Wreszcie mam czas, żeby napisać kolejną część dotyczącą naszego wyjazdu w Ardeny. Tak, jak poprzednio pisałam, teraz będzie kilka słów o tamtejszym supermarkecie.
Skończyło się na szczęśliwym znalezieniu naszego domku nr 20. Po przespanej twardo nocy, obudziłam się już o 7:30, a myślałam, że będę gniła w łóżku minimum do 9:00. Ale nie. Chyba z wrażenia się tak wcześnie obudziłam. Mąż spał twardo i nie chciałam go budzić. Z tym, że potrzebowaliśmy czegoś na śniadanie a ja w dużej mierze potrzebowałam kawy. Bez kawy nie ma zabawy. Odpaliłam internet i postanowiłam poszukać najbliższego marketu. No i był jakieś 7 km dalej, czyli w tym miasteczku przez które jechaliśmy wczoraj wieczorem, żeby dotrzeć do ośrodka. Postanowiłam pojechać sama. Zapakowałam się do auta, włączyłam nawigację i ruszyłam. Szosa kręta i pod górę przez las, muzyka rockowa full i jechało się z rana ekstra.

Dotarłam do miasteczka (zapomniałam nazwy) i nawigacja mnie prowadzi tymi krętymi uliczkami. Minęłam jakiegoś starszego pana, który robił coś w ogródku. Potem minęłam go ponownie. Myślę sobie: coś jest nie tak. Jeśli minę go trzeci raz, to chyba nawigacja wywaliła mnie w pole. W sumie minęłam go 4 razy! Co jest? Klęłam pod nosem i powtarzałam, że przecież ci ludzie muszą coś jeść i gdzieś robić zakupy do cholery! Dobrze, że w miasteczku było niemal jeszcze pusto. Zatrzymałam się i wbiłam adres sklepu ponownie.

Okazało się, że supermarket jest i owszem, ale w miasteczku obok. 5 km dalej. Czyli nawigacja zgłupiała. Pojechałam tam. I faktycznie, po chwili byłam na miejscu. Supermarket nazywał się Okay. Były tylko duże wózki dostępne. Wzięłam i weszłam do środka. Tubylcy rozmawiali po francusku. A raczej mix francuskiego z walońskim/jakby holenderskim. Ja po francusku znam może ze 4 słowa. A oni za to nie chcą gadać po angielsku. No nic, idę na żywioł, zakupy trzeba zrobić.

Chodziłam sobie spokojnie alejkami, była garstka klientów, kilku pracowników. Oglądałam towar. Na pewno chciałam kupić chleb, jakąś wędlinę, kawę i mleko.

Tym, co różniło ten market od innych, była szklana ściana. Za nią była spora chłodnia, gdzie oprócz różnych mrożonek, mięs i wędlin, nabiału, ciast, itp, znajdowały się też owoce, warzywa i zioła. Wszystko było świeże i jędrne.


No i oczywiście do koszyka włożyłam też wędlinę i ser żółty. Wybór pieczywa był duży. Wybrałam jakiś chleb. Okazał się potem watą ciężką do krojenia.

Dotarłam wreszcie do kasy. Patrzę, tylko samoobsługowe. Potem (będąc drugi raz w tym sklepie z mężem), zauważyłam, że po środku, między 4 samoobsługowymi, były takie z kasjerkami. Z tym, że one też były równie malutkie. Kasjerka stała przy monitorze z czytnikiem. Taśma była niemal niewidoczna. Ale wracając do sedna.

Zaczęłam kasować produkty i wkładać do papierowych toreb. Zaznaczę, że guzik z menu na monitorze rozumiałam, bo wszystko po francusku. Dotarłam do chleba i zonk, bo przecież muszę wybrać rodzaj pieczywa. Na szczęście obok, pani układała jakiś towar na półkach. Po holendersku poprosiłam o pomoc. Zrozumiała i pomogła. Nacisnęła co trzeba i wróciła do układania. Ja kasowałam dalej. Musiała mnie obserwować, bo zanim dotarlam do płatności, to już była przy mnie i pomogła mi zapłacić. Czyli jednak Belgowie są pomocni. Zapłaciłam, podziękowałam i wróciłam do domku. Obudziłam męża, bo ktoś musiał zrobić śniadanie.

Do następnego 🙂
