnie obchodzić świąt. Wolałam gdzieś jechać. Ale, po pierwsze: mamy auto do naprawy a mechanik wyznaczył termin dopiero na styczeń a po drugie, Pan Mąż chciał zrobić chociaż małe święta.

Ubrał więc choinkę sam a ja wyjęłam inne dekoracje i ustroiłam dom. I znowu się zdziwiłam, jak dużo mamy światełek i lampek. Nie powiesiłam wszystkich. Na ławie przed telewizorem postawiłam mały stroik.

Nikogo nie zapraszaliśmy. Totalnie nie miałam ochoty na spotkania. Chciałam ciszę, spokój i Kevina samego w domu a potem w Nowym Jorku. W środę wigilijną wzięłam wolne i zajęłam się za przygotowanie czegoś do jedzenia na wieczór. Oglądałam przy tym „Holiday”. Na pierwszy ogień poszedł barszcz czerwony. Myślałam nad grzybową, ale Pan Mąż jednak aż tak za tą zupą nie przepada a ja lubię i tę i tę. Uszka były kupne. Na drugi dzień dopijaliśmy barszczyk w świątecznych kubkach, kupionych kiedyś w kringloopie.

Jedzenia dużo nie było. Nie pościmy. W sumie, jeśli obchodzimy święta, to po swojemu. W internecie, jak co roku, chrześcijanie kłócą się z katolikami o to, kto powinien i jak obchodzić Boże Narodzenie. Niewierzący powinni iść w ten dzień do pracy a wierzący nie powinni ubierać choinki, bo to pogańska tradycja. Ma to się nijak do Biblii, więc niech każdy robi jak chce i celebruje te święta po swojemu zamiast drzeć koty. Wracajac do tematu, to tym razem zrobiliśmy pierogi, ale z mięsem, bo mieliśmy zamrożony farsz. To była okazja, żeby go wykorzystać. Zrobiłam też bigos, bo bardzo lubię tę potrawę. Do tego śledzia w sosie pomidorowym i rybę po japońsku. Był to przepis z TikToka. Będę robiła tę rybę częściej, bo nam smakowała. Sałatka warzywna też wjechała, bo dawno nie jedliśmy. Do tego dwa małe kawałki sernika i makowca z polskiego sklepu. Tyle nam wystarczyło. A! I bym zapomniała. Standardowo ugotowałam jeszcze kompot z jabłek i żurawiny. Latem będę robiła często, bo jest kwaskowaty a zimny będzie na pewno doskonale gasił pragnienie.

Prezenty sama sobie wybrałam. Był to komplet: spodenki+ bluzka, dwie książki i zegarek upatrzony już wcześniej. Bardzo podoba mi się cyferblat.

Pan Mąż dostał gadżety związane z filmem „Obcy” i „Predator”. Był to m.in kubek termiczny i zwykły, czapka i koszulka. Do tego trochę słodyczy, bo lubi. Nie wiem, gdzie on je mieści, bo brzuch ma płaski a potrafi Milkę zjeść na raz.

Chyba na tydzień przed świętami, w naszej firmie odbyła się impreza świąteczna. W zeszłym roku byliśmy i za punkty wybieraliśmy sobie prezenty. Tym razem nie pojechaliśmy. Paczki i tak do nas dotarły i mieliśmy niespodziankę, bo nie wiedzieliśmy co nam tam spakowali. I nie powiem, bo jesteśmy zadowoleni. Zacznę od swojego prezentu. W pudle był czarny puf a w nim kilka rzeczy.

W środku był duży, miękki koc a ja ma teraz fazę na różne koce i kocyki. Zawsze się przydadzą a nawet jeśli nie, to można oddać rodzinie.

Do tego dwa opakowania różnych patyczków zapachowych, które też lubię i trzy kosmetyki.

Słodyczy i suchych produktów na szczęście było mało. Nie przepadam. Za to podobało mi się małe, czarne etui z paskiem na suwak. Takie w sam raz, żeby schować telefon, dowód czy pieniądze. Taka a’la nerka, ale na długim pasku.

Pana Męża paczka była jeszcze lepsza niż w zeszłym roku, kiedy to sam sobie rzeczy wybierał. Słodyczy też było mało. Oprócz nich znalazł się też koc, ale mniejszych rozmiarów.

Potem odkrywał kolejne rzeczy: czarna czapka, rękawiczki z oznaczonym i trzema palcami, żeby podczas zimna móc grzebać w telefonie, lampka biwakowa i specjalne obcęgi mające dodatkowe funkcje, np pilnika. Składane w czarnym etui. Plus dwa porządne kubki.

Na dnie znajdowało się pudło z plenerowym barbecue. Już wiem, że gdy będziemy jechać w Ardeny (a chcę pod namiot albo wynająć domek), to ten grill i kilka innych rzeczy pojedzie z nami, bo na pewno się przydadzą, jak np duże etui schowane z boku pudła. Znajduje się tam komplet: noże, pilnik do nich i widelec a także deska do krojenia. Dołączona była też specjalna rękawica do grilla, żeby móc nią przewracać np mięso.

Jesteśmy z prezentów bardzo zadowoleni. Robiąc ten wpis, za oknem Holendrzy walą już na potęgę petardami i fajerwerkami. Znowu pół Holandii wyleci w kosmos 😆 A ja objadam się oliebollen. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

Do następnego 🙂

DWIE KSIĄŻKI NA ZAKOŃCZENIE ROKU…

… czyli o tym, jak bardzo mi nie wyszedł plan przeczytania piętnastu książek w rok. Inni potrafią przeczytać i 60. Napiszę też moją recenzję dwóch ostatnio przeczytanych thrillerów.

I tymi dwoma thrillerami zamykam ten rok, chociaż się jeszcze nie skończył. Nie dopisałam ich jeszcze w zeszycie do listy. W każdym razie, wyszło mi 6 książek. Tylko! Nie wiem co ja sobie myślałam. Przecież nie mam tyle czasu, żeby przeczytać cały regał. Jest grudzień i zaczęłam kolejną książkę. Idzie mi całkiem dobrze, bo fabuła wciągająca. Zaliczam ją do następnego roku, bo zapewne skończę czytać w styczniu. Rozpoczynam też nowe wyzwanie, ale tym razem 10 książek. Tylko!

„Fatum” – Max Czornyj

O Maxie Czornyju pisać nie będę, bo już to robiłam. Napiszę zaś o kolejnej części kryminału/ thrillera z komisarzem Deryło w roli głównej. Ta seria bardzo mi się spodobała i  chcę ją przeczytać całą. Akcja dzieje się ponownie w Lublinie. W jednym z pustostanów dochodzi do makabrycznego morderstwa. Ofiara została spalona żywcem w specjalnie przygotowanej klatce. Okazuje się, że szaleniec, który się tego dopuścił zostawił kilka zagadkowych tropów. Nie tylko ofiary próbują ujść z życiem, ale też ranna w poprzednim śledztwie partnerka Deryły, Tamara Haler. A komisarz probuje się dowiedzieć, co oznaczają tajemnicze wiadomości od mordercy i co wspólnego z zabójstwami ma religijna kultura haredi.

Nawiązań do religii jest w tej książce sporo. I o ile inne części czytałam z zapałem, tak z tą szło mi opornie. Po pierwsze czas nie pozwalał, a po drugie, nie trzymała mnie w napięciu, mimo że zabójstwa były upiorne. Czytałam trochę na raty i w pewnym momencie się pogubiłam co i jak. Doszłam jednak do wniosku, że zabójca gra z policjantami w ciuciubabkę i próbuje oszukać przeznaczenie.

„Królowa kłamstw” – Catherine Reiss

Najpierw kilka słów o pisarce, dlatego że wcześniej jej nie znałam. Catherine, to polska pisarka i psycholożka, autorka thrillerów psychologicznych. Ukończyła psychologię na Uniwersytecie Skłodowskiej – Curie w Lublinie. Zadebiutowała w 2022r powieścią „Fetor”, otwierającą serię o tej samej nazwie. Drugi tom, „Farma złych dusz” znalazł się w top 5 bestsellerów dystrybutora Azymut. W swoich książkach zagląda do najbardziej przerażających zakamarków ludzkiej psychiki, udowadniając, że nic nie jest czarno- białe a granica między dobrem a złem często nie istnieje. Aktywnie działa w mediach społecznościowych promując literaturę.

Perfekcyjna niania, idealna rodzina i niebezpieczna gra.

Laura i Adam Hallerowie wydają się mieć wszystko- bogactwo, prestiż i piękny dom. Brakuje im tylko idealnej opiekunki dla ukochanego synka. Dotychczasowe castingi przeprowadzone wśród kobiet ubiegających się o pracę niani, nie przynoszą efektów. Wreszcie w ich życiu pojawia się Asha – młoda, ładna dziewczyna i wszystko się zmienia. Z pozoru doskonała niania szybko staje się kimś więcej: katalizatorem namiętności i intryg. Między trójką bohaterów wywiązuje się niebezpieczna gra pożądania i manipulacji.

Książka wciągnęła mnie bardzo szybko. Historia udowadnia, że czasem to, czego się najbardziej chce, może stać się największym zagrożeniem. Pokazuje też, że za zamkniętymi drzwiami, w czterech ścianach, mogą dziać się bardzo niepokojące i złe rzeczy. Nawet najbardziej, z pozoru kochająca się i idealna rodzina wcale taka nie jest. I że wystarczy jedna zła decyzja, żeby wszystko się posypało. I gorzej, gdy ingerują w to osoby trzecie…

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

W listopadzie było urwanie głowy. Jak co roku w pracy. Na dobre zakończył się sezon i zaczęła tzw likwidacja, czyli po prostu sprzątanie szklarni przed sadzeniem nowych pomidorów. I tym razem miałam i mam dość.

Żeby nie było, ja zawsze mówiłam, że lubię likwidację. Chyba jako jedyna. Dlaczego? Bo nie mam wtedy stojącej pracy, niemal codziennie wykonuje się inne czynności i mam zakwasy a to znaczy, że czuję że żyję 🙂 Do tego wreszcie jest chłodno a często i nawet wręcz zimno w szklarni a ja jako jedyna i tak biegam w krótkich spodenkach. Aby zachować balans, to mam bluzę z długim rękawem. I ani nie zmarznę i ani się nie spocę. W sam raz. Inni oczywiście marudzą, że zimno (tak jakby w Holandii o tej porze spodziewali się minimum 20°C) i ubierają się na cebulkę. Dobrze, że już przestali mi zadawać pytanie, czy mi nie zimno w tych krótkich gaciach…

W tym sezonie było mniej Polaków u nas a więcej Rumunów i Bułgarów. Na szczęście obyło się bez większych dram. Może trochę niektórzy Bułgarzy mieli problem do Rumunów i dwa razy do bójki niemal doszło. Ale nawet nie wiem o co. Dziewczyny spokojne i sympatyczne. Wszyscy jakoś ze sobą o dziwo współpracują. Niektórzy odeszli już całkiem, inni zjechali na dłuższy urlop a inni zostali do końca roku i planują wrócić już w lutym. Szef kilkoro pracowników chce z powrotem a to się rzadko zdarza.

Stare planty, które wciąga maszyna i mieli.

Po usunięciu starych roślin nastąpiło generalne czyszczenie szklarni. Najbezpieczniej dla nowych sadzonek jest, pozbycie się całkowicie starych owoców i liści a nawet śmieci. Nie grozi to wirusem. Z pięcioma dziewczynami zostałyśmy oddelegowane do czyszczenia końców szklarni. Lubię tę pracę, bo nikt się nie wtrąca, jest cisza i spokój a my po prostu musiałyśmy dokładnie wszystko usunąć. Naliczyłyśmy przy tym 12 puszek po piwie plus jedna butelka. No cóż, niektórzy na kacu musieli sobie pomóc a inni pili browary, bo gorąco…

Potem z dwoma innymi dziewczynami poszłam sprzątać swoje stanowisko pracy, czyli magazyn/ sortownię pomidorów. W sezonie co piątek dokładniej sprzątałyśmy po pracy, więc teraz nie było takiego bajzlu. Jeden chłopak w innej części magazynu mył chlorem wózki a my musiałyśmy umyć nawet kosze na śmieci, które stoją na szklarni. Wszystko musi być czyste.

Potem szef powiedział, że to nie koniec, bo trzeba było dokładnie wysprzątać na górze biura, umyć okna, szatnie, korytarze itp. Ogólnie zeszło nam na to 4 dni. Pod koniec miałam już dość, bo nawet w domu tyle ostatnio nie sprzątałam. Tym bardziej, że 3 soboty pod rząd były pracujące.

Widok po wyjściu z pracy.

Baniek z różnymi płynami miałyśmy pod dostatkiem. Dobrze, że nie dali nam niczego z chlorem, bo oczy pieką i bolą. Nie jest to bezpieczne, ale brud schodzi. Myjąc umywalkę, miałam w ręku takie mleczko a la Cif. Z tym, że ja Cif nie lubię. Nie jest skuteczny i zostawia osad. A to, czego ja używałam, nie jest mi znane. Fajnie czyści i do tego przyjemnie pachnie. Szukałam dopiero w dwóch sklepach. Nie ma. Jeśli nie znajdę stacjonarnie, to poszukam w necie.

I na koniec, odnośnie mojej pracy. Czuję, że doszłam do muru. Że mam dość. 10 lat na szklarni, to szmat czasu a ja wiem, że stanęłam w miejscu. Były właściciel sprzedał firmę i teraz nadchodzą zmiany, które wprowadza nowa firma. Miało ich nie być dużo a zapowiada się, że będą ogromne. I niekoniecznie na naszą korzyść. Nasz kierownik zachowuje się, jak w amoku. Chce, żeby wszystko było perfect. Momentami drze mordę i wszystkich stresuje. Jak nie on. Jeśli tak ma być, to odejdę z firmy szybciej. Bo takie mam plany. Chciałam zostać do końca likwidacji i tak zrobiłam a teraz żałuję. Bo nie jest fajnie. Grudzień minie a ja zamierzam szukać nowej pracy. Spokojniejszej i 5 dni w tygodniu. Bo na szklarni nigdy nie wiadomo ile będzie tej pracy. Rozumiem pracowników sezonowych: jak najwięcej godzin= więcej kasy. Ale ja tu mieszkam i oprócz pracy mam jeszcze życie. Od przyszłego roku chcę dużo zmienić i trzymam kciuki aby wszystko się udało. Uff!

Na zdjęciu powyżej, dom przed którym zawsze na jesień jest piękna dekoracja. Właściciele nie żałują dyń. U mnie do tej pory stoją zdechłe już chryzantemy ale wrzosy za to dobrze się trzymają. Mam nadzieję, że w sobotę wszystko posprzątam. W domu też jeszcze jesienne ozdoby stoją na półkach. Czas do pudła. A od 6 grudnia powoli będę dodawać ozdoby zimowe.

Pogoda w Holandii dała w listopadzie czadu. Z tym, że tego negatywnego. To znaczy, mnie to nie rusza. Może lać. Był też przymrozek. Słońca niemal zero. Pewnego dnia był nawet mix: raz rzęsisty deszcz a po chwili słońce+ mżawka. Tęczy nie widziałam. Nie przeszkodziło to Holendrom wieszać już na zewnątrz ozdób świątecznych.

Całkiem przyjemne niebo 😉

Teraz czas na moje małe odkrycie. Lubię paluszki. Z polskich, to te Beskidzkie. To te, których produkcja została chwilowo wstrzymana z powodu wybuchu pożaru w 2024 roku. Właściciel szybko wznowił pracę, żeby nie zostawiać pracowników bez pensji i spotkało się to z dużym odzewem ludzi, którzy wykupowali paluszki, aby fabryka dalej pracowała. Do Holandii (polskiego sklepu) także przyjechała partia paluszków z napisem „Dziękujemy” 🙂 Holenderskie paluszki jadłam chyba tylko raz. Wolałam raczej precelki. Ale w markecie Jumbo natknęłam się na paluszki o smaku orzeszków ziemnych, które też bardzo lubię. I proszę, taki mix mi się trafił! Uwielbiam 🙂

W Lidlu pojawiły się zapachy do szafy. Kupiłam dwa opakowania i jedno powiesiłam w szafie. Zapach bardzo przyjemny i długotrwały. Drugie opakowanie niestety uszkodziłam, bo urwałam tekturowy haczyk do mocowania na drążku. Więc postawiłam tę zapachową torebkę na półce z butami w korytarzu. Czuć ją nawet w salonie. Szkoda, że nie wypuścili takiego zapachu do auta.

Zapachowa świeca i patyczki też kupiłam, bo już się przekonałam, że te lidlowskie odświeżacze są trwałe i ładne. Tym razem padło na wanilię. Lubię ten zapach, ale niektóre wonie są za mocne i czuć bardziej chemię, niż delikatny powiew. Ten set mam zamiar odpalić w święta.

Od około dwóch miesięcy mam fazę na wrapy. Niemal zawsze jem je w pracy zamiast tradycyjnej kanapki. Idę jednak na łatwiznę i smaruję placki tortilli jakimś serkiem kanapkowym, do tego sałata albo mix, piersi kurczaka gotowe (kawałki upieczone i doprawione z Lidla), pomidor, ogórek lub papryka. Sosu nie dodaję. I nie zapiekam tortilli. Ostatnio plastry ogórka były bardzo wystraszone i chyba krzyczały…

Jak tu jeść?

Zrobiłam też pierwszy raz szakszukę, która biła swego czasu rekordy popularności na TikToku. Wszystko by było dobrze, gdyba nie to, że przeoczyłam moment wyłączenia w odpowiednim momencie potrawy. I niestety jajka wyszły na twardo. Mimo to, danie bardzo mi smakowało. Lubię połączenie jajek i pomidora. Pan Mąż nie bardzo. On preferuje tradycyjną jajecznicę. Więc zjadłam jego porcję 🙂

A w kwiaciarni zobaczyłam takie ozdoby świąteczne:

Na koniec mem, który mnie bardzo rozśmieszył. Pokazałam koleżance i stwierdziliśmy, że zamiast psychiatryka, można wstawić zakład pracy.

Do następnego 🙂

KILKA POLECAJEK+ MOJE PRZEMYŚLENIA

Zebrało mi się kilka rzeczy, które chciałabym opisać na blogu i podzielić się tym, co według mnie jest warte uwagi. A tak poza tym, to już jest ostatni dzwonek, aby wybrać się do parku/ lasu i popatrzeć na spadające liście.

„Leaf  peeping” – dowiedziałam się,  że tak Amerykanie nazywają przejażdżki w celu oglądania liści. Czego to oni nie wymyślą… XD Holendrzy za to, lubią jeździć do Ikei, oglądać towar i nic nie kupować. Ale kawa i ich słynne klopsiki muszą być. Miałam kiedyś szefową, która lubiła tam jeździć i jeść te klopsy.

O tej porze roku uwielbiam jeść zupy. Tak w ogóle, to ja zupy kocham. Nie tylko polskie. Jesienią staram się gotować je często. W tym roku pierwszy raz zrobiłam zupę dyniową. Inspiracja i przepis – standardowo z TikToka. Nie przypuszczałam, że jest tak pyszna. Podpiekłam w piekarniku dynię piżmową, dwa pomidory, dwie papryki i ząbki czosnku. Potem warzywa zblendowałam i dodałam do wcześniej ugotowanego bulionu. Należy ją porządnie doprawić, bo inaczej może być mdła. Do tego bagietka podpieczona z żółtym serem i ciepły obiad gotowy 🙂

A taką moją top 1 z zup, to ostatnio kartoflanka, albo po prostu ziemniaczana. Pamiętam, jak kiedyś jadłam ją u koleżanki, która po pracy robiła na szybko ciepły obiad. Zrobiłam i ja, ale trochę ją podrasowałam.

Moja kartoflanka- ziemniaczanka:

      bulion z kury

  • biała część pora
  • marchew
  • boczek
  • ziemniaki
  • ulubione przyprawy

Boczek pokroić w drobną kostkę (ja kupuję już gotowy- skrojony) i podsmażyć. Wrzucić do rosołu. Marchew zetrzeć na dużych oczkach, por skroić w cienkie plastry i lekko udusić na pozostałym po boczku tłuszczu. Ewentualnie można dodać trochę masła. Dorzucić do rosołu. Ziemniaki pokroić w większą kostkę i gotować wszystko w tym rosole do miękkości. Doprawić do smaku. Ja następnie użyłam tłuczka, żeby kartofle jeszcze bardziej zmiękczyć, ale nie na papkę. Podawać gorącą. Ta zupa jest idealna na chłodne dni. Polecam!

Co można robić w jesienny wieczór, oprócz leżenia pod kocem z książką i herbatą? Nałożyć maseczkę 🙂 Moje ostatnie odkrycie, to ta z Garnier. Kupiłam ją w Kruidvacie, gdzie była promocja 1+ 1 gratis. I żałuję, że nie wzięłam więcej, bo to bomba dla mojej skóry.

Marzy mi się już od bardzo dawna podróż do stolicy Wielkiej Brytanii. Najlepiej zobaczyć Londyn w jesiennej odsłonie. Czytam często o rodzinie królewskiej, czy oglądam zdjęcia angielskich wsi. Po prostu mam taką małą słabość do tej części Europy. I muszę ją odwiedzić. Wiem, że to się uda. A na razie zostają mi zdjęcia na Instagramie czy filmiki na TikToku. Znalazłam za to dwa ciekawe blogi, które piszą Polki mieszkające za kanałem La Manche. Dzielą się w nich mnóstwem porad i polecanych miejsc. Warto zajrzeć i poczytać. Zdjęcia oczywiście też są:

https://londonwithkasia.com/#google_vignette

https://www.walkmeblog.com/#google_vignette

A jeśli ktoś, tak jak ja, uwielbia Muminki, to polecam konto na Instagramie: muminek.codzienny.

A na koniec coś, co dało mi do myślenia. Mnóstwo razy słyszałam, jak ktoś mówi: ale ten czas leci. Znowu jesień, zaraz zima itd. I w sumie ja też mogę się pod tym podpisać. Już od dłuższego czasu mam wrażenie, że dni lecą z prędkością pocisku. I człowiek zawsze się zastanawia, kiedy to zleciało? I pewnego dnia  natknęłam się na pewną teorię, która ma sens. Przynajmniej w moim przypadku. Otóż chodzi o codzienną rutynę. Gdy człowiek ma życie jakoś tam poukładane, chodzi do pracy, wykonuje niemal codziennie te same czynności, zawsze tak samo odpoczywa, to czas się kurczy. Jest to subiektywne odczucie szybkiego przemijania czasu. Dzieje się tak głównie z powodów psychologicznych i neurologicznych, w jaki sposób mózg przetwarza informacje. Nasz mózg jest zaprojektowany tak, aby zwracać uwagę na nowości i zmiany. Jeśli nie ma nowych bodźców, dni zlewają się ze sobą. Im więcej informacji przetwarza mózg, tym wolniej zdaje się płynąć czas.

Jeśli chodzi o mnie, to już dawno zauważyłam, że jeśli w weekend gdzieś pojedziemy, coś zwiedzam, robię inne rzeczy, niż zawsze to… wtedy czuję, że te wolne dni naprawdę były i odpoczęłam. Nie przeleciały mi przez palce. Mówi się, że wszystko co dobre, szybko się kończy. I tu jest ten paradoks: to trwa dłużej. Mnóstwo razy Polacy marudzili, że urlop szybko minął i już musieli wracać. Ja odwrotnie: wydaje mi się wtedy, że w pracy mnie nie było z miesiąc 🙂 Bo na urlopie przecież tyle się dzieje! Albo inny przykład: jedziemy z Panem Mężem na wycieczkę. Nowe miejsce, po drodze zawsze zobaczy się coś nowego, po dotarciu do celu się zwiedza, ogląda, robi zdjęcia. Powrót zawsze nam szybko mija, bo już znamy drogę. Już ją widzieliśmy.

Więc warto się nad tym zastanowić i nie pozwolić mózgowi się nudzić. Na przykład takie dzieci. One zawsze coś robią, nie pozwalają na nudę, bawią się. Nie ma rozrywki- jest płacz. Dorośli, wiadomo, są zmęczeni, zapracowani, itp. Mimo to ja zawsze staram się coś ciekawego robić, bo inaczej bym chyba oszalała. Jedyne czego nie rozumiem, to dlaczego czas tak mi zapieprza, jak czytam książkę 🙂

Do następnego 🙂

PACZKA Z NOTINO

Będąc w Polsce obkupiłam w drogerii, ale trochę za mało, bo postanowiłam zajrzeć do internetu. Konkretnie do Notino. Mam tam już konto od dłuższego czasu i jestem zadowolona. Po dwóch dniach paczka była już u mnie.

Tak naprawdę, to interesowały mnie maski w płachcie, od których chyba już jestem uzależniona XD Jakiś czas temu, z TikToka dowiedziałam się, że one tak naprawdę… nie działają! Nie ma po nich efektów! Mówiła to jakaś pani kosmetolog. Se myślę: niemożliwe! Inna kosmetolog poleca, inna nie poleca. O co tu chodzi? One muszą dawać efekty, bo ja je widzę. Nie to, że miałam twarz pooraną zmarszczkami i nagle cud, miód i malina. Po prostu od dawna staram się dbać o skórę i na szczęście nie starzeje się szybko. Kiedy do sklepów weszły maski w płachcie, dla mnie (i nie tylko), stały się hitem i rutyną kosmetyczną. Swoją drogą „rutyna”, to ostatnio modne słowo.

A co mówi google na ten temat? Otóż maski dają efekty. Zwłaszcza w zakresie szybkiego i intensywnego nawilżenia skóry. Ich aplikacja tworzy na skórze barierę okluzyjną. Dzięki temu, głębiej wnikają składniki pielęgnujące. Intensywne nawilżenie, to najczęstszy i najszybszy efekt. Płachta zapobiega odparowywaniu wilgoci, co daje natychmiastowy efekt ujędrnienia, czyli „chok- chok” w koreańskiej pielęgnacji. Okluzja sprawia, że składniki aktywne mają więcej czasu na wchłonięcie i działają efektywniej. Dodać jeszcze do tego należy wygodę, bo nie trzeba tych masek zmywać. I chociaż się teraz czegoś sensownego dowiedziałam 🙂

I tak sobie oglądałam te maski i zrobiłam na przekór. Kupiłam 3 sztuki takich, które trzeba zmyć. One mnie zaintrygowały.

„Herbal care” polskiej firmy Farmona. Ma lekko żelową konsystencję i całkiem łatwo się zmywa. Producent obiecuje, że po użyciu jest odczuwalne i długotrwałe nawilżenie, miękka skóra i przyjemne uczucie komfortu. Zainteresowała mnie betaina, która jest w składzie. Jest to naturalny związek chemiczny, pochodna aminokwasu glicyny.  Jej nazwa pochodzi od łacińskiego słowa „beta” oznaczającego buraka  🙂  Występuje naturalnie m.in w zbożach, owocach morza, szpinaku, czy burakach. Betaina pomaga w układzie krążenia, wspomaga trawienie, w kosmetyce jest ceniona za silne właściwości nawilżające. I ta maseczka jest faktycznie bombą nawilżającą. Skórę miałam odżywioną i miękką. Zatrzymam się przy betainie na dłużej i poszukam jej w maskach w płachcie. Ta fioletowa maska była gratisem.

Krem „Christian Laurent”

Krem stoi do góry nogami 😆

Nie znałam tej marki. To znaczy, widziałam produkty gdzieś w internecie, ale pierwszy raz coś kupiłam. Szukałam kremu rozświetlającego z drobinkami. Kiedyś firma Soraya produkowała krem nawilżający ze złotymi drobinkami. Uwielbiałam go. I już pyk! Nie ma. Szukam zamiennika. Postanowiłam nabyć ten. No cóż… Drobinek brak, ma (jak dla mnie) za ciężką konsystencję i będzie mi raczej służył na noc. Świeci się jedynie opakowanie. A  producent nazywa ten krem luksusowo- diamentowy, który ma odmładzać. Podobno zawiera pył diamentowy, złoto, peptydy, platynę, która ma wyrównywać koloryt skóry i resveratrol – jeden z najbardziej skutecznych antyoksydantów. Dobrze, że nie był drogi, ale więcej nie kupię. Nie o taki krem mi chodziło :/

Mini set z propolisem „Someby Mi”

Tej firmy też nie znam. Uwielbiam miód w kosmetyce, więc skusiłam się i na propolis. A że wolę testować miniatury, zanim coś mi się spodoba i zobaczę efekt, więc nabyłam te miniatury. W skład wchodzi serum ochronne, krem rozświetlający, tonik i olejek do mycia twarzy. Do tej pory użyłam tylko serum. Czy jakiś efekt był? Nie wiem. Nie zauważyłam. Następnym razem skorzystam z całości. Kosmetyki są koreańskie i idealne w podróży.

Płatki żelowe pod oczy

Uwielbiam je nakładać. Używałam już różnych. Influencerki prześcigają się w reklamowaniu tych idealnych. Ja uważam, że chyba każde są warte uwagi i różnych można używać w zależności od potrzeb. Byle regularnie. Tańsze, droższe – jeden ciul tak naprawdę. Tym razem kupiłam takie z czarną perłą i złotem. Są niemal czarnego koloru i dosyć grube. Trzymają się dobrze i dobrze nawilżają. Potem warto nałożyć krem i robota zrobiona  🙂

Kremy „Flos – lek”

Co tu dużo pisać. Ta polska marka to dla mnie petarda: tania i skuteczna. Chyba każdy zna. Obecnie używam tego w tubeczce. Gdy się skończy, otwieram te opakowania. Żółty będzie na dzień a zielony na noc+ warstwa wazeliny. Ten sposób praktykuję od dawna i jest rezultat.

Odżywczy krem „Lirene”

Tę markę też bardzo lubię. Chyba nigdy się nie zawiodłam. Ich podkładu używam od bardzo dawna. Producent nazywa go regenerującą bombą witaminową. Krem ma odżywiać i nawilżać, bo posiada unikalny kompleks ultranowoczesnej formy witaminy Duo C, która w połączeniu z wit E wielowymiarowo chroni młodość skóry. No, epicki opis na opakowaniu. Mamy tu aktywną formę lipofilową, która działa odmladzajaco i rozświetla skórę. Niweluje negatywne skutki promieniowania UV. Stabilna wit C zamknięta w liposomach, dociera głęboko do warstw skóry. Ogólnie rzecz biorąc – krem jest koloru białego z pomarańczowymi kuleczkami. Ma lekko cytrusowy zapach i równie lekką konsystencję. Używałam na noc. Skóra była miękka i nawilżona. Można kupić, bo jak wiadomo, to co z wit C, jest zawsze dobre dla twarzy.

Ulubiona maska

Jeśli są inne maseczki, które lubię, to te bez spłukiwania, nakładane najlepiej na noc. Ta od Estee Lauder jest dla mnie fenomenalna. To już moje drugie opakowanie. Kupiłam ponownie w wersji mini, ale tylko dlatego, że tego typu masek mam kilka i chcę je zużyć a nie mogłam się powstrzymać żeby tej znowu nie kupić. Robi glow, zmniejsza pory i nawilża. Nakładam na noc.

Podkład

Marka Eveline ostatnio jest bardzo chwalona. Nie przypominam sobie żebym wcześniej miała od niej jakiś kosmetyk. Mam cerę mieszaną. Świeci się już po pół godzinie, jak psu jajca. Nie używam jednego podkładu. Miksuję dwa różne. Tym razem skusiłam się na Eveline i kupiłam podkład w jasnym odcieniu, który mieszam z ciemniejszym z firmy Lirene. Nadal się świecę, ale skóra dobrze wygląda.

Do następnego 🙂