BYŁO, MINĘŁO…

Moja ulubiona pora roku mija mi, jak z bicza strzelił. Mrugnęłam okiem i już po październiku. Niby pozorny spokój, bo wszystko w przyrodzie zwolniło, ale nie w pracy. Tutaj się dopiero zaczyna.

Październik przywitał nas w prowincji Zuid Holland ciepłą pogodą. Trochę deszczu było i bardzo dobrze, bo ziemia była mokra na tyle, że zrobiłam ostatnie porządki w ogródku. Wyrwałam chwasty, przycięłam hortensje i zauważyłam, że jedna (ta najmniejsza) totalnie mi padła. No trudno. Wyrzuciłam też stare doniczki. Papugi siedziały ze mną na dworze, korzystając z ostatnich ciepłych promieni słońca.

Wywieźliśmy też z Panem Mężem na „wysypisko śmieci” kilka klamotów. Miały jechać bezpośrednio do kringloopa, ale był tam otwarty kontener, do którego właśnie takie rzeczy się skladuje a firma je potem wywozi. Więc nie musieliśmy jechać w dwa miejsca. Ogólnie na tym wysypisku znajdują się kontenery z opisem, co do którego wyrzucić. I tak np do jednego drewno, do innego metal a jeszcze innego plastik, itd. Odpady miażdżone są specjalnymi walcami z kolcami. Jest też kontener do składowania sprzętu RTV AGD. Żeby mieć wstęp do tego miejsca, należy złożyć online wniosek w gminie i uiścić opłatę jednorazową. Pocztą przychodzi specjalna karta wstępu, którą przykłada się do czytnika, bramka się otwiera i można pozbywać się niechcianych rzeczy i odpadów.

Przy wjeździe znajduje się tabliczka informacyjna, że dzieci do lat 13 muszą zostać w aucie. Nie wolno im podchodzić do kontenerów i kręcić się po placu między autami. Na miejscu znajduje się też budka z pracownikami, którzy wszystkiego pilnują. Na zdjęciu niżej znajduje się kontener z rzeczami do kringloopa.

W październiku byliśmy też w centrum ogrodniczym, gdzie udało mi się kupić w ostatniej chwili wrzosy i dynie do ozdoby domu i przed domem. Natknęłam się na dwa auta. Jedno z naklejkami- trzmielami. Były na nim też jakieś kwiaty. Zauważyłam, że Holendrzy lubią obklejać swoje samochody. Zresztą naklejki to pikuś. Widziałam całe auto w ozdobach z Elvisem Presleyem. Drugi samochód, który tego dnia zobaczyłam, to Pontiac.

W lipcu wróciliśmy z torbą pełną brzoskwiń. Cześć zjadłam a część Pan Mąż wykorzystał na wino. Przelał je przez sito, pozbywając się miąższu. Pracuje ono sobie dalej, ale ja postanowiłam spróbować jakie w smaku, bo brzoskwiniowego domowej roboty jeszcze nigdy nie piłam. Okazało się już bardzo smaczne.

W Lidlu (i nie tylko) pojawiły się jak zwykle na jesień, cebulki kwiatów. Było w czym wybierać, ale ja sobie darowałam. W tym roku żadnych cebulkowych nie sadziłam. Wystarczy mi to, co jest. Najbardziej moje oczy cieszą malutkie goździki, które mam już chyba ze trzy lata i cały czas kwitną.

Oprócz płynów do płukania, lubię testować zapachy do domu. W Lidlu mam swojego faworyta: Spa Moments w kolorze zielonym. Udało mi się dorwać jednocześnie patyczki zapachowe i spray. Te zapachy naprawdę mają moc. Mój nos je czuje 🙂

Ze strychu zaniosłam pudło z jesiennymi ozdobami i część ustawiłam na regale z książkami, dodając malutkie dynie z tuincentrum. Bawiłam się z tym trochę, bo trzy razy układ mi się nie podobał. Koniec końców zostawiłam, jak jest i będzie tak do końca listopada. Na ozdoby świąteczne jeszcze nie patrzę.

Z Halloween w tym roku nic nie wyszło. Imprezy u nas już zresztą nie chcę robić a o wyjściu nie było nowy. W miasteczku obok, w piątek, był coroczny pochód strachów. Każdy mógł się przebrać a jury wybierało najlepsze przebranie. Ludzie chodzili uliczkami i „straszyli”. Dziewczyny od nas z pracy poszły, bo mieszkają tam. Gdyby nie to, że w sobotę musieliśmy iść do pracy, to też bym wzięła udział. Ale nie miałam ochoty i siły. Może w przyszłym roku uda się coś zorganizować albo gdzieś pojechać. U nas, na przeciwko sąsiedzi zorganizowali sobie mini party z grillem i ozdobami, ale w sobotę. A ja nawet nie wiem, czy gdzieś tu dzieciaki chodziły po domach. Zrobiłam tylko zdjęcie, jak wyglądało to przed ich domem.

To było w niedzielę, po imprezie. Sprzątać im się tego szybko nie chciało 🙂

Darowałam sobie nawet maraton filmowy. Przypadkiem tylko natknęłam się na starą część „Cmętarza dla zwierząt” wg powieści Stephena Kinga i z chęcią obejrzałam. Osobiście uważam, że nowsza cześć jest lepsza, ale jej niestety na platformie nie znalazłam.

Jesień, to w Holandii czas sztormów. No i pojawił się Benjamin. Siła wiatru, to 100- 120 km/h. Tym razem nie czułam, że bardzo chciało mi łeb urwać, chociaż mnóstwo gałęzi wokół leżało a gdzie nie gdzie wyrwało drzewa z korzeniami. Nie wiem… Może się wreszcie do tych wichur tutaj przyzwyczaiłam? W każdym razie przed domem liście zgrabiłam a Benjaminek przywlókł je z powrotem. Pan Mąż stwierdził, że teraz ma prawdziwą i piękną dekorację jesienną…

Z takich śmieszniejszych rzeczy: paracetamol. Bolała mnie głowa i brzuch. Pan Mąż był w markecie, więc kupił mi najpopularniejszy w Holandii lek przeciwbólowy. Z tym, że nie zwrócił dokładnie uwagi i wrócił z paracetamolem w czopkach.

Powiedziałam żeby sobie je w tyłek wsadził. Poszliśmy razem do marketu obok naszego domu i kupiłam normalne tabletki. Przy okazji też Ibuprom i syrop na kaszel. Tym razem Pan Mąż jest przeziębiony. Pastylki na gardło też wpadły. W drogerii, tak jak w Polsce, również można kupić wiele leków bez recepty. Ale już w polskich marketach jest ich mniej. Za to w holenderskich można dostać różnego rodzaju tabletki czy syropy na kaszel, czy choćby wspomniane czopki.

Jesienny nastrój i wystrój wprowadzam w całym domu. Nawet w sypialni odpalam świeczki. Do tego wystarczy lampka nocna i wtedy najlepiej się czyta jakiś thriller lub kryminał. Czasem brakuje tylko deszczu za oknem.

Do następnego 🙂

FILMY Z WAMPIREM, CZYLI MÓJ RANKING

Jako, że dzisiaj Halloween, które bardzo lubię i którego w tym roku nie obchodzę, bo jutro do pracy, to postanowiłam zrobić mój osobisty ranking filmów ze słynnym wampirem. Ostatnia pozycja, to horror (chociaż to za dużo powiedziane), do którego najchętniej wracam.

Leżę więc z umytymi włosami i maską na twarzy i skrobię ten wpis. Zaznaczyć muszę, że po pierwsze: za filmami i książkami z wampirami raczej nie przepadam. To znaczy jeden horror („Twierdza”) przeczytałam i o dziwo podobał mi się, tak po inne pozycje nie sięgam. Mam w swoim zbiorze oryginał „Draculi” Brama Stokera, ale on czeka na swoją kolej. Po drugie: nie oglądałam wszystkich filmów o Draculi. Nie znam np „Wywiadu z wampirem” czy serii „Zmierzch”. A pardon, byłam z Panem Mężem w kinie na pierwszej części, bo myślałam, że to jakiś fajny horror… Myślałam, że tam kopnę w kalendarz. Dodać do tego słynną mimikę głównej aktorki i mamy film, którego swojej recenzji wolę nie robić. Seriale o wampirach też pomijam, nie oglądałam i nie oglądam. A poza tym najgorsze są już chyba tylko Wilkołaki…

A więc zacznę swój ranking od czegoś zabawnego: bajki 🙂 Mam nadzieję, że potem nie będzie tylko gorzej 😉

„Hrabia Kaczula”

Tak, tak, oglądało się za dzieciaka i była frajda. Jest to brytyjski serial animowany, produkowany w latach 1988-1993. Tytułowy bohater, to kaczka- wampir (ale to śmiesznie brzmi) o wegetariańskich skłonnościach, który nie lubi krwi. Co pewien czas ród kaczych wampirów był wskrzeszany. Podczas ostatniego rytuału „Niania” pomyliła krew z keczupem, co sprawiło, że obecny Kaczula jest łagodnym wampirem, marzącym o karierze w show biznesie. Rodowa siedziba Kaczulów- zamek w Transylwanii, potrafi teleportować się w dowolne miejsce na świecie. Doktor Von Gęś – Wąs jest przekonany o złej naturze Kaczuli i bezskutecznie próbuje go zniszczyć.

„Dracula- wampiry bez zębów”

Komedia z 1995 roku z Leslie Nielsenem w roli głównej. Jest to parodia klasycznej powieści Brama Stokera a także adaptacji filmowych, szczególnie tej z 2931r. Leslie Nielsen wciela się w postać niezdarnego i zabawnego Hrabiego Draculi. Profesora Van Helsinga zagrał reżyser filmu- Mel Brooks. Czasem wracam do tej komedii.

„Van Helsing”

Horror akcji z 2004 roku. W filmie oprócz wampirów, krzyżują się drogi kilku znanych potworów. Hugh Jackman gra legendarnego łowcę wampirów – Gabriela Van Helsinga, który zostaje wysłany do Transylwanii w imieniu Watykanu. Kate Beckinsale gra Annę Valerious, ostatnią potomkinię rumuńskiej rodzinny, która od pokoleń walczy z hrabią Draculą. Van Helsing i Anna łączą siły, aby pokonać Draculę, który współpracuje z potworem Frankensteina i wykorzystuje wilkołaki do realizacji swoich niecnych planów.

„Nosferatu”

Ten film chciałam obejrzeć, chociaż starszej, niemej wersji nie znam. Znalazlam go przypadkiem na platformie z filmami i już zaliczony. Jest to remake klasycznego, niemieckiego filmu z 1922r Roberta Eggersa. To gotycki horror przedstawiający historię wampira hrabiego Orloka, który prześladuje młodą kobietę w XIX wieku w Niemczech. Film jest nową interpretacją oryginalnej historii i skupia się na takich tematach, jak autonomia kobiet czy kapitalizm. Ellen ( Lilly-Rose Deep) żyje w niewielkim niemieckim miasteczku ze swoim mężem Thomasem. Chcąc zapewnić rodzinie byt, mężczyzna przyjmuje zlecenie w odległej Transylwanii. Pod jego nieobecność kobietę prześladują koszmary. Na pomoc zostaje wezwany profesor Albin Eberhart von Franz (Willem Dafoe), odrzucony przez świat nauki ekscentryk. Wierzy on, że Ellen znalazła się pod urokiem Nosferatu. Opinie na temat filmu były podzielone. Niektórzy chwalili zdjęcia, kostiumy i oprawę dźwiękową, ale uważali że filmowi brakuje pierwiastka prawdziwego horroru. Inni uznali go za interesującą interpretację. Ja temu filmowi daję 8/10. Jest mroczny, nadający się na długi jesienny wieczór. Momentami miałam wrażenie, że oglądam czarno- biały horror. Główna aktorka według mnie zagrała bardzo dobrze. Drugą stroną jest to, że momentami był wręcz obrzydliwy. Chociaż zakończenie jest ciekawe. Ogólnie polecam, żeby wyrobić sobie własne zdanie na temat tej wersji.

„Demeter. Przebudzenie zła”

Horror z 2023 roku, który przedstawia historię ostatniego rejsu szkunera Demeter. Film jest oparty na jednym z rozdziałów powieści Brama Stokera pt „Dracula”, opowiadającym o podróży wampira z Transylwanii do Londynu. Załoga statku Demeter odkrywa na pokładzie tajemniczą złą siłę, która każdej nocy zaczyna polować na poszczególnych członków załogi. Okazuje się, że w jednej ze skrzyń przewożonych do Anglii znajduje się sam hrabia Draculą. Akcja rozgrywa się w klaustrofobicznych warunkach na pełnym morzu, co wzmacnia poczucie osaczenia i przerażenia. Pozytywnie odebrałam ten film. Ma sporo z horroru i nawet momentami trzyma w napięciu. Dodatkowo bardzo podoba mi się grafika plakatów reklamujących horror. To jest jeden z tych, do których chętnie bym wróciła.

„Dracula”

Film z 1992 roku, absolutny klasyk w reżyserii Francisa Forda Copolli, do którego co jakiś czas wracam. Obsada jest doborowa: Gary Oldman, jako hrabia Dracula, Winona Ryder – Mina Murray (Elizabeta), Anthony Hopkins – Abraham Van Helsing, Keanu Reeves – Jonathan Harket. Opowiada o starzejącym się wampirze, który wyrusza z Transylwanii do Londynu po tym, jak przekonuje się, że narzeczona jego prawnika – Mina, jest reinkarnacją jego zmarłej przed wiekami miłości. Film jest znany z bogatej scenografii i kostiumów a także z tego, że w dużej mierze trzyma się z gotyckiego romansu z powieści Stokera. Cały czas pamiętam jeden z cytatów fimu: „To dzieci nocy”. W ten sposób Dracula nazywał towarzyszące mu wilki 🙂

„Dracula- historia nieznana”

I to jest mój absolutny numer one, który oglądałam już mnóstwo razy. Amerykański film pod roboczym tytułem „Dracula Untold” z 2024r. Przedstawia fikcyjną historię pochodzenia Draculi, łącząc historyczną postać Vlada Palownika z legendą o wampirach. Vlad III (w tej roli Luke Evans), książę Transylwanii, pokojowo rządzi swoim imperium w XV wieku. Kiedy sułtan turecki Mehmet II zażądał aby Vlad dostarczył jego armii 1000 chłopców, w tym swojego syna, Vlad zdecydował się walczyć. Chcąc zyskać moc, która pozwoli mu chronić swój lud i rodzinę, zawiera pakt ze starożytnym wampirem. Zyskuje siłę 100 ludzi i szybkość spadającej gwiazdy. Haczyk tkwi w tym, że musi się oprzeć nienasyconemu pragnieniu ludzkiej krwi… Fabuła bardzo ciekawa i ładne zdjęcia. Mimo, że film nie ma niemal nic wspólnego z klasycznym Draculą i nie jest typowym horrorem, to uważam że zasługuje na uwagę.

Tak prezentuje się mój osobisty ranking filmów z wampirem, które oglądałam. Jak widać powieści mają i wspólne cechy jak i różnice. W każdym razie, ja polecam.

Do następnego 🙂

10 POWODÓW DLA KTÓRYCH LUBIĘ JESIEŃ

Jesień, to zdecydowanie nadal moja ulubiona pora roku. Nic się w tej kwestii jeszcze nie zmieniło. I nie wiem, czy kiedykolwiek się zmieni. Ostatnio myślałam sobie za co ją tak lubię i wypunktowałam kilka rzeczy.

Nie od dziś słyszę: co tu robić jesienią albo zimą…? Że wiosną i latem można gdzieś wyjść, pojechać, że jest ciepło a nawet gorąco itp. Jestem z tych ludzi, co to o żadnej porze roku się nie nudzą. Zresztą, jeśli mam jakieś zajęcie (a zazwyczaj mam), to pora roku nie ma znaczenia dla mnie. Zawsze śmieszy mnie, a nawet często irytuje, narzekanie Polaków mieszkających w Holandii na pogodę. Bo więcej jest deszczu, chłodu, wiatru i mgieł, niż np w Polsce. Zawsze odpowiadam, żeby się przenieśli do pracy gdzieś indziej, skoro tutaj do pogody nie mogą się przyzwyczaić. Tam, gdzie zawsze ciepło. Najbardziej narzekają chyba ci, którzy mieszkają tu niemal cały rok albo już od kilku dobrych lat przyjeżdżają do sezonowej pracy. Czasem mi odpowiadają (bo znają moje podejście do takiej pogody), że ja jestem mądra taka, bo lubię deszcz i jesień. To odpowiadam: też polub. To tak, jak w internecie matki „mają pretensje” do bezdzietnych o ilość wolnego czasu: jakbyś miała dzieci, to byś zobaczyła…

Mieszkam nad morzem i mimo, że rzadko nad nie jeżdżę teraz, to cieszę się, że mieszkam blisko wody, plaża pod nosem, jest gdzie wyjść, jest co zwiedzić. A znam taką osobę, która przyjeżdża tu co roku na sezon i narzeka na brudne morze (Północne jest czystsze akurat niż np Śródziemne), zimne morze, chuj.. wa pogoda niemal zawsze i ta osoba siedzi  praktycznie cały czas w domu i nie ma siły na nic. No to czas chyba zmienić miejsce do życia… Ale dość o narzekaniu. Za co lubię jesień?

Powód 1

Powód 2

I teraz kilka zdań na temat zbierania grzybów w Holandii. Lasów tutaj jest mało. Polska może się pochwalić ogromną ilością drzew, ale już syfem w nich, to absolutnie nie. Mamy 21 wiek a ludzie nadal w Polsce nie szanują lasów. Do tej pory widuję tam ogrom śmieci. W Holandii można legalnie zebrać dla siebie 500g grzybów, nad czym ja sama ubolewam. Nie wiem, czy jest w tym kraju jakikolwiek Holender, który zbiera grzyby leśne. I czy w ogóle się na nich zna. Po urlopie pokazałam zdjęcia z grzybobrania Holendrowi, z którym pracuję na magazynie szklarni. Oczy wywalił na widok ilości grzybków i powiedział, że wie, że w Polsce to tradycja. Opowiedział mi nawet, że jakiś czas temu pewna Holenderka znalazła jakieś grzyby, ugotowała i poczęstowała dwóch członków rodziny. Potruli się i zmarli. Dodał, że miałabym z tej historii dobry podcast. Wtedy ja wywaliłam oczy i szkoda że nie dopytałam o szczegóły. To tylko pokazuje, jak znikomą wiedzę mają Holendrzy na temat grzybów w lesie. Znają tylko sklepowe odmiany pieczarek, grzybków mun czy shitake albo pieprznika jadalnego, czyli kurkę. Zresztą kurki sklepowe są drogie i często w opłakanym stanie.

Ostatnio głośno było w holenderskiej prasie o złapaniu przez strażników leśnych grzybiarzy. Widziałam te materiały, ale nie zagłębiałam się w nie. Czytałam natomiast komentarze Polaków, którzy zainteresowali się tematem i także tych, którzy nic więcej nie przeczytali oprócz nagłówka i się burzyli. Albo w ogóle nic nie czytali i nie widzieli. Ci drudzy pisali, że to chory kraj, bo na rogu Murzyn sprzeda ci bez problemu dragi ale grzybów zbierać nie można. No coś w tym jest. Niestety. Ale! Ci pierwsi zaznaczyli, że nie było podane, jakiej narodowości byli ci grzybiarze i że prasa podkreśliła, że w Polsce dzieci już od małego uczą się rodzajów grzybów i ich zbierania. Sama znam to z autopsji. Poza tym, gdyby pozwolono nagle zbierać grzyby legalnie , to lasy byłyby zdegradowane. Nie dość, że jest ich mało, to ludzie wszystko by zadeptali, nie mówiąc już o zostawionych śmieciach. I tu muszę się zgodzić. Tym bardziej, że pracują tu też ludzie z innych krajów, gdzie grzyby można zbierać. Nie dalej, jak w zeszłym tygodniu, na pewnej grupie polskiej na Facebooku, ktoś wrzucił zdjęcie z holenderskiego lasu/ parku, przedstawiające porzuconą butelkę po Żywcu. To niestety dobrze nie świadczy. Ocenę tego wszystkiego zostawiam Wam. Swoje napisałam 🙂

Powód 3

Chłód, mniej słońca i więcej deszczu plus wiatr, ale tego ostatniego akurat nie lubię, mimo to, przyzwyczaiłam się. Łeb chce czasem urwać, ale typowy Holender się nie poddaje i zasuwa do pracy/ szkoły na rowerze. Więcej o pogodzie pisać nie będę, bo już na początku co nieco napisałam i o podejściu do niej Polaków też.

Powód 4

Mniej turystów. Hellevoetsluis jest miastem turystycznym. Do tego rzut beretem jest miasteczko – fort Brielle i blisko Rotterdam. Dodajmy do tego jeszcze morze, szerokie plaże, domki letniskowe oblegane przez Niemców, ciepło/ gorące lato, oblegane bary i restauracje i taki introwertyk jak ja, woli nie wychodzić z domu. Nie lubię upału, tłumu, hałasu. Wtedy jest też dużo pracowników sezonowych, którzy nie zawsze zachowują się normalnie. Niektórzy Holendrzy pakują manele i wyjeżdżają z przyczepami kempingowymi w siną dal. Lubię z Panem Mężem zwiedzać ale lepiej nam to idzie, gdy nie musimy walczyć o miejsca z innymi turystami. Poza sezonem jest spokojniej i taniej.

Powód 5

Szybko robi się ciemno a gdy zapada mrok, to ja wtedy żyję. Jestem typowy człowiek sowa. To wieczorami mam najwięcej energii i mój mózg wtedy lepiej myśli i mam pomysły na różne rzeczy. Wtedy najlepiej też czyta mi się książki.  Latem w Holandii nawet po 22:00 jest jeszcze jasno. Dla mnie to mordęga. Poza tym lubię przestawianie godziny do tyłu. Lubię spać, choć wielu uważa, że zmiana czasu jest bez sensu.

Powód 6

Robactwo, muchy i znienawidzone komary idą w pizdu. Tu dodawać więcej nie trzeba 🙂

Powód 7

Jesienne dekoracje, które uwielbiam. Chyba nawet bardziej, niż te zimowe i świąteczne. Mieszam je z tymi na Halloween. Poza tym według mnie, nie ma lepszego klimatu, niż ten, gdy zapali się jesienne świece i lampiony w deszczowy wieczór. Do tego koc i wino. Dlatego przed domem mam zawsze wrzosy, chryzantemy i dynie, na stole bieżnik w jesienny wzór, poszewki na kanapie w liście, sztuczne grzyby i kilka świec. Szyszki też się znajdą:)

Powód 8

Nie robią takiego wrażenia, jak jesienią. To jedno z ładniejszych warzyw a ja warzywa kocham. Będąc ostatnio w Polsce, zauważyłam, że coraz więcej ludzi hoduje to warzywo (zazwyczaj popularna była cukinia lub kabaczek) i je sprzedaje. Widziałam mini sklepiki przed posesjami. Powstaje też mnóstwo pumpkin farm. W Holandii są one bardzo popularne. Z tym warzywem związana jest ciekawa historia.

Wydrążona dynia z wyrzeźbioną twarzą, znana jest jako jack – o – lantern, która ma pochodzenie w dawnej legendzie irlandzkiej. Jej podstawowe znaczenie, to odstraszanie złych duchów oraz nawiązanie do mitu o skąpym Jacku. Według legendy, pijany i skąpy Irlandczyk imieniem Jack, oszukał samego diabła, przez co po śmierci nie mógł trafić ani do nieba ani do piekła. Został więc skazany na wieczną tułaczkę po ziemi, mając do oświetlenia drogi jedynie lampion z wydrążonej rzepy z tlącym się węgielkiem od diabła. Pierwotnie w Irlandii i Szkocji lampiony robiono z rzepy albo buraków, aby odstraszyć wędrującą duszę Jacka i inne źle duchy. Tradycję tę przenieśli do Ameryki irlandcy imigranci. Tam odkryto, że dynia jest łatwiejsza do rzeźbienia i przyczyniło się to do jej popularności jako symbolu Halloween. Przed przyjęciem roli lampionu, dynia jako warzywo typowo jesienne i pochodzące z Ameryki, kojarzyła się również z obfitością, płodnością i zbiorami. Bardzo lubię takie legendy:)

Powód 9

Halloween! Jako dziecko obchodziłam tzw „Przebierańce”. Ludzie przebierali się w dziwne i straszne postaci, chodzili po domach a nawet organizowano bale w remizach. Teraz to już chyba odeszło do lamusa a na dobre rozgościło się Halloween. A jeszcze wcześniej mieliśmy Dziady. W internecie od dawna trwa burza między zwolennikami a przeciwnikami tego święta. Ja jestem zdania: nie chcesz- nie obchodzisz, ale nie wtrącaj się do tych, co obchodzą. Jest wielu chrześcijan, którzy obchodzą Halloween a potem Wszystkich Świętych. Ja lubię ten straszny klimat i moim marzeniem jest chociaż raz spędzić ten dzień w Stanach i odwiedzić Salem. A także jesienny Vermont. Dawno mnie nie było w Polsce w Dniu Wszystkich Świętych. Kiedyś chodziłam nawet za dnia na mszę. Potem mi przeszło. Pojawiły się prześmiewcze memy dotyczące rodzin i ubioru ludzi na cmentarzu. Często zdarza się, że w ten dzień jest naprawdę ciepło, ale w futrze trzeba się pokazać. I chociaż samo słowo „grobing” nawet mi się podoba, to już wystrojeni ludzie bawiący się w modę cmentarną nie bardzo. Taka ciekawostka: mówi się, że Polacy ubierają się do pór roku a Holendrzy do pogody 🙂 Wracając do święta… Bardzo lubię wtedy cmentarz wieczorem. Mnóstwo zniczy i ten klimat. Ludzi jest wtedy dużo, ale i tak jest cisza, zaduma. To jest nie do podrobienia. Holendrzy wiedzą, że w Polsce jest takie święto i że cmentarze wyglądają wtedy wyjątkowo pięknie. Ja potrafię pogodzić obydwa święta 🙂

Powód 10

Laura Palmer

Jesienią lepiej wchodzą filmy grozy. Tak jak zimą „Kevin” , czy „Krampus”. Ostatnio odświeżyliśmy sobie „Miasteczko Twin Peaks”. Gdy byłam mała, rodzice oglądali. Wszyscy chyba wtedy to oglądali. Ja też zerkałam i się bałam, chociaż nie wiem czemu. Na SkyShow znalazłam tylko dwa sezony i je obejrzałam. Teraz, z perspektywy czasu, serial ten nie jest straszny, czasem nawet śmieszny. Bo go rozumiem. I nie zrobiła na mnie wrażenia muzyka w czołówce, ale ta, która leci w tle 🙂 Mogę polecić jeszcze kultowy „Siedem” z Bradem Pittem i Morganem Freemanem. Obejrzałam też z Panem Mężem (choć się wzbraniał „Taśmy z Poughkeepsie”.

Amerykański horror (wg mnie raczej thriller/ kryminał) z 2007 roku, nakręcony w stylu paradokumentu. Film przedstawia zbiór ponad 800 taśm wideo, rzekomo znalezionych w domu seryjnego mordercy, który terroryzował miasto Poughkeepsie w stanie Nowy Jork. Akcja rozpoczyna się od odkrycia kasety wideo w opuszczonym domu. Policja znajduje taśmy, na których seryjny morderca nagrywał swoje zbrodnie, tortury, porwania i przerażające, psychologiczne gierki z ofiarami. Historia jest opowiadana poprzez wywiady z policjantami, profilerami FBI oraz bliskimi ofiar, przeplatana fragmentami makabrycznych nagrań mordercy. Ze względu na styl, film wywołał wiele kontrowersji a część widzów wierzyła, że jest oparty na faktach. Po premierze na festiwalu Tribeca w 2007 roku planowana dystrybucja kinowa została wstrzymana. Zyskał on rozgłos dzięki wyciekowi do internetu a oficjalnie ukazał się dopiero w 2017roku.

Do następnego 🙂

INSPIRACJE Z ARALII I DEKORACJA PRZED DOMEM

W zeszły weekend wybraliśmy się, jak zwykle, do Aralii, żeby kupić kilka roślin i dyń. Jak co roku robię małą dekorację przed domem. Chociaż tym razem nieco się spóźniłam, to jednak udało mi się jeszcze dorwać wrzosy.

W ogródku mam chyba z pięć sztuk tych roślin w doniczkach, ale nie są one tak bujne i ładne, żeby je postawić przed domem. Chciałam kupić jeszcze chociaż jedną chryzantemę i kilka dyń. Już przy wejściu do centrum ogrodniczego mina mi nieco zrzedła. Szczerze powiedziawszy, nie spodziewałam się już tylu ozdób na Boże Narodzenie. I nie wiem dlaczego, bo przecież w Actionie też już jest świątecznie. A w Aralii część pomieszczenia jest zasłonięta, bo budują, jak co roku, makietę.

I poraz kolejny napiszę: to wszystko się dzieje za szybko! Za wcześnie! Dopiero jesień, a gdzie Halloween? Jak tu poczuć potem magię świąt, tym bardziej, że w Holandii śniegu tyle, co kot napłakał. No ale skoro już tu się znalazłam, to poszliśmy obejrzeć, co tym razem sklep oferuje na święta.

Jak co roku, nowe dekoracje i nowe inspiracje. Ale mi z tyłu głowy cały czas się tłukło, że to niemożliwe, że już nic z jesieni nie zostało. Że nie kupię wrzosów i nie obejrzę dyń. I że będę musiała szukać jakiejś pumpkin farm.

Propozycja świątecznego stołu.
Ozdoby w kolorach różu, fioletu, turkusu…

Zatrzymałam się z ciekawością przy bombkach. I to nie byle jakich. To były bombki w różnych kształtach, np kostki do gry, kostki dla psa, jedzenie a nawet związane z modą, czyli szpilki albo torebki:

Żadnej ozdoby świątecznej nie miałam zamiaru kupić. Mam ich już dużo a bombki ledwo się na choince mieszczą. Minęłam to wszystko i szłam dalej. I nagle są! Resztki jesieni 😀

Chciałam wpakować rośliny i dynie do koszyka i zorientowałam się, że przecież wzięliśmy tylko mały, plastikowy koszyk. Pan Mąż poszedł na zewnątrz po duży kosz, a ja spokojnie wybierałam wrzosy i chryzantemy. Finalnie wzięłam dwa rodzaje wrzosów, jedną chryzantemę i kilka dyń. Więcej nie potrzebowałam.

Dopiero dzisiaj wzięłam się za uporządkowanie przodu. Wiatr nawiał mi sporo liści. Sąsiadka wczoraj przyniosła mi dużą, różową chryzantemę. Za pomidory. Miło z jej strony. Usunęłam suche liście, wyczyściłam kostkę, przesadziłam wrzosy i zrobiłam małą dekorację. Swoją drogą, na wiosnę muszę ruszyć z myjką i porządnie umyć kostkę. Dostawiłam jeszcze dwie dynie i wiewiórkę z muchomorem. Małe co nieco, ale jest  🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Jesień rozpoczęła się na dobre. Ruszyła z kopyta i nawet okiem nie mrugnęłam a tu nagle październik. To wszystko zasłonił mi krótki urlop w Polsce. Pojechaliśmy na wesele i przy okazji na grzybobranie. Tego przecież odpuścić nie mogłam.

Przed urlopem pogoda dopisywała na tyle, że posprzątałam i przewietrzyłam cały dom, bo lubię wracać do czystego. Pan Mąż wyniósł na podwórko tarczę z rzutkami i trochę pograliśmy a sąsiad przyniósł ponownie truskawki.

Potem się pogoda trochę zepsuła, pojawiły się chmury i nawet padało. Mnie to oczywiście nie przeszkadzało. Widziałam już wtedy klucze ptaków lecących do ciepłych krajów. Życzę spokojnej podróży i niech w przyszłym roku szczęśliwie wrócą. Kaczki zostały i jak zwykle pływają po kanałach.

Droga do Polski przebiegła niemal bez problemów. Chodzi mi tutaj głównie o Niemcy. W lipcu jechało się bardzo dobrze. Z powrotem też. Tym razem trafiliśmy na nieco więcej robót drogowych. W tym kraju one się nigdy nie kończą. Na granicy, standardowo poszliśmy coś zjeść. Tym razem Picaro było już zamknięte, więc skorzystaliśmy z kuchni stacji benzynowej. Ja zamówiłam zupę gulaszową a Pan Mąż żeberko, które wizualnie dziwnie wyglądało. Zupa była ok.

Ogólnie w Polsce, w domu byliśmy dopiero około 3:00 w nocy. Trzeba było odespać podróż i szykować się na wesele. Kupiłam wcześniej w holenderskim sklepie czerwoną kieckę a w dniu wesela stwierdziłam, że jest jednak za krótka. Założyłam więc tę, w której dwa lata temu byłam na weselu brata. Teraz trochę żałuję, bo jednak porównując do innych, wcale nie była taka kusa. Na szczęście wzięłam ze sobą czarne wygodne tenisówki, bo w szpilkach długo nie wytrzymałam. Ślub był piękny a wesele udane. Jedzenie dobre, muzyka świetna. Didżej super wszystko prowadził. Tańczyliśmy na szczęście nie tylko do disco polo. A zamiast głupich, starych zabaw, była np Familiada. Standardowo, był wiejski stół, który ja osobiście bardzo lubię. Zawsze przy nim stoję 😀

Słodki stół także był, ale on akurat mnie nie interesował. Dopiero po weselu spróbowałam pysznego sernika w polewie pistacjowej. Była jeszcze jedna, bardzo fajna i potrzebna rzecz: tzw koszyczek ratunkowy z różnymi potrzebnymi rzeczami. Uważam, że to się zawsze na tego typu imprezach przyda.

Napiszę jeszcze kilka słów o samej sali. Nie lubię wszechobecnej bieli czy kryształowych żyrandoli. Ale tu muszę przyznać, że robiło to wrażenie. Naprawdę sala jest piękna a dodatkowo wszędzie było mnóstwo luster. Tło idealne do robienie zdjęć na Instagram. Oprócz bieli, panna młoda chciała, żeby pojawiły się słoneczniki i to wszystko komponowało się super. Zdarzyło się jednak coś bardzo smutnego. Jedna osoba z rodziny Pana Męża trafiła do szpitala (na poprawinach). Nie będę o tym dużo pisała. Po prostu wszyscy trzymamy kciuki, żeby wszystko się dobrze skończyło…

Muszę wspomnieć jeszcze o tym, że pogoda nie była za piękna, ale w weselny weekend nagle się poprawiła a temperatura wzrosła aż do 27°.  W poniedziałek natomiast raptownie spadła, poszliśmy na grzyby a ja się pochorowałam. Test na covid zrobiłam, ale wyszedł negatywny. A grypa/ przeziębienie trzyma mnie do tej pory.

Do lasu poszliśmy tam, gdzie jako dziecko często chodziłam z babcią. Na tyle znam te lasy, że o zgubieniu się nie było mowy. Zresztą daleko się nie zapuszczalismy. Na początku trafiliśmy na kanie, które okazały potem robaczywe. Szybko znalazłam „prawe” a Pan Mąż jedynie widział grzyby- muchomory. Nawet je liczył. Po jakimś czasie trafił na miejsce, gdzie rosło aż 27 podgrzybków! Lubię je zbierać, bo w jednym miejscu może być ich nawet kilkanaście. Koniec końców, z lasu wyszliśmy z pełnym koszem.

Pan Mąż znalazł też nietypowy rodzaj huby drzewnej. Jeszcze takiego koloru nie widzieliśmy:

Co ciekawe, moja Babcia i Dziadek prowadzą rywalizację. Obydwoje chodzą na grzyby i ścigają się w ilości. Babcia prowadzi listę. Dziadek nawet obgryzione przynosi, babcia się wścieka, on mówi, że grzyb, to grzyb, więc ona i tak wpisuje na listę. Gdy wyjeżdżaliśmy, dziadek prowadził w ilości. Jak się bójką nie skończy, to będzie cud XD

Zajrzeliśmy przed wyjazdem oczywiście do kilku sklepów. W InterMarche była mini wystawka z gadżetami na Halloween. Wtedy dotarło do mnie, że to już za miesiąc.

Darowałam sobie kupno kolejnego kubka, bo już mi się w szafce nie mieszczą. A teraz oczywiście żałuję. Droga do domu była ciężka. Na granicy z Niemcami korki. Szlag nas trafiał. Potem lało. W nocy, niedaleko Kassel, objazdy. Nawigacja wywaliła nas na zadupia, gdzie jechaliśmy aż przez 7 tuneli. Pierwszy raz tak ch… owo prowadziło mi się auto, do tego ta grypa. Do domu dotarliśmy na ostatnich oparach sił. Godzina 5:00 rano. Jak do tej pory, najgorsza podróż. Dopiero w zeszły weekend odespaliśmy.

I to by było na tyle. W przygotowaniu mam kolejne wpisy. Pojawią się na dniach. Do następnego 🙂

ŁUPY Z DROGERII

Wróciliśmy z Polski. A będąc w kraju, zawsze warto zajrzeć do drogerii. A wiadomo, że w Holandii sklepy kosmetyczne są słabo zaopatrzone. Piszę to z perspektywy Polki, która kiedyś miała Hebe czy Naturę pod nosem.

Muszę wspomnieć też o cenach. W typowej holenderskiej drogerii, jest drożej. Zazwyczaj kosmetyki kupuję więc przez internet, bo ogromny wybór i taniej. Tym razem ominęłam Hebe i wybrałam Rossmann. Nie poszłam w ciemno, bo miałam na liście kilka rzeczy, które chciałam kupić. W tym jeden hit. Moje odkrycie.

Maski w płachcie.

To mój must have. Kupiłam dwie, które robią „glass skin”, który jest teraz popularny. Nie podążam ślepo za influencerkami, ale tym razem pokazały na TikToku, że ten koreański „wynalazek” naprawdę działa. A że maski uwielbiam, to stwierdziłam, że zaryzykuję i mam nadzieję spodziewać się ekstra efektu. Jeśli to działa, to kupię i np serum. Jest też maska miodowa, bo miód na skórze kocham.

Ampułki i kapsułki

Niemiecka marka Isana jest tania i efektywna. Już nie raz się o tym przekonałam. Tym razem kupiłam ampułki z peptydami i wit C. Do tego kapsułki z Q10. Wcześniej używałam tylko tych z wit C. Jestem ciekawa ampułek z peptydami, które pomagają w pierwszych oznakach starzenia.

Odżywka do włosów i samoopalacz

Odżywka zawiera ceramidy i dodaje blasku włosom matowym. Dodatkowo ułatwia rozczesywanie. Gdy jestem w Polsce, tamtejsza woda niszczy mi włosy. Nie mówię, że w całym kraju woda jest zła, ale tam, skąd pochodzę, chlor jest wszechobecny a kranówa jest niedobra w smaku. Do wody w Holandii nie mogę się przyczepić. Mam nadzieję, że ta odżywka postawi moje kudły do pionu. Ten samoopalacz, to moje odkrycie. Ładnie pachnie, nie zostawia smug i tak jak obiecuje producent, opalenizna pojawia się baaaardzo szybko. To moje drugie opakowanie.

Pomadka i tusz

Kolejny produkt marki Isana. Pomadki do ust kocham. W domu zawsze mam pod ręką kilka sztuk. W pracy, w kieszeni też jedna jest. Nawet Pan Mąż nauczył się używać. Tym razem kupiłam miodową, a jakże. Kończy mi się tusz do rzęs. Do tej pory używałam tego od niemieckiej marki Catrice. Ten tusz kupiony w Niemczech jest rewelacyjny. W Holandii niekoniecznie. Skusiłam się tym razem na Maybelline. Chyba nigdy tuszu tej firmy nie używałam. I powiem szczerze, nie zawiodłam się. Jest bardzo dobry.

Marka Bielenda

To jest sztos! Moje odkrycie. Dostałam próbkę kremu tej serii w lipcu. Użyłam i przepadłam. Krem pięknie rozświetla skórę. Mimo, że moja jest mieszana, to nie zostawiał tłustego filmu. Do drogerii poszłam specjalnie po ten krem. Kremu nie było, ale za to wyszłam z serum, żelem do mycia twarzy i mgiełką tonizującą z tej serii. Czekam na maski. Do tej pory, z polskich marek uwielbiałam Ziaję, ale teraz Bielenda wybiła się na pierwsze miejsce. Jej produkty są często polecane.

Żel i tonik

Te dwa produkty nie są z Rossmanna. Tu już kłania się supermarket. Pierwszy produkt kupiłam w Netto. Jest to żel pod prysznic. Były dwa rodzaje: lody o smaku truskawkowym i Oreo. Wybrałam ten drugi, bo ładniej pachnie. Zobaczymy, jak z użyciem. Chodzi mi o pianę i efekt na skórze. Drugi kosmetyk, to tonik firmy  Labell. Produkcja francuska. Producent obiecuje nawilżenie skóry. Także czeka na test. Kupiony w Inter Marche.

I to tyle. A wpis „Było, minęło”, czyli podsumowanie miesiąca, pojawi się w weekend. Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Znowu się na mnie dziwnie patrzą, gdy mówię, że wreszcie zbliża się koniec lata, że wreszcie robi się szybciej ciemno, że wreszcie będzie chłodniej, że wreszcie będzie więcej deszczu. Czyli po prostu uroki jesieni. Mojej ulubionej pory roku.

Od naszego urlopu w Polsce minął miesiąc a za   dwa tygodnie pojawimy się tam znowu. Wesele  się zbliża i ciekawe, czy Pan Młody padnie ze strachu… XD Ale najpierw lecę do lasu na grzyby. W sierpniu trochę drzew zaliczyłam, bo ze znajomymi wybraliśmy się na rowerową wycieczkę. Oni znają fajne miejsca i objeździliśmy okolice. Zajęło nam to kilka godzin. Spałam potem, jak zabita.

W naszym mieście pojawił się też tradycyjnie kermis, czyli lunapark. Była to większa impreza. Pojechaliśmy z Panem Mężem zaraz po pracy rozejrzeć się, co tam ciekawego. Skorzystaliśmy z okazji i poszliśmy na moje ulubione „foteliki”. A potem na frytki, oczywiście z majonezem. W kanale zacumowanych było mnóstwo łodzi i jachtów, bo Holendrzy na nich albo odpoczywali po upalnym dniu, albo balowali. Zewsząd było słychać muzykę a wieczorem miał się odbyć jakiś koncert. Wszystkie knajpy i bary szeroko otwarte. Do tego był zlot jakichś aut. Działo się a ogólnie ta impreza trwała od środy do niedzieli.

Po powrocie do domu, zrobiliśmy sobie małego grilla. Nikogo nie zapraszaliśmy, bo nie było też ochoty na towarzystwo. Po tej krótkiej wizycie na kermisie, miałam dość hałasu a poza tym byliśmy po pracy i chcieliśmy odpocząć. Kupiłam w polskim sklepie chipsy. Ina – Ukrainka, z którą pracuję, powiedziała, że są one ukraińskie. Rzadko jem chipsy, ale krabowych jeszcze nie jadłam. Okazały się bardzo smaczne.

W Lidlu natknęłam się na perfumowane płyny do prania i kupiłam ten w kolorze (chyba) miętowym i faktycznie, ubrania pięknie pachną. Różowy zapach nie przypadł mi do gustu. Zawsze wybieram płyny w kolorze niebieskim, albo w niebieskiej butelce. Albo w kolorach podobnych. W Actionie za to już nie mogłam się powstrzymać, żeby znowu jakiegoś jesiennego badziewia nie kupić do wystroju domu…

Mam nową poranną rutynę. I aż się dziwię, że wcześniej nie zaczęłam tego robić. W weekend robię kąpiel w zimnej wodzie z lodem. Chodzi o twarz. A w tygodniu co rano, przecieram twarz kostkami lodu. Rewelacja. A ja uwielbiam taki chłód na twarzy z rana. Od razu stawia na nogi i poprawia kondycję skóry.

Pan Mąż też się skusił na masaż lodem, ale ledwo to przeżył.

Stałam też trochę przy garach. Mam często fazę na testowanie przepisów z TikToka. Zrobiłam najprostsze ciasto z truskawkami i esencją waniliową i kotlety ziemniaczane z serem żółtym i pieczarkami. Zawsze, to coś innego, niż typowy obiad. Trochę się rozwalały, ale całkiem smaczne. Nie popisałam się z sosem, bo zrobiłam borowikowy z torebki…

Koniec sierpnia, to także firmowa impreza, czyli barbecue. Odbyła się ona u nas w szklarni, a dokładniej, to na zewnątrz i na magazynie. Pierwotnie, miałam sobie odpuścić. Potem jednak wpisałam się na listę i zaproponowałam, że będę kierowcą. Na odpowiedzialnego, niepijącego kierowcę, który wozi innych mówi się tu BOB. Czyli, jeśli na imprezie powiesz, że jesteś dzisiaj Bob, to każdy Holender wie o co chodzi (niektórzy Polacy też) i nikt nie namawia na alkohol.

Lody też były 🙂

Miałam porównanie do poprzednich imprez. Tu było bardziej luksusowo. Wielkie białe parasole, białe stoliki i krzesła, profesjonalny bar, ogromny grill i rośliny w donicach. Holendrzy pojawili się z dziećmi, co mnie zdziwiło i były też „dmuchańce” dla nich. Oprócz tego piłkarzyki i dwa stoły do ping ponga. Dawno nie grałam i się ubawiłam przy tym. Jedzenia było dużo: hamburgery, łosoś, kurczak czy żeberka. I oczywiście litry piwa i wina. Muzyki było mało. Nawet puścili jakieś disco polo. Nie było typowej dyskoteki ze światłami, jak było kiedyś na innej szklarni.

Przyjechaliśmy spóźnieni. Na zewnątrz siedziało już sporo osób z innych szklarni, którzy pracują w tej firmie. Znaleźliśmy stolik wolny na magazynie obok gier. Nasi współpracownicy nie popisali się. Dlaczego? Pracujemy na tej właśnie szklarni. Oni, zamiast siedzieć tu, gdzie wszyscy się bawili, usiedli zupełnie po drugiej stronie, tam gdzie palarnia. Jakby się krępowali, nie chcieli integrować. Bez sensu. Ja lubię takie mieszane towarzystwo. Nawet tam do nich nie poszłam. Po jakimś czasie kilkoro się ulotniło a kilkoro wreszcie przyszło do nas, żeby pograć i pogadać. Pojawił się też Holender, z którym pracuję na magazynie. Pijany już w trzy dupy. On chyba nigdy na imprezę trzeźwy nie przyszedł XD Ledwo grał w ping ponga i paletkę trzymał, ale w drugiej ręce piwo musiało być. Przyszedł z żoną, która chyba też już coś wcześniej chlapnęła. Przynajmniej było wesoło. Ogólnie party trwało do godziny 21:00. Niektórzy już wtedy mięli ładnie w czubie i zaczęli nawet tańczyć a tu koniec. Zwinęli grilla, manele i towarzystwo do domu 🙂 Zresztą zebrało się trochę ciemnych chmur i zapowiadały deszcz.

Moje ulubione wieczory po pracy wyglądały tak, że po kąpaniu, często z maską na twarzy, już o godzinie 19:00 leżałam w łóżku. Zasłony zasłonięte, lampka zapalona i relaks. Cisza i spokój, mimo że za oknem dzieci jeszcze długo było słychać. A ja „po Wieczorynce” do wyra. I tak minął mi sierpień a teraz trzeba robić zdjęcia wrześniowi i chyba trochę mi się ich nazbiera.

Do następnego 🙂

DWA SŁOICZKI…

…czyli wpis o tym, co tym razem wyszperałam w kringloopie. Być może to pokazywanie rzeczy z drugiej ręki, które można upolować za centy, jest trochę nudne, ale chcę tutaj czasem pokazać, że nie warto kupować tylko nowe. Przecież bardzo często rzeczy z drugiej ręki mają świetną jakość i przede wszystkim nie są obciążeniem dla portfela.

A poza tym nie od dziś wiadomo, że można znaleźć perełki. My pół swojej chałupy umeblowaliśmy i wyposażyliśmy właśnie w takie używane meble czy rzeczy do kuchni. Wiem też, że często nikt nie ma tego, co ja. Ostatnio nawet swojej mamie lampki nocne  zawiozłam, bo stwierdziła, że nie może znaleźć żadnej, która by jej się podobała. Poza tym, ona ma fazę na lampki. Ja miałam na deski do krojenia a teraz na szklane słoiki do kuchni.

Używam nasion chia i siemienia lnianego Anię chcę żeby to się w szafce rozsypało, bo by był nie lada problem. Dlatego wybrałam się do kringloopa po pojemniki. Od razu znalazłam dwa niewielkie na metalowy zatrzask i już nic się nie wysypie.

Było sporo nowości. Bardzo podobał mi się serwis obiadowy. Z tym, że każdą rzecz można było kupić oddzielnie. I żałuję, że nie wzięłam cukiernicy, pojemnika na mleczko do kawy i sosjerki. Znalazłam też fajny letni komplet np na lemoniadę: karafka i kilka szklanek. Mam nadzieję, że gdy pojawię się tam w sobotę, to jeszcze te rzeczy będą.

Teraz kilka słów o tym, co kupiliśmy. Bo oczywiście oprócz wspomnianych wcześniej słoiczków, nie wyszłam z niemal pustym koszykiem. Nabyłam lampkę, która wygląda bardzo oryginalnie. A że ja uwielbiam rozstawione małe lampki z ciepłym światłem (tak, jak moja mama), więc ta stoi wysoko na kredensie w salonie. Ma ona wiklinowy abażur a podstawa, to plastry drewna.

A skoro mowa o świetle, to nie mogło zabraknąć metalowego świecznika do salonu, bo świeczki też lubię zapalić. Do tego dwie filiżanki w arbuzy, które jadą do Polski.

Na koniec coś, co wypatrzył Pan Mąż. Z Polski przywieźliśmy torbę brzoskwiń. Część zjadłam (a miały być kompoty w słoikach) a część Pan Mąż wziął na wino. Już jakiś czas temu kupił w kringloopie balon i teraz stwierdził, że z tych owoców spróbuje coś stworzyć. Na tę chwilę, wino się dobrze tworzy a my mamy w domu piękną karafkę, do której trunek będzie przelany. Ma ona metalowy „dziób” i prezentuje się ekstra. W sklepie jest zawsze mnóstwo tego typu naczyń, ale t była najpiękniejsza.

A tu oto taki fotel na przyciski, które regulują oparcie 🙂

Do następnego 🙂

JELENIA GÓRA I OKOLICE

Dzisiaj będzie kilka słów o zwiedzaniu Polski. Może to za duże słowo, bo chodzi o jedno miasto i okolice, ale w tej części kraju byłam pierwszy raz i już wiem, że pojawię się tam znowu. I wyjaśnię dlaczego, ale najpierw garść informacji o tym, co tam sobie zobaczyliśmy.

W Jeleniej Górze odbywałam kurs, ale oprócz tego trochę zwiedziliśmy. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co zaplanowałam (m.in Muzeum Militariów, które znajduje się blisko hotelu Mercure), ponieważ pojechaliśmy tam nie swoim autem. Dlaczego? Bo okazało się w ostatniej chwili, że zużyły się klocki hamulcowe. Myślałam, że tam w ogóle nie dotrę, ale Pana Męża ojciec pożyczył nam swoje audi (za co jestem wdzięczna) i pojechaliśmy. Jazda nie swoim samochodem stresuje, dlatego wolałam jak najszybciej go odstawić z powrotem a poza tym czekała nas impreza, o czym pisałam wcześniej. Do Jeleniej Góry dotarliśmy bardzo późno, więc zwiedziliśmy co się dało w poniedziałek po śniadaniu. Niestety Szklarską Porębę też musieliśmy sobie darować.

Jelenią Górę otaczają ze wszystkich stron pasma górskie: Góry Izerskie – od zachodu, Góry Kaczawskie – od północy, Rudawy Janowickie- od wschodu, oraz najwyższe pasmo Sudetów – Karkonosze od południa. Miasto leży średnio na wysokości około 330-370 m n.p.m i zajmuje powierzchnię 108,4 km kw. Nazwa Jelenia Góra pisana łącznie, istniała w języku polskim przed 1945 r. W mieście znajduje się około 20 figurek jeleni- połowa w centrum a reszta rozsiana po innych częściach miasta. Od razu na myśl przychodzą mi wrocławskie krasnale 🙂 Główny Rynek jest zadbany, estetyczny, z kolorowymi kamienicami. Stoi tam też zabytkowy tramwaj, który pełni funkcję sklepiku z pamiątkami. Oczywiście magnes i widokówki kupione.

Następnym miejscem, które odwiedziliśmy, to Kolejkowo. Wiadomo, to Pan Mąż chciał koniecznie to zobaczyć. Trochę się zawiódł, bo oczekiwał typowej wielkich gabarytów makiety. Ale niestety nie tym razem. Tym razem zobaczyliśmy coś nieco innego.

Tradycja jeleniogórskiego modelarstwa sięga 1966 roku. W ciągu 30 lat działalności powstało około 150  modeli wykonanych w skali 1:15. Największy model mierzył 3 metry. To miejsce powstało dzięki Jakubowi Paczyńskiemu, który w Karkonoszach stworzył pierwszą makietę w garażu. W 2014 roku odbyła się wystawa w namiocie przy deptaku w Karpaczu. Potem kolejno: Wrocław – Dworzec Świebodziński, Gliwice, a kiedy na Dworcu zabrakło miejsca, przeniesiono makietę do Sky Tower. W 2024 roku otwarto właśnie to Kolejkowo, z tym że jest to bardziej modelarnia.

Zwiedza się to miejsce z panią, która oprowadza i opowiada o modelach, tworzeniu ich, historii a także można podejrzeć, jak pracownicy tworzą elementy do makiet. Dodam jeszcze, że w 2025 roku w Warszawie powstała ministurowa stolica. A w jeleniogórskim Kolejkowie zobaczyć można m.in Ratusz, kamienice na rynku, Dworzec Kolejowy czy Bramę Wojanowską. Ogólnie nie powinno się niczego dotykać i przekraczać wydzielonych powierzchni liniami, ale Pan Mąż, jako pasjonat wysępił kilka odstępstw od reguły.

Dalej udaliśmy się w stronę mostu kolejowego. Czytałam o nim już wcześniej, ale przeoczyłam jedną informację, a o tym za chwilę. Po drodze mijaliśmy Zaporę Pilchowice. Musiałam się zatrzymać i zobaczyć ten ogrom. Znajduje się ona na rzece Bóbr (swoją drogą – piękna rzeka a ja uwielbiam rzeki) i jest najwyższą zaporą kamienną i łukową oraz drugą co do wysokości i czasu powstania w Polsce (na pierwszym miejscu ta nad Soliną).

Zapora powstała w latach 1902-1912 w celu ochrony przed powodziami. Decyzja o budowie zapadła 3 lipca 1900 roku jako skutek powodzi w 1897roku. Do tego doszła budowa  mostu, jako jedna inwestycja. Zapora miała mieć funkcję przeciwpowodziową, energetyczną i turystyczną a linia kolejowa na moście miała zapewnić dojazd do zapory. Grubość jej muru w podstawie wynosiła 50 m a w koronie 7. W chwili oddania do użytku, była ona największą zaporą kamienno – betonową w Europie. Została ona odwzorowana w grze „Zaginięcie Ethana Cartera”.

Następne jest Jezioro Pilchowickie – zbiornik zaporowy na Dolnym Śląsku o długości 7 km, powierzchni 240 ha i pojemności 50 mln m 3. Powstało przez przegrodzenia w latach 1902-1912 rzeki Bóbr zaporą. Podstawowym celem jeziora jest działanie przeciwpowodziowe i produkcja energii elektrycznej. Poniżej zapory znajduje się elektrownia wodna.

Głębokość zbiornika waha się między 40 a 47 metrów. Wokół znajduje się teren spacerowy. Widoki z zapory obłędne, kolor jeziora także. Kąpać się w nim nie wolno. Spotkaliśmy mnóstwo pieszych i rowerzystów. Czułam się, jak w Ardenach 🙂

I na koniec: most kolejowy. Trzeba częściowo objechać jezioro z lewej strony i dotrzemy do trasy linii kolejowej nr 283, która łączyła Jelenią Górę z Żaganiem. Odcinek ten jest nazywany Koleją Doliny Bobru. W dniu 11.12.2016 roku przejechał nią ostatni pociąg. Według rozkładu, czas przejazdu trasy o długości 33 km wynosił godzinę i 50 minut.

Wisi tak sobie wśród zieleni

Długość – 151,68 metrów, szerokość – 4 metry, wysokość – 40 metrów, 1- torowy. Most ten stał się jeszcze większą atrakcją, gdyż pojawiła się informacja, że miał być wykorzystany do filmu „Mission Impossible 7” z Tomem Cruisem w roli głównej. Podobno ekipie filmowej została złożona propozycja wysadzenia na potrzeby filmu części mostu. I właśnie o tym dowiedziałam się w Kolejkowie (na makiecie też był ten most) i musiałam go tym bardziej zobaczyć. Ostatecznie, dzięki sprzeciwowi ludzi, nie doszło do wybuchu i zniszczenia zabytku. Bo wpisano go do rejestru zabytków. I dobrze. W tej chwili obiekt jest zamknięty, nie wolno przechodzić przez ogrodzenie, gdyż grozi zawaleniem.

Odkąd pamiętam, ciągnęło mnie do morza. Zawsze chciałam jeździć do Trójmiasta, bo kocham Bałtyk. Nie wiem dlaczego tylko Gdańsk Gdynia i Sopot, bo przecież nad polskim morzem jest mnóstwo innych, pięknych miasteczek i miejscowości. Bardziej spokojnych i kameralnych. Zaraz obok Kaszuby czy Mazury. No nic, trzeba zapuścić się gdzieś indziej czasem. Ktoś kiedyś mi powiedział, że spodobały by mi się góry. Teraz mieszkam nad Morzem Północnym. Holandia jest płaska. Jest tu pięknie, inaczej bym się zmyła. Ten kraj, to dobra baza wypadowa do Francji czy Belgii. A teraz miałam okazję pojawić się na południu Polski i tak- podobało mi się! Jak tam jest pięknie. Doszłam do wniosku, że lasy, rzeki, to moje miejsca. Dlatego tak dobrze czuję się w Ardenach. Góry polskie mają niesamowity urok. Mało mi, więc na pewno pojawimy się tam znowu, żeby zobaczyć resztę atrakcji. Chcę posiedzieć nad Bobrem. Spacerować wokół zapory i odwiedzić Szklarską Porębę. Tym razem, gdy będę w Polsce, wybiorę kierunek: południe:)

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Czekałam na urlop, doczekałam się, pojechałam do Polski aby zrealizować jeden z moich celów. Ogólnie prawie wszystko poszło zgodnie z planem. Wróciliśmy z Panem Mężem do pracy i teraz inni mogą korzystać z wakacji. Trochę to dziwne dla mnie, że nie będziemy na urlopie jako ostatni 🙂

Droga do Polski poszła nam nad wyraz szybko. Albo tak było, albo tylko mi się wydawało, że przez Niemcy (mimo kilku postojów) przejechaliśmy bardzo szybko. W sumie nie było to dla mnie aż tak męczące. Jednym z naszych przystanków, był ten niedaleko (chyba) Drezden. Zazwyczaj się tam też zatrzymujemy a poznaje to po różnych muralach, które znajdują się na budynku toalet. Za każdym razem widzimy inny. Tym razem były to m.in papugi czy małpy. Nawiązanie do dżungli.

Na granicy w Zgorzelcu, jak zwykle zatrzymaliśmy się na ciepły posiłek. Lubię ten moment wjazdu do Polski. Jemy zazwyczaj w barze Picaro. Mają bardzo duży wybór dań. Zawsze zupy, drugie dania i kompoty. Wzięliśmy po drugim daniu a Pan Mąż dodatkowo zupę gulaszową, która pojechała z nami na wynos, bo już nic nie mógł w żołądek zmieścić. Posiłek można sobie skomponować i na wagę. Zapłaciliśmy za te dania 130zlotych. Wg mnie, to nie jest dużo za takie porcje. Wrzuciłam to na TikToka i oczywiście ludzie mieli dużo do powiedzenia na temat wagi, bo twierdzili, że płaci się też za ciężki talerz. Serio? Nikomu nie przyszło do głowy, że odliczana jest tara? Nie chciało mi się już z debilami w dyskusje wchodzić. Odpowiadałam tylko tym, którzy np polecali też inne knajpy.

W pierwszy tydzień urlopu padało. Nie, to za mało powiedziane. Lało czasem przez całe dnie. Raz było chłodniej a raz duszno. Pochodzę ze wsi pod Radomskiem (łódzkie). Radomsko trochę się zmieniło od czasu naszego ostatniego pobytu. Wiele sklepów na głównej ulicy Reymonta zostało zlikwidowanych a za to banki i apteki mają się świetnie. Powstały lodziarnie a także doszedł jeden bar, który oferuje domowe obiady. Żałuję, że tam nie poszliśmy, tylko za namową Pana Męża udaliśmy się do KFC. On jest fanem, ja nawet McDonald’s omijam. Okropne jedzenie. Nawet Pepsi nie smakuje jak kiedyś. W Radomsku pojawiło się mnóstwo roślin np w donicach, czy zielone ściany. Chociaż nadal uważam, że drzew nic nie zastąpi. No i Władysław Reymont jak siedział na ławce, tak nadal siedzi.

Gdy wjechaliśmy już do Polski i województwa łódzkiego i byliśmy coraz bliżej rodzinnych miejscowości, to w oczy rzuciły mi się trawy, które pięknie kwitły na biało. Gdyby nie to, że lało, to bym zrobiła zdjęcie i sprawdziła w aplikacji co to. Ludzie mieli tego mnóstwo w ogródkach i przed domami. Trzeba przyznać, że Polacy mają piękne ogrody. Potem i tak dowiedziałam się co to za kwiat. Moja babcia ma takie same. I ja też. To po prostu juki. Z tym, że moje jeszcze nie kwitną.

Potem nadszedł weekend i trzeba było zbierać się do Jeleniej Góry na kurs. O kursie już pisałam a w następnym wpisie będzie o tym, co tam zwiedziliśmy. I właśnie to zwiedzanie nie całkiem poszło zgodnie z planem. Ale o tym następnym razem. Taka ciekawostka. Na przerwie między nauką, zaczęłam przeglądać pismo z branży funeralnej. W muzeum LEGO w Austrii znajdują się klocki , które można złożyć w cmentarz i pogrzeb 🙂

W powrocie z Jeleniej Góry zatrzymaliśmy się w karczmie/ gospodzie, by zjeść coś ciepłego (standard). Nazwy zapomniałam. W środku były dwie duże sale, bardzo ładne plus taras z widokiem na góry. Bardzo przyjemne miejsce. Zaraz obok, właściciel prowadził też smażalnię ryb. Ja zamówiłam zupę krem z borowików a Pan Mąż golonkę.

Po powrocie czekała nas impreza. Pan Mąż kończył 40 lat, więc rodzina zrobiła dla niego małą balangę pod altaną. Dostał na głowę kapelusz z numerem 40 a i mnie się dostało koronę z 40tka, choć urodziny miałam w marcu. Siedzieliśmy niemal do 3 w nocy, dopóki komary nas prawie nie zjadły żywcem. Tort też był i balony 🙂 Zjadłam wtedy pysznego domowej roboty hamburgera i hot- doga. I jeszcze muszę wspomnieć o rewelacyjnej sałatce z botwinki: liście siekamy, dodajemy pokrojonego pomidora, świeżego ogórka, czerwoną cebulę w kostce, kulki mozzarelli i sos sałatkowy ziołowo- koperkowy. Zrobiłam ją w domu po powrocie, bo i botwinkę dostałam. Ewa, wiem, że czytasz 🙂 Miałam sos musztardowy i też wyszła dobra. Dzięki jeszcze raz za botwinkę:) Pozdrawiam!

Spotkałam się też z koleżanką, z którą chodziłam do szkoły (ale nie do klasy). Nie widziałyśmy się chyba z 19 lat. Obserwujemy się w mediach społecznościowych i wreszcie trzeba było się ponownie spotkać. Usiedliśmy w restauracji we czwórkę i przegadaliśmy ze dwie godziny. Piłam pyszną cytrynową lemoniadę i zjadłam równie pyszną zupę kurkową. Uwielbiam zupy. Do tego grzybowe. W tym wpisie jest trochę jedzenia, ale lubię pokazywać, co dobrego jadłam i co polecam.

Wpadliśmy też z krótką wizytą do byłego szwagra Pana Męża. Pogadaliśmy z godzinkę. Lubię grać w planszówki, ale on to wybitnie uwielbia. Posiada specjalne maty, które rozkłada na stole i pełny regał różnych gier, np Robinson Crusoe.

Moi babcia i dziadek otworzyli restaurację dla sarenek. Za podwórkiem znajduje się kompostownik i te zwierzęta bardzo często pojawiają się żeby się posilić. Czasem przychodzi jedna a czasem matka z małymi koziołkami. Dziadek wystawił im nawet garnek z wodą. Nauczyły się już, że tam czekają na nie obierki, resztki warzyw czy owoców. Mój tata stwierdził, że trzeba będzie im zimą paśnik postawić 🙂

Ta brązowa plamka, to sarenka.

Ja wskoczyłam przy okazji jeszcze do Rossmanna. Tym razem darowałam sobie Hebe. W Jeleniej Górze moje włosy zrobiły się matowe, bardziej wychodziły i do tego pojawił się łupież. Nie mogłam dać sobie z nimi rady. Nie wiem, czy to nie z powodu wody. Musiałam kupić jakiś porządny peeling. Pani doradziła mi jakiś trychologiczny. Po powrocie do Holandii w ruch poszedł też Nizoral. Jest już lepiej, choć nadal trochę więcej włosów mi wychodzi niż zwykle.

I to by było na tyle. Do następnego 🙂