BYŁO, MINĘŁO…

Pisząc ten post, myślę sobie, jak tu przeżyć luty. Ludzie nie lubią listopada. Ja uwielbiam. Dla mnie najkrótszy luty jest najgorszy. Człowiek jeszcze się toczy przez ostatki zimy. Piszę „ostatki”, bo w Holandii na szczęście wiosna szybko się pojawia. W weekend widziałam już pierwsze żonkile.

W styczniu zawitała zima. Była to chyba niedziela, jeszcze noc za oknem. Wstałam do łazienki a tu na dachach śnieg. Aż się ucieszyłam. Na krótko, bo po południu już nic z niego nie zostało. Szkoda, bo i bałwana nie było. Ale dobre i to. Żałuję, że w Ardeny nie pojechaliśmy, bo widziałam na Facebooku, że tam było sporo śniegu.

Choinkę i ozdoby świąteczne rozebraliśmy w tym roku szybciej, bo już tydzień po Sylwestrze. Nie chciało mi się tego trzymać do połowy stycznia. Zawsze lepiej jest zdobić dom, niż sprzątać to wszystko, dlatego zawzięłam się i w weekend wszystko z rana zostało zapakowane do pudeł i wyniesione do pierdolnika, czyli na strych. Zawsze się zastanawiam, jak ludzie, którzy dostają szału z ozdobami i dekorują wszystko na umór (np w takiej Ameryce) biorą się potem za ściąganie tego. Ja bym dostała szału, ale z nerwów. Dlatego np takie lampki choinkowe ściąga i składa Pan Mąż, bo ja cierpliwości nie mam.

W tym momencie mamy bardzo mało pracy w pracy. Już dwa razy mieliśmy od czwartku wolne. Jestem na bank na minusie z godzinami, ale ja wiem, że szybko to potem odrobię. Jest nas garstka na szklarni. Inni albo zjechali do Polski na dłuższy urlop, albo poszli do innej pracy. Koleżanka, która się musiała przeprowadzić około 100 km dalej, bo tam biuro pracy miało dla niej inną pracę, spytała się mnie, czy nie wezmę od niej trochę roślin. Mieszkała z facetem na firmowym i trochę jej się ich nazbierało. A że ja roślinki lubię i miejsce jeszcze mam, więc się zgodziłam. I tak przywlokłam do domu dwa pudła storczyków i parę innych liściastych.

Wymyśliłam sobie, że będę każdego miesiąca – 16 dnia, robić zdjęcie w tym samym miejscu w parku obok domu, o tej samej godzinie. Żeby potem zobaczyć, jak było coraz jaśniej o 20:00. Holandię nawiedziły mgły. I trzymały się dosyć długo. Lubię taką pogodę i do parku poszłam sama i guzik widziałam. Zrobiłam zdjęcie nad bajorem i było czarno. Nic nie widać. Może w tym miesiącu będzie lepiej. Za mną były domy i lampy, więc coś tam widać.

Drugi kot sąsiadów ma rozrywkę: siedzi na kontenerze i obserwuje moje papugi i czasem mnie 🙂

Będąc u mechanika, widziałam dwie terenówki. Jedną typową, wielką z orurowaniem i lampami, a druga, to chyba raczej mini różowy suv – range rover. Pierwszy raz takiego cudaka widziałam.

Moja siostra, która spędziła święta w Polsce, pojawiła się ponownie u nas, bo z lotniska Schiphol wracała do Kanady. Spędziliśmy dwa dni na chodzeniu po sklepach i graniu w planszówki. W sobotę rano trzeba było ruszać na lotnisko. Lubię patrzeć na samoloty.

Potem zajechaliśmy do Delft, do mojego brata i do domu. Wracaliśmy przez Europort, ale taką drogą, gdzie jeszcze nas nie było. Mijaliśmy coś w stylu deptaka/ bulwaru, gdzie stały ławki z widokiem na port i wieżowce Rotterdamu. Powiedziałam Panu Mężowi, że musimy tam kiedyś pojechać i pooglądać statki. Tylko zupełnie nie wiem co to za miejsce.

Takie małe i suche jaszczurki też można znaleźć na szklarni.

A teraz dwa słowa o zakupach. Byłam z siostrą w Hemie, czyli drogerii połączonej ze sklepem odzieżowym i innymi pierdołami. Znalazłam tam kilka rodzajów mgiełek do ciała o pięknych zapachach. Różowa jest już ze mną. A w Lidlu są patyczki zapachowe, które mam nadzieję nie znikną nigdy z półki sklepowej. Uwielbiam ten zielony zapach. Postawiłam w pokoju a czuć nawet na korytarzu.

Mój ulubiony sklep, zaraz po kringloopie, czyli turecki. W warzywach bym mogła siedzieć i godzinę, wybierając np paprykę. Tym razem kupiłam też pomidory. U nas jeszcze ich nie ma. A ja jem je cały rok, więc niestety o tej porze roku muszę za nie płacić 🙂 Do pracy nie mogę brać tych kupnych np na kanapce. Przestrzegamy zasad, żeby nie pojawił się znowu wirus. Zasady i reguły są jeszcze bardziej zaostrzone, bo jakby nie patrzeć, pracujemy przy żywności.

Ulice w ogniu, czyli jeden z ładniejszych zachodów słońca 🙂

Do następnego 🙂

TRZECI KRINGLOOP

W moim mieście do tej pory były dwa krongloopy. Jeden bliżej mojego domu- droższy a drugi dalej i bardzo tani, z wieloma rzeczami do wyboru i mój ulubiony.  Zaglądam tam regularnie, co zresztą tutaj opisuję.

Będąc w Actionie moje oczy przykuła witryna sklepowa znajdująca się na przeciwko. Na piętrze znajdował się Bristol – sklep głównie z butami, który zamknęli a ja tego przeboleć nie mogę, bo tam zawsze mogłam kupić zwykłe trampki i t-shirty w promocji typu 3 za 10 euro. Zresztą moja ulubiona torba też stamtąd pochodzi. Ale ja dzisiaj nie o tym. Wracając do tematu, to okazało się, że na parterze otwarto trzeci kringloop. No i oczywiście musiałam obejrzeć towar. Byłam tam już w sumie dwa razy.

Kupiłam sobie dwie pary spodni. I aż się sama zaskoczyłam, że coś na mój tyłek się znalazło. A to dlatego, że albo spodnie są za wielkie albo bardzo małe, na bardzo szczupłą osobę, do tego często biodrówki. A ja nie lubię jak mi coś opada i odkrywa brzuch. To już chyba ten wiek, że człowiek się bardziej zakrywa i cieplej ubiera.

Z dodatków, to był naprawdę spory wybór torebek. I to nie byle jakich. Kupiłam mojej mamie dwie sztuki w brązowych kolorach (jedna tylko 2 euro) a sobie niebieską w kształcie workowatym (made in Italy) a druga półokrągła, czarna. Sprawdziłam markę i ona kosztuje prawie 40 euro. A tutaj zapłaciłam tylko 4, więc deal się opłaca 🙂

Ta po lewej jest już moja.

Nie mogłam przejść obojętnie obok zegarków. Wypatrzyłam złoto – srebrny z elegancką bransoletką. Kiedyś nie lubiłam złota. Zawsze podobało mi się srebro. Teraz jest moda na łączenie tych dwóch barw. I nawet mi się to podoba. O dziwo ładnie wygląda. Gdy będę w Polsce, to pójdę do zegarmistrza na wymianę baterii, bo mam już w sumie trzy zegarki do naprawy.

Znalazłam fajny, nowoczesny komplet talerzy z salaterką. Sztuka po 0,50 centów. Kupiłam mamie. Na pewno jej się przydadzą. Ja mam niemal wszystkie talerze z kringloopa. Są ładne i niezniszczone. Zawsze powtarzam ludziom, którzy np wynajmują mieszkanie tutaj i chcą coś kupić: biegnijcie do tego typu sklepu, bo można kupić dużo i za grosze.

Jeszcze dorzucę tutaj zdjęcie kaczki. Tak, bo i ptaka przyniosłam do domu. A w zasadzie do ogródka, bo mam bzika na punkcie ogrodowych figurek. Mam już krasnoludki, wiewiórkę i muchomora. Do tego towarzystwa dołączyła drewniana kaczka.

No i nie byłabym sobą, gdybym nie poszła do swojego ulubionego kringloopa, gdzie kupiłam mamie dzbanek na herbatę i solniczkę z pieprzniczką. Idealnie pasują do tego kompletu talerzy.

Miałam fazę na noże kuchenne, potem deski do krojenia a teraz na słoiczki i pojemniki z metalowym zamykaniem. Idealne na produkty sypkie i przyprawy. Był duży wybór a ja kupiłam dwa mniejsze- na pieprz mielony i ziarnisty.

Był duży wybór np czajniczków na herbatę, cukiernic, półmisków czy świeczników:

Do następnego 🙂

MOJE PODSUMOWANIE CZYTELNICZE ZESZŁEGO ROKU+ DWIE KOLEJNE KSIĄŻKI

Nowy rok- nowa ja. Guzik. Nowy rok- starsza ja i stwierdzającą, że muszę przeczytać więcej książek, niż w poprzednim roku. Nowa lista już jest otwarta i już jest coś wpisane. Najpierw jednak podsumuję moje czytelnicze wyzwanie z poprzedniego roku…

…jednym słowem: nędznie. Kiedy czytam i widzę na Instagramie czy TikToku, ile to inni przeczytali w ciągu roku (np 80 książek!) to mina mi rzednie. Uwielbiam czytać i się zawsze zastanawiam, kiedy oni mają czas na pochłanianie takiej ilości książek? Możliwe, że słuchają audiobooków, ale mnie nie o to chodzi, bo ja tylko papierowe książki. Zresztą pokazują właśnie te w papierze, więc ja nie wiem skąd tyle czasu. Biorę pod uwagę oczywiście szybkie czytanie oczami. Też tak potrafię. I dlatego w tym roku moja lista musi być długa. Mam książek od cholery i wszystkie muszę przeczytać.

9! Tylko 9!

„Nie wiesz dlaczego”- Marcel Moss

Tę książkę przeczytałam jeszcze w grudniu. To druga pozycja tego autora, z którą mam do czynienia. Jest to thriller psychologiczny z domieszką kryminału, należący do serii Liceum Freuda.

Uczniami prestiżowego liceum Freuda (Warszawa) wstrząsa tajemnicze zniknięcie nastoletniej Dagmary. Dziewczyna widziana jest poraz ostatni w pobliżu szkoły, gdy wsiadała do nieznanego samochodu. Niektórzy sądzą, że zmagająca się z depresją Dagmara postanowiła uciec, by zacząć wszystko od nowa. Dwa miesiące później wychodzą na jaw przerażające fakty, a podejrzenia śledczych padają na skonfliktowane z Dagmarą Martę, Sarę i Wiki. Zdesperowane nastolatki próbują odkryć prawdę na temat zniknięcia dawnej przyjaciółki i oczyścić się z podejrzeń. Rodzą się pytania… Dlaczego Dagmara uciekła i czy żyje? I jaki związek z jej zniknięciem ma popularne wyzwanie samobójców, przez które zmarł inny nastolatek?

Książka rozpoczyna się wybuchem bomby w szkole. Pojawia się mnóstwo postaci w fabule. Jako, że nie czytałam serii, trochę ciężko było mi ogarnąć kto, co i dlaczego. Dodatkowo są to czasy współczesne gdzie rządzą social media. Wątek tajemnicy i kryminalny jest ciekawie rozbudowany, ale niestety końcówka jest dla mnie niezrozumiała, bo to jeszcze nie koniec, a nie wiem, którą częścią jest ta książka. Przyznam się, że nawet nie sprawdzałam. Raczej nie sięgnę po resztę serii, bo po prostu perypetie dzisiejszej młodzieży niezbyt mi się podobają.

„Mordercza dieta”- Daniel Kalla

Thriller medyczny. Do tej pory z tego typu książkami miałam do czynienia za pośrednictwem najbardziej mi znanego pisarza- lekarza: Robina Cooka. Dlatego z ciekawością sięgnęłam po thriller innego pisarza, który jest lekarzem. Daniel Kalla dokładniej jest lekarzem medycyny ratunkowej i autorem czternastu (!) bestsellerowych thrillerów, w tym „Pandemic”, który będzie sfilmowany. Jego powieści zostały przetłumaczone na jedenaście języków. Pisarz mieszka z rodziną w Vancouver.

„Mordercza dieta” to świetny thriller o tym, jak wiele jesteśmy gotowi zaryzykować dla idealnej figury. Kiedy uwielbiana przez fanów muzyki pop i popularna influencerka, Rain Flynn, umiera w podejrzanych okolicznościach, szybko wychodzi na jaw, że to na skutek przedawkowanej substancji, która jest nielegalna. Jej ofiar jest zdecydowanie więcej, a łączy je jedno- obsesja na punkcie szczupłej sylwetki. Toksykolog z Vancouver postanawia połączyć siły z detektywem z Los Angeles, aby odnaleźć źródło zabójczego środka. Oboje wiedzą, że nawet najmniejsza jego dawka to śmiertelne niebezpieczeństwo.

Takiej książki było mi trzeba. Bardzo ciekawa fabuła a akcja z każdą stroną się rozkręca. Autor, jako lekarz, bardzo przybliża czytelnikowi to, co się dzieje z człowiekiem, gdy sięga się po nieznane preparaty i koniecznie chce się być szczupłym bez najmniejszego wysiłku. W książce jest też mowa o popularnym ostatnio wśród amerykańskich (i pewnie nie tylko) celebrytek leku na cukrzycę: ozempicu. Po ujrzeniu światła dziennego tego ich sekretu szybkiego chudnięcia, one dalej idą w zaparte, że to efekt zdrowej diety i ćwiczeń. I myślą, że ludzie są głupi i uwierzą. Nie będę zdradzała o jaki śmiertelny środek chodzi w książce, ale bardzo się zdziwiłam, że takie coś ludzie potrafią wepchać do swojego organizmu i myśleć, że będą się cieszyć zdrowiem i długim życiem.

Autor wtrącił kilka słów od siebie, jako lekarz i ojciec dwóch córek. O tej śmiertelnej przemysłowej substancji dowiedział się dwa lata temu. A dekadę temu wypłynęła ona w internecie, gdzie można ją kupić jako zagrażającą życiu tabletkę na odchudzanie oraz suplement na budowę masy mięśniowej. Konsekwencje okazały się oczywiście tragiczne. W Ameryce Północnej i Europie odnotowano wiele przypadków śmiertelnych. Większość ofiar to młodzi ludzie, którzy zostali  oszukani w internecie i uwierzyli, że to „bezpieczny i skuteczny” środek na utratę wagi. Służby bezpieczeństwa na całym świecie walczą, usiłując powstrzymać anonimową sprzedaż tej toksycznej substancji. Nie ma też możliwości złapać i ukarać sprawców, którzy dystrybuują „cudowne tabletki” z zakamarków darknetu.

Podsumowując, świetna i ciekawa książka, z której można się wiele dowiedzieć. I nigdy bym nie przypuszczała, że istnieją takie środki nielegalnie sprzedawane, które zabijają ludzi. I nigdy bym też nie przypuszczała, że społeczeństwo jest tak głupie…

Do następnego 🙂

KSIĘGARNIA W KOŚCIELE

Dzisiaj opiszę miejsce, które od dawna chciałam zobaczyć i się wreszcie udało na koniec roku. Odwiedziłam je przy okazji wizyty na jarmarku świątecznym w Maastricht. A to nie jedyne tego typu miejsce w Holandii i o tym za chwilę.

Najpierw zaznaczę, że kościoły w Holandii już dawno przestały być prawdziwymi kościołami. Holenderski dziennik „Trouw” informuje, że w co piątym kościele od lat nie odprawia się nabożeństw, a świątynie zamieniają się w biura, muzea, mieszkania a nawet sale gimnastyczne. 6,900- tyle znajduje się budynków kościelnych należących do kościoła katolickiego i kościołów protestanckich.

30% tych przekształconych budynków jest wykorzystywanych na mieszkania, 20% na cele kulturalne i społeczne a 15% na biura i sklepy. Kościoły są także siłowniami, barami czy restauracjami. Większość została zbudowana w latach 1800-1970. Zaznaczyć należy, że w większości przekształcane są kościoły protestanckie, gdyż kościół katolicki jest mniej otwarty na sprzedaż budynków z uwagi na ich znaczenie sakralne.

Tu, gdzie kiedyś był ołtarz, obecnie znajduje się kawiarnia.

Kupców na nabycie kościołów nie brakuje. W 2013 roku, arcybiskup Utrechtu- kardynał Willem Eijk, zapowiedział, że do 2025 roku zostanie zamknięte 2/3 kościołów. Jest to konieczne, bo w wielu parafiach wiernych jest już tak mało, że nie ma komu tych kościołów utrzymywać. Holenderski urząd statystyczny podaje, że w 2015r połowa Holendrów była praktykująca. 24%- katolicy, 16%- protestanci, 5%- muzułmanie, 5%- wyznawcy innych religii, np buddyzm, judaizm.

Holenderski pragmatyzm dyktuje Holendrom rozwiązanie: puste budynki adaptuje się do innych celów. W ciągu minionych 25 lat, 800 kościołów zmieniono na muzea, hotele, przedszkola, centra lecznicze, domy seniora lub ośrodki jogi.

Przykładowe ceny kupna czy wynajmu:

kościół w Arnhem- 375.000 €

kaplica w Amsterdamie do wynajęcia za 135€ / metr kwadratowy

kaplica w Haarem za 250.000€

kościół w Westervoort za 795.000€

kościół z plebanią w Deest za 765.000€

Kościół Dominikanów, który odwiedziłam, od 1804 roku nie spełnia już swojej pierwotnej funkcji. Od prawie 10 lat mieści się tam księgarnia „Boekhandel Dominicanen” wraz z kafejką na ołtarzu. W 2008 roku brytyjski „The Guardian” nazwał ten obiekt najpiękniejszą księgarnią na świecie.

Ja osobiście nie chodzę do kościoła. Mnie osobiście zupełnie nie przeszkadza przekształcanie budynków sakralnych w inne obiekty, bo po co ma coś stać i niszczeć, skoro można z tego zrobić pożytek. Na grupie na Facebooku „Holenderskie miejscówki” zapytałam się użytkowników, czy znają jakieś kościoły, które są przerobione. Dostałam mnóstwo odpowiedzi z nazwami i adresami. Sporządziłam listę około 60 kościołów, które mam w planach odwiedzić i zrobić o nich wpisy. Chcę na własne oczy zobaczyć np supermarket w kościele. Ciekawostką jest fakt, że księgarnia w Maastricht nie jest jedyną w kościele, bo w Zwolle jest podobno jeszcze ładniejsza i muszę ją zobaczyć. Mam nadzieję, że uda mi się ten plan zrealizować.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Cieszę się, skończył się grudzień i ogólnie ten rok. Nie miałam ochoty na świętowanie, ale wyszło inaczej i nie było jednak źle. Było fajnie. Choinki jednak nie chciałam ubierać, ale Pan Mąż nalegał. Pomogła mi siostra. W domu pojawiły się też inne dekoracje bożonarodzeniowe.

O całym roku nie ma za wiele co pisać, bo nie wydarzyło się nic spektakularnego, świetnego, ale też nic nieprzyjemnego. W zasadzie nie mam na co narzekać. Jedyne, co mogę dodać, to to, że było jakoś tak nudno. Tak, jakbym stanęła ze wszystkim w miejscu i nie miała siły, żeby robić coś ciekawego. Dlatego cieszę się, że to już koniec i mam nadzieję, że ruszę z kopyta.

Jak co roku, przed świętami poszłam odwiedzić kram ze słynnymi holenderskimi pączkami, czyli oliebollen. Ale tym razem do tych standardowych dodałam po dwie (ostatnie ) sztuki z nadzieniem z nutelli i dubai, czyli pistacjowe. Według mnie warto spróbować, bo są pyszne.

Dubajska czekolada z tureckiego sklepu. Próbowałam i szału nie ma. Nie wiem, czy inne smakują podobnie. Zdecydowanie pączek z tym nadzieniem jest lepszy.

W pracy wreszcie też spokojnie i garstka ludzi. Niektórzy już nie wrócą, bo nie chcą a niektórzy wylecieli, bo złożyło się na to wiele czynników. Za dużo by było pisania, żeby opowiedzieć co się czasem odwaliło. Te historie zasługują na osobny blog. I to chyba by był hit, ale raczej nie miałabym czasu robić jeszcze więcej wpisów. Ale mamy z koleżanką inny pomysł i może wypali. Miałam też ciekawe zajęcia w pracy do wykonania. Na przykład biegałam z piłą.

Szkoda, że nie ze spalinową, ale zawsze coś. W tym roku był inny system ustawiania mat, na których rosną pomidory. Musiałam robić mniejsze maty z większych i ustawiać je na początkach rajek.

Papugi zainteresowane lampkami w oknie kuchennym na tyle, że zrobiły sobie z nich huśtawkę i raz wszystkie zrzuciły.

Pogoda w grudniu w większości była mglista i deszczowa. Chyba ani razu nie była na minusie, za to kilka razy troszkę powyżej 10. Słońca sobie nie przypominam. Za to przypominam sobie mnóstwo łodzi i łódek przystrojonych na święta 🙂

Standardowo udaliśmy się do centrum ogrodniczego, żeby zobaczyć świąteczną makietę i inne dekoracje. Było kilka wprowadzonych zmian, np grota z soplami. Ja tym razem byłam bardziej skupiona właśnie na dekoracjach, które w tym roku były chyba jeszcze ładniejsze.

Pod polskim sklepem bez zmian. Dla niektórych Polaków, czy to Polska, czy Holandia, to trzeba zostawić po sobie ślad:

Soplica

Amarylis, który dostałam w prezencie rozkwita a teraz chyba już jest w całkowitym rozkwicie. Pierwszy raz mam tę roślinę i muszę przyznać, że prezentuje się ładnie i mam nadzieję, że będzie u mnie długo żył.

Lubię świąteczne desery, bo ogólnie dobrze smakują a co najważniejsze pięknie wyglądają, aż żal zjeść. Polskim ciastem też się objadłam, bo koleżanka z pracy odchodziła i przywiozła ze sobą na poczęstunek na zakończenie trzy blachy ciasta. Sporo zostało a już nikt nie chciał (dziwne), więc zostawiła je mnie.

Czy te oczy mogą kłamać? Żółw w zabawkowym, gdzie płaczące dzieci toczyły wojnę z rodzicami.

A Sylwester był bardzo spokojny. Po pracy do domu i tyle. Żadnej imprezy na której też mi nie zależało. Zresztą i tak nie ma tu z kim posiedzieć w tym momencie. Po drugie mam już dość organizowania imprez i spotkań. Ludzie i tak mają to gdzieś. Ja już się też nie będę wysilać. Wolę ten czas spożytkować inaczej. Ciekawiej. Próbowaliśmy o 22:00 iść spać, ale w Holandii a przynajmniej w naszym mieście walą fajerwerkami na dłuuuuugo przed północą. O północy jest, jak na wojnie.

Pan Mąż w piżamie zdaje relację na kamerce swojej rodzinie 🙂

Do następnego 🙂

PREZENTY

Zaczął się czas prezentów. Jak co roku, dostajemy od firmy upominki. Do tej pory były to gotowe pudła, w których dla wszystkich było to samo. W tym roku zaszła zmiana, bo nowy właściciel szklarni ma inną koncepcję, jeśli chodzi o gwiazdkowe prezenty. I było to dla nas zaskoczenie, ale bardzo pozytywne.

Niecały miesiąc temu, każdy z nas otrzymał maila z zaproszeniem na tzw „Kerstborrel”, czyli świątecznego drinka, który jest organizowany przez szefostwo. Impreza odbyła się około 30 km od naszego miejsca zamieszkania. Stawiliśmy się w 6 osób z naszej szklarni na innej szklarni a konkretniej na kantynie, która przypominała typowy pub z amerykańskich/ angielskich filmów świątecznych.

Kantyna sporych rozmiarów.

W środku był bar z hokerami, po drugiej stronie duże głośniki z konsolą, za którą stał dj. Puszczał muzykę, ale nie głośno. Po prostu grała w tle rozmów. Było naprawdę gwarno. W środku znajdowały się stoły z krzesłami (zajęliśmy jeden z nich) a także mniejsze stoliki, przy których ludzie stali i rozmawiali. Stała ubrana choinka, a dookoła świeciły lampki, co dawało miły półmrok. Co mnie osobiście odpowiada. Dwie kelnerki co rusz donosiły napoje. Do wyboru: Heineken, wino i Pepsi. Do tego częstowały małymi różnymi kanapeczkami (smaczne, bo jadłam) a na stołach stały orzeszki, paluszki i precle. Atmosfera robiła się coraz weselsza. Widać, że ludzie się znali już od dawna. My w sumie nowi, bo dopiero dołączyliśmy do nowej firmy. Nie spędziliśmy tam dużo czasu, bo byliśmy zmęczeni po pracy a ja czułam się, jak zombie. Po wypiciu dwóch Heinekenów, rozłożyło mnie spanie.

Tak było przy wyjściu 🙂

Przy drzwiach wyjściowych stała pani z tabletami. Każdy otrzymał jednego i musiał sobie wybrać prezenty za określoną liczbę punktów. Weszliśmy do małego pomieszczenia, gdzie na półkach stały rzeczy do wyboru i można było je obejrzeć i dotknąć. Na tablecie mieliśmy zaznaczać, co chcemy w prezencie. Były jakieś kosmetyki, biżuteria, sprzęty AGD, torby i plecaki podróżne, alkohole, gadżety i rzeczy dekoracyjne.

Wybrałam kilka rzeczy, a że sporo było takich, które mam, lub bym nie używała, np prostownica, to zdecydowałam się też na pudełko niespodziankę.

Smartwatch, bo zegarków nigdy nie zawiele. Uwielbiam zegarki i zegary a takiego jeszcze nie posiadam, bo zawsze twierdziłam, że raczej mi się nie przyda. A ja nie lubię gromadzić rzeczy, które potem zalegają nieużywane. A skoro w ofercie był zegarek, a coś wybrać trzeba, to go wzięłam.

Ściereczki kuchenne. Coś, co się zawsze przydaje, ale też zużywa. Są z dobrego materiału i sporej wielkości.

Słuchawki bezprzewodowe, których do tej pory wielką fanką nie jestem. Lubię te na kabelku, ale niestety nowe telefony mają to do siebie, że mi trochę życie utrudniają. Takie słuchawki trzeba ładować i dodatkowo pilnować, żeby nie zgubić. Poprzednie słuchawki zepsuły się, więc nowe się przydadzą do słuchania podcastów w pracy. Po Nowym Roku odpalam nowy telefon, to i słuchawki będą nowe.

Metalowy lampion. Była też metalowa lampka, ale akurat ta rzecz bardziej mi się spodobała. Lubię świeczki i światełka, więc jest to dobra dekoracja na ciemne, zimowe wieczory.

Pudełko niespodzianka nieco mnie zaskoczyło 🙂

Dwupoziomowa deska do serwowania chyba jakichś przekąsek na imprezę. Mam już obrotową i kilka razy się przydała, ale z taką się jeszcze nie spotkałam.

Żel pod prysznic i szampon 2 w 1, myjka i mydło. Żel wykorzystam (ale nie jako szampon), do myjki podchodzę sceptycznie. Nie używam, bo to siedlisko bakterii. Pewnie skończy jako łazienkowa dekoracja. A mydła lubię i używam. Do tego dołączona była jeszcze mała butelka prosseco.

Ogólnie jestem zadowolona. Nie spodziewałam się takiego pomysłu z prezentami. Uważam, że to trafione, bo każdy miał to, co chciał i co potrzebował. Chyba nie było opcji, że komuś coś się nie podobało. Muszę jeszcze dodać, że ogólnie ten świąteczny drink, to fajna inicjatywa. Atmosfera była super i następnym razem pewnie też się pojawimy i zostaniemy dłużej.

Do następnego 🙂

JARMARK W MAASTRICHT

Od jakiegoś czasu staramy się co roku odwiedzać jakiś jarmark bożonarodzeniowy. W tym roku padło na stolicę Limburgii, czyli Maastricht. W mediach społecznościowych był bardzo chwalony, więc postanowiłam sprawdzić, czy to prawda.

O samym mieście nie będę nic pisać, bo jeszcze go nie zwiedziłam. Jest to dopiero w planach, tak jak i cała Limburgia. Skupię się na jarmarku świątecznym. Opiszę pokrótce, jak wyglądał, co było do jedzenia i ostatecznie, czy warto jechać. Wiem, że ludzie chwalą jarmarki niemieckie, ale to ten w Gdańsku wygrał rywalizację europejską. Mimo to, wiele osób narzeka na wysokie ceny potraw na polskich jarmarkach, które nijak się mają do jakości. Ja rozumiem, że jest to zarobek dla sprzedających i trzeba się liczyć z cenami z kosmosu, ale smażenie placków na starym oleju, czy podróba grzańca, to już przesada. Czytałam też o podawaniu go w papierowych lub plastikowych kubkach, gdzie np we Wiedniu są ceramiczne kubki np w kształcie buta z motywem świątecznym, za które pobierana jest kaucja i można go po prostu potem ze sobą na pamiątkę zabrać. Wiem to od koleżanki, która w stolicy Austrii była w tym roku. Dodam tylko jeszcze, że Wiedeń jej się podobał, ale już sam jarmark nie spełnił oczekiwań.

Wróćmy do Maastricht. Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy to ogromny, kolorowy diabelski młyn.

Robi wrażenie, ale ja się nie zdecydowałam tam wejść po prostu ze strachu. A nawet gdybym chciała, to chyba bym zrezygnowała ze względu na długą kolejkę. Stać by mi się nie chciało i czekać, bo było naprawdę zimno.

Na jednym z drzew, zawieszone były czerwone, świecące serca, stało kilka choinek i świątecznych figurek, w tym Święty Mikołaj, z którym można było zrobić zdjęcie, a także miejsce, gdzie można było powiesić kłódki w kształcie serc z inicjałami. Specjalnie dekoracje, np w kształcie bombki czy prezentu, też były i służyły do pamiątkowej fotografii. Fotobudki też nie zabrakło.

Oblegane było także lodowisko całkiem sporych rozmiarów. A wiadomo, że to wielka atrakcja dla Holendrów, bo oni uwielbiają jazdę na łyżwach.

Przejdę teraz do budek z jedzeniem. Było ich bardzo dużo. I długie też były kolejki. Standardowo można było kupić słynne holenderskie pączki „oliebollen”, krokiety, czy frytki np z majonezem. Kupiłam porcję gorących frytek właśnie z majonezem, bo bardzo mi one smakują, gdy jem je gdzieś w plenerze. W domu zaś lubię z ketchupem. Można było jeszcze zjeść np ziemniaki w spiralkach, gofry, hamburgery i hod- dogi. Było na pewno grzane wino, ale ludzi było mnóstwo przy a la barze, a jak wcześniej wspominałam, stanie w kolejkach to nie mój sport. Zadowoliłam się wodą mineralną. Szukałam jednej potrawy, którą wybitnie lubię jeść na jarmarkach i znalazłam. Chodzi o placki ziemniaczane z pieczarkami. O ile dobrze pamiętam, to trzy sztuki kosztowały 3€ a pieczarki z cebulką i sosem (dwa rodzaje do wyboru) 7€. Do placków był gratis mus jabłkowy, z czym spotkałam się pierwszy raz i musiałam tego połączenia spróbować. Okazało się bardzo dobre. Pan Mąż sobie ten dodatek darował. Ogólnie, danie było bardzo smaczne i sycące.

Poza jarmarkiem, miasto tętniło życiem. Obok znajdują się liczne knajpki, bary i restauracje. Wszystkie przystrojone ozdobami i światełkami. Mnóstwo ludzi w środku i na zewnątrz, mimo zimna. Atmosfera fajna.

Dodam małą dygresję. Oglądając zdjęcia znajomych i nieznajomych, słuchając relacji w mediach społecznościowych, uważam, że jednak polskie jarmarki są bardziej kolorowe. Jedzenie, to osobna kwestia.

Czy warto wybrać się do Maastricht? Jeśli się mieszka blisko, to jak najbardziej. Ja drugi raz bym się nie wybrała ze względu na długą, bo ponad dwugodzinną jazdą autem. Chyba, że połączy się to ze zwiedzaniem miasta i okolic plus nocleg.

Do następnego 🙂

OD SIOSTRY

Do Europy na święta przyleciała moja siostra z mężem z Kanady. Nie widziałyśmy się parę lat. Lądowali w Amsterdamie i kilka dni spędzili u nas, m.in zwiedzając.

Boże Narodzenie spędzi w Polsce z rodzicami i resztą rodziny. My zostajemy u siebie. Przywiozła mi kilka rzeczy z Kanady i nie tylko. Parę tygodni temu odbyła z mężem rejs z Florydy na Karaiby. Chcieli zwiedzić Kostarykę, bo interesowały ją leniwce. Zapytałam się, czy przywiezie mi cygaro. No i przywiozła 🙂 I nie tylko to.

Ciastka kanadyjskie z syropem klonowym. Szczerze powiedziawszy, nigdy nie próbowałam syropu klonowego. Wiem, że polewa się nimi pankejki a wydaje mi się, że jest bardzo słodki i być może się mylę. Ciastek z syropem spróbowałam z chęcią i muszę przyznać, że są bardzo smaczne – kruche, przełożone białą masą. I wcale nie takie słodkie. W smaku przypominają trochę polskie markizy i krem z orzecha laskowego.

Z kremem pistacjowym, lodami, itp miałam już do czynienia. O dziwo, samych orzechów nigdy nie jadłam. Naprawdę! Wiem, że teraz są bardzo modne wśród influencerów. U mnie natomiast zawsze modne były, są i będą orzeszki ziemne. Pistacji w czekoladzie też nigdy nie jadłam i jestem ciekawa tego połączenia.

Borówki, brzoskwinia i malina w czekoladzie. Siostra mówi, że ta brzoskwinia jest najlepsza. Na razie spróbowałam borówki. Jest smaczna, ale gdyby nie napis i obrazek, to nie wiedziałabym, że to borówka:)

0,7 l czystej wódki z wody lodowcowej. Nie wiem ile w tym prawdy, ale ciekawie to brzmi. Alkohol zostanie na jakąś okazję.

Koncentrat z czystej wanilii z Karaibów. Wystarczy kilka kropel, żeby było czuć ten zapach. Mam nadzieję , że go dobrze wykorzystam. Spróbuję nawet upiec znowu jakieś ciasto i dodać te kilka kropel koncentratu.

A teraz czas na coś typowo karaibskie, co zna chyba każdy. Chodzi o butelkę rumu i cygaro. Piłam już rum. Jeden nawet z Mauritiusa, który też dostałam od siostry. Jeżeli rum może być pyszny, to tamten był. Zobaczymy, jak smakuje ten.

No i oczywiście kubańskie cygaro, które na wyspie jest tanie. Do tej pory miałam do czynienia z cygarem z Filipin, Dominikany i Kuby. Według mnie najlepsze jest dominikańskie. Teraz będę próbować drugi raz kubańskie. Papierosów nie znoszę i nie palę, ale dobrym cygarem nie pogardzę 🙂

Na koniec trzy zdjęcia z telefonu siostry. Wypatrzyła leniwce, mimo że siedziały a w zasadzie wisiały, wysoko na drzewach. Chroniły się w ten sposób przed drapieżnikami i było im tam ciepło.

Siostra z mężem spędziła też kilka dni na Florydzie. Poniżej Key West z okna samolotu.

Była też w dżungli karaibskiej. Przesłała mi filmik, gdzie widać ogrom zieleni i słychać szum rzeki i odgłosy życia lasu, m.in wrzaski i świergot ptactwa. Była też świadkiem startu rakiety, która wyrzuciła na orbitę satelity. A na zdjęciu poniżej zachód słońca nad Zatoką Meksykańską.

Do następnego 🙂

W POSZUKIWANIU LAMPEK CHOINKOWYCH

Nie mam jeszcze nastroju tak świątecznego, żeby ubierać choinkę, czy wieszać lampki przed domem. Czekam z tym około tygodnia przed świętami. W domu jednak mam powieszone dwa rodzaje światełek: w oknie kuchennym i salonie. A w koszyku znajdują się mandarynki, bo one mi smakują najbardziej w tym okresie.

Chciałam jeszcze ustroić pokój, którego okno wychodzi na ulicę. W pudłach na strychu mam kilka kompletów lampek, ale za nic nie chciało mi się wszystkiego rozpakować, żeby je poszukać. Za każdym razem, gdy stroimy dom na święta i otwieramy kolejne pudła z ozdobami, to zawsze się dziwię, że mam takie czy takie zabawki i dekoracje. Nigdy nie pamiętam, co i jak pakuję po świętach. Więc nie ma opcji, żebym teraz szukała tych lampek. Jeszcze nie nadszedł ten moment.

No i cóż było robić? Wybrać się, a jakże, do kringloopa. Tam jest od groma świątecznych ozdób. Znalazłam lampki migające na baterie. Pasują mi do tego okna jak ulał.

Standardowo, przeszłam się po regałach i oglądałam inne świąteczne rzeczy. Nie było opcji, żebym czegoś nie kupiła. I tak do mojego koszyka wpadły dwa kubki z bałwankami czy świąteczny obrus i 4 podkładki na stół w kolorze oczywiście czerwonym z wytłoczonymi dzwonkami.

Do tego doniczka, która wygląda jak wielka filiżanka a Pan Mąż stwierdził, że raczej przypomina starodawny nocnik. Wszystko jedno, bo kwiatek się w niej prezentuje ładnie 🙂

Obejrzałam również kubki i kubeczki a także lampki. Dwie z nich (komplet) prezentowały się elegancko.

Moją uwagę zwróciła także szafa. Ogromna i pojemna, ale jej wygląd mnie odstraszał. Przypominała mi zestawy mebli, które można spotkać w pałacach, dworach, gdzie urzęduje szlachta, a nie przeciętny Kowalski. Zresztą to był komplet, bo łoże też było ogromne, też z takim zagłówkiem+ ten sam wzór na szafkach nocnych. Nie mój gust.

Z nowości, to pojawiło się sporo zestawów AGD: garnki, patelnie, czy nawet popularny ostatnio airfryer.

Z pewnością jeszcze przed samymi świętami zawitam do kringloopa, żeby uzupełnić świąteczne braki w dekoracjach.

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Najwyższa pora napisać co nieco o poprzednim miesiącu. Trochę się wydarzyło, następują zmiany a ja się cieszę, że przede mną już tylko grudzień i wreszcie zacznie się nowy rok i jeszcze więcej zmian. A przynajmniej mam taką nadzieję.

Przed nami, w pracy druga część przygotowania szklarni na nowe sadzonki pomidorów. Najpierw było duże sprzątanie, czyli usuwanie wszystkiego po wycince ostatnich pomidorów. To był w sumie najgorszy czas, bo praca była dosyć brudna. To znaczy, jeśli ktoś ma wprawę, wie co z czym się je, to bardzo się nie namęczy. W każdym razie, poszło szybko, bo i ekipa była (o dziwo) dosyć zgrana. Przed nami kolejna część, czyli szykowanie szklarni. Jest to już czysta praca, bo będzie np rozkładana nowa folia.

Ostatnie smętnie wiszące pomidory.

Przed likwidacją, jedna para się wykruszyła. Przez własną głupotę. Jak to zwykle wśród Polaków bywa, zawsze coś się odwali. Dziewczyna, która pracowała ze mną na magazynie w ostatnim miesiącu cięcia warzyw, wyleciała, bo nie pojawiła się ze swoim chłopakiem w pracy. Okazało się, że pokłócili się przy ciężkiej popijawie (mieszkali w hotelu pracowniczym) i doszło do bijatyki. Nie znam szczegółów, ale było podobno niebezpiecznie, bo partner chciał ją wyrzucić przez okno. Musieli opuścić hotel. Cały czas mieli kontakt z chłopakiem, który nadal z nami pracuje. Dowiedziałam się, że wygrali w kasynie (chyba internetowym) trzy tysiące euro (!). Głupi ma szczęście… Co zrobili? Zamiast szukać nowej pracy i miejsca zamieszkania, pojechali do Hagi, do hotelu na plaży. Przychodzi mi do głowy tylko drogi Grand Hotel. I tam sobie mieszkali i balowali. Forsa oczywiście szybko się skończyła a oni zostali z ręką w nocniku. Wtedy zaczęły się telefony do ludzi z pracy (naszej) z prośbą o pożyczki. Wrócili z powrotem do naszego miasta, wbili się nielegalnie do hotelu pracowniczego i tam ukrywali przez parę dni. Ostatnio usłyszałam, że znaleźli nową pracę i wynieśli się gdzieś indziej. Takie tu są mocne Polaków przygody.

Lubię fotografować łabędzie.

Rozdałam sąsiadom skrzynki z ostatnimi w tym roku pomidorami. Dostałam od jednych za to, pojemnik z domowymi ciastkami. Na bileciku było podziękowanie i opis, że ciastka są owsiane, z rodzynkami i orzechami włoskimi. Były bardzo dobre.

Druga sąsiadka ma za to fioła na punkcie Bożego Narodzenia. Byłam u niej po odbiór paczki, którą zostawił kurier i najpierw zastałam świąteczny wieniec na drzwiach, a parę dni później mnóstwo światełek przed domem. Zapytałam się, czy inne święta też lubi. Odpowiedziała, że nie. Halloween jest amerykańskie a Wielkanoc nudna. Dla niej istnieje tylko Boże Narodzenie.

Nie powiem, udzieliła mi się trochę świąteczna atmosfera. W tym momencie wiele domów jest już ustrojonych, ale dla mnie to za wcześnie na takie rozkręcenie się przed świętami. Powiesiłam na razie tylko światełka w oknie w salonie. Zrobiło się przytulnie.

Ptaszki w ogrodzie też mają święta. Pewnej niedzieli obudziło mnie stukanie w szybę. Zobaczyłam sikorki. Nie było innego wyjścia, jak powiesić im pojemniki z ziarnem. Dwa zawisły na drzewie a trzeci został przyklejony na szybę. Znalazłam takie coś w Actionie.

Na TikToku popularne stały się filmiki, w których Amerykanki ubzdurały sobie, że słowiańskie kobiety są takie ładne i szczupłe, bo jedzą kaszę gryczaną z dodatkami. Owszem, jedzą. Bo jest pyszna i zdrowa. Owszem, z dodatkami. Ale nie z awokado i jajkiem sadzonym. U nas gości sos i ogórek kiszony. Dodajmy do tego miody, grzyby leśne, przetwory domowej roboty, zupy, potrawy treściwe, ale bez tego ogromu chemii popularnej w Stanach, to będziemy mieć dietę słowiańską 🙂 Ja też mam dietę, którą prowadzi Pan Mąż, czyli pyzy z mięsem 🙂

Moje storczyki, które zadomowiły się w łazience, miały okres spania. Zrzuciły ostatnie kwiaty i wypuszczały tylko te swoje wężowe pędy. Wreszcie zauważyłam, że zaczęły wypuszczać łodygi, na których pojawią się niebawem kwiaty.

Teraz będzie trochę o zakupach i o tym, co pojawiło się w holenderskich sklepach. Zacznę od Lidla. Dorwałam „bombonierkę”, czyli 16 czekoladek z alkoholem w kształcie butelek. Pamiętam za dzieciaka, jak się takie jadło. Jestem ciekawa, jak to smakuje. Na razie stoi i czeka.

Byłam też w Kruidvacie po syrop na kaszel. Jest to najpopularniejsza holenderska drogeria, w której chyba dziada z babą brakuje. Dlatego obejrzałam sobie trochę asortyment. Znalazłam fajne małe paletki do makijażu (idealne na podróż) i szafę z perfumetkami. Wąchałam testery. Tylko węch, a zapach czułam na sobie jeszcze długo potem. Kupiłam jedną i jestem zadowolona.

Ozdoby świąteczne też przejrzałam. Na topie są bombki w kształcie jedzenia: owoce, warzywa, hamburgery, przez ketchup po piwo.

W Xenosie (jest to sklep z dekoracjami do domu, ozdobami itp) są chyba najładniejsze ozdoby świąteczne i nie tylko.

Na uwagę zasługuje też truskawkowy komplet do łazienki, czy mini breloki z malutkim pojemnikiem z przyprawami, m.in solą i pieprzem.

Moje papugi mają swoje dziwactwa. Jedna z nich zaczęła zasypiać w kącie klatki, zamiast „po ludzku” na patyku a pozostałe dwie poszły w jej ślady:

Dorwały się też do bazylii. Najpierw okupowały szczypiorek. Kupiłam więc bazylię w Lidlu w doniczce i postawiłam na blacie kuchennym. Trochę skropiłam wodą i ptaki miały zabawę. Chętnie ją też skubały.

Zwierzątka świąteczne w centrum handlowym. Tutaj piesek.

Lidl oferuje sporo rodzajów bułek słodkich. Miałam nawet zrobić osobny wpis na ten temat, ale pomysł gdzieś uleciał. Napiszę parę słów na temat babeczek, które często kupujemy, bo są naprawdę dobre. Zastanawiałam się nie raz, czy to typowo holenderski wyrób. I ostatnio natknęłam się na opis tego typu ciastek. Pasteis de nata, czyli wywodzące się z Portugalii ciastka w kształcie babeczek. Zrobione z ciasta francuskiego, wypełnione kremem budyniowym. Ich historia wywodzi się z lizbońskiego klasztoru hieronimitów w Belem. Produkcja tych ciastek stała się wówczas głównym źródłem dochodu dla klasztoru. Po jego likwidacji, przepis sprzedano zaufanej rodzinie, która prowadziła produkcję i sprzedaż babeczek obok klasztoru.

Będąc w Portugalii, szukajcie tego przysmaku!

Pisałam wcześniej, że właściciel szklarni postanowił sprzedać swoją firmę. Od 1 grudnia mamy nowego właściciela. Dlatego w ostatni piątek listopada, Ard postanowił zaprosić nas do restauracji w ramach podziękowania za wspólne lata pracy. Było wesoło, miło, ale też trochę smutno, bo dla Arda ta firma, była jak dziecko. Wspominając ten czas, miał czasem łzy w oczach. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie za pracę. Zostaje z nami do emerytury, ale nie będzie już oficjalnie szefem. Mimo to, zawsze będziemy go tak traktować. Jest naprawdę fajnym człowiekiem. Dostaliśmy też po prezencie. Chłopaki piwa belgijskie a dziewczyny po amarylisie. Plus każdy – bon na zakupy na bol.com.

W restauracji było już mnóstwo ludzi. Gdyby nie zarezerwowany stolik, to nie byłoby miejsca. Muzyka fajna, bo lata 90. Jedzenie dobre. Mogliśmy zamówić co chcemy. Podobno jest niepisana zasada, że jeśli ktoś zaprasza do restauracji, to nie wypada zamawiać najdroższych dań z karty. Zresztą, nie chciałam się też objadać na noc. Zamówiłam zupę cebulową, na deser brownie z lodami a do picia dużo wody mineralnej. Ciasto pyszne, a obok dodatkowo znajdowały się mega słodkie winogrona w likierze amaretto.

Mój amarylis znajduje się na parapecie w salonie. Muszę znaleźć jakąś fajną podstawkę dla niego w kringloopie.

Kolory holenderskiej jesieni  🙂

Do następnego 🙂