Robiąc ten wpis, siedzę w domku w lesie w Ardenach. Mam czas, więc nadrabiam. Wypadem nad morze rozpoczęliśmy nasz trzytygodniowy urlop.
Chciałam spędzić piknik na plaży. To miał być ostatni ciepły dzień lata. Założyłam nawet kostium kąpielowy, bo wiedziałam, że wejdę do wody, nawet gdyby była zimna. Spakowałam nas solidnie. Do dobra, prawie, bo zapomniałam o kremie z filtrem, ale za to wzięłam przyspieszacz opalania. I wróciliśmy ze spalonymi plecami. Przy plaży stał oczywiście automat z kremem Nivea, ale za mało było tego smarowania.

Wybrałam dalszą plażę- Maasvlaakte strand. Jest tam ładniej i ciekawiej. Ludzi nie było dużo. Było dwóch wędkarzy, ludzie z psami i kilka par. Ogolnie cisza i spokój. Tylko szum fal i wiatru. Mimo wicherku, było przyjemnie ciepło. Wykorzystałam wreszcie kosz piknikowy, który stał na szafie i się kurzył. Mieliśmy wodę, kanapki i przekąski. I tak wszystkiego nie zjedliśmy.

Siedzieliśmy w sumie 4 godziny nad morzem. Najpierw chodziłam po plaży i bawiłam się muszlami. Człowiek już starszawy, ale i tak jest to moja ulubiona plażowa zabawa. Niby zawsze te same muszle, a jednak zawsze inne.


Próbowałam też czytać, ale jak to bywa w moim przypadku, najlepiej wychodzi mi to w domu. Nie było rozpraszaczy czytania, ale jakoś nie mogłam się skupić i wreszcie weszłam do wody. Była super. Wcale nie zimna. Mąż nie chciał, bo on to woli bardzo ciepłe fale. Ale Morze Północne niestety za ciepłe nie jest. Za to fale były duże a to lubię.

Nazbierałam trochę muszli do ogródka, bo sobie je układam w donicach z jukami i różą. To był dobry dzień, chociaż spać nie mogliśmy z powodu spalonych pleców. Dobrze, że miałam jakiś żel aloesowy.


Do następnego 🙂
