W POSZUKIWANIU PAPUŻKI

Jak już pisałam poprzednio, kot Skalpel zabił mi ptaka. Miałam parkę: samczyka Mundka i samiczkę Eluśkę. Niestety życie straciła Elusia. Samczyk nie mógł być sam, więc szukałam dla niego nowej partnerki.

Z tym, że oni naprawdę tworzyli parę. I nie byłam pewna, jak Mundek i czy w ogóle zaakceptuje nową samiczkę. Chciałam kupić taką koloru żółto – zielonego, bo tak wyglądała jego partnerka. Mundek jest niebieski. Rozmawiałam z szefem w pracy na temat hodowli falistych. Odradził mi zwykły sklep zoologiczny. Powiedział, że około 20 km stąd jest spore centrum ogrodnicze Tuincentrum Graka. Oprócz roślin i gadżetów ogrodniczych mają też hodowlę papug i innych ptaszków. Dostałam adres. Sprawdziłam w internecie i faktycznie: sprzedają „piorkowate” a do tego psie, kocie i ptasie gadżety i karmę. Pojechaliśmy tam w zeszły piątek po pracy, bo było otwarte do 21:00.

Piękne hosty, które u mnie wykończyła inwazja ślimaków.

No więc ptaszków było do wyboru, do koloru. Mnie interesowały jedynie falki. W sklepie znajdowały się dwie klatki falistych. W jednej były mniejsze i smuklejsze a w drugiej bardziej puszyste, wyrośnięte, z mini czubami na łepkach. I do tej pory myślałam, że to ten sam rodzaj, z tym że jedne są bardziej wykarmione i starsze. Sprzedawca mnie poprawił i powiedział, że te większe to po prostu inna odmiana. Człowiek uczy się całe życie 🙂

Doszłam do wniosku, że kupię parkę. Z tych zwykłych, mniejszych. I tym razem samczyk jest żółto – zielony a samiczka biała. Do tego dokupiłam karmę i proso. Wybór karmy dla zwierząt jest tam ogromny.

Czy Mundek je zaakceptował? Na początku był w małym szoku. Patrzył, ale ćwierkał a nowe odpowiadały. Szybko je do lotów wypuściłem. Kot oczywiście wymaszerował na dwór. Parka od początku trzymała się razem, bo się znają z jednej klatki. Samiczka bez problemu dała się dotknąć. Mundek trzymał lekki dystans, ale raz dwa pokazał, gdzie wolno im siedzieć i jak wchodzić do klatki. Uczą się bez problemów. Dżentelmenem w stosunku do nowej damy, to on nie jest. Gdy biała jadła, ten ją dziobał, mimo że druga micha z karmą wisi. Bała się z nim jeść i uciekała do swojego kumpla. A gdy parka jadła razem, to Mundek oczywiście musiał się wtrącić. Pan Mąż mówi, że pokazuje nowym, kto tu rządzi. W tej chwili jest już spokój, nie kłócą się. Mam nadzieję, że się zaprzyjaźnią.

A kot jest z nami już tylko do końca tygodnia. Wraca do swoich właścicieli. Wakacje Skalpela dobiegają końca. A moje papużki będą mogły latać ile wlezie. Żeby nie było tak ładnie, to zrobiłam czarnemu diabłowi reklamę w internetach 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Kwiecień był raczej intensywnym miesiącem. Zaczęłam z dobrymi znajomymi jeździć rowerem i odkrywać zakamarki miasteczka, w pracy zaczął się zbiór pomidorów a w naszym domu doszło do morderstwa. Ale po kolei…

Mamy już ścinkę pomidorów a co za tym idzie, wreszcie nie muszę kupować tych warzyw, przynoszę sobie z pracy i tylko one mi smakują. Sąsiedzi dostali już po dwa pudełka. Niestety okazało się, że mamy jednak wirusa, który niszczy rośliny. Szefostwo zastanawiało się na likwidacją uprawy i sadzeniem plantów od nowa. Na razie jednak wycięte będą tylko zakażone rośliny i posadzone w tych miejscach nowe. Czekamy co będzie dalej.

Sezon na tulipany był w pełni. U mnie w ogródku za to wyrósł i zakwitł tylko jeden tulipan. Jeden! Co za żenada! Za to w wazonie miałam bukiet żółtych kwiatów poprzetykanych gałązkami jaśminu, na którym (o dziwo) mszycy jeszcze nie widziałam. I mam nadzieję, że nie zobaczę.

Miałam kiedyś nasiona niezapominajki. Posadziłam je w doniczkach w ogrodzie. Musiały się gdzieś potem wynieść, bo kilka roślinek wyrosło mi przed domem. Nie usunęłam, niech sobie rosną.

Pogoda kwietniowa w większości była do bani. Tzn lubię deszcz, ale czasem już miałam dość. Nie dość, że lało, wiało, to nawet ze dwa razy przymroziło i było po prostu zimno. Jednak pewnej soboty wyszło słońce i zrobiło się naprawdę wiosenno – letnio. Pojechałam więc na przejażdżkę rowerową do znajomych. Są od nas trochę starsi, więc można z nimi fajnie czas spędzić i pogadać na różne tematy. Panu Mężowi się nie chciało jechać. Zrobiliśmy sporo kilometrów.

Spotkaliśmy też młodych chłopaków, którzy spędzali czas łowiąc ryby. Zachowywali się kulturalnie i zapozowali mi do zdjęcia. Byłam ciekawa, jak im połów idzie, ale nie chciałam im gitary zawracać pytaniami.

Po przejażdżce wstąpiłam do znajomych do domu. Mieszkają w agencyjnym domu razem z parą z Rumunii. Dogadują się dobrze, bo Rumuni są w porządku, spokojni, kulturalni i mili. Rozmawiają po angielsku. Miałam okazję ich poznać i przekonać się, że nie wszyscy są porąbani. Opowiadali, że mieszkają blisko zamku Draculi i nawet nas do siebie zaprosili. Mają swoje gospodarstwo i hodują m.in krowy, owce. Do tego ogród. Z Rumunii przychodzą do nich paczki z wyrobami domowej roboty, np z serem. I tym serem mnie poczęstowali. Był pyszny!

Wędlina też domowej roboty.

A ja w domu zrobiłam tzw steki z kalafiora, które są modne na Instagramie. Zapiekłam je z pomidorami i serem. Wyszło dobre. Zaczął się sezon na szparagi, które są w Holandii jednym z flagowych warzyw. W Jumbo była na nie promocja, więc kupiłam dwie paczki i ugotowałam zupę krem. Rewelacja!

Mój brat z żoną pojechali na urlop do Polski. Zgodziłam się zaopiekować Skalpelem, czyli ich kotem. Mały terrorysta nauczył się otwierać drzwi do salonu, gdzie latały moje dwie papużki. Byłam w pracy. Po powrocie znalazłam tylko jedną w klatce. Bezpieczną. Samiczka została niestety pożarta przez małego potwora. Na strychu leżał sam łepek. Koszmar. Myślałam, że zawału dostanę. Wiem, że koty polują. Miałam kiedyś dachowca i przynosił mi do domu „prezenty”. Ale niestety Skalpelowi nie wybaczę, bo jednak bardziej lubię ptaki. Jutro jadę po dwie faliste, żeby ocalały samczyk miał towarzystwo. Będę pilnować, jak oka w głowie, póki kot jest jeszcze u nas.

A w Actionie pojawiły się żele pod prysznic Chupa Chups. Jestem wierna marce Sanex, ale jeden zapach lizaka kupiłam.

Do następnego 🙂

O TYM, CO ROBILIŚMY W DZIEŃ KRÓLA

Dzień Króla, czyli uwielbiany przez Holendrów Koningsdag, wypadał w sobotę. Lubię to święto, mimo że władca Holandii nie jest moim królem. Nie było opcji żeby w ten dzień siedzieć w domu, jak stare dziady.

Już kiedyś opisałam jak wygląda ten dzień. Przypomnę tylko, że Holendrzy balują wtedy na całego. To jest chyba jedyny taki dzień w roku, kiedy nikogo nie dziwią pijane tłumy poubierane w ubrania w pomarańczowym kolorze. Są parady, bary i puby są pełne, plus koncerty, przed domami wiszą flagi z pomarańczowymi wstęgami a w radio lecą największe przeboje. My umówiliśmy się ze znajomymi na przejażdżkę rowerową. Po porannej kawie i zjedzeniu pomarańczowego ciastka z kremem- tompouce, zapakowaliśmy się w auto (wzięliśmy m.in materac, bo spaliśmy u znajomych) i pojechaliśmy do miejscowości obok, czyli Brielle. Wspomnę jeszcze o pchlim targu, których jest w tym dniu dużo, bo handlują nawet dzieci. Byliśmy na takim w naszym mieście.

Kupiłam sobie torebkę z Zary za 2€, trzy świece domowej roboty- trupie czaszki, a Pan Mąż dwie figurki chyba żołnierzy.

Rowery u znajomych już na nas czekały, wcześniej tam zostały. Jeździliśmy po różnych zakamarkach Brielle. Nie przeszkadzał nam nawet od czasu do czasu siąpiący deszcz.

Odwiedziliśmy np las, a w zasadzie lasek, który jest dedykowany zmarłym osobom. Dowiedziałam się, że osoby które nie mogą z jakichś powodów odwiedzać w ogóle albo często grobów swoich bliskich czy też przyjaciół, sadzą drzewo i przyczepiają tabliczkę upamiętniającą zmarłą osobę. Napisana jest na niej data urodzenia i śmierci, jakaś sentencja, czasem zdjęcie. Złapał nas wtedy deszcz, ale na szczęście jest tam altana, więc się schroniliśmy.

Na tym cypelku organizowane są śluby. Po drugiej stronie jest restauracja, gdzie odbywają się przyjęcia.
Spacer i oglądanie łodzi obowiązkowe 🙂

Po zrobieniu mnóstwa kilometrów, zaprowadzilismy rowery i wpadliśmy na pomysł wybrania się na piwo do pubu. Wypiliśmy po dwa piwa, jakieś kolorowe shoty i graliśmy w rzutki.

Na koniec w planie był grill elektryczny w mieszkaniu znajomych, bo już byliśmy głodni. Około północy poszliśmy spać a na drugi dzień, w niedzielę, wróciliśmy do domu. Szykujemy się na kolejne przejażdżki 🙂

Do następnego 🙂

OBSERWATORIUM PTAKÓW

Mieliśmy długi weekend, bo piątek był wolny. Mało pracy. Najpierw posprzątałam cały dom, w sobotę działaliśmy w ogródku a w niedzielę po południu wyciągnęłam Pana Męża na mini wycieczkę. Pogoda dopisała.

Około 15 km od naszego miasta znajduje się miejscowość Stellendam. Niedawno dowiedziałam się, że jest tam Vogelobsevatorium „Tij”. Czyli można zobaczyć ptactwo w ich naturalnym środowisku. Pojechaliśmy, spacerowaliśmy i oglądaliśmy to i owo. Obserwatorium ma kształt jajka rybitwy kanapkowej, 8 metrów wysokości i 11 metrów długości. Otwarte zostało w 2019 roku.

Parking jest darmowy i znajduje się obok Mariny Stellendam. Prowadzi od niego piaszczysta ścieżka pośród drzew i krzewów. Czasem wchodzi się na drewniane kładki. Obserwatorium można zwiedzać cały rok, ale w okresie jesienno- zimowym zaleca się zakładanie dobrych butów, bo jest to miejsce na zewnątrz grobli i ścieżka jest czasem zalewana. Następnie wchodzi się do drewnianego tunelu, który już bezpośrednio prowadzi do „jajka”.

Z Vogelobsevatorium roztacza się 360° widok na wyspy Sheelhoek, które co roku odwiedza wiele gatunków ptaków wodnych. Zaznaczyć muszę, że obserwatorium znajduje się na skraju rezerwatu dla ptactwa. Roztacza się z niego widok rozległy widok na śluzę Haringvliet.

Co roku na jednej z wysp odbywa się lęg rybitw czubatych. Płytkie wody są atrakcją dla różnych gatunków kaczek (widziałam ciekawy gatunek :)), warzęch a nawet zimorodków i orzełków bielików.

Obserwatorium posiada teleskop Swarovski Optik i ma bardzo dobry zoom.

Po obserwacji ptaków wróciliśmy na parking i skierowaliśmy się do mariny. Stało tam mnóstwo łódek, jachtów, motorówek i nawet katamarany. Poczuliśmy nagle piękny zapach- coś jak mieszanka bzu i jaśminu. Ale to było jeszcze bardziej intensywne. Znaleźliśmy źródło:

Żarnowiec wczesny „Allgold”

Do tej pory znałam żarnowiec taki, co to rośnie na skraju lasu. I nie miał takiego zapachu. A ten, to magia. Nawet Pan Mąż się zachwycił. „Allgold” osiąga do dwóch metrów wysokości i 1,5 metra szerokości. Kwitnie od kwietnia do maja i obsypuje się ogromną ilością drobnych motylkowych kwiatów. Wiem jedno: chcę ten krzew w swoim ogrodzie!

Do następnego 🙂

O MODELKACH

Lubię czytać książki oparte na prawdziwych historiach. Czasem jest mi ciężko uwierzyć, że to się wydarzyło naprawdę. Czasem odnoszę wrażenie, że część fabuły jest bardzo naciągana, żeby tylko zwiększyć sprzedaż. Tak było i w tym przypadku. Ale po kolei…

Zacznijmy od tego, kim jest autorka dwóch części książki pt „Skandaliczne życie modelek”. Monika Goździalska to modelka, celebrytka i uczestniczka konkursów piękności. Brała udział w wyborach w 2011 r Mrs. World (odpowiednik konkursu dla mężatek) i zdobyła tytuł pierwszej wicemiss. Był też udział w Big Brother czy pierwszej edycji MasterChef. Pochodzi z Warszawy. Karierę w modelingu zaczynała wraz z przyjaciółką w Paryżu. Przyznam szczerze, że nigdy o niej nie słyszałam. Pogrzebałam trochę w internecie i znalazłam trochę informacji i zdjęć. Niestety nic z pokazów mody czy sesji zdjęciowych. Jako nastolatka chodziła po wybiegach dla najlepszych projektantów m.in Vivienne Westwood i Christiana Diora. Pozowała czołowym fotografom i została wówczas Twarzą Europy. W tej chwili z mężem i dziećmi mieszka w Hiszpanii. Ze zdjęć wywnioskowałam, że ingerowała w urodę (np powiększenie ust). Swoje doświadczenia w pracy jako modelka postanowiła opisać. I tak powstały dwie części „Skandaliczne życie modelek”. Sprzedano też prawa filmowe i jestem naprawdę ciekawa tego filmu.

Pierwsza część książki opowiada o tym, jak dziewczyna została wyłowiona wprost z ulicy przez łowcę modelek. Dostała propozycję, która stała się przepustką do paryskiego świata modelingu. Nie była jednak sama, bo szansę dostała też jej najlepsza przyjaciółka. Obie marzyły o tym, by zostać symbolami największych marek modowych. Niestety potem przekonały się jaką cenę trzeba zapłacić by być wiecznie piękną, młodą i bogatą. To nie jest tylko opowieść o super życiu topowej modelki. Jest to też druga strona medalu: głodzenie się, bankiety (bo trzeba się pokazać) często orgie i bogaci szejkowie. I odpowiedź na pytanie, jak kończą modelki, które nie odniosły sukcesu…

Monika opisuje też, jak wyglądało jej życie w stolicy w latach 90-tych, co mogła kupić na stadionie 10lecia, żeby dobrze się ubrać i przygody w Paryżu. Bo z przyjaciółką mieszkały w wynajętym przez agencję mieszkaniu wraz z innymi modelkami, ale o przetrwanie musiały walczyć same. Ciekawa historia. Druga część jest trochę inna.

Monika i jej przyjaciółka nie zawsze mieszkały i żyły razem. Wiele sytuacji sprawiło, że los je rozdzielił. Każda miała swój pomysł na życie i karierę. I tu już nie było kolorowo. Historia jest bardziej przerażająca. I bardzo wulgarna. Bez cenzury. Opowieść o gwiazdorach, którzy kupują sobie piękne kobiety, o morzu alkoholu i oceanie narkotyków i leków uspokajających, o ciężkim show biznesie, seks biznesie, ekskluzywnych przyjęciach bez których nie ma kontaktów i kontraktów.

Czyta się szybko. Z zaciekawieniem, mimo, że chyba każdy wie, jakie ciemne strony może mieć robienie kariery jako modelka. Mimo to, czasem zbierałam szczękę z podłogi. Trzeba mieć naprawdę silną psychikę i twardy tyłek żeby odnieść spektakularny sukces. Bo umówmy się: są modelki i „modelki”. Tych drugich mnóstwo jest np na Instagramie, potem w pisemkach dla panów aż wreszcie w klubach że striptizem i domach publicznych. I ciężko jednak uwierzyć w to, że za jedną torebkę Diora można zostać „modelką”.

Czytając „Dziewczyny z Dubaju” zerkałam do internetu i sprawdzałam te dziewczyny. I owszem, były np w Playboyu. Łatwo można je było wyszukać i zobaczyć jak wyglądają. Filmu jeszcze nie widziałam. Natomiast tutaj Monika nie podawała wielu szczegółów na temat znanych osób. Nie wiem o kogo chodziło. Wiem natomiast, że otarła się o niezłe bagno. Nie chcę pisać za dużo, żeby za wiele nie zdradzić. Nie napiszę, jak się ta kariera skończyła. Może jeszcze trwa. Warto jednak zajrzeć do tych książek. Nie jest to wybitna literatura, ale ciekawa i wstrząsająca. Obnaża tajemniczy świat mody i odkrywa sekrety. Polecam.

Do następnego 🙂

ZAKUPY Z HEBE

I nie tylko z Hebe. Gdy jestem w Polsce odwiedzam zawsze tę drogerię, bo jest moją ulubioną a ilość maseczek do twarzy sprawia, że siedzę tam trochę dłużej niż chcę.

W Holandii są trzy popularne sklepy/ drogerię, w których można zaopatrzyć się w jakieś kosmetyki. Najpopularniejszy jest Kruidvat. To taki trochę Rossman, ale wybór marek mniejszy. Potem mamy Etos i Hema. Z tym, że w Hemie jest w dużej ilości kolorówka i tylko tej marki. Oprócz tego gadżety do domu, biura i odzież. Wiele osób sądzi, że tutaj jest mały wybór kosmetyków niż w Polsce. I zgodzę się z tym. W takim Rossmanie jest wszystkiego do wyboru, do koloru. Polskich marek (i nie tylko) ogrom. Dlatego często kupuję przez internet. Minus taki, że nie mogę sobie dokładnie produktu obejrzeć , powąchać, itp. Bo akurat po drogeriach lubię chodzić 🙂

W Polsce na pierwszy rzut idzie Hebe, czasem Rossman a potem oczywiście Biedronka, bo i tam już jest duży wybór fajnych rzeczy. Pan Mąż siedział w aucie i oglądał internety, a ja latałam między półkami. Zeszło mi około pół godziny. Uprzedziłam go, że szybko nie będzie i niech mnie lepiej nie pogania. W Biedronce kazałam mu stać w jednym miejscu z koszykiem, żeby się nie plątał pod nogami a ja w tym czasie zbierałam to i owo i mu zanosiłam. Dobrze, że miał co robić w telefonie. Spotkał nawet kolegę ze szkoły średniej, więc ja miałam czas na buszowanie między regałami. Kupiłam sporo kosmetyków, które mają mi pomóc na skórę przed latem. Muszę jeszcze dokładniej poczytać co z czym łączyć a z czym nie, żeby nie narobić sobie problemów.

Na pierwszy ogień poszły maski i maseczki do twarzy. Te w kremie zmywalne jak i te w płachcie. Muszą być z miodem, witaminą c, nawilżające, odmładzające itp. Ta pomarańczowa w słoiczku to moja nowość. Jest z rokitnika i ma pomóc szarej, zmęczonej skórze nawilżyć ją. Zmywa się po 10-15 minutach.

Kremy do rąk też lubię. Nie lubię suchej skóry dłoni. Mam zawsze kilka tubek, bo szybko mi się krem kończy a nie chcę zostać bez. W Hebe była nowość. Zresztą bardzo ciekawa i fajna, bo musy do rąk w sprayu. Różne zapachy. No oczywiście kupiłam. Jeszcze nie używałam, ale jestem tego produktu bardzo ciekawa.

Wpadło też coś do włosów, czyli farba, spray i kapsułki, których stosowanie ma dać kondycję włosom i paznokciom.

Do tego kupiłam m.in serum z kwasem migdałowym na niedoskonałości skóry, peeling enzymatyczny (pierwszy raz będę używać), krem rozświetlający, piankę do mycia twarzy, mydełko glicerynowe, czy krem/ sorbet marki „AA” (to akurat w Biedronce).

W Biedronce była też „szafa” z polską marką Bell. Wzięłam puder matujący i kredkę woskową do brwi. Podkład matujący z Lirene (bardzo lubię tę firmę) z Hebe.

A na koniec mój hit. Chyba wiele osób kojarzy firmę Miraculum i jej słynną „Panią Walewską”. Pamiętam te opływowe flakony o kobaltowym kolorze a w nich mocny zapach perfum. Nie mój gust, ale są kultowe. W Biedronce za to były różowe. Mniejsza buteleczka, ale dużo ładniejszy zapach. Delikatniejszy, mimo że posiada w składzie wanilię, nuty owocowe i trochę kwiatowych. Bardzo mi się podobają. Potem w Netto natknęłam się na… balsam do ciała tej samej serii. No i mam komplet zapachowy na lato 🙂 Wiem, że mają też mydełka i żele pod prysznic. A oprócz różowego koloru, jest jeszcze biały.

Mam wszystkiego na zapas. Starczy mi chyba do końca roku 🙂

Do następnego 🙂

BYŁO, MINĘŁO…

Marzec, to był urlop, na który czekałam. Około półtora roku temu byliśmy w Polsce i teraz kolejny raz trzeba było się tam pojawić i spotkać z rodziną. Nie był to przymus, czy załatwianie pilnych spraw. Chodziło o kościelną i rodzinną uroczystość.

Początek marca, to pojawienie się w supermarketach ogromnych ilości czekoladowych jaj i jajeczek. Te największe robiły wrażenie, ale dla mnie to za dużo czekolady i cukru. Tylko wygląd mi się podobał.

Poranne mgły też robiły wrażenie. Tutaj, w Holandii to normalne i lubię to zjawisko pogodowe. Od razu przypominają mi się horrory 🙂

Ulica nad kanałem.

Pojawiły się też pierwsze wiosenne żonkile. Byliśmy zajrzeć do domku letniskowego koleżanki, sprawdzić czy wszystko ok. Na drodze rozstawiły się białe gęsi. Oprócz nich spacerują też kury i koguty. Trzeba uważać, żeby towarzystwa nie rozjechać. Robiłam zdjęcia kwiatom i nagle usłyszałam donośne gęganie. Podniosłam wzrok wystraszona. Przede mną, za drewnianym ogrodzeniem stał ogromny gęsior. Strach wejść na tak strzeżoną posesję. Wiem, że zwykłe białe gąski potrafią szczypać a taki okaz to już na pewno by pogonił.

Był naprawdę duży.

Niemal na przeciwko naszego domu znajduje się supermarket, który ostatnio zmienił nazwę i co za tym idzie, wygląd w środku. Muszę przyznać, że niezbyt teraz podoba mi się asortyment. Byłam tam dopiero tylko raz. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to świeża czerwona papryka na sztuki, ale… każda opakowana w folię. Holandia dba o środowisko, przywiązuje się tu ogromną wagę do sortowania śmieci. Natomiast ja nie rozumiem producentów, którzy wpychają konsumentom towar razem z ogromną ilością śmieci. Dlatego warzywa kupuję u Turka, gdzie są lepszej jakości i bez tych wszystkich folii.

Do Polski pojechaliśmy, bo miałam zostać chrzestną. Był tylko problem z naszym ślubem. Mamy „tylko” cywilny a księża niechętnie dopuszczają takie osoby do chrztu. Już coś na ten temat wiemy, bo Pan Mąż już kiedyś miał zostać ojcem chrzestnym i dlatego zgłosił się do księdza z naszej parafii. Tego, który nas zna od dziecka, udzielał nam komunii i bierzmowania. Miał wystawić dwa papierki: ze spowiedzi i że było się u bierzmowania. Nie zrobił tego, bo według niego nasz ślub, to nie ślub. Więc niech się cmoknie. Kościelnego nigdy nie weźmiemy i do kościoła też nie chodzimy. Teraz był wyjątek. A że mamy internet i wszystko można kupić, więc zostały załatwione odpowiednie papierki i jest chrzestnym. Ja teraz zrobiłam to samo. A jeszcze zaznaczę, że nie ma nigdzie zapisu, że osoba tylko po ślubie cywilnym nie może być chrzestnym. Może. Może być też nim rozwodnik. Te głupie wymogi, to wymysły księży. Dla chrześnicy zamówiłam m.in pozytywkę z baletnicą i grawerem. Niestety przegapiłam dostawę i paczka wróciła. Napisałam do firmy maila o ponowne jej przesłanie. Odpisali i wysłali. Wyjechaliśmy do Polski dzień później. A tam przywitało nas domowe jedzenie i pierwsze ozdoby wielkanocne. Jak to dobrze nie musieć czasem gotować 🙂

Oczywiście z Polski przywieźliśmy dużo dobrego domowego jedzenia. Byliśmy też m.in w Częstochowie w restauracji po Kuchennych Rewolucjach o czym wcześniej pisałam. Wracając dorwały nas takie chmury, a że lubię robić zdjęcia i lubię cmentarze, to zrobiłam:

Buszowałam też po marketach Biedronka, Netto i Dino. W tym ostatnim znalazłam takie pyszne czekolady. Będę jeść na raty.

Pojechaliśmy też na lokalny czwartkowy rynek. Jest wtedy mniej ubrań, a więcej warzyw, owoców, pchli targ, rzeczy do domu, roślin, kwiatów, swojskich wyrobów i tego typu rzeczy. Natrafiłam na stragan z ogromną ilością przypraw, ziół suszonych, oliwy, itp. Holenderskie przyprawy nie są intensywne, a te w polskich sklepach należą do droższych. Na rynku kupiłam co potrzeba.

Nie mogliśmy pominąć stoisk ze słodyczami, bo Pan Mąż lubi np cukierki Michałki. Paczki przyjechały z nami.

Mój tata u dziadka (swojego ojca) wypalał suche gałęzie na łące za domem. Czyścił wszystko z krzaków, martwych drzew, patyków, itp. Nie dało się nie skorzystać i nie upiec kilka kiełbasek.

Lubię jeździć autem, gdy jest ciemno. Najlepiej przez zadupia, a jeszcze lepiej, gdy po obu stronach jest ciemny las. Powiedziałam Panu Mężowi, żeby wysiadł i zrobił zdjęcie. Nie chciał. Sama więc zrobiłam. Fajny jest dreszczyk strachu. Trzeba było uważać, bo sarenki biegały nawet po ulicy między domami. Szkoda potrącić zwierzaka i szkoda auta. Prędzej z lasu wyskoczy dzik niż seryjny morderca.

Na święta w Polsce nie zostaliśmy. Trzeba było wracać. Z jednej strony cieszyłam się, że wreszcie będziemy w swoich czterech ścianach. Droga była długa i wymagała od nas drzemki na parkingu. Mieliśmy w planach ostatni weekend urlopu spędzić w Ardenach. Nie udało się, bo po prostu nie mieliśmy weny i siły na kolejną jazdę. Woleliśmy odpocząć. Ardeny mimo to czekają a my czekamy na lepszą pogodę. Tutaj wieje i leje.

Wrocław i most nad Odrą.

ANTYKWARIAT

Okazją do wybrania się do Częstochowy była nie tylko Gospoda Kwaśnica po Kuchennych Rewolucjach, ale też mój ulubiony antykwariat, w którym zawsze coś znajdę.

Nasze mamy też chciały go odwiedzić, bo też lubią książki. Kiedyś mieścił się w środku dworca kolejowego w dużym pomieszczeniu. Zdziwiłam się, gdy pewnego razu zastałam drzwi zamknięte. Dokładniej rzecz ujmując – niczego już tam nie było. Szybko dowiedziałam się, że został przeniesiony, a nie zlikwidowany. Na szczęście 🙂

Chętnie posłuchała bym podcastu o życiu i tajemniczej śmierci aktorki.

Antykwariat mieści się teraz na przeciwko dworca pkp. Może nie vis a vis, bo trzeba skierować się po wyjściu z niego trochę na lewo. Znajduje się na ulicy Piłsudskiego, czyli słynnej ulicy „frytkowej” w Częstochowie. To jest po przeciwnej stronie tramwajów. W soboty czynny jest aż do 16:00, co nas ucieszyło, bo myśleliśmy, że nie zdążymy i poczujemy klamkę. Ale na szczęście udało się nam kupić kilka pozycji. Każdy z nas wyszedł z książkami. To znaczy Pan Mąż z jedną i trzema filmami na dvd.

Antykwariat mieści się w dużo mniejszym lokum, niż poprzednio. Książki są ułożone tematycznie. Na środku najnowsze pozycje, po bokach regały np z biografiami, romansami, kulinarne, podróżnicze i wiele innych. Oprócz tego, znajdziemy gazety, komiksy i filmy. Uważam, że jeśli ktoś lubi książki i antykwariaty, to zawsze znajdzie coś dla siebie.

Ja znalazłam jedną z moich ulubionych książek, która była lekturą w szkole, czyli „Robinson Kruzoe”. Kupiłam ją za 8 złotych. Do tego doszło kilka kryminałów i komedia, na podstawie której nakręcono film. Poniżej to, co kupiłam (dwie z tych książek są z Biedronki). Polecam antykwariaty 🙂

Do następnego 🙂

GOSPODA KWAŚNICA

Lubię oglądać „Kuchenne rewolucje” Magdy Gessler. Jeśli tylko jest okazja, to chętnie odwiedzamy restauracje po rewolucjach. Niestety do tej pory udało się zjeść tylko w trzech.

Pierwszą, w której byliśmy to „Tapas Rybka” w Gdańsku, druga to „Krochmal” w Piotrkowie Trybunalskim i trzecia, niedawno odwiedzona- „Gospoda Kwaśnica” w Częstochowie. Rewolucja odbyła się tam w 2018 roku i okazuje się, że restauracja trzyma poziom. Zabraliśmy z Panem Mężem nasze mamy i postanowiliśmy spróbować tamtejszych potraw, bo rewolucja powiodła się.

Karta bardzo ładna.

Ja chcę zawsze spróbować dokładnie to, czego w programie uczyła i pokazywała Magda Gessler. Mimo, że w karcie zawsze jest więcej potraw, to mnie interesuje menu „nauczycielki”. Przed urlopem odświeżyliśmy sobie ten odcinek. Było rzucanie garami i przekleństwami. Nawet padło słowo „szambo” na widok brudu w restauracji. Koniec końców wyszło smacznie. No więc pojechaliśmy zajrzeć i zjeść. Przed wejściem stoi tekturowa postać słynnej restauratorki i gra góralska muzyka. W środku wystrój z Podhala. Gości sporo i dwa stoliki zarezerwowane. Kelnerka od razu się nami zainteresowała. Podała karty, poleciła parę rzeczy i po chwili wróciła. Napoje przyszły niemal od razu a na dania czekaliśmy niedługo, bo niecałe 10 minut.

Nasze mamy i Pan Mąż zamówili karkówkę macaną z ziemniakami i jabłkiem z żurawiną. Ja wolałam kwaśnicę. Zawsze chciałam takiej prawdziwej spróbować i byłam ciekawa czym się różni od kapuśniaku.

Porcje były naprawdę duże i smaczne. Pani kelnerka opowiedziała o daniach. Widać i słychać było, że ma pojęcie, co podaje gościom. Ogólnie obsługa bardzo miła.

Bardzo nam smakowało. Restauracja jest blisko centrum, ma swoją stronę internetową, ceny adekwatne do porcji. Z chęcią wybierzemy się ponownie, żeby spróbować czegoś innego, np sernika z kwaśną śmietaną. Aha, kwaśnica jest naprawdę porządna, bo dobrze działa na jelita 😆 Na koniec dostaliśmy rachunek w malutkiej skrzynce. W środku były też 4 krówki.

Po powrocie z Polski, postanowiłam ugotować swoją kwaśnicę. Niestety nie miałam prawdziwej kapusty kiszonej. Kupuję kwaszoną w Lidlu. Poszłam też do polskiego sklepu po wędzone i zwykłe żeberka i wędzony boczek. Najpierw poczytałam w internecie, jak taka zupa powinna wyglądać. Chodzi o dużo wędzonego mięsa, kilka suszonych grzybów i przyprawy. Zrobiłam tę zupę po swojemu i wyszła całkiem dobra. A wizytę w Gospodzie Kwaśnica polecam 🙂

Do następnego 🙂

GADŻETY NA PODRÓŻ

Postanowiłam przed podróżą do Polski kupić kilka gadżetów do auta i nie tylko, które ułatwią nam jazdę i urlop. Skorzystałam z Temu i zobaczymy, czy te rzeczy zdadzą egzamin.

Robiąc ten wpis, czekam na kuriera. Ma przybyć z ważną dla mnie przesyłką, którą muszę zabrać do Polski. Jest to prezent na chrzest. Zamówiłam już wcześniej, czekałam i nic. Potem w mailu znalazłam informację, że przesyłka poszła z powrotem do nadawcy. Z tym, że tą informację znalazłam nie w „odebranych”, nie w „spamie” a w „ofertach”. Czyli tam, gdzie zaglądam gdy czyszczę skrzynkę mailową. Wkurzyłam się. Post.nl nie zostawia już awizo. Wysyła wiadomości o dostarczeniu na maila. Teraz wiem, że trzeba sprawdzić wszystko. Napisałam szybko maila do tej firmy, że nie chcę zwrotu pieniędzy, że proszę o przesłanie ponowne, bo to bardzo ważne. I wczoraj wysłali i dzisiaj ma przyjść paczka. Czekam. Chcę już ją mieć i mieć łeb spokojny. Jestem zresztą w trakcie pakowania.

Do tej pory jeździliśmy z dwoma kubkami termicznymi. Sprawdzamy się średnio, dlatego zamówiłam termos z trzema kubeczkami. Małe to, ale podobno ma dobrze trzymać ciepło. A kawę lubię mieć gorącą. No i będzie zajmować mniej miejsca, niż dwa kubki.

Kolejną dobrą rzeczą są malutkie, takie mini mini chusteczki nawilżone alkoholem. Gdy świeci słońce, warto przetrzeć nimi okulary przeciwsłoneczne. Dobre są też do przetarcia telefonu czy nawigacji.

A teraz taki „pierdolnik”, który przyda się do słuchania muzyki mp3 czy ładowania telefonu. Ma też wyświetlaną godzinę. Coś się stało z naszym cd w aucie a jadąc długie godziny przez Niemcy warto mieć swoją muzykę. Pan Mąż zajmuje się rozpracowaniem tego czegoś i zobaczymy, czy będzie hulać.

Przed wyjazdem było duże sprzątanie auta. Tym zajął się Pan Mąż. Wcześniej kupiłam specjalny pędzelek, który ułatwia czyszczenie trudno dostępnych miejsc. Nie wiadomo, czy dobrze sprząta, bo zapomniałam to dać mężowi XD Czeka na następny raz.

A to „torba” na np jedzenie. Do tej pory kanapki , przekąski i wodę trzymaliśmy w reklamówce albo w nogach albo na tylnym siedzeniu. Niewygodnie. Tę torbę przyczepia się między przednimi fotelami i wkłada klamoty, aby były pod ręką. My włożymy tam kanapki.

Mini pędzelki do makijażu. Znajdują się w etui z lusterkiem. Dla mnie dobry pomysł, bo nie muszę brać większych pędzli. Jedziemy tylko na tydzień, więc taki mały zestaw jest ok.

Nie będę brała też szczotki dużej do włosów. Znalazłam taką małą, składaną z lusterkiem. W sam raz do torebki. Pewnie szybko się rozwali, ale narazie wystarczy.

Co jeszcze ze sobą zabieramy? Np wodę różaną w sprayu. Chodzi o odświeżenie twarzy podczas podróży, gdy zmęczenie daje znać. Oczywiście w ostateczności wskazana drzemka. Ale lubię spryskać się taką wodą, bo nawilża i porządnie odświeża. Pan Mąż też korzysta. Zawsze też mamy małą paczkę chusteczek nawilżających, bo nigdy nie wiadomo czym się człowiek uwali podczas drogi. No i żel antybakteryjny do rąk. Po pandemii nie wyobrażam sobie nie mieć tego w aucie. A Pan Mąż wygrzebał gierkę, która dawniej była bardzo popularna. Mówi, że przyda się trochę zabawy 🙂

Do następnego 🙂