Witaj w moim holenderskim pierdolniku, gdzie wiatr kręci wiatraki a ser pachnie lepiej, niż poranna kawa. Holandia pokazana moimi oczami: czasem bez lukru, czasem zabawna. Ale to nie wszystko, bo będzie też trochę o książkach, polecajkach i jedzeniu. Zacznij ze mną tę jazdę na dwóch kółkach po płaskiej ziemi! :)
Ostatnio w internecie widziałam sporo filmików dotyczących perfum arabskich, ale też takich kultowych, popularnych kiedyś w Polsce. Arabskie mnie niezbyt interesowały, za to przypomniałam sobie o „wykrzykniku”. Wpisałam w wyszukiwarkę nazwę.
I wyskoczyło mi kilka propozycji, w tym promocja w drogerii internetowej Notino. Lubię ten sklep. Już od dawna mam tam założone konto. Wrzuciłam perfumy do koszyka. Była to większa wersja. Pamiętam, że pierwszy raz dostałam je w prezencie na 18 urodziny od teraz już Pana Męża. Pachną według mnie bardzo ładnie i utrzymują się długo.
Ktoś źle przykleił naklejkę 🙂
Zobaczyłam też inne perfumy, które dobrze znam. To znaczy dobrze znam zapach, bo kiedyś dostałam dezodorant tej gamy zapachowej.
Do koszyka wrzuciłam też dwie maski w płachcie, które już raz używałam. Do tego mniejszą wersję maski na noc, bez zmywania marki Estee Lauder. Nie chciałam normalnej pojemności, bo nie chcę się w razie czego rozczarować za tę wyższą cenę. Czeka w najbliższym czasie na wypróbowanie.
Polska marka Apis zaintrygowała mnie serum rozświetlającym. Lubię takie kosmetyki na twarz, bo podbijają makijaż. Nakładam zazwyczaj ma poliki. Już testowałam. Jest ok, ale dla mnie ma za mało rozświetlenia.
Balsam do ciała marki Eveline, który był nieziemsko chwalony przez dziewczyny za zapach. Byłam ciekawa, czy faktycznie tak cudownie pachnie perfumami. Sprawdziłam i okazuje się, że tak. Ma bardzo przyjemny zapach faktycznie, jakby jakichś perfum.
Na koniec czeski kosmetyk z miodem i propolisem. Miód uwielbiam nakładać na twarz, odżywienie gwarantowane. Ten krem używam na noc. Pachnie lekko miodem i dobrze działa na skórę – jest odżywiona i miękka. Dobry zakup. Widziałam też wazelinę tej marki z propolisem. Chyba się skuszę, bo uważam że dobrze będzie jej używać pod oczy na noc.
Mało mnie na blogu, nie mam głowy do wpisów, bo w pracy natłok obowiązków. Nie lubię pracować w soboty, ale niestety o tej porze roku tak często bywa. Mieliśmy wreszcie wolny weekend. I postanowiliśmy go wykorzystać na maksa.
Nadrobiłam porządki domowe a Pan Mąż wreszcie ogarnął swoje klamoty do sklejania modeli. Jego stolik wyglądał, jak wysypisko śmieci. On oczywiście tak nie uważa. Posprzątał ten swój bajzel, bo zaprosiliśmy do ciebie dobrych znajomych, którzy za tydzień zjeżdżają do Polski i na tę chwilę nie wiedzą jeszcze, czy wracają do Holandii w przyszłym roku. Dobrze, że też mieszkają w województwie łódzkim, więc jest szansa spotkania, gdy będziemy w Polsce na urlopie. Oczywiście takie spotkanie nie mogło się obyć bez dobrego jedzenia.
Ja zrobiłam bigos, bo od jakiegoś czasu za mną chodził. Mieszałam w garze od czwartku. Do tego doszły trzy rodzaje serów z pomidorkami koktajlowymi i czosnkiem.
Witek przygotował mule w sosie. Umie je dobrze przyrządzać, bo nauczył go szwagier – Włoch. Jedliśmy je rękoma prosto z gara. Były pyszne. Pan Mąż niech żałuję, że nie lubi owoców morza.
Sylwia zrobiła rollsy z ciasta francuskiego. Nie posiadam wałka (w sumie nie wiem dlaczego) więc pomogła butelka z winem.
Zrobiła dwa rodzaje nadzienia: jedno z szynki+ dodatki a drugie łosoś wędzony+ dodatki, ale niestety pamiętam tylko, że dokładała suszonych pomidorów. Zapiekła to w piekarniku i jedliśmy na ciepło. Były bardzo dobre.
Zapijaliśmy to winem i piwem. Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, na różne ciekawe tematy. Wieczór minął nam wesoło. Takie wspólne gotowanie a potem jedzenie, jest naprawdę dobrą zabawą i mam nadzieję, że powtórzy się jeszcze nie raz. Na drugi dzień czekał na nas rosół, który ugotowałam już w sobotę.
Sprzątałam ostatnio porządnie kuchnię. Omiatałam kąty z pajęczyn szczotką z piórkami na kiju. Zahaczyłam oczywiście też o lampę u sufitu. Nie podoba mi się ona ogólnie. Dlaczego? Już wyjaśniam…
Jest ona w nowoczesnym stylu- ma małe trzy lampki połączone czymś w rodzaju drutu. Nie potrafię tego dobrze opisać. W każdym razie wiszą tam często pajęczyny i osiada dużo kurzu, co jest trudne do usunięcia. Dodatkowo owe lampki posiadają małe, granatowe klosze, co niestety daje słabe światło. Przy odkurzaniu coś uszkodziłam i przy włączaniu światła nic nie działało. Pan Mąż, elektryk sprawdził i powiedział, że po prostu uszkodziłam coś w tym kloszu, bo styki działają. To był dobry moment, żeby jechać do kringloopa i poszukać jakiegoś prostego i jasnego klosza. I niestety nie było nic, co mi się by podobało. Ale oczywiście nie wyszłam z pustymi rękami.
Najpierw zapakowałam do koszyka stojącą lampę z trzema małymi kloszami imitującymi kwiaty. Ma ona regulowaną moc oświetlenia. Żarówki są dla mnie za jasne jednak. Dają ostre, białe światło. Wolę żółte, ciepłe. Zresztą w jednej lampce żarówki brakuje. Wymienię je w najbliższym czasie. Lampa stanęła na stoliku za kanapą w salonie.
Sklepy powoli (a w zasadzie szybko) zapełniają się ozdobami na Boże Narodzenie. W kringloopie oczywiście też już są bombki i inne takie. Nic z tych rzeczy nie kupiłam, bo mam tego całe mnóstwo w pudłach na strychu. Zresztą nawet jeszcze nie myślę o ozdabianiu domu na święta. Za wcześnie.
Stałam dłuższą chwilę przy filiżankach. Lubię pić kawę i herbatę z kubków. Ale czasem sięgam po filiżankę. Mam ich kilka+ serwis do kawy. Wpadła mi w oko jedna sztuka za 0,50 centów.
Pan Mąż natomiast wypatrzył gąsiora i kupił, bo stwierdził, że będzie robił wino. Ja w tym czasie oglądałam karafki.
Na półkach stały też komplety kuchenne na np cukier, mąkę i inne przyprawy, sosjerki i doniczki. Podobała mi się tylko jedna- zwykła, biała i kupiłam. Dlatego, że kupiłam też nową roślinę 🙂
Pan Mąż wygrzebał pudełko z domkami i budynkami, z których tworzy się makietę kolejową. Kosztowało to chyba 15€ i oczywiście kupił, bo się pewnie przyda.
Łupy okazały się udane, mimo że wyszłam bez klosza do kuchni. Co ciekawe, coś się załączyło i światło zaczęło działać. Ale to nie znaczy, że go nie zmienię. Planuję jechać do kringloopa do Rotterdamu. Widziałam na TikToku, że jest naprawdę ogromny. Kolejnym, jest całkiem spory w Delft.
Ciężko mi idzie pisanie na blogu, ale to przez TEN okres w roku, gdzie zaczyna się dużo więcej pracy przez nadchodzącą likwidację uprawy pomidora. Będę się starała coś tam naskrobać,ale nie będę ukrywała, że trochę ciężko będzie. Zaczynam pracę wcześniej niż zazwyczaj i wychodzę niemal ostatnia. Do tego dochodzą pracujące soboty.
Pisałam wcześniej, że właściciel pozbywa się swojej szklarni i przechodzi ona w posiadanie nowej firmy, która ma kilka szklarni. Mieliśmy już dwa spotkania z nowym szefem. Rozmawiał z każdym o tym, co tutaj robimy, czym się zajmujemy, co chcemy robić, itp. W miejscowości De Lier znajdują się inne szklarnie, gdzie można podnieść swoje kwalifikacje i więcej się nauczyć, a tym samym zmienić stanowisko pracy i więcej zarabiać. Podpisaliśmy już nowe kontrakty. Nowy szef pojawi się ponownie w marcu. Wtedy nastąpi kolejna rozmowa, m.in o płacach i mam zamiar zapytać się o pracę w De Lier. Nie wiem jeszcze, co mi mogą zaproponować, jestem ciekawa i chętna na zmiany.
Rzodkiewka z samego rana pokazała swoją twarz 🙂
Jestem fanką chyba najpopularniejszego ciastka w Holandii, czyli stroopwafel. Już mi się przejadł, ale to nie znaczy, że nigdy go nie tknę. Co tu dużo pisać… Jest pyszny. W Lidlu ujrzałam likier o smaku tego ciastka i kupiłam butelkę. Podejrzewam, że jest bardzo słodki i podejrzewam, że nawet tego nie wypiję. Więc raczej pojedzie ze mną do Polski.
My favorite season is when all the mosquitos are dead… Taaa, marzenie ściętej głowy… Jak ja się cieszyłam na tę jesień, że wreszcie te brzęczące gnoje nie będą przeszkadzać. Niestety co wieczór zabijamy chociaż jedną sztukę. Przed wyjściem z domu, zawsze uchylam okno w sypialni, bo lubię mieć przewietrzone. A że w Holandii jest w tym momencie nawet ciepło (około 15°, zakładam bluzę i bezrękawnik), więc zawsze jakiś komar wlezie do domu. To jest męka dla mnie. Nie chce mi się szukać po sklepach specjalnego płynu do kontaktu. Przeczekam. Ciepła pogoda pomaga też moim wrzosom przed domem, które nie lubią być przelane wodą i sobie fajnie rosną.
W tym roku Halloween wypadło we czwartek. Nie organizowałam żadnej imprezy. Stwierdziłam, że nie ma to sensu, bo i nie ma z kim się bawić a poza tym w sobotę pracowaliśmy. W samochodzie jednak akcent tego święta się znalazł. Podobnie w domu. Sąsiedzi na przeciwko zorganizowali małe party na zewnątrz i muzyka w sobotę grała niemal do 22:00. Ozdobili też dyniami i szkieletami przed domem. Dzieciaki w tym roku za to w ogóle nie chodziły za cukierkami. Trochę smutno, ale chyba nikomu się nie chciało specjalnie świętować i się bawić.
Pan Mąż wreszcie znalazł chwilę i zamontował nową szafkę w łazience. Poprzednia była metalowa i od wilgoci rdzewiała. Poza tym ciężko się ją myło. Miała zamontowane kable ze światłem, które wkładało się w pokoju obok do kontaktu. Wszystko zostało rozmontowane, przewody odcięte i zabezpieczone. Za szafką syf okropny. Żałuję, że wcześniej jej nie zmieniłam. Nowa kolorystycznie pasuje do płytek, ma półki za lustrem i kilka po bokach, ale nie posiada żadnej lampki. Kupiłam ledy na ładowanie ( trzy rodzaje oświetlenia) na Temu i Pan Mąż przyczepił je do lustra. Włącza się je na dotyk. Do tej pory sprawdzają się idealnie.
Bawiłam się też w robienie przetworów. Znalazłam jakiś przepis w internecie: ogórki, cebula, pomidory, koperek i zalewa octowa. Lubię robić weki. Tych jeszcze nie otwarłam i pierwszy raz się boję, co to mi tam wyszło… XD
Pomagaliśmy w przeprowadzce znajomym. Zmieniali mieszkanie firmowe. Ta sama miejscowość, ale inny dom. Pokój mieli z balkonem i zrobili sobie na nim dekoracje z muszelek. Było ich sporo, różnej wielkości i rodzaju. Do tego nad nimi zamontowali światło i stworzyli sobie letni klimat.
Spacerujące łabędzie Okno oplecione zielenią.
Mój salon ozdobiła kolejna roślina. Niestety nie mogę się powstrzymać i zawsze przytargam coś liściastego do domu. Tym razem upolowana w Lidlu z resztek. W weekend będzie przesadzana do nowej doniczki.
Podobno, gdy się pisze bloga, to warto od czasu do czasu taki wpis zrobić. Lubię czytać takie teksty u innych blogerek, bo zawsze coś tam ciekawego można wypatrzeć. No więc, ja też coś napiszę małego na ten temat, bo kilka rzeczy jesienią lubię.
Przede wszystkim przed domem muszą stać jesienne rośliny. W tym roku mam kilka kolorów wrzosów. Mam nadzieję, że dotrwają do wiosny i dalej będą sobie rosły. Jeden wrzos uchował mi się od zeszłej jesieni. Zrezygnowałam za to z ustawiania na zewnątrz dyń. Zgniją szybko, bo często pada, a mam dwa fajne okazy na półce z książkami.
Będąc w Lidlu, zawsze oglądam dodatki do domu. Teraz wypatrzyłam (i dorwałam ostatnią sztukę) ceramiczną dynię w białym kolorze ze światłem ledowym. Wygląda fajnie i postawiłam ją na komodzie w sypialni. Włączam przed spaniem, bo daje delikatne, przyjemne światło.
A jeśli o światełkach mowa, to świece też muszą być, bo jesień jest wtedy jeszcze bardziej jesienna 🙂 Mam ich sporą kolekcję w salonie, ale ostatnio znalazłam jesienną Yankee Candle w dużym słoju o korzennym zapachu (zresztą bardzo ładnym), który naprawdę kojarzy mi się z tą porą roku.
Jak jesień, to pora na zbieranie grzybów. W Holandii niestety lasów jak na lekarstwo, zresztą w moich okolicach ich chyba w ogóle nie ma, a poza tym tutaj można zbierać tylko na własny użytek 250gram. To dla mnie nic, bo ja uwielbiam zbierać grzyby i je jeść. Dlatego na Temu zamówiłam kubek z grafiką grzybków – będzie jak znalazł do picia kakao.
Do jedzenia wlatuje szarlotka. Jako, że sama piec potrafię tak, jak odprawiać mszę (mimo to, czasem próbuję i często gówno wychodzi), więc kupuję gotowe placki w sklepie. Lidl tutaj ma w ofercie porządne ciasto jabłkowe: duże kawałki owoców i sporo cynamonu 🙂
Jesienią zazwyczaj zaczynam używać oleju kokosowego. Ten kupiłam w tureckim sklepie. Po całym dniu czyszczę twarz mleczkiem, a potem nakładam olej i czyszczę poraz drugi, żeby rozpuścić zanieczyszczenia. Potem wlatuje żel do mycia twarzy. Często też używam go zamiast balsamu. Jeśli o mnie chodzi, to nie ma nic lepszego, niż taki olej do wysuszonej i podrażnionej skóry. Zresztą czytałam, że jest on w stanie nawet wyleczyć trądzik.
Nie ma opcji, żebym nie wspomniała o kryminałach, których nazbierało się trochę i aż się proszą o czytanie ich w jesienne wieczory 🙂
Do tego dochodzą oczywiście podcasty kryminalne. W pracy nie mam w tej chwili możliwości, żeby wszystkich zaległych odsłuchać. W domu zaś wolę jednak czytać. Czasem włączam przy sprzątaniu, ale i tak jestem do tyłu. Ostatnio odkryłam „Maskę Arlekina” i „Paragraf zbrodni” Szymona Wochala.
Pisałam już kiedyś, że zajęłam się (dzięki TikTokowi) wyklejaniem -„journaling”. Mam jeden album ledwo zaczęty. Ale za to znalazłam czas, żeby do drugiego zeszytu wklejać, np bilety wstępu, zaproszenia, ulotki, itp, czyli pamiątki z odwiedzonych miejsc albo kartki urodzinowe. Można wpisywać tam ulubione cytaty, wklejać paragony- ogólnie co tam nam pasuje, co się podoba, do czego mamy sentyment, itp. Nazywa się to „junk journal”. Nazbierało się nam sporo takich „papierków” i postanowiłam je wklejać. Do tego kupiłam w Actionie kolorowe, tematyczne stickery i ozdabiam te kartki. Stwierdziłam, że połączę to z journalingiem. Zobaczymy, co wyjdzie. Na Temu jest mnóstwo naklejek, dlatego dokupię więcej. Sporo na ten temat można się dowiedzieć z Tik Toka.
Po ciężkiej (dla psychiki) lekturze pt „Chłopki”, nadszedł czas na coś lżejszego. Mam na myśli kryminał i historię, która jest zmyślona. Przyzwyczaiłam się już do tego typu książek a teraz odkryłam nowego autora.
Już od dłuższego czasu czytam kryminały i thrillery polskich pisarzy. Przymierzam się do książek Katarzyny Bondy. Mam jedną pozycję, ale jest naprawdę gruba i jakoś nie mogę się przemóc do czytania. Ale i na nią przyjdzie czas. Dobra, przejdźmy do dzisiejszej książki. Na początku napiszę, że gdzieś tam obiło mi się o oczy i uszy nazwisko Moss. Czytałam pozytywne opinie na temat tego autora i jego kryminałów. Wreszcie dorwałam trzy.
Marcel Moss jest jednym z najpopularniejszych autorów powieści kryminalnych w Polsce. Czytelnicy i internauci zostali sprowokowani do dyskusji na ważne tematy społeczne, np przemoc fizyczna i psychiczna, hejt, depresja, czy samobójstwa, bo takie tematy w swoich powieściach porusza autor. Marcel jest także autorem doskonale przyjętej serii kryminalnej „ECHO” a nakład jego książek przekroczył po trzech latach od debiutu, pół miliona egzemplarzy.
„Polana” jest pierwszą pozycją Mossa, którą przeczytałam. A zajęło mi to około dwóch tygodni. Zaznaczę, że czytam wieczorami. Akcja powieści dzieje się we wsi Runowo, która jest położona w sąsiedztwie Puszczy Gorzowskiej. Jej mieszkańcy doznają szoku, gdy okazuje się, że zaginął Artur Krynicki. Mężczyzna wyszedł pewnego razu z domu i już nie wrócił. Jednym z głównych podejrzanych staje się lokalny biznesmen, u którego Krynicki miał niespłacony dług. Ten jednak nie przyznaje się do winy. Miesiąc później z pobliskiej rzeki zostają wyłowione zwłoki kobiety. Śledczy przypuszczają, że należą do skonfliktowanej z mieszkańcami wsi Lilii Malczewskiej. Uznawana za nawiedzoną, kobieta od dawna żyje na uboczu i nie utrzymuje z nikim kontaktu. Wkrótce do Runowa przybywa Sambor Malczewski- brat bliźniak Lilii, który od blisko trzydziestu lat nie miał z nią kontaktu. Były policjant niechętnie podejmuje się rozwiązania zagadki śmierci siostry. Im bardziej Zagłębia się w jej przeszłość, tym więcej szokujących faktów odkrywa. Czegoś mieszkańcy Runowa nie mówią a rodzinna tragedia sprzed lat, ma jakiś związek ze śmiercią Lilii. Natomiast w mrocznym lesie, znajduje się pewna polana a ludzie boją się tam chodzić, bo skrywa ona tajemnicę…
Główny bohater – Sambor, wydaje się nie być zbyt sympatycznym człowiekiem. Złożyło się na to jego dzieciństwo, praca w policji a potem tragedia, do której poniekąd sam doprowadził. Wszystko, strona po stronie, wychodzi na wierzch… Jak to się mówi: ręka rękę myje a niektórzy nie są tymi, za których się ich uważa. Porządny okazuje się być gnojem a osoba brana za złą lub dziwaka jest dobrym człowiekiem. W tej powieści od początku wszystko jest dziwne, bo na przykład mamy powiązanie z bóstwem słowiańskim. A co za tym idzie, zastanawiamy się, co ma wspólnego Borowy z tragedią rodziny głównego bohatera. A Sambora nawet polubiłam. Okazuje się, że nie jest facetem bez uczuć, cynikiem i dupkiem, którego interesuje tylko zaglądanie do kieliszka.
Czytając tę książkę, dwa razy się wręcz skrzywiłam (z obrzydzenia), bo nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Lubię takie „wstrząsy”. Druga rzecz, to nazwa rzeki: Duszyna i jeziora: Chaszcze. Sprawdziłam w internecie i nie znalazłam takich nazw, więc autor najpewniej je wymyślił i to całkiem dobrze mu wyszło. Pomysłową nazwą jest także nazwa baru w Runowie: Duszny Bar 🙂
Podsumowując: pierwszą powieść Marcela Mossa, którą przeczytałam oceniam na plus i polecam.
Ale szybko mi ten wrzesień minął. Nie mogłam się go zresztą doczekać, bo wtedy miałam dwa tygodnie urlopu, który właśnie zakończyłam. Udało mi się wysępić u szefa dodatkowe dwa dni wolnego- piątek przed i poniedziałek po. Pan Mąż niestety do pracy musiał chodzić.
Ja zostałam w domu, bo chciałam pomalować schody, położyć nowe dywaniki i całkowicie wysprzątać dom przed późną jesienią i zimą. Trzeba było zrobić trochę porządków, żeby m.in pozbyć się niepotrzebnych rupieci. Lubię takie czystki. Pierwszy tydzień wolnego był ciepły, więc umyłam okna na zewnątrz. Gdy zaczęło padać – w środku. A padało dość konkretnie, bo i burze były. Okna myję gąbką i wodą z płynem do mycia naczyń+ płyn do mycia szyb. I robię takie „mazaje” na szybie. Zresztą lubię myć okna, relaksuje mnie to 🙂
Pan Mąż w weekend ostatni raz porządnie skosił podwórko. Ja usuwałam chwasty z mojego ogródka i wsadziłam cebulki żonkili. Może na wiosnę coś wyrośnie. Umyłam grille, zrobiłam porządek z chodnikiem i doniczkami.
Miałam też nawet czas na stanie przy garach. Na TikToku jest sporo fajnych profili z gotowaniem. Znalazłam przepis na pyszne smoothie. Nigdy za tego typu koktajlami nie przepadałam, ale ten jest rewelacyjny: pół banana, pół świeżego ogórka, pół awokado, kiwi ze skórką, trochę natki pietruszki, wody i soku z cytryny. Zmiksować i od razu pić. Pycha! Dodatkowo udało mi się zrobić bardzo dobre placki ziemniaczane z cukinią (wszystko tarte na grubych oczkach) z sosem kopertowym 🙂
Zrobiłam porządki na regale z książkami. Jeden mam w salonie a drugi w najmniejszym pokoju. Kurzu od groma. Wszystko od nowa układałam, co zresztą lubię robić. Książki zawsze układam tematycznie.
Na parkingu pod marketem takiego kocura spotkaliśmy: bardzo ciekawski 🙂
W czasie, gdy ja siedziałam w domu, na szklarni pojawiła się papużka falista! Szef dał jej wody, ale to za mało dla tego ptaszka, bo padł by prędzej z głodu, niż z pragnienia. Nie była bardzo płochliwa, ale niestety złapać się nie dała. Próbowali, ale uciekała. Szkoda, bo bym miała czwartą za free. Musiała wlecieć przez otwarte w dachu okno i nie wiadomo, co z nią się stało 😦
Szkoda ptaszka…
Za to moje papugi śpią w dziwnych miejscach. Najpierw spały na patykach, dopóki jeden samczyk nie przeniósł się w kąt klatki, więc drugi zrobił to samo, a samiczka śpi na huśtawce, ale na samej górze. Zresztą, co się dziwić – papugi to stan umysłu 🙂
Piękna pełnia i pająk w tle nad drzwiami 🙂
W chyba ostatni ciepły wieczór, wybraliśmy się z Panem Mężem do parku na spacer. Było już naprawdę ciemno, ale szkoda było siedzieć w domu. Park mamy minutę marszu od domu. Siedzieliśmy nad bajorem na ławce i nagle przytuptał sporej wielkości jeż.
Sąsiadka mi mówiła, że jedzą m.in rodzynki.
A tu schody, które mnie doprowadziły do szału. Dywaniki przyklejone na amen w pacierzu a do tego każdy przytwierdzony czterema śrubkami. Było roboty z usuwaniem kleju, ale malować trzeba dwa razy.
Truskawki od sąsiadki.Mattie na naszej markizie.
Oczywiście pojechać musiałam do centrum ogrodniczego po wrzosy. Wyszłam z dwoma rodzajami: mixem kolorów i pomarańczowym, fioletowym astrem i dwiema małymi dyniami, które stoją na regale z książkami w salonie. W weekend będę robiła dekorację przed domem.
Pan Mąż pożyczył od sąsiada wysoką drabinę, bo chciał naprawić rynnę. Była dziura, bo woda z niej kapała na parapet okna łazienki. Najpierw wziął się za jej czyszczenie i taki był efekt, że najpierw muszę porządnie kostkę wyczyścić, żeby ułożyć kompozycję z wrzosów:
Byłam też w kringloopie. W Actionie dekoracje na Boże Narodzenie pełną gębą i w kringloopie już też. Dla mnie za wcześnie. Zobaczyłam też piękne biurko.
Regał z książkami w salonie też uporządkowany. Nie ma kurzu a książki są znowu elegancko poukładane. Zniknęły zbędne szpargały a pojawiły się kupione wcześniej dynie.
Muszle i sowy zostały, bo to już ich stałe miejsce. Wschód słońca.
Wreszcie skończyłam czytać tę książkę. Jest to swego rodzaju ulga, bo jest psychicznie przytłaczająca. Czytanie zajęło mi to około dwóch miesięcy. Kilka razy to odkładałam żeby… odpocząć. Krótkie przerwy były potrzebne, ale nie było mowy o tym, żeby już w ogóle do niej nie wracać.
Autorka „Służących do wszystkiego” wraca do tematu wiejskich kobiet, ale tym razem to opowieść zza drugiej strony drzwi chłopskiej chałupy. Podczas, gdy Maryśki i Kaśki wyruszają do miast, by usługiwać w pańskich domach, na wsiach zostają ich siostry i matki: harujące od świtu do nocy gospodynie, folwaczne wyrobnice, mamki, dziewki pracujące w bogatszych gospodarstwach. Marzące o własnym łóżku, butach, szkole i o zostaniu panią. Modlące się o posag, byle „nie wyjść za dziada” i nie zostać wydaną za morgi. Dzielące zapałki na czworo, by wyżywić rodzinę. Często analfabetki, bo „babom szkoła niepotrzebna”. Joanna Kuciel- Frydryszak daje głos wiejskim kobietom, by opowiedziały o codziennym znoju, lękach i marzeniach. Jest to mocna, głęboko dotykająca lektura, która pokazuje ich nierówną walkę o siebie w patriarchalnym społeczeństwie.
Ten tekst jest zamieszczony z tyłu książki. To już dużo mówi o czym jest ta książka. Jest naprawdę szczegółowo napisana. To nie jest jakiś tam zlepek ogólnych informacji. Autorka zamieściła w niej mnóstwo opowieści wnuków kobiet, które dźwigały swój ciężki los. Dzieci miały wówczas ciężkie dzieciństwo, ale to kobiety dźwigały na swoich barkach trudy życia, dramaty i tragedie. Mężów kiedyś mało co obchodziła rodzina. Ważne było „politykowanie”, alkohol, papierosy i ciężka ręka w domu. Ale w niedzielę w kościele byli przykładnymi chrześcijanami, mężami i ojcami…
W książce zawartych jest bardzo dużo fotografii, które obrazują dobitnie tamtejsze życie.
Dodatkowo podzielona jest na zatytułowane rozdziały, które opowiadają kolejno dzieciństwo synów i córek, potem ich edukację, a w zasadzie jej brak, wykonywanie pracy, traktowanie przez rodziców – córki były niepotrzebne, mało pożądane w rodzinie.
Potem możemy przeczytać m.in o tym jak wyglądało dorastanie takich córek, wydawanie ich za mąż (oczywiście nie miały nic do gadania), albo służba w bogatych domach. Ciekawymi rozdziałami są te, w których opisany jest ubiór chłopskich rodzin czy kuchnia albo wygląd chat. Szokiem są opisy podejścia chłopów do zdrowia, lekarzy, śmierci i kościoła. Ksiądz przecież wtedy był wyrocznią i guru we wsi. Nic nie liczyło się bardziej, niż słowo duchownego. Śmierć dzieci, to nie była tragedia. Bóg dał – bóg zabrał, trzeba żyć dalej. A w tym wszystkim najniżej znajdowały się kobiety. Do tego dochodziły śmieszne zabobony i leczenie wiejskich znachorek. Wspomnieć muszę tu też o rozdziale przemocy domowej. Bo kobiety były nie tylko bite. Były też zabijane z byle powodu przez mężów, którzy ponosili za to śmieszne kary. Przeczytać możemy np o „Pięknej Zośce”, bohaterce wielu podcastów kryminalnych.
Kto nie zna, warto znaleźć podcast o tej sprawie.
Jest też kilka pozytywnych historii i wspomnień. Ale to jest nic w porównaniu z dramatami reszty chłopek. Im dalej w książkę, tym więcej możemy przeczytać o zachodzących zmianach w chłopskim społeczeństwie i polskich wsiach. Wreszcie nastawały inne, trochę lepsze czasy. Pojawiała się pomoc ze strony mieszczańskiego, inteligenckiego społeczeństwa. Kobiety z biegiem czasu przestały się bać, bo i czasem wyjeżdżały do pracy do innych krajów i widziały, jak inni żyją. Coraz częściej bywały w szkołach a i w sprawach małżeństwa miały coś do powiedzenia. Była to bardzo długa i ciężka droga do tego, aby było tak, jak teraz.
Lubię oglądać „Kogel Mogel”, pierwszą i drugą część tej komedii. Mimo, że akcja dzieje się w PRLu, to główna bohaterka nadal musiała słuchać się w pewnych kwestiach rodziców, zwłaszcza ojca. A jeśli ktoś chce kina typowego dla bardzo dawnych czasów, to polecam rewelacyjną „Konopielkę”.
Już dawno temu ubzdurało mi się, że chcę mieć stolik za oparciem kanapy, na nim sporych rozmiarów lampa, jakiś kwiatek… Coś na wzór tych amerykańskich salonów w filmach. No i mam taki stolik.
Kanapa nowa dopiero przyjedzie. Musi być nowa, bo ta teraźniejsza jest już mocno przetarta, zniszczona. Nie będzie mi pasowała do nowego koloru ścian. Stolik (nazywany tutaj „side table”), jest używany, ale w dobrym stanie. Znalazłam go nigdzie indziej, jak na Marketplace za całe 12€. Do tego blisko, bo okolice Rotterdamu. Jest dokładnie taki, jaki mi odpowiada, czyli dwie szuflady i półka na dole. Jedynie kolor mi nie odpowiadał, bo nie lubię białych mebli. Ale od czego są farby. Kupiłam puszkę czarnej, matowej farby w Actionie i zabrałam się za zmianę koloru.
Pogoda jeszcze dopisuje, więc szybko wszystko schło. Aby zakryć całkowicie biel, musiałabym pomalować go jeszcze raz. Stwierdziłam, że zostawię tak, jak teraz, czyli z lekkimi przetarciami nawiązującymi do stylu shabby chic. Nie wygląda przez to tak piekielnie czarno. Szuflady też poszły tym stylem.
Środek zostanie brązowy.
W korytarzu wisiało lustro w jasnobrązowej ramie, co z kolei nie pasowało mi do tapety. Od razu wiedziałam, że ją przemaluję.
Następny etap, to schody na piętro i strych. Dzisiaj zdzierałam papierem ściernym klej po dywanikach. Ciężka robota, ale poszło całkiem dobrze.
Nawiążę jeszcze do miejscowości, w której kupiłam ten stolik. Wygląda ona na dzielnicę Rotterdamu, ale to oddzielne miasteczko, bardzo spokojne i zielone. Znajduje się tam np rondo na środku którego tryska fontanna. Niestety nie miałam możliwości zrobienia zdjęcia. Zauważyłam też, że miasteczko przypomina trochę przedmieścia miast w Stanach Zjednoczonych. Chodzi o sporych rozmiarów domy, trawniki przed nimi i nie takie małe auta. Oczywiście wszystko dużo mniejsze w porównaniu do amerykańskiej rzeczywistości, ale trochę podobne.
Zdjęcia nie oddają całego wyglądu tego miejsca, ale mnie od razu nasunęła się myśl, że podobnie wyglądają amerykańskie przedmieścia. Nawet ulica, jak na holenderskie standardy, była dosyć szeroka 🙂
Holenderskie „klompen”, to rodzaj drewnianych butów wykonanych częściowo, lub w całości z drewna. Zawsze mi się podobały i kiedyś na pewno sobie takie sprawię. A na razie odwiedziliśmy muzeum drewniaków w Zaanse Schaans i teraz będzie mała relacja z tego, bo to wymaga osobnego opisu.
Mówi się na nie saboty, chodaki lub drewniaki. Z drewna robiono całe obuwie lub podeszwy, które za pomocą skórzanych pasków przymocowywano do stóp. Ochraniały one przed zimnem, wilgocią czy kamieniami na drodze. Do ich wyrobu używano drewna z olchy lub topoli. Niegroźne są im temperatury od -20° do -150°C. Do tego są nieprzemakalne, wytrzymują nacisk w przedziale 400-700 kg. W niektórych sytuacjach mogą być bezpieczniejsze niż nowoczesne stalowe obuwie, gdyż przy gwałtownym dużym nacisku nie zapadają się, lecz pękają.
W Holandii, podczas przeprowadzania prac wykopaliskowych, znaleziono drewniaki z XIII wieku. Dziś saboty mają ponad 700 lat tradycji. Podobno oryginalnie wywodzą się z Francji, ale uważa się je za nieodłączny element i symbol (obok rowerów, tulipanów i sera) Holandii. Produkowano je też m.in w Hiszpanii, Belgii czy Japonii. Różnią się między sobą nazwami, np francuskie to sabots a holenderskie- klompen.
W średniowieczu głównie nosili je chłopi i osoby niezamożne. Z czasem stały się uniwersalnym obuwiem. Holendrzy są znani ze swojej rozwagi dotyczącej pieniądza, więc jeśli mogli otrzymać buty, które nie niszczy się tak łatwo, jest nieprzemakalne i potrafi wytrzymać duże obciążenie, to każdy takie chciał mieć.
Klompen produkowane są w Holandii do dzisiaj. Szacuje się, że rocznie wytwarzanych jest około 3 mln par butów- jako pamiątki, ale też codzienne obuwie np rolników. W 1997 roku otrzymały oficjalny certyfikat Unii Europejskiej. „Klompenmaker” to osoba wytwarzająca drewniaki. Obecnie jest to zawód niemal wymarły, gdyż pracę ludzkich rąk zastąpiły maszyny. W Holandii istnieje ponad 100 zakładów wytwarzających te buty.
W Eelde znajduje się Klompenmuseum, gdzie zobaczyć można sprzęt do produkcji obuwia a także wziąć udział w pokazie ich ozdabiania. Drewniaki są na tyle cenionym dobrem narodowym, że powstało Nederlandse Vereniging van Klompenmakers, czyli Niderlandzkie Stowarzyszenie Wytwórców Chodaków. Ma ono za zadanie chronić wymierający zawód i kultywować tradycyjne rzemiosło.